Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

30 października 2026

Od Eirika - Halloween, This house kinda likes you... (I)

— Nie świruj, dobra?
— Nie podoba mi się, że tak zaczynasz tę rozmowę — Nivan rzucił mi jedno z tych spojrzeń znad kubka z poranną kawą. Jasno pytające ,,coś znowu nawymyślał?”. Potarłem tatuaż na karku, śmiejąc się nerwowo.
— Znalazłeś niezłą żyłę złota, co się czaisz? — Sag w kociej postaci przysiadł na stole przed czerwonowłosym. Mężczyzna, widząc to, zmarszczył brwi i mało delikatnie strącił go na podłogę. — Ej! Szacunku trochę!
— Zamilcz, bo dorośli rozmawiają — docisnął demona bosą stopą do podłogi. Nie mając za bardzo innej opcji, Maxiu grzecznie schował się w cienie, chociaż mamrotał przy tym pod nosem, jak wielce oburzony jest takim traktowaniem. — No? To o co mam nie świrować?
Opowiedziałem mu. O tym niezwykle uprzejmym badaczu, jak to sam się określił, zjawisk paranormalnych. O pewnym starym domu na wzgórzu, opuszczonym od lat, bo sąsiedzi z odległej wioski twierdzili, że tam straszy. Że złe duchy zabijają każdego, kto się do niego zbliży, ale dowodów co do tego nigdy nie znaleziono. Owy badacz bardzo chciał zorganizować ekipę osób niewierzących w jakieś dziwne przesądy i niczym niepotwierdzone plotki, żeby przez jakiś czas pomieszkały w tym domu. Zamierzał sowicie wynagrodzić śmiałków, miał przeznaczoną na ten cel sporą sumkę, do podziału na grupę. Do tej pory nie znalazł nikogo, więc…
Potrzebowałem kasy, tak?
— Ty to masz faktycznie zawsze niesamowite pomysły — mniej więcej od połowy mojej historii Nivan siedział, podpierając czoło dłonią i patrząc na mnie z byka. Zakołysałem się na piętach, patrząc gdzieś w bok, w ten szpetny obraz na ścianie, co go tam Emily powiesiła tydzień wcześniej. Byle nie złapać tego jego załamanego mną spojrzenia. — Jak tak desperacko potrzebujesz pieniędzy, to przecież ci pożyczę.
— Ale przecież ogarnąłem, tak? Może nie mogę znaleźć stałej pracy, ale takie drobne zlecenie nie będzie problemem. Jak coś faktycznie tam straszy, to mam spore szanse na przegonienie tego tylko tym, że wejdę do środka. Co by to nie było, wyczuje Saga i spierdoli. Zobaczysz — logiczna argumentacja, prawda? Prawda?
— Przedstawiłeś to przed chwilą, jakbyś miał tam z miesiąc spędzić.
— Boo… Mam obserwować, co nie? Przez jakiś czas. I zdawać raporty, co się dzieje — wróciłem spojrzeniem do Nivana i natychmiast tego pożałowałem. Mordował mnie wzrokiem. — Ale to nie będzie żaden problem przecież, jak duchy spierdolą! I patrz, będziesz miał mnie z głowy na co najmniej miesiąc, Emily się ucieszy, że nie będę wam w końcu przeszkadzał…
— Nie przeszkadzasz — Nivan uciął moją argumentację, zanim zdążyłem się rozkręcić. A miałem naprawdę dobre argumenty w zapasie! — Zrezygnuj. Będziesz potem tego żałował, zobaczysz. Nie mieszkając w nawiedzonym domu masz wystarczająco dużo problemów z duchami, a jeszcze chcesz sobie dojebać.
I tutaj się zaczynały schody, booo… Już się zgodziłem. Podpisałem nawet umowę, gościu zdecydowanie był w desperacji, chyba dużo osób mu naobiecywało, a potem wycofało się cichaczem od tej roboty. Powiedzieć to po prostu Nivanowi? Mogłem, ale… No znałem go już trochę, widziałem, że jeszcze jedno nierozważne słowo i przyjacielowi się uleje…
— Za późno, już się zgodził i to chyba nieodwoływalne — głos z cieni pod stołem. Sag, skurwielu.
Mina Nivana, gdy to usłyszał była nie do podrobienia, serio…



— Nie musisz iść ze mną.
— Muszę — przyjaciel poprawił sportową torbę na ramieniu. Nie patrzył na mnie, w ogóle od tamtego dnia, kiedy opowiedziałem mu o zleceniu, całym sobą na każdym kroku demonstrował mi, że jest wkurwiony… A jednak poszedł ze mną. Pytał Emily, czy też chce dołączyć, ale wolała mieć mieszkanie Nivana dla siebie na czas, jaki będziemy musieli spędzić w tym starym domostwie. W sumie jej się nie dziwiłem, znając ją, już dzisiejszego wieczoru rozpocznie organizowanie tam maratonu imprez, na które Nivan generalnie się nie zgadzał. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal… Podobno.
Może powinienem był skłamać, powiedzieć, że wyprowadzam się, bo znalazłem w końcu własne mieszkanie. I że będę bardzo zajęty przez jakiś czas, przez co nie będę miał czasu na spotkania aż tak często, jak do tej pory. Umowa zakładała, że będę spędzał w środku budynku jak najwięcej czasu, zapłata była na tyle atrakcyjna, że zdecydowanie mogłem pozwolić sobie na tymczasowe porzucenie prób znalezienia nowej pracy… Ale to też ostatecznie sprawiło, że zdecydowałem się powiedzieć o wszystkim przyjacielowi, u którego pomieszkiwałem. Chciałem być wobec niego fair, nie kręcić ani nic… Jako podziękowanie za gościnę.
Idąc krętą ścieżką w górę zbocza, prosto ku naszemu domu na najbliższe kilka tygodni, zaczynałem mieć jakieś dziwne wrażenie, że lepszą opcją było jednak skłamać i nie wciągać go w to wszystko.
Teraz już trochę za późno na takie przemyślenia.
Nie jesteśmy sami, u progu wita nas jakiś chłopak, co chyba ledwo osiągnął pełnoletniość. Siedział na drewnianych schodkach ganku i palił papierosa. Spojrzał na nas, minę miał bez wyrazu.
— Cześć? — zagadnąłem, widząc, że Nivan dalej ma focha. Stał krok za mną, z rękami założonymi na piersi, mierzył chłopaka spojrzeniem.  — Też od pana Hieronima?
Zgasił peta o schodek, burknął coś potwierdzająco i wszedł do środka, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Popatrzyłem na Nivana, nie ruszył się, patrzył gdzieś w bok, nie na mnie. Ech… Miałem przejebane.
Weszliśmy do środka, rozejrzeliśmy po budynku. Dom, jak dom — stary, zaniedbany, ze szpetną boazerią pokrywającą ściany w holu i przy schodach na górę. W ogóle dużo tu było drewnianych aspektów. Brudnych, drewnianych akcentów.
— Mogli chociaż trochę tu posprzątać, zanim pozapraszali ludzi — burknąłem pod nosem. Nivan wciąż milczał, moja uwaga spotkała się więc z niezręczną ciszą. Powstrzymałem się od bezsilnego przejechania dłonią po twarzy.
— O, nowi? — z jednych z drzwi odchodzących od przestronnego holu wyłoniła się czyjaś ruda czupryna. — Cześć! Chodźcie, chodźcie, będziemy szykować kolację! — dziewczyna była chyba w podobnym wieku, co tamten chłopak wcześniej. Promieniowały z niej optymizm i nieskrywana ekscytacja całą tą sytuacją. Aż poczułem ukłucie zazdrości na tak lekkie podejście do tego tematu… Chociaż podejrzewam, że miałbym podobne, gdyby nie snujący się za mną, czerwonowłosy wielkolud. Pan Maruda. Niszczyciel dobrej zabawy i uśmiechów dzieci…
Jak się okazało, te drzwi po lewej prowadziły do kuchni, a z kuchni przejściem pod ładnie rzeźbionym, a jakże, drewnianym łukiem, można było przejść do jadalni. Hebanowy czarny, długi, prostokątny stół zajmował większość pomieszczenia, dając możliwość jednoczesnego konsumowania posiłków dla mniej więcej dwunastu osób.
Nas było jedenaścioro, jak tak na szybko przeliczyłem.
Przedstawiliśmy się sobie pobieżnie. Starałem się zapamiętać imiona wszystkich też za Nivana, bo byłem pewny, że większości zapomniał w tym samym momencie, w którym je usłyszał. Taki to już z niego był facet — aż do porzygu uprzejmy, a jednak zapominalski, szczególnie gdy chodziło o takie rzeczy. Poza tym widziałem, że był w złym humorze. Starałem się brać na siebie większość small talków, jakie się wywiązywały w towarzystwie. Każdy chciał dowiedzieć się czegoś o pozostałych, zorientować się, jaki cel przyświecał temu zacnemu pomysłowi, by na miesiąc przeprowadzić się do domu, w którym podobno straszy.
Nivan szybko się rozkręcił, zupełnie bez problemu rozmawiał ze wszystkimi i na dość losowe tematy… Jak optymalnie przygotować szarpaną wieprzowinę? Co? Gdy zapytałem go, czy zrobi nam ją któregoś dnia na obiad, zignorował mnie zupełnie. Aha. Okej. Dalej foch. Zanotowałem.
Przez to jawnie obrażone zachowanie Nivana nawet nie zwróciłem uwagi na to, że odkąd przekroczyliśmy próg tego domu, Sag był jakoś dziwnie milczący…



Dziwne rzeczy zaczęły się dziać w zasadzie pierwszej nocy. Jeszcze tylko nie załapałem wtedy, że to są w istocie dziwne rzeczy, a nie moje urojenia.
Spodziewałem się jakiejś imprezy tej pierwszej nocy, ale się przeliczyłem. W zasadzie całe towarzystwo poszło spać równo o 22:00, jak przykładni obywatele wstający rano do pracy. Zostałem więc w salonie sam, za towarzystwo mając telewizor z wątłym repertuarem dostępnych kanałów. Rzuciłem co prawda błagalne spojrzenie Nivanowi, jak zbierał się wraz z resztą do spania, żeby ze mną jeszcze posiedział, ale przyjaciel powiedział tylko, że jest zmęczony i idzie spać. Dzieliliśmy sypialnię na piętrze, pierwszą po lewo, zaraz u szczytu schodów. Uparłem się na nią, żeby nie musieć chodzić na paluszkach w nocy, gdybym jak zwykle nie mógł spać. Przejście w środku nocy całą długością korytarza, uważając na skrzypiące deski podłogowe, byłoby upierdliwe, a tak to raz dwa i mogłem szybko wślizgnąć się do środka, nie przeszkadzając nikomu.
Zacząłem słyszeć jakieś głosy, jak tylko zrobiło się cicho, ale nie było to nic niezwykłego. Niezrozumiałe słowa, dochodzące ni to spod podłogi, ni z jakiegoś miejsca za mną. Zarzuciłem stopy na podłokietnik kanapy, nie było tu poduszek, więc oparłem głowę na własnym przedramieniu i bez zaangażowania wgapiałem się w ekran. Będę musiał jutro przytarabanić tu laptopa i pokombinować, jak go podłączyć, bo same nudy w tej kablówce.
Chrobot. Zmarszczyłem brwi, zerknąłem pod kanapę, bo to zdecydowanie stamtąd rozbrzmiał ten dźwięk. Skądinąd, raczej dość znajomy.
— Sag? Co robisz? — rzuciłem w eter, pewny, że demon wlazł pod mebel, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo po co, jak zawsze.
Jednak znajomej, cienistej postaci demona, tam nie było. Nie było tam z resztą także nic innego. Uznałem więc, że musiało mi się przesłyszeć, aczkolwiek…
Nagle odpowiednie dyngsy w głowie wskoczyły na swoje miejsce i olśniło mnie, że już od kilku godzin ani razu nie usłyszałem ani nie zobaczyłem, nawet kątem oka, demona. Sytuacja zdecydowanie niecodzienna… Więcej — niespotykana. Nie potrafiłem przypomnieć sobie dnia, gdzie choćby przez pół godziny ta przeklęta gadzina nie truła mi o coś dupy.
— Sag?
Dalej cisza, ni śladu demona. Wstałem, wyłączyłem telewizor, bo te szepty zdawały się nabierać na intensywności, co w ciemności pomieszczenia nierozświetlanej przez żadne światło z zewnątrz było dość niepokojące. Jednak włamywacze? Coś stuknęło, dźwięk dobiegał, zdaje się, z okolicy kuchni, znajdującej się po przeciwnej stronie holu, niż ten salon. Wyjąłem telefon i odpaliłem w nim latarkę, żeby nie łazić w zupełnej ciemności. Zapalić górne światło? Tacy mądrzy jesteście? Ciekawe, czy sami byście o tym w takiej sytuacji pomyśleli, phi. Powoli stawiając kroki, ruszyłem w tamtą stronę. Dopiero, gdy stanąłem przy wejściu do kuchni, zdałem sobie sprawę, że w sumie nie wiem, co miałbym zrobić, gdyby to faktycznie był jakiś włamywacz…
Ciemność kuchni rozświetlało jakieś delikatne światło. Patrzyłem przez chwilę na pasmo jasności na podłodze. Wziąłem głęboki wdech i gwałtownie wychynąłem zza winkla, świecąc prosto w stronę, z której, zdaje się, dobiegało stukanie.
— Ej, nie po oczach!
— Och. Yohan. Wybacz — opuściłem telefon, gdy moim oczom ukazała się znajoma twarz. Wyłączyłem latarkę. Ciemnowłosy, wysoki i smukły mężczyzna stał przy otwartej lodówce, oświetlany wyłącznie jej światłem. W ręce trzymał nadgryzioną parówkę. — Myślałem, że ktoś się nam włamał.
— Na tym wypizdowiu? — mężczyzna prychnął. Kliknąłem włącznik światła, nagle ogarniając, że to dosyć dziwna sytuacja, tak stać w ciemności… Skoro obydwoje nie spaliśmy, to równie dobrze mogliśmy postać w świetle. Jak tak patrzyłem na niego, jak je, to aż sam zrobiłem się głodny…
— Nigdy nie wiesz, jakie zwyrole błąkają się po lasach — wzruszyłem ramionami.
Moje słowa nie zdążyły jeszcze do końca wybrzmieć, a znowu usłyszałem to chrobotanie. I cichy śmiech, jakby dziecka, dobiegający mniej więcej stamtąd, skąd przed chwilą przyszedłem. Doświadczony w udawaniu, że wcale nie słyszę rzeczy, których inni nie słyszą, nie obejrzałem się za siebie. Jednak… Zrobił to Yohan.
— Oglądasz coś? — zapytał, biorąc kolejny kęs parówki. Zamrugałem powoli, nie łapiąc, o czym mówi. — Ten śmiech. To z telewizji?
Co kurwa?
Jednak obejrzałem się za siebie. Ciemność większej części korytarza i teoretycznie widocznego z miejsca, w którym stałem, salonu, zdawała się jeszcze większa przy zapalonym w kuchni świetle. Nie widziałem dosłownie nic, ale jednego byłem pewny — przed chwilą wyłączyłem telewizor. Cokolwiek więc Yohan słyszał…
— Słyszysz duchy czy coś? — zagaiłem, starając się brzmieć beztrosko. Wróciłem spojrzeniem do mężczyzny, władował resztę parówki na raz do ust i teraz przeżuwał. Jego wzrok jasno mówił, że ma mnie za debila. Heh, nie on pierwszy, nie ostatni…
— Nie. I duchy to chyba na cmentarzach mieszkają, a nie w opuszczonych domach — powiedział po chwili milczenia, gdy przełknął jedzenie.
— Może ktoś tu umarł i jednak ten dom jest nawiedzony?
— Dajże spokój — ruszył w moją stronę, a mijając mnie, szturchnął ramieniem. Rzuciłem mu mordercze spojrzenie. No i na chuj ta popisówa? — Sugeruję mniej palić tego czegoś, czym cuchniesz, bo ci ryje banię.
— To nie ja słyszę głosy, których nie ma — burknąłem, czym ewidentnie go rozbawiłem, bo w ciemności korytarza rozległ się jego śmiech.
— Obydwoje wiemy, że też to słyszałeś. I nie pierdol o jakiś duchach, telewizor jest włączony.
Powoli powędrowałem wzrokiem ku wejściu do salonu. Ekran urządzenia świecił się jasno, wyświetlał obraz bawiących się dzieci. Poczułem przechodzący po karku dreszcz, a coś, nazwijmy to przeczuciem, mówiło mi, że nie powinienem tam wchodzić. Stałem więc jak słup, nieruchomo, wpatrzony w cyfrowy obraz, jak ubrane w letnie sukienki dziewczynki budują na plaży zamek z piasku. Nucona przez nie melodia brzmiała dziwnie znajomo…
Raz i dwa, raz i dwa
pewna pani miała psa…
Żarówka w kuchni zamrugała, moje ciało owiał dziwny chłód, aż zadrżałem. Nie mogłem oderwać wzroku od telewizora. Wyłączyłem go przecież. Byłem pewny, że go wyłączyłem. Na pewno, na sto procent…
Ekran zgasł. Prawie podskoczyłem, tak nagłe to było. Nagle spanikowany, odpaliłem latarkę w telefonie, szybko zgasiłem światło w kuchni i ruszyłem biegiem na górę. Co chwilę odwracałem się w kierunku salonu. To nie było normalne, kurwa. Nikogo tam…
…nie było?
Ciemna sylwetka przy drzwiach wejściowych. Zauważyłem ją, jak już wbiegłem na górę, przeskakując po kilka stopni, i jak debil zamiast po prostu wejść do pokoju, to raz jeszcze się obejrzałem. Logiczna część mózgu mówiła mi, że to na pewno Yohan albo ktoś jeszcze uznał, że przejdzie się po nocną przekąskę… Jednak instynkt, który pozwolił mi przetrwać do tej pory w moim pełnym różnorakich przebojów życiu, kazał mi spierdalać stamtąd w te pędy.
Wpadłem do pokoju, ciężko oddychając, choć tak krótki sprint nie powinien tak mnie zmęczyć. Zamknąłem za sobą drzwi i oparłem się o nie plecami, wzrokiem objąłem pokój, upewniając się, że Nivan jest w środku. Spał na swoim łóżku, twarzą zwrócony do ściany. Dość słabe dziś światło księżyca wpadające przez okno objęło akurat go swoją chłodną barwą. Wyglądał tak bezbronnie, jak spał…
Gdy się kładłem, nie potrzebując do poruszania się po pokoju w zasadzie żadnego dodatkowego światła, przypomniałem sobie te nieprzebrane ciemności jeszcze przed chwilą… I coś zdecydowanie mi się w całej tej sytuacji nie sumowało.
Tak samo jak to, że nie słyszałem już żadnych głosów i zupełnie bez problemu naprawdę krótko później zasnąłem.



Gdy wszyscy obudziliśmy się rano i zeszliśmy na śniadanie… Przekonaliśmy się, że już nie jedno, a dwa miejsca przy stole w jadalni są wolne.
— Ej, Matt, nie byliście w jednym pokoju z Lizie? Nie wstała? — Ted, barczysty blondyn, szturchnął siedzącego koło niego piegowatego, rudego chłopaka w okularach. Partner tej rudej dziewczyny, Elizabeth, która tak wesoło powitała mnie i Nivana.
— Ja… Myślałem, że wstała pierwsza… — mówił cicho. Patrzył w stół. Po napięciu jego ramion, nerwowym splataniu i rozplataniu palców nietrudno było stwierdzić, że był przerażony.
Lizie nigdzie nie było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz