Najgorsze było to, że Norbert nie krzyczał.
Ignis serio wolałby wrzask, nazwanie go skończonym debilem, trzaśnięcie drzwiami, ba, wolałby nawet rzucenie w niego czymś ciężkim. Cokolwiek gorącego, co dałoby się złapać i odrzucić z powrotem. Ale nie. Norbert stał pośrodku studia z telefonem w dłoni, twarzą spokojniejszą niż głaz narzutowy, i czytał im na głos tytuły – jeden po drugim, bez pauzy, bez zająknięcia, obojętnym tonem, jakby czytał nudny wyrok.
Zdjęcie z parkingu. Dante obłapiający go płetwami, jego własna spalona gęba odwrócona w pół-okrzyku, który w kadrze wyglądał jak coś zupełnie innego. Gdzieś tam pod spodem, drobnym drukiem, w osobnej ramce, informacja o zbiórce na onkologię dziecięcą – zepchnięta tak nisko, tak daleko, że trzeba było jej szukać. Dzieciaki przyklejone do szyb, te małe, walczące serca, dla których grał dwa razy mocniej – wszystko to zniknęło. Został pierdolony ship.
— Mówiłem. — Norbert wypowiadał kolejne zdania, stawiał pogrubioną kropkę na końcu każdego. — Punkt czwarty. Najważniejszy. Powtórzyłem go wam trzy razy. Patrzyłem wam przy tym w oczy.
Ignis otworzył usta, żeby coś rzucić – cokolwiek, odruch, nawyk – jednak ten jeden raz żaden dźwięk się z nich nie wydobył. Norbert miał rację. Miał rację w każdym cholernym punkcie, od pierwszego do ostatniego, miał rację tamtego dnia na kanapie i miał rację teraz, a Ignis, który odkąd zaczął żyć, potrafił znaleźć kontrę na wszystko, pierwszy raz od dawna siedział z pustymi rękami. Nie dało się być wkurwionym na Norberta. Został tylko on sam.
— Ty. — Manager odwrócił się do Dantego, i w jego spokoju pojawiła się rysa. — Ty w ogóle masz nie myśleć o pokazywaniu się tutaj. Jeszcze raz zobaczę twoje obcasy w tym studiu, a wylecisz przez balkon, i wierz mi, że nie będę sprawdzał, które piętro. Nie spotykacie się. Żaden z was nie dzwoni, nie pisze, nie wpada „tylko na chwilę”. Zero. Dopóki to wszystko się nie uspokoi. Dopóki ja tego nie wyprostuję.
Ignis czekał, aż coś w nim zaprotestuje. Ktokolwiek próbował mu powiedzieć, z kim ma przestawać, dostawał na mordę jego najtwardszym „spierdalaj”, okraszonym bardzo wymownym środkowym palcem. Nikt nie mówił mu, co ma robić – no może pan Macleod mógł to od czasu do czasu robić, ale tylko dlatego, że jeśli już to robił, zostawiał jedynie sugestie, i ani razu się nie pomylił – ale cała reszta uzyskiwała taki sam skutek, jak gdyby próbowała gasić ogień olejem.
Teraz zaś patrzył na te wszystkie tytuły, na dzieciaki zepchnięte pod linię zdjęcia, na własną twarz obróconą w dowód czegoś, co po prostu nie istniało, i czuł jedynie zimną pustkę. Zakaz nie wychodził z czyjegoś widzimisię. Wychodził z tego, co sami narobili i co koncertowo spierdolili.
Dante nawet się za bardzo nie odzywał i to też było nie tak. Rzucił tylko jedno zmęczone „Jasne, Norbert. Przepraszam, Norbert”, zebrał się i wyszedł, obcasy wybiły swój rytm po raz ostatni, a drzwi zamknęły się za nim cicho, niemal bezszelestnie.
Ignis został na kanapie, wpatrzony w to miejsce, gdzie przed chwilą stały czarne kozaki, i poczuł pierwszy chłodny przeciąg czegoś, czego jeszcze nie potrafił nazwać.
Następne dni Mopsik spędził, przepisując im życie na nowo.
Bo ship to było, kurwa, za mało. Jedno zdjęcie z parkingu wystarczyłoby na dzień, dwa, a oni potrzebowali tygodni, więc zrobili z tego sagę. „To nie wczoraj się zaczęło” – ćwierkał nagłówek nad zdjęciem sprzed roku. I nagle wszystko stawało się dowodem. Tamto wyjście do baru, gdzie Karp z Ignisem spili się tak, że Raam wlókł ich do taksówki na własnym grzbiecie – „czuła opieka”. Góry, gdzie syren jebnął jak długi na pierwszym kilometrze szlaku i klął na całą dolinę – „romantyczna eskapada we dwoje” (reszta zespołu taktycznie wycięta). Karaoke, gdzie obaj darli się tak, że barman groził policją – „pierwszy wspólny występ zakochanych”.
Ignis czytał to i czuł, jak coś mu się przewraca w środku. Nie chodziło o kłamstwo, bo do tego był przyzwyczajony – wcześniej Mopsik odpierdalał niesamowity szajs, gdy chodziło o niego i Seymoura. Bolało go dlatego, że brali na warsztat prawdę. Każdy z tych wieczorów był prawdziwy, każdy był ich, należał do niego i do tego wkurwiającego śledzia, i był dokładnie tym, czym był – dwójką gości, którzy z początku chcieli się nawzajem utopić w morzu albo wrzucić w ogień, a potem jakimś cudem nie dało się rozkręcić prawilnej imprezy bez tego drugiego. I ten przeklęty Mopsik brał te wieczory, jeden po drugim, zdzierał z nich prawdziwą barwę i malował na szkicu własną, lepką i tłustą.
Ciekawe, że nikt, ani jeden z tych pismaków, nie zająknął się słowem o Basharze. O tym, że Karp miał kogoś, kogo kochał naprawdę, kogoś stałego i spokojnego, z którym mieszkał i nie było godziny, żeby o nim nie pierdolił. Prawdziwa osoba, prawdziwe uczucie – wymazane jednym pociągnięciem, bo nie pasowało do bajeczki. Zastąpione obrzydliwą fantazją. Ignis nie wiedział nawet, co go w tym bardziej wkurwiało: że okłamują świat, czy że robią to tak niechlujnie, że prawda nawet im nie zawadza.
Studio bez Karpia było jakieś nie takie.
Trudno było powiedzieć, co dokładnie nie pasowało, bo przecież nic się nie zmieniło – te same ściany, ten sam sprzęt, ta sama ekipa. A jednak wszystko grało o pół tonu obok. Nikt nie wparowywał w połowie próby albo nagrywek z tym swoim wkurwiającym półuśmiechem, pierdoląc trzy po trzy, że akurat był w okolicy i monstrualnie się nudził, więc postanowił sprawdzić, czy Zapałka dał radę założyć tego dnia skarpetki do pary. Nikt nie czepiał się, że Ignis znowu ma koszulę do wyrzucenia i że wygląda jak coś, co kot przywlókł prosto ze śmietnika. Nikt nie siadał za blisko tylko po to, żeby było czuć, jak śmierdzi rybą i oceanem.
Ignis chodził po swoim własnym studiu jak po cudzym mieszkaniu. Czepiał się Raama o głośność, czepiał się Arietha o nic, warknął na Seymoura tak, że nawet Ioannis podniósł głowę. Zespół znosił go cierpliwie, bo nie trzeba było tego unikalnego, muzycznego słuchu któregokolwiek z nich, by usłyszeć, co się z nim działo. Ale żaden z nich nie powiedział tego głośno, i dobrze, bo gdyby powiedzieli, Ignis musiałby zaprzeczyć, a nie miał w sobie tyle kłamstwa.
To nie było tak, że za czymś konkretnym tęsknił, czegoś konkretnego mu brakowało, coś potrafił nazwać. To było gorsze – tęsknił za wszystkim naraz, za drobiazgami tak głupimi, że wstyd się przyznać. Za tym, jak Karp kaleczył akordy swoimi niezgrabnymi płetwami, wyklinając struny, i jego samego wraz z całym gatunkiem muzyków jako takim. Za workiem, za otartymi knykciami, za tymi rzadkimi momentami, kiedy syren mówił, że do czegoś jednak te wydelikacone rączki muzyka i przepalone fajkami płuca się nadają. Za siedzeniem na dupie. Zwykłym, głupim siedzeniem obok, bez wielkiego planu, bez zadań do wykonania, planów do omówienia, tak po prostu, bez niczego.
Sięgnął po gitarę, jak zawsze, gdy słów było za mało. Uderzył w struny i zamknął oczy – i zamiast spokoju przyszedł kolor obcy niczym wyrzut. Ciepło obwiedzione szarością, tą samą tłustą szarością druku, która oblazła całe jego życie. Grał niespokojną, poszarpaną rzecz, bez ładu, bez refrenu – a ona i tak zdradziecko zbaczała w rytm wyimaginowanych historii, w kadencję czegoś, co nigdy nie istniało.
Przestał w pół taktu, odłożył gitarę.
— Zaraz mnie popierdoli — burknął do nikogo konkretnego.
Cisza smakowała tak, jak to, czego przysiągł nigdy nie zrobić. Jak zgięty kark. Jak zatańczenie tak, jak mu zagrali.
Nie zadzwonił. Nie napisał. Dotrzymał słowa, bo tym razem słowo było słuszne, a Norbert miał rację, i Dante był tam, gdzie powinien, i wszystko było dokładnie tak, jak według planu być powinno.
Było mu z tym podle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz