— Powinniśmy wracać — nalegał Sammy, kiedy las zaczął pogrążać się w mroku. — Obiecałem ojcu, że wrócę przed zmrokiem.
— Masz stracha? A może to gniewu swojego staruszka najbardziej się obawiasz?
Nie tylko tego się bał, ale wolał nie wypowiadać swoich obaw na głos. Zacisnął palce na lejcach. Stokrotka ciągle trącała go pyskiem w ramię, zębami szarpiąc za koszulę, podczas gdy drugi koń strzygł uszami z cichym rżeniem i wzrokiem utkwionym w krzakach obok. Ich niepokój udzielał mu się i utwierdzał w tym, co poczuł już od momentu, gdy letnie słońce zaczęło znikać im z oczu.
Nie powinno ich tu być.
— A czy jest ktoś, kto się go nie boi? — odparł z przekąsem, starając się nie panikować i jednocześnie próbując powstrzymać Stokrotkę przed wygryzieniem dziury w koszuli.
Noah podniósłszy się z kucek, zerknął na niego z cieniem wymownego uśmiechu na ustach.
— Ślad jest świeży — zauważył w końcu, wskazując na komplet odcisków w ziemi. — Jesteśmy już blisko. Chodźmy.
— Możemy spróbować innego dnia…
Chłopak nie odpowiedział. Po prostu ruszył za tropem, nie oglądając się za siebie i przez chwilę Sammy zazdrościł mu tej odwagi. Nie, głupoty, bo tak nazwałby to jego ojciec. Chłopak Olsena, tępy jak but, więcej szczęścia niż rozumu, powtarzał mu wiele razy. Noah po prostu nie wiedział, a może nie chciał wiedzieć, jakie tajemnice skrywały Dzikie Ziemie. Jeszcze nie zdołał dogłębnie poznać jątrzącej się tu ciemności i chyba właśnie tego Sammy najbardziej mu zazdrościł. Bo Noah nie wychowywał się w towarzystwie starszych braci, których podłe żarty doprowadziłyby go do płaczu i moczenia się w nocy. Nie miał ojca, który od najmłodszych lat zabierałby go na wyprawy, by nauczyć na własnej skórze niezmiennych od pokoleń praw dziczy. Był ślepy i głuchy na krwawe procesje i krzyki rozbrzmiewające w najjaśniejsze i najciemniejsze noce miesiąca.
Jeszcze dobrze nie poznał się na tym miejscu.
Noah nie urodził się tutaj. Rozwydrzony mieszczuch, taki sam jak matka, powiedział kiedyś pan Olsen, patrząc na syna przez pryzmat wieloletniej urazy i nienawiści do byłej żony, która zmarła dość nagle, pozostawiając zaledwie ośmioletniego Noaha samego na świecie, samego, bo szybko się przekonał, że na ojca też nie miał co liczyć. Mimo to nie powstrzymywało go to przed kolejnymi próbami zadowolenia go. I może właśnie to nie odwaga, nie głupota, pchały go dalej w dzicz, prosto w szpony czającej się ciemności, lecz naiwne, młodzieńcze życzenie, by ojciec choć raz spojrzał na niego z dumą a nie odrazą. A Sammy nie miał serca mu odmówić, choć nie sądził, żeby nawet największe trofeum łowieckie było w stanie rozpalić uczucie w mężczyźnie, którego bardziej od lania własnego syna interesowała tylko butelka whisky.
Zerknął z niepokojem na tańczące między drzewami ostatnie promienie słońca, żegnając je, tak jakby miał je widzieć po raz ostatni, po czym bez słowa podążył za przyjacielem, ciągnąc za sobą zlęknione konie.
Nie wiedział już nawet gdzie są. Mieli trzymać się obrzeży lasu, tak jak kazał mu ojciec i gdzie Sammy znał każdy szlak i ukryte ścieżki wytoczone przez zwierzynę, ale plan się zmienił. Znajome poczucie, że podążają we właściwym kierunku, opuściło go wraz z tym odnalezionym po długich bezowocnych poszukiwaniach tropem. Las ich prowadził. Kierowali się na północny wschód, ale gdy byli już cztery kilometry w głębi dziczy, ogarnęło ich wrażenie, jakby ślad ciągnął ich prosto na zachód, a momentami z powrotem na południe. Bez wytyczonych ścieżek i z końmi mogli poruszać się tylko tam, gdzie zarośla były rzadkie albo gdzie między wiekowymi drzewami naturalnie tworzyły się odstępy. Byli pośrodku niczego, bez pojęcia, w którym kierunku jest dom.
W końcu Noah dał mu sygnał, by się zatrzymać. Przywiązał więc konie do drzewa i po cichu podszedł do przyczajonego za krzakiem chłopaka. Wyjrzał ostrożnie ponad gałęzie i tam, kilka metrów dalej, na niewielkim przerzedzeniu drzew, przypominającym małą polanę, zauważył pasącego się jelenia. Mulak białoogonowy, młody, piękny z dostojnym porożem, zupełnie nieświadomy czyhających na niego chłopaków. Ale tylko do momentu. Nagle zamarł, podniósł głowę i postawił uszy. Duże, brązowe oczy kierowane niewidzialną nicią niezrozumiałej poufałości spotkały się z szarym spojrzeniem. Sammy zamarł za krzakiem niezdolny do oderwania wzroku, podczas gdy jeleń postawił w jego stronę krok, wyciągając szyję i węsząc, jakby właśnie zauważył nowego przyjaciela, zupełnie ślepy na błysk metalu, być może ufnie zakładając, że przy Sammym nic mu nie grozi.
Boję się.
Nie chcę umierać.
Wiem, chciał mu odpowiedzieć, ja też.
— Noah — szepnął Sammy. — Nie strz-
Przerwał mu huk wystrzału.
Mulak zerwał się i pomknął między drzewa.
— Psiakrew! — krzyknął za nim Noah.
Sammy wreszcie odetchnął, choć w uszach wciąż dzwoniło mu od wystrzału. Dołączył do przyjaciela, który w przypływie furii wymaszerował na polanę i teraz przyglądał się czemuś na ziemi.
— Trafiłem go — oznajmił z cieniem dumy, a dawna złość przeminęła pod wpływem tego odkrycia. Sammy spojrzał na rozprysk krwi na trawie. Po samej ilości mógł stwierdzić, że kula ledwie musnęła zwierzę, na tyle, by trochę pociekła krew, ale nie na tyle, by stanowić jakieś zagrożenie. Jeśli odejdą, to mulak dożyje kolejnego dnia.
— Wracajmy — poprosił z nadzieją, że chłopak usłucha, ale Noah pokręcił głową.
— Nie możemy się wycofać. Nie, kiedy jesteśmy tak blisko.
Nie bacząc na Sammy’ego, ruszył za krwawym śladem, mimo że ten wołał za nim, by się zatrzymał. Konie parsknęły z niezadowoleniem, gdy Sammy pociągnął je w pośpiechu za Noahem.
— Odpuszczenie nie jest słabością — argumentował, kiedy już dogonił przyjaciela. — To żadna porażka.
— Może dla ciebie, ale nie dla mojego ojca.
Sammy zamilkł i nie odezwał się już więcej.
Szli dalej we względnej ciszy, prowadzeni przez ciągnącą się po ziemi krew. Słońce już całkiem zniknęło za horyzontem i zrobiło się ciemno. Mimo to nadal parli naprzód, w nieznanym kierunku, wilgotni od potu i coraz bardziej zmęczeni kilkugodzinną wędrówką.
Zaraz po tym, jak pokonali kolejne powalone drzewo, otarli się o drapiące paprocie zatrzymali się nagle osłupiali na widok przed ich oczami. Szukali jelenia i go znaleźli.
Nad nimi poza zasięgiem wyprostowanego człowieka zwisało martwe zwierzę. Wisiało między konarami świerka, ale było tak okaleczone, że gdyby nie połamane poroże, to ciężko byłoby im rozpoznać czym to stworzenie wcześniej było. Z dużej klatki piersiowej zwisało jelito, mokre i sine. Futro było rozciągnięte na okolicznych gałęziach. Postrzępiony, nierówny brzeg skóry sugerował, że została zerwana z grzbietu jednym szybkim ruchem. Początkowo w tej całej masie krwi i mięsa nie było widać głowy, aż w końcu w rozszarpanym mięsie dostrzegli kościsty uśmiech szczęki. I jedno oko – brązowe i matowe, na wieczność zastygnięte w strachu.
Stali zamrożeni widokiem, głusi na ostrzegawcze rżenie i nerwowy tupot końskich kopyt.
Pierwszy otrząsnął się Sammy, usłyszawszy trzask gałązek za nimi. Spojrzał przez ramię, by idealnie skrzyżować spojrzenie z powykrzywianą, stojącą na dwóch nogach istotą. Przełknął ciężko ślinę.
Nie wyczuł go wcześniej.
Zacisnął palce na lejcach, choć konie próbowały się mu wyrwać.
Stwór nie poruszył się. Czekał na jego ruch.
Uciekaj, przypomniał sobie słowa ojca. Jak ci każę uciekać, uciekaj! Nie stój jak słup! Słyszysz?!
— Noah? Zbierajmy się stąd… — Stwór zrobił krok w ich stronę. — Noah, słyszysz?
Chłopak wciąż wpatrywał się w wypatroszonego jelenia. Sammy wiedział, że potwór nie będzie dłużej zwlekał.
— Uciekajmy stąd! Słyszysz? Już!
Szarpnął przyjaciela, potrząsając nim na tyle mocno, że gdyby go nie trzymał za ramię, to ten upadłby w kałużę świeżej krwi. Chłopak wreszcie spojrzał na niego z błyskiem przytomności w oczach. W ułamku sekundy wdrapali się na końskie grzbiety i nawet nie zdążyli dobrze usiąść w siodle, gdy przerażone zwierzęta ruszyły na oślep przed siebie. Noah prowadził, a Sammy trzymał się tuż za nim. Nie musiał się odwracać, by sprawdzić tyły. Nie musiał go widzieć, nie musiał nawet słyszeć. Tym razem czuł, że potwór jest blisko. Większy od niedźwiedzia, a przy tym zwinny jak sarna i ciemny jak noc, skrył się gdzieś w cieniu drzew, bez najmniejszego problemu, bezszelestnie dotrzymując im kroku.
Nagle ciemna masa wyskoczyła przed nich. Konie z panicznym rżeniem rozpierzchły się w przeciwne strony. Stokrotka skręciła gwałtownie, wpadła w gęstwinę krzewów i młodych drzew. Sammy nie zdążył się schylić. Raptem zabrakło mu tchu w piersi, gdy z impetem zderzył się z nisko rosnącą gałęzią. Nie miał szans utrzymać się w siodle. Ziemia pomknęła mu na spotkanie.
Najpierw poczuł ból w potylicy, a ułamek sekundy później rwanie mięśni w nodze. Stopa uwięzła mu w strzemieniu, zauważył ledwo przytomnie, ciągnięty po kamieniach i ostrych gałęziach. Dopiero po jakichś dziesięciu metrach zdołał wyszarpnąć nogę z krzykiem i opadł z łoskotem na ziemię.
Obudził się w ciemności z jękiem, drżąc jakby właśnie wynurzył się z zimnej wody. Płuca pompowały, zasysały łapczywie powietrze zabarwione zapachem igliwia i rozkładających się liści. Zapach lasu, dziczy, przełamany wyraźną, metaliczną nutą.
Posiniaczony i obdrapany przez chwilę leżał nieruchomo, przypominając sobie, gdzie jest i jak oddychać. Ból dotarł do niego z opóźnieniem. Tak ostry, że przez chwilę młodzieniec leżał tylko i łkał. Usta wypełnił mu smak krwi. Mimowolnie przesunął językiem, sprawdzając czy wszystkie zęby są na miejscu.
Uciekaj.
Nie wiedział, jakim cudem jeszcze żył. Musiał to być akt litości Pięciu, który zaraz spełznie na niczym, jeśli nie wstanie i nie ruszy się z miejsca. Dlatego podźwignął się z jękiem na ręce i kolana. Jedno oko zalewała mu krew i ledwo widział, ale czuł, że nie jest tu sam.
Uciekaj.
Z trudem podniósł się z ziemi. Gdy przestąpił z nogi na nogę, ból w kostce przeszył całą jego kończynę niczym kula. Stłumił kolejny jęk bólu. Znalazł gdzieś odwagę, nie wiedział gdzie, znalazł też kija do oparcia się i ruszył przed siebie, śledzony przez ukrywające się w cieniu ślepia.
Boję się.
Księżyc oświetlał mu drogę, ale równie dobrze mógłby błądzić w całkowitej ciemności, bo wcale nie znał obranego kierunku. Po prostu musiał iść dalej. I mieć nadzieję. Ale nie wiedział już, na co.
Nie chcę umierać.
Raz za razem przełykał ślinę, próbując złagodzić ból i pragnienie. Na przemian trawiły go gorąco i przenikający przez kości chłód – oblewał się potem, widział rzeczy i słyszał głosy ludzi, których tam nie było, jakby z każdym krokiem przenosił się z jednego świata do drugiego.
Szedł. I szedł dalej.
Dzicz zawsze go wołała. Zagnieździła się w jego duszy może jeszcze przed samym jej istnieniem i płynęła w żyłach, słodko szumiąc w uszach w bezsenne noce i śpiewając dawno zapomniane pieśni natury i starych bogów. Czasami jednak łapał się na tym, że nie potrafi odróżnić głosu dziczy od jęków tych, których ze sobą zabrała.
Zatrzymał się. Tuż przed nim pękła gałązka, a krzaki zaszeleściły, gdy czarne cielsko przetoczyło się w jego stronę. Stwór już się nie krył. W końcu wyszedł z cienia, by położyć kres żałosnemu kuśtykaniu. Spokojny, wręcz oszczędny w ruchach, patrzył pusto na słaniającą się ofiarę.
Uciekaj.
Uciekaj.
Uciekaj.
Nie. I tak go złapie.
Gdzieś u pasa miał przymocowany nóż myśliwski, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, by po niego sięgnąć, gdy potężna, uzbrojona w szpony łapa przycisnęła go do ziemi.
Ciepły, śmierdzący zgnilizną oddech omiótł zastygłą w strachu twarz. Powinien był walczyć. Przynajmniej tego oczekiwałby po nim ojciec. Walker walczy do samego końca. Ale nie potrafił zebrać w sobie ani krzty siły. Bo po co miał walczyć? Nie czekało go nic poza tymi ziemiami. Tylko śmierć.
Łapa zakryła całą jego pierś, utrudniając oddychanie, mimo to, mimo walącego w żebra serca, przesunął wzrokiem po ciemnym, sklejonym od błota i krwi futrze. Sammy zamarł. Z bliska zauważył, że głowa stwora była częściowo oskalpowana, a płaty skóry zwisały przy jego podłużnym, poranionym pysku, odsłaniając czaszkę. Ale to nie to wzbudziło w nim szok. Głęboko osadzone, duże i przede wszystkim ludzkie oczy wpatrywały się w niego nieruchomo. Znał to spojrzenie.
Nawet nie drgnął, gdy szczęka stworzenia rozwarła się z trzaskiem, a cuchnąca ślina skapnęła mu na policzek.
— Uwolnij… mnie…
Dźwięk, mieszający jęk potępionego człowieka z krzykiem sarny i rykiem niedźwiedzia wyrwał się z gardzieli i wdarł się do uszu Sammy’ego. Wyrył się bezlitośnie w mózgu chłopca i rozbrzmiewał echem jeszcze chwilę po tym, gdy potwór zatrzasnął paszczę. Znał ten głos. Choć tak zniekształcony, to nie mógłby go z niczym pomylić.
Bolesna konwulsja wstrząsnęła całym jego ciałem. Odwrócił gwałtownie głowę i zwymiotował.
Uwolnij mnie.
Uwolnij mnie.
Uwolnij mnie.
Szloch zamarł mu w gardle. Nie potrafił uciec przed tymi oczami. Bestia poruszyła się, łapa mocniej docisnęła chłopca do ziemi, całkiem odcinając dostęp do powietrza.
Jakby na znak ostatniego aktu wybaczenia i pojednania, Sammy uniósł drżącą dłoń i przyłożył ją do kościstego pyska. Pogłaskał delikatnie, choć płuca i ciało paliły bólem, a sam stwór zdawał się nie rozpoznawać gestu czułości.
W ostatniej chwili zauważył błysk ostrza.
Krew trysnęła mu na twarz, mieszając się z jego własną. Stwór wydał ostatnie tchnienie, cielsko zwiotczało i zwaliło się na chłopca martwym ciężarem. Sammy poczuł jedynie nagłe szarpnięcie, gdy ktoś zrzucił z niego truchło. Zaczerpnął łapczywie powietrza i niepewnie podniósł wzrok.
Dziwny, obcy wyraz przemknął po twarzy ojca, gdy pochylał się z zapartym tchem nad synem. Nim Sammy zdążył zrozumieć, co to było, zaszklone, niemal dzikie spojrzenie mężczyzny odnalazło jego wzrok. Na ułamek sekundy barki ojca opadły, jakby uwolnione od niewidzialnego ciężaru, ale zaraz znów się wyprostował, a jego twarz ściągnęła się w znajomym, gniewnym grymasie.
Proste, krótko ścięte włosy i przystrzyżona w kanty broda w blasku księżyca były tak jasne, że wydawały się prawie srebrne, jakby utkane z pajęczej nici. Ciemne krople krwi wylądowały w brodzie i na policzkach, które nosiły stare ślady po francy, tylko częściowo zasłonięte słomkowym zarostem. Mocno zbudowane ramiona odnalazły trzonek siekiery i jednym, mocnym ruchem z głośnym, mokrym mlaśnięciem wyszarpnęły zaklinowane w czaszce ostrze.
— Wstawaj.
Jedno słowo wystarczyło, by wyuczone posłuszeństwo wyparło z głowy niedawne widmo śmierci. Z trudem dźwignął się na nogi – bez słowa sprzeciwu, bez choćby jęku bólu. Ojciec obrzucił go przelotnym spojrzeniem, tak jakby nie mógł za długo na niego patrzeć, po czym odwrócił się i odszedł. Sammy pospiesznie powlókł się jego śladem, ale z poturbowaną kostką nie miał szans nadążyć za narzuconym tempem.
— Co ci jest?
Chłopak wyprostował się odruchowo pod ciężkim spojrzeniem ojca.
— N-nic, proszę pana…
Bob nie czekał na wyjaśnienia i wymówki. Mruknął coś pod nosem – przekleństwo albo krótką modlitwę do Pięciu – po czym schowawszy siekierę za pas, stanął do niego plecami.
— Wchodź. Już.
Kiedy Sammy oplótł ramionami szerokie, twarde jak skała barki ojca, przylgnął do ciepłego ciała, poczuł pod policzkiem nieznaczne drżenie. Bob szedł pewnie, tnąc ciemność, cichym, szybkim krokiem, ale z jego piersi wciąż wyrywał się nierówny, urwany oddech. Sammy milczał, wtulony w szorstki materiał jego koszuli, nie śmiejąc zapytać, dlaczego ojciec tak mocno zaciska dłonie pod jego udami, ani skąd wzięło się drżenie w jego zawsze pewnym głosie.
— Noah… — zaczął w końcu niepewnie.
— Powinieneś dziękować Pięciu, że ten chłopak zawsze miał więcej szczęścia niż rozumu.
— To nie była jego wina.
— Nie obchodzi mnie, czyja to była wina.
Zapadła między nimi cisza. Sammy w głębi duszy cieszył się, że przyjaciel wyszedł z tego cało.
— A Stokrotka…
— Zacznij się lepiej martwić o siebie, a nie tę głupią kobyłę.
Chłopak zacisnął usta. Łzy zapiekły go w kącikach oczu. Przez kilka następnych minut żaden z nich się nie odezwał.
— Chyba widziałem wujka… — wyrwało mu się nagle. — Wujka Tony’ego — dodał ściszonym głosem, a w myślach: A raczej jego część…
Bob zwolnił kroku.
— On nie żyje — przypomniał ponuro.
— Wiem.
Dobrze pamiętał dzień, kiedy ten zniknął. Wyszedł z domu wczesnym rankiem, bez słowa, żegnając Sammy’ego jedynie smutnym uśmiechem i zgaszonym spojrzeniem. Odszedł z przewieszoną przez ramię strzelbą i nigdy nie wrócił. Chłopak nie wiedział, co nim kierowało ani co się z nim ostatecznie stało. Być może to sumienie się w nim odezwało albo dzicz upomniała się o niego, a on uległ.
— To jak mogłeś go widzieć?
— N-nie wiem.
— Musiałeś mocno uderzyć się w głowę — skwitował Bob. Powiedział to z racjonalnym przekonaniem człowieka, dla którego zmarli byli tylko zmarłymi, fragmentem dawno pożegnanej i zamkniętej przeszłości. Po tonie głosu Sammy domyślił się, że ojciec nie przewidywał miejsca na dyskusję, a więc wszystkie niewypowiedziane słowa zachował dla siebie. Nie był pewien czy ojciec jest gotowy poznać prawdę ani czy kiedykolwiek będzie. Było jednak coś jeszcze, co nie dawało mu spokoju.
— Jak mnie znalazłeś?
Mężczyzna milczał przez dłuższy czas. Ważył słowa w myślach, zastanawiając się nad pytaniem, chociaż od samego początku znał odpowiedź. A jednak ciężko było mu się do tego przyznać, tak jakby wypowiedzenie tego na głos miało oznaczać poddanie się, zdradzenie samego siebie.
W końcu ustąpił.
— Las mnie poprowadził.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz