Jego mądry gawędziarz miał zaskakującą tendencję do gubienia drogi w zamku, w którym przebywał już od dłuższego czasu. Owszem, korytarzy było wiele, komnat jeszcze więcej, lecz aż dziwnym się wydawało, by za każdym razem próbować dojść inną trasą do swojej komnaty i lądować ostatecznie w niewłaściwym miejscu. Wpierw Dante myślał, że go to irytowało, że śledził czasami ruchy swojego gościa tylko po to, by prychnąć drwiąco na jego szaradę. Prawdą jednak było, iż odnalazł przyjemność w poznawaniu, co tym razem zainteresuje Bashara – komnata z wazami z dalekiego wschodu, a może sala z rzeźbami zapomnianego artysty?
Czasami lubił zwyczajnie swój kaprys porwać na przechadzkę, nie pytając, czy ten chce. Nie musiał. Bashar i tak zawsze za nim szedł, przyciągany ciekawością, by poznać pomysł swego gospodarza. Tego dnia Dante oderwał od grubych ksiąg lekarza, prowadząc go ku długiej, wystawnej sali, gdzie ściany zdobiły liczne dzieła sztuki. Niektóre większe od samego hrabiego, inne skromne, choć bogate w detale. Dante kroczył dostojnie i opowiadał bez zająknięcia o życiu malarzy, z których rąk osobiście odebrał obrazy, obiecując się nimi właściwie zaopiekować, wspominał o wszystkim, czego samo dzieło nie mogło zdradzić. Czemu pędzel tak poprowadzono, czemu w oryginalnym szkicu te dwie postaci były zamienione miejscami – Bashar słuchał chętnie, a Dante złapał się na tym, z jak pogodnym uśmiechem obraca się w jego stronę.
Lecz w pewnym momencie, gdy hrabia spojrzał na swego słuchacza, ten wcale nie był tuż obok. Odszedł kawałek dalej, stanął przy portrecie pewnej kobiety. Wydawało mi się, że go przeniosłem, pomyślał przelotnie Dante, nim przełamał swe zawahanie, podszedł również do portretu.
— Nie sądziłem, że akurat ten obraz przyciągnie twą uwagę — mruknął.
Bashar zmarszczył lekko brwi, tak jak zazwyczaj to robił, gdy był blisko znalezienia odpowiedzi. Czuł ją pod palcami, a jednak coś jeszcze nie pozwalało mu jej pochwycić.
— Po prostu ta kobieta… Ona wygląda…
— Znajomo?
Lekarz oderwał wzrok od portretu i spojrzał na niego, hrabia zaś nie drgnął, pozwalając mu dojrzeć szczegóły, które zdradzały prawdę – złotą barwę włosów i baśniowe piękno zamknięte w kształcie oczu. Twarz wampira, choć obrysowana mocnymi krawędziami, miała w sobie zaskakująco sporo łagodnych linii charakteryzujących kobietę z obrazu.
— Nie mylisz się w swych domysłach — powiedział Dante, gdy oczy Bashara otworzyły się szerzej. — To moja matka.
Malarz świetnie ją odwzorował. Nie patrzyła wcale na swego syna stojącego tuż obok, lecz gdzieś dalej, na wizję tego, kim mógłby być, a kim nie był. Jej surowe spojrzenie, jeśli odpowiednio długo się patrzyło, zdradzało ból, którego Dantemu nigdy nie przyszło w pełni zrozumieć, bo z matką nie byli najlepsi w tłumaczeniu swych uczuć. Jednak poza tymi skrupulatnie skrywanymi pęknięciami, poza jątrzącymi się ranami, była piękna – jaśniejąca nieskazitelną urodą, nosząca z łatwością ciężkie kolczyki i obszerną kolię, która wydawała się zrośnięta z jej smukłym ciałem. Zastanawiał się, o ile piękniejszą byłaby kobietą, gdyby pokochała kogoś, kto ją prawdziwie doceniał.
— Nie zaszczycę cię historią o wielkiej miłości, która przetrwała wszystko, gdyż miłość w tym przypadku była jedynie niepożądanym dodatkiem — odezwał się Dante, samemu nie wiedząc, po co to mówił. Mógł odejść, nie wyjaśniając niczego, lecz jakaś jego część, ta, którą Bashar odkrywał powoli jak zapomniany instrument przykryty białą narzutą, chciała odpowiedzieć na jego niewypowiedziane pytania, wybrzmieć cichą melodią smętnej przeszłości. — Moja matka zakochała się w niewłaściwym wampirze, żonatym i bogatym, lecz nie troskliwym i czułym. Urodził im się bękart, absolutnie niechciany, więc odesłano bękarta, żeby żył z dala od włości jego ojca i nie przynosił więcej zmaz na honorze rodziny. Koniec historii.
— Uprościłeś to w sposób, na jaki twój żywot nie zasługuje — zaoponował Bashar, wpatrując się w niego.
Dante prychnął.
— Co ty wiesz o tym, na co mój żywot zasługuje.
Mimo zimnego, obronnego tonu, Bashar bez lęku postąpił krok do przodu, nie odrywając od niego oczu.
— Wiem wystarczająco. — Umilkł na chwilę, po czym dodał łagodniej. — I pragnę usłyszeć więcej.
Hrabia wciągnął głęboko powietrze, zapatrzył się na portret matki. Więcej słów w tej historii brzmiało jedynie tęsknotą za uczuciami, których nie zaznał. Za ciepłymi ramionami utulającymi go do snu, za chwilami spędzonymi razem w lesie, za dumą odczuwaną na jego widok. Było wiele rzeczy, których pragnął, a które nie były mu pisane. Niejednokrotnie już sądził, że się z tym pogodził, a potem budził się w środku nocy, przykryty futrami i aksamitem, drżąc od wszechogarniającej go ciszy oraz pustki.
— Wampiry dorastają znacznie szybciej niż ludzie — podjął cicho, nieruchomy niczym rzeźba. — Gdy miałem kilka lat, pan tamtych ziem, poniekąd mój ojciec, uznał, że jego cierpliwość się skończyła i czas mi odejść. Gdzieś w środku czułem, że do tego dojdzie, że nie jestem tak samo traktowany jak inni potomkowie. — Uśmiechnął się z goryczą, co nigdy w pełni nie wygasła w nim. — A jednak próbowałem zaimponować ojcu. Wykazać się przed nim. Nie byłem najlepszym uczniem z początku, lecz nadrabiałem siłą. Ale on nigdy na mnie nie patrzył. Nawet wieść o odejściu przekazała mi matka. Licząc wampirzymi latami, byłem jeszcze młodzikiem, a dostałem tytuł i polecenie, by nigdy nie wracać.
— To było okrutne z jego strony — stwierdził Bashar.
— Takie są wampiry, czyż nie? — odbił Dante, patrząc na najlepszy dowód tego okrucieństwa odbijający się w twarzy jego matki. Na dowód, że ta sama krew płynęła w jego żyłach, a on wcale nie musiał się okazać lepszym od swego ojca. — Nie mają litości dla siebie nawzajem ani dla ludzi.
Nie dostał odpowiedzi. W milczeniu przyglądali się portretowi i Dante myślał, że na tym rozmowa się zakończy. Bashar, jak zwykle, zaoferował mu pewne zaskoczenie.
— Dobrze, że zostawiłeś za sobą włości ojca — powiedział zdecydowanym tonem.
— Czyżby?
— Tak, bo dzięki temu stworzyłeś to miejsce.
Dante wywrócił oczami, uśmiechnął się kwaśno. Nieważne, ile zamków by stworzył, żaden nie byłby wystarczająco dobrym powodem, by jego pana pokochać, choćby przez własnych rodziców.
— Wstawiłem nowe kinkiety w pustych korytarzach, wielka to rzecz.
— Zachowałeś wiedzę. Sprawujesz pieczę nad zapomnianą historią. — Bashar stanął między nim a obrazem, ściągając na siebie mroźnobłękitne spojrzenie. — Nie umniejszaj sobie, ponieważ twój ojciec cię odesłał i zamiast zasiadać u jego boku, zasiadasz tutaj. Jesteś panem tego zamku, strażnikiem. Kimś, kogo twój ojciec nigdy nie zrozumie przez swą obojętność.
Opinia Bashara odebrała Dantemu spokojny, chłodny rezon. Nie spodziewał się, by takie mniemanie miał o nim lekarz, w dodatku zawierające w sobie tyle dobrego.
— Przyznaję, że nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób…
— Mi jest ciężko patrzeć inaczej, gdy codziennie mam przyjemność doceniać twe skarby, panie.
Lekki uśmiech zakradł się w kąciki ust hrabiego. Żaden z jego skarbów nie byłby wart choć połowy swej ceny, gdyby Bashar nie pragnął ich poznawać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz