Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

30 października 2026

Od Nivana - Halloween, This house kinda likes you... (II)

Nivan nie był ogromnym fanem wszelkiego rodzaju wydarzeń paranormalnych. Jeśli tylko cokolwiek takiego widział, to niemalże od razu zawracał i gnał przed siebie. Nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Wiedział, że w każdej historii jest ziarnko prawdy. Nie lubił słuchać takich historii, podcastów, a jeszcze bardziej: brać w czymś takim udział. To nie były jego klimaty. Jednak w momencie, gdy Eirik przyjął taką propozycję za pieniądze, to… miałby go zostawić samego sobie? To było absurdalnie nieodpowiedzialne. Eirik sam w sobie jest nieodpowiedzialny, a puszczanie go samego do czegoś takiego zwiastowało jedynie kłopoty.
Co, jeśli tam pójdzie i nigdy nie wróci?
Co, jeśli skrywa się tam coś bardziej przerażającego niż to, co mówił badacz?
Co, jeśli, to była podpucha?
Co, jeśli ten badacz był jakąś iluzją demona, aby ściągnąć jak najwięcej osób do tego domu, aby mieć się czym pożywić? 
Co, jeśli…
Tyle pytań, a odpowiedzi wciąż brak. 
Nivan zdecydował się towarzyszyć przyjacielowi tylko dlatego, aby mieć pewność, że wyjdzie z tego cały i zdrowy. Czerwonowłosy był niezadowolony z całej tej sytuacji, w której obecnie się znalazł. Jednak myśl, że miałby powiedzieć Eirikowi, aby sam brał w czymś takim udział… nie, nie było takiej opcji. Emily za to nawet nie zastanawiała się nad tym, od razu powiedziała, że woli zostać w domu. Stwierdziła, że ona to woli swoje cztery ściany niż przebywać w jakimś starym, spróchniałym domku na wzgórzu. 
Kiedy tylko dotarli na miejsce, Nivan coraz bardziej żałował, że w to się wszystko wplątał. Domek, choć z pozoru wydawał się normalny, to energia, która z niego płynęła, wywoływała dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Chociaż dookoła wydawało się, że wszystko jest normalne, tak trawa wokół domu wyglądała na zwiędłą i zaniedbaną. Momentalnie trawnik zmienił swój kolor z zielonego na czerwony. Zamrugał, a trawa znowu miała swoją naturalną barwę. Pokręcił głową, stwierdzając, że na pewno mu się to przewidziało. To na pewno tylko jego bujna wyobraźnia… prawda? Prawda?
Szedł po schodach, dokładnie patrząc pod nogi, czy przypadkiem zniszczone w niektórych miejscach drewno, nie zapadnie się od nacisku. Wszystko na pozór wyglądało ładnie, ale pod tą płachtą skrywało się coś, co tylko martwiło czerwonowłosego.
W środku wszystko wyglądało na stare, ale zadbane i w dobrym stanie. A przynajmniej z wierzchu. Każdy krok po drewnianej podłodze był doskonale słyszalny. Im mocniejszy był nacisk, tym podłoga głośnej skrzypiała, jakby błagała, aby po niej chodzić delikatnie, a najlepiej wcale. Stare meble wyglądały, jakby nigdy nie były stąd zabierane, a jednak wydawały się eleganckie, ładne i idealnie wysprzątane… przykuwały uwagę. Całe wnętrze wydawało się pozornie przytulne, jakby miało być ostoją spokoju. Jednak Nivan nie potrafił o tym miejscu myśleć w tak pozytywny sposób. Coś mu ciągle nie odpowiadało, a aura domku z każdą minutą stawała się coraz bardziej intensywna, jakby próbowała osaczyć Dixona.
Dlatego też skupił się na wszystkim innym, aby przestać myśleć o tym, w jakim miejscu się znajduje. Jakby podświadomość kazała mu nie myśleć o tym, że jest ciągle obserwowany i to nie przez towarzystwo, które widział. 
Sytuacja robiła się bardziej niekomfortowa, gdy przy każdym, kolejnym dniu w domu robiło się coraz dziwniej i chłodniej. Choć w kominku ciągle było rozpalane drewno, którego było pod dostatkiem, to z każdym kolejnym pieńkiem, który Nivan wrzucał do kominka, czuł, jakby te rąbki drewna były wilgotne. Leżały w miejscu, w którym było sucho. Nikt tam niczego nie rozlał, a co więcej, nie mogło to przecież zwilgotnieć w zamkniętej, suchej przestrzeni. Jakby to chociaż było przy oknie, a nie w zamkniętym, szczelnym kantorku. Dlaczego to było, kurwa, wilgotne? Przecież wszystkie poprzednie pieńki były suche, a teraz nagle kolejne już nie są? To nie miało sensu. O co w tym wszystkim chodziło?
Kiedy Nivan tak przykucał i wpatrywał się w palące się drewno w kominku, nagle poczuł zimną dłoń na ramieniu. Wzdrygnął się i zerknął na osobę, którą, jak okazał się, był Eirik. Odetchnął z ulgą, spuszczając głowę na dół. 
— Myślisz, że Lizie gdzieś wyszła? — zapytał czarnowłosy, na co Niv odchylił głowę do tyłu, aby spojrzeć na przyjaciela z dołu. 
— Nie wiem. Może uciekła? — odpowiedział, nie do końca samemu wierząc w to, co mówił. Poprzedniego dnia ich przywitała, była radosna, nic nie wskazywało, aby miała podjąć tak nagłą decyzję. — Albo… nie wiem. Dziwne to. 
— Nie wydaje mi się, żeby tak nagle miała zniknąć. Ludzie przecież nie wyparowują — mruknął Skugge, drapiąc się po karku lewą ręką, a prawą zacisnął na ramieniu przyjaciela. — Zauważyłeś coś dziwnego? Coś słyszałeś? 
— Totalnie nic. Wszystko wydaje się… normalne. Tak jakby.
— Tak jakby? — Eirik przechylił głowę na bok, doszukując się odpowiedzi na twarzy czerwonowłosego.
— Mam wrażenie, że aura domku i tych wszystkich mebli… jest dziwna, po prostu. Może to tylko moja wyobraźnia.
Kiedy Eirik już chciał coś powiedzieć, to nagle włączył się telewizor. 
trzy i cztery, trzy i cztery, 
pies ten dziwne miał maniery.
Pięć i sześć, pięć i sześć, 
wcale lodów nie chciał jeść.
Dziwna rymowanka wybrzmiała z telewizji, którą nuciły dwie dziewczynki, budujące zamek z piasku. 
Jednak nikogo w salonie nie było. Mężczyźni spojrzeli po sobie, a pierwsze krople potu pojawiły się na czole Nivana. O co chodziło?
Kiedy Eirik podszedł do fotela, odetchnął z ulgą.
— To tylko Sag — oznajmił, a Niv również odetchnął z ulgą i wyprostował się, aby podejść do dwójki.
Jednak, jak spojrzał na kocią wersję demona, to miał wrażenie, że coś tutaj nie pasuje. Nie odzywał się, jego oczy były jeszcze bardziej czarne, a futro wydawało się, jakby było wysmarowane smołą. Coś zdecydowanie było tutaj nie tak. Kiedy wyciągnął dłoń w kierunku demona, ten nastroszył się i schował się w cieniu, a po jego łapach na pilocie zostały dwie czarne plamy. 
— To normalne? — spytał Nivan, wskazując na przedmiot, zwracając uwagę Eirika.
— Nie… nigdy nie zostawiał po sobie śladów. Zawsze był… uważny? Nie wiem, pierwszy raz go widzę, odkąd tutaj przyszliśmy. Wczoraj przez cały dzień się nie pojawiał. 
— Kto się nie pojawiał? — pytanie Yohana zaskoczyło dwójkę, którzy spojrzeli po sobie.
— Pan Hieronim, a kto? — szybko odpowiedział Skugge, biorąc pilota do ręki, aby przełączyć program w telewizji, jednocześnie wycierając ślady po Sagu. — Myślałem, że wpadnie w jakiś dzień. 
— Ach. Co ty — Yohan odwrócił się na pięcie i skierował do kuchni. — Nie ma co liczyć. On tylko szuka ludzi, żeby zbadali za niego ten dom. Z zakupami też już dawno nie przyjeżdżał. Dlatego musimy sami jeździć albo zamawiać coś. Chociaż ciężko o dowóz, trzeba dać solidny napiwek, bo nikt się w tę okolicę nie zapuszcza. I się nawet nie dziwię. Sam za psie pieniądze bym tutaj nie przyjechał.
Dziwne skrzypienie dobiegło z przedpokoju, dlatego też Nivan się wychylił, gdzie zobaczył Matta, który siłował się z drzwiami. Wyglądało to dość dziwnie od boku. Dlaczego drzwi nie potrafił otworzyć? Wystarczyło przecież przekręcić zamek w drzwiach. Jednak po dłuższym przyglądaniu się, Niv dostrzegł czarną smugę, która dociskała drzwi, które tak bardzo rudowłosy próbował otworzyć. Przetarł szybko oczy, ale ta czarna smuga nie zniknęła. Odwrócił się do przyjaciela, którego już nie było. Eirik poszedł do kuchni, aby pomóc nakryć do stołu, bo już dochodziła dziewiętnasta. 
Nie no, na pewno ma zwidy, prawda? Tam przecież niczego nie było, prawda? 
Zastanawiał się, czy powinien podchodzić. Nie może zareagować, że coś zobaczył, bo jak… bo jak spojrzy na to coś i to coś zobaczy, że on go widzi, to przecież nie będzie miał spokoju. To się bardzo źle skończy. Już niejednokrotnie słyszał od Eirika słowa pokroju:
Jeśli widzę jakiegoś ducha, to go ignoruje i idę przed siebie. Jakby go tam nie było. Nie mogę pozwolić, żeby wiedział, że go widzę. Inaczej się uczepi. Tak samo jest z innymi zmorami. Nie możesz pokazać, że je widzisz, słyszysz, bo mogą próbować cię zabić. Dlatego najlepiej to ignorować i zachowywać się, jakby nic się nie wydarzyło. Jak coś jest głupie, a działa, to wcale nie jest głupie. Pamiętaj. 
Dlatego też zdecydował się zignorować tę czarną, paskudną smugę, z której ciecz skapywała na podłogę, tworząc coraz to większą plamę. Złapał za klamkę, na której była owinięta czarna, oleista smuga imitująca dłoń, pociągnął za to, otwierając drzwi na oścież. 
Przecież tam nic nie było, prawda?
— Proszę — powiedział, a Matt tylko spuścił głowę i czym prędzej wyszedł na dwór, aby zapalić papierosa. — Nie zamykam drzwi, żebyś nie miał problemu z wejściem. 
Podstawił cudzego buta, aby drzwi się nie zamknęły. Wpatrywał się w plecy mężczyzny, gdy nagle przed jego twarzą pojawiła się znowu ta czarna, niewyraźna wcześniej smuga. Teraz nabierała intensywności, gdy na dworze zachodziło słońce. Dziwne, niewyraźne linie powoli nabierały kształtów, aż nagle zaczęło się wykręcać, jakby próbując wywołać reakcję u czerwonowłosego. Stał niewzruszony, udając, że wpatruje się w plecy kolegi. Następnie odwrócił się i ruszył do kuchni, gdzie miał przygotować dzisiejszą kolację. Wszyscy nastawili się na domową pizzę, którą Niv obiecał zrobić. 
Kurwacotobyło.
Nivan nie potrafił określić, co widział. Czy był to duch, demon czy inna zmora. Było to okropne, a przede wszystkim obrzydliwe. Aurą pokrywało się z tym, co widział, odkąd tutaj wszedł. Wszystkie meble, podłoga, drewno emanowało właśnie tą aurą. To nie był zwykły nawiedzony dom przez jakieś duchy. To zdecydowanie musiał być jakiś cholernie silny demon. 
Starał się mimo wszystko udawać, że wszystko jest w porządku. Mimo że wewnętrznie czuł ogromny niepokój. Coraz bardziej skupiony był na nasłuchiwaniu odgłosów w domku, każde skrzypnięcie podłogi, niepokojące skrobanie w ścianach czy też szuranie na korytarzu. 
Nivanowi wcześniej zdarzyło się już zobaczyć jakiegoś ducha, ale raczej było to całkowicie przypadkowe. Teraz jednak miał wrażenie, że z każdym, kolejnym dniem to cholerstwo będzie nabierało coraz pewniejszych kształtów, aż w końcu będzie na tyle wyraźne, że coraz trudniej będzie mu się skupić i udawać, że tego nie widzi. Nie wiedział, jakim sposobem Eirik tyle lat dawał sobie z tym radę. Dla Nivana to już było zdecydowanie za dużo.
— Hej, Eirik, chodź tu — zawołał przyjaciela, gdy ten tylko znalazł chwilę na podjadanie sera z lodówki. — Nagrzałem blachę w piekarniku, weź ją i przystaw do blatu. Tylko nie dotykaj go, bo przypalimy blat, a nie są nam potrzebne wydatki. Tylko mocno trzymaj blachę, żeby nie spadła nam na podłogę!
Chociaż Skugge miał dwie lewe ręce do gotowania i szybciej spali cały dom, niż ugotuje głupi ryż, to jako pomocnik radził sobie w miarę dobrze. Nivan sprawnie przerzucił pizzę na blachę, a Eirik wsadził ją do piekarnika, nastawiając na kilka minut. Kiedy czerwonowłosy się odwrócił, trafił znowu na tę czarną, smolistą sylwetkę. Momentalnie odebrało mu dech w piersi. 
Siedem, osiem, siedem, osiem, 
wciąż o kości tylko prosił. 
Znowu usłyszał tę cholerną rymowankę, a telewizja była wyłączona. Nie znał jej! Dlaczego to słyszał?! Poczuł, jak robi mu się słabo, szybko podparł się o blat za sobą, zasłaniając twarz jedną ręką. 
Dziewięć, dziesięć, dziewięć, dziesięć, 
kto z was kości mu przyniesie?
Dziecięcy głos coraz mocniej wybrzmiewał w głowie mężczyzny. Nie znał tej rymowanki. Pierwszy raz ją usłyszał dzisiaj. Głos dziecięcy powoli stawał się bardziej zniekształcony, aż zamilkł.
— Nivan? Wszystko w porządku? — Eirik stanął przed przyjacielem, ściągając dłoń przyjaciela z jego twarzy. 
Czarna sylwetka zniknęła, rymowanka umilkła. Wszystko wydawało się takie, jak wcześniej. Żarówka w kuchni zaczęła intensywnie migać, aż nagle zapadła całkowita ciemność. Yohan głęboko westchnął, spoglądając na żarówkę.
— To już trzecia w tym tygodniu. Stare gówno. Idę po nową. 
Na szczęście Yohan szybko wymienił żarówkę, więc światło znowu rozświetliło kuchnię. Matt siedział przy stole, nerwowo bawiąc się swoimi palcami. Nawet Nivan nie zwrócił uwagi, że mężczyzna wrócił do domu. Szczerze? Myślał, że stąd ucieknie, skoro nadarzyła się ku temu okazja. Pytanie brzmiało, czy przypadkiem w tej umowie nie było jakiegoś haczyka… 
Dni upływały, a z każdym kolejnym w domku słychać było nowe, dziwne dźwięki. Po korytarzu ktoś chodził, słychać było drapanie pazurami po ścianach, aż nagle rozbrzmiał głuchy łomot w drzwi od sypialni przyjaciół. Nivan spojrzał na Eirika, który siedział i przeglądał coś w telefonie. Czarnowłosy niepewnie spojrzał w kierunku drzwi. Jednak żaden z nich nie miał odwagi wstać z łóżka. 
— W tym domu musiało coś obrzydliwego się wydarzyć — stwierdził Nivan, zakładając ręce za głowę. 
— Może. Bardziej zastanawia mnie, dlaczego Sag mnie unika. Nie reaguje na żadne imię, wołanie, a jak się pokaże, to zaraz znika w ciemnościach. I się nie odzywa. Zachowuje się jak nie on…
— Nie zauważyłeś, że jego sierść jest bardziej… smolista? A spojrzenie ma niepokojące… takie zdziczałe? — spytał Nivan, wpatrując się w sufit, na którym znowu pojawiła się inna, dziwna sylwetka. Miał wrażenie, że każdego dnia widzi inną. — Mam wrażenie, że ten dom… przywiązuje się do swoich gości. I nie chce ich stracić. Czy coś tego rodzaju.
— Co masz na myśli?
— Nic nie widziałeś?
— Nie — Eirik odpowiedział całkowicie poważnie.
Kurwa, czy tylko ja to widziałem? Czy ten dom próbuje pokazać mi coś więcej? Czy to ten pieprzony demon, czy co to tam było? 
Odchrząknął, odwracając się na drugi bok. 
— Może mi się wydawało. Długo już tu siedzimy — stwierdził Nivan, zamykając oczy. — Grunt, żeby nic się nie wydarzyło.
Tej nocy w domku nie było spokojnie. Ciągłe szuranie po korytarzu brzmiało, jakby ktoś był przeciągany przez całą długość, aż nagle usłyszeli huk. Brzmiało to, jakby ktoś spadł ze schodów. Jednak wyjrzenie z pokoju było ryzykowne. Żaden z nich się do tego nie wyrywał. 
Nivan postanowił jednak zapalić lampkę nocną przy swoim łóżku, ale… nie zadziałała. Raz, drugi, trzeci, nadal nic. Była podłączona do kontaktu.
Eirik próbował również swoją lampkę zapalić. I jego zadziałała za drugim razem. Czerwonowłosy wstał z łóżka i podszedł do przyjaciela, ale kiedy podszedł za blisko, lampka nagle zgasła i w pokoju zapadła ciemność. Pomieszczenie rozświetlane było jedynie przez światło księżyca wpadające przez okno. 
— Pierdolę, nie wracam do swojego łóżka — stwierdził Nivan, wpakowując się do łóżka przyjaciela. 
— Co… — Eirik nawet nie miał czasu na reakcję, bo przygnieciony został przez czerwonowłosego. Szybko spod niego wyszedł, przysuwając się do ściany. — Jak sobie chcesz…
Nivan ułożył się obok Eirika, nieszczególnie zostawiając mu dużo przestrzeni od strony ściany. Łóżka były pojedyncze i dość wąskie. Dlatego zmuszeni byli spać prawie przytuleni do siebie. Z tą różnicą, że Skugge i tak wolał się odsunąć, zachowując minimalną przestrzeń między nimi, jednocześnie praktycznie przytulając się policzkiem do ściany. 
Jednak zmrużenie oka było trudne. Coś wciąż chodziło po korytarzu. Szuranie pazurów o drewnianą podłogę, która z każdym kolejnym krokiem wydawała coraz głośniejsze odgłosy. Nagle klamka od drzwi została szarpnięta, a głuche, nieudolne otwarcie drzwi spowodowało, że mężczyznom serce stanęło w gardle. Na szczęście drzwi były zakluczone, więc cokolwiek lub ktokolwiek to był, nie wszedł do środka. 
Gęsia skórka pojawiła się na rękach Nivana, który wzdrygnął się na myśl, co by było gdyby TO tutaj weszło. Co by mogło się wydarzyć? Może lepiej nie rozmyślać… 
Rano, kiedy zeszli na śniadanie, przy stole nie było Matta i jeszcze drugiego mężczyzny. Jak on miał? To było bardzo dobre pytanie, bo Nivan nikogo praktycznie nie zapamiętał. To, że pamiętał imię Yohana i Matta, to był czysty przypadek. Wszyscy spojrzeli po sobie, ale nikt nie wiedział, gdzie ta dwójka się podziała.
— Pewnie Matt spierdolił — stwierdził nagle Yohan, który jako pierwszy sięgnął po naleśniki, które zrobił Nivan. — Jak Lizy nie ma, to zaczęło mu odwalać. Mówił, że ktoś mu łazi po pokoju i skrobie na ścianie dziwne znaczki. 
— Byłeś u niego? — zapytał Eirik, krojąc naleśnika, którego złożył.
— Byłem. Nic tam nie było właśnie.
— A słyszeliście wczoraj w nocy ten hałas? — zapytał brunet, chyba Asher, ale to tylko chyba. 
— Tak — wszyscy jednocześnie odpowiedzieli. 
Czyli wszyscy to słyszeli, ale, jak się okazało, nikt nie miał zamiaru tego sprawdzać. Schody natomiast wydawały się idealnie błyszczeć, jakby dopiero co zostały umyte. Atmosfera z każdym dniem coraz bardziej gęstniała, a przy stole było coraz mniej znajomych twarzy, które widzieli tutaj mężczyźni od kilku tygodni. 
Nivan coraz mniej myślał o Emily, swoim domu i pracy. Coraz mniej gdybał, czy jest sens stąd wychodzić. Jednak kiedy z każdym dniem pojawiała się ta przeklęta, czarna, smolista sylwetka, która recytowała rymowankę, to czerwonowłosy z coraz większym trudem to ignorował. Szczególnie, kiedy głos nie był przyjemny dla ucha. Był zniekształcony i przerywany krzykami, co tylko wywoływało ból głowy. 
W pewnym momencie przy kolejnym śniadaniu, przy stole siedział już tylko Eirik i Nivan. Byli sami. W domu było pusto, cicho i chłodno. Czarne smugi coraz bardziej oplatywały meble i próbowały dosięgnąć czerwonowłosego, który skutecznie ich unikał, ale zachowując się, jakby nic się nie wydarzyło. Przyzwyczaił się do tej dziwnej, smolistej sylwetki, która za każdym razem za nim się pojawiała. Kiedy próbował wyjść z domku, coś mu to uniemożliwiało, dlatego zawsze wołał Eirika, który bezproblemowo otwierał drzwi. 
— Musimy stąd spierdalać, Nivan. Coś… coś się odpierdala tutaj. Wszyscy zniknęli, zostaliśmy sami, to nie jest normalne. Sag też się dziwnie zachowuje — oznajmił Skugge, opierając się o skrzypiące balustradę na tarasie, patrząc na pobliski las. — Rozumiesz?
— Ale co nam to da? — spytał Nivan, opierając się plecami o trzeszczące drzwi.
— No… to, że spierdolimy od tego pierdolnika? 
— Myślisz, że jest sens? Że to nie pójdzie za nami?
— Nie wiem. W chuju to mam. Trzeba spierdalać. — Eirik brzmiał na zirytowanego, ale jednocześnie wyglądał na zmartwionego. 
Jakby wiedział coś, czego Nivan nie dostrzegał. 
Czerwonowłosy przyzwyczaił się już do tego, że drewno do kominka było wilgotne, że drzwi skrzypiały, a deski podłogowe od każdego kroku krzyczały, jakby ktoś wyrządzał im krzywdę. Wieczorami było słuchać skrobanie w ścianach, a na korytarzu zawsze coś się działo. Nigdy nie było cicho. Szuranie, drapanie, ciężkie kroki i uderzanie w drzwi. Szarpanie za klamkę w środku nocy, aby dostać się do pokoju czy też ciemne, poszarpane cienie próbujące dostać się do środka wszelkiego rodzaju sposobami.. To było coś codziennego. Tak samo, jak to, że zawsze Nivan widział tę czarną, smolistą, obrzydliwą sylwetkę za sobą albo przed sobą. Jednak ignorował ją. 
Życie wydawało się tutaj coraz bardziej dla niego normalne, nie chciał wracać do tego, co znał. Nie chciał wracać do Emily. Tutaj było mu lepiej. Miał spokój. Czasami kobieta się do niego odezwała, ale raczej nie interesowała się, jak mu się tutaj mieszka. Skupiona na sobie, swoich obrazach i znajomych. Ciągle opowiadała co u niej, jak dobrze jej się żyje. 
A ten stary dom? On nie opowiadał tylko swojej historii. Pokazywał Nivanowi coraz to ciekawsze rzeczy. Otwierał mu drzwi, odkrywał nowe schowki, kolejne, dziwne szkatułki. A za każdym razem, gdy czerwonowłosy sprzątał, to znajdywał coś nowego. 
Tak samo, jak nikt nie wychodził w środku nocy do łazienki. Każdy wołał wytrzymać do rana niż krzątać się po ciemnych korytarzach, gdzie światło nie działa. 
Siedzenie samemu w salonie po nocach? Chyba od pierwszej nocy tutaj, nikt na to się nie porywał. Czasem ktoś poszedł tylko po coś do kuchni nim w domku zapadła całkowita ciemność. 
W końcu to było normalne, prawda?
Nie zauważył tego, kiedy popadł w pewnego rodzaju rutynę. Nie dostrzegając niebezpieczeństwa, które się za tym wszystkim kryje. Coraz rzadziej wychodził na taras, bo drzwi od domku skutecznie zamykały się za każdym razem, gdy ten tylko próbował przekroczyć próg i zaznać świeżego powietrza. 
Otwieranie okien również nie należało do najprostszych, nawet do umycia ich. Dom reagował na to negatywnie, jakby bojąc się, że Nivan go zostawi.
W końcu to nawiedzony dom, który skrywał w sobie sporo tajemnic i nieodkrytych miejsc. Każda ściana w tym domu mogła opowiedzieć osobną, smutną i przerażającą historię. A też mogłaby opowiedzieć równie coś szczęśliwego, co się tutaj wydarzyło. Choć był to nawiedzony dom i pewne sytuacje były niepokojące, to Dixon zdecydowanie się do nich przyzwyczaił.
Kiedy rano przyjaciele zeszli do kuchni, aby przygotować śniadanie, zauważyli, że przy stole wszyscy siedzieli. Każdy wyglądał… normalnie, uśmiechnięty, a głośny śmiech niósł się po domku, nadając ścianom ciepła i drgań. Jakby to wszystko, co się teraz działo, było normalne.
Jednak przy stole zostały wolne tylko dwa miejsca wolne. Dla Nivana i Eirika. A kiedy tutaj przyszli, to wolne było tylko jedno… teraz na tym jednym, wolnym miejscu siedział… mężczyzna. Nieznajomy. Miał długie, czarne włosy, oczy również miał niepokojąco czarne.
— Śniadanie gotowe, nie musisz już gotować, Nivan — oznajmił nieznajomy.
Jego głos był dziwnie znajomy. Mówił tak delikatnie i naturalnie.
— Usiądźcie. Trzeba jeść, póki jest ciepłe.
Mężczyźni niepewnie usiedli do stołu. Wszyscy jedli, więc i oni sięgnęli po posiłek. Pierwszy kęs. Jedzenie było mdłe. Drugi kęs. Słychać było gruchotanie kości. Trzeci kęs. W pomieszczeniu panowała ciemność. 
Nivan rozejrzał się, mrużąc oczy, aby cokolwiek dostrzec. Dopiero wtedy zrozumiał, że był przywiązany do krzesła, a jego głowa była unieruchomiona, zmuszony do patrzenia przed siebie. Nie mógł swobodnie się rozglądać po pomieszczeniu, w którym i tak trudno było cokolwiek zauważyć. 
Nagle zapaliło się światło. Siedział w jadalni, skąd miał idealny widok na salon. Jednak w tym momencie, zamiast salonu, był kantorek, w którym trzymali drewno. Wszystko wydawało się normalne… aż zauważył, że w tym kantorku znajdowała się Elizabeth. Wyglądała naturalnie, niewinnie. Właśnie przebierała w drewnie, aż natknęła się na coś dziwnego… ogon? Koci ogon? Kiedy sięgnęła w tamtym kierunku, nagle pojawiła się ta przeklęta, smolista sylwetka, przybierając kształt… jednak Niv nie mógł zobaczyć tego, co kobieta w tamtym momencie. Potwór wepchnął jej do ust swoją dłoń, tłumiąc krzyk. Momentalnie z krtani Lizie pojawił się… pazur. Długi, czarny i ostro zakończony. Krew spłynęła po pazurze, kapiąc na podłogę. Nagle pojawiły się kolejne pazury, które przeciągnięte zostały wzdłuż krtani kobiety, aż do jej twarz, rozbryzgająca krew pokryła porąbane pieńki drewna. Czerwona plama pozostała na podłodze, a ciało leżało nieruchome na ziemi. Czarna postać wpatrywała się w to, co zrobiła, aż nagle pojawił się szeroki, przerażający uśmiech. 
Czyli tą wilgocią na drewnie, to była krew…
Znowu zrobiło się ciemno. Nivan jedynie czuł, jak usilnie był obracany na krześle w kolejnym kierunku. Pokój Matta. Na ścianach były różne, dziwne wzory, które układały się w jakąś całość. Jednak Niv nie potrafił stwierdzić, co to miało przedstawiać. 
— Wystarczy przechylić głowę — usłyszał przy uchu nieprzyjemny, niski i zniekształcony głos, przez co po jego ciele przeszły dreszcze. 
Nie chciał tego robić, ale był do tego zmuszony. Przechylono jego głowę w bok, a te wszystkie, z pozoru losowe kreski, układały się w napis jesteś mój. Kolejny nieprzyjemny dreszcz przebiegł po ciele Nivana. 
Co tu się odpierdalało? 
Na środku pokoju stał Matt na krześle. Przewiesił sznur przez lampę, idealnie zakończona pętla dopasowała się do szyi mężczyzny. 
— Wystarczy tylko pchnąć krzesło. Wystarczy tylko jeden ruch, żebyś był szczęśliwy — demoniczny głos nieprzyjemnie wypełniał przestrzeń. 
— Zostaw mnie! — Matt wydarł się na niewidoczną postać, zaciskając palce na pętli, którą ściągnął ze swojej szyi.
— Nie chcesz mnie widzieć? — doskonale znany głos… to Elizabeth, która nagle pojawiła się przed Mattem. Wyglądała tak naturalnie, tak łudząco podobnie… a jednak za nią ciągnęła się czarna smuga. To była pułapka. — Chodź do mnie, Matt. Chodź i spędźmy resztę życia razem. Chodź — wyciągnęła dłoń w jego kierunku. 
Po policzkach Matta spływały słone łzy. Był przerażony. Nie chciał kończyć swojego życia, ale jednocześnie potrzebował pieniędzy do spłacenia narobionych długów. A jednak… chciał żyć obok Lizie. Chciał być z nią.
Nivan próbował krzyczeć, zwrócić na siebie uwagę, ale… z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk.
Matt odepchnął krzesło, pętla się zacisnęła. Nie było już dla niego ratunku. Sylwetka Lizie się rozmyła, a w pomieszczeniu pojawiła się znowu ta czarna, smolista postać, która zdjęła mężczyznę. Ciągnęła go po przedpokoju, szurając całym jego bezwładnym ciałem po podłodze, ostatecznie zrzucając go ze schodów, tuż obok pokoju, w którym spał Nivan i Eirik. 
Każda kolejna śmierć była coraz brutalniejsza, paskudniejsza i jeszcze okropniejsza. Demon, który zamieszkiwał dom, czerpał satysfakcję z zabijania ludzi. A jeszcze bardziej radowało go, gdy ci widzieli przed swoją śmiercią tych, których tak dawno porzucili. 
Kiedy przed Nivanem pojawiła się ta postać, tym razem zmaterializowana jako mężczyzna w długich, czarnych włosach i przerażających oczach, z trudem powstrzymał swoje ciało od wzdrygnięcia. 
Ostrym pazurem przesunął po policzku Nivana, rozcinając skórę, a kilka kropel krwi delikatnie nasączyło się w tym miejscu i spłynęło. 
— A ty, czego pragniesz? 
Nie odpowiedział. 
— Czego pragniesz?
Nadal nie odpowiadał. Ignorował pytania, wzrokiem szukając Eirika. Nigdzie go nie widział. Uciekł? Zdążył? Zdążył, prawda? 
Sag nagle pojawił się przed oczami Nivana w swojej kociej formie. Szyderczy uśmiech na jego pysku nie oznaczał niczego dobrego. 
— Och. Jego pragniesz? — demon domu wskazał na Eirika, który nagle pojawił się w kolejnym pomieszczeniu. Tym razem w salonie. — Nie chcesz, żeby stała mu się krzywda, co? 
Nivan nie reagował. Patrzył jedynie na Eirika, który przeskakiwał po programach w telewizji. Nagle Skugge spojrzał w jego kierunku, uśmiechnął się i znowu wrócił do oglądania. 
— Nic mu się nie stanie — zapewnił Sag, oddalając się od Nivana. — Chyba. 
Nivan próbował wyrwać się z krzesła. Próbował krzyczeć, ostrzec Eirika, ale… z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Dopiero wtedy zrozumiał. 
Jego język. 
Nie miał go. 
Usta miał zszyte. 
Nie czuł jednak bólu. 
Co to za popierdolone zagrywki?
— Pożegnaj się, bo już więcej go nie zobaczysz. 
Nim zdołał zareagować, demon swoimi pazurami postanowił odebrać Nivanowi wzrok, aby nie mógł widzieć, ale słyszeć. 
Słyszał krzyki Eirika w tle i błaganie o pomoc. Słyszał, jak prosił Nivana o pomoc. Słyszał, jak błagał, żeby go Sag zostawił w spokoju. Słyszał, jak rozrywano jego ciało, a on nic nie mógł na to poradzić. Słyszał, jak łamano Eirikowi kości, każdy kolejny krzyk opuszczał usta czarnowłosego. 
Krew coraz intensywniej spływała po twarzy czerwonowłosego. Dopiero do niego zaczynał dochodzić ból, którego w tamtej sekundzie nie czuł, bo skupił się na Eiriku, a raczej na słuchaniu jego agonii. 
Nie mógł mu pomóc. Nie mógł wstać i go obronić. Nie mógł go dotknąć ostatni raz. Nie mógł… dlaczego? Dlaczego to wszystko tak musiało się skończyć? Dlaczego teraz?
Czuł kłucie w sercu.
Tik tak;
Zegar tyka,
Czas przemija.
Serce bije,
Rytm ucieka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz