— Ty, bo zgubiłem rachubę... Który to już raz w tym tygodniu?
Odruchowo wbiłem podeszwę glana w miejsce, gdzie na moment z rzucanego przeze mnie cienia wychynął obrzydliwy, wężowy łeb demona. Niestety, nie zdążyłem trafić. Rozpłynął się, zlewając z bezsłonecznym plackiem u moich stóp. Zirytowany, wepchnąłem ręce w kieszenie jeansowej katany i splunąłem w miejsce, skąd Sag jeszcze przed chwilą dał znak życia.
Nie wiem jeszcze jak, ale przysięgam, kiedyś ukręcę mu tę durną łepetynę.
— Pfff, zero kultury. Nic dziwnego, że ta przemiła dama uciekła przed tobą z wrzaskiem — tym razem się nie pokazał. Jego głos jednak, jak zawsze, rozbrzmiał wyraźnie, uderzając tam, gdzie wiedział, że zaboli.
Ta jakże miła pani zostawiła mi palący ślad swojej otwartej dłoni na policzku. Dawno nikt mi nie zapodał takiego plaskacza. Kobieta zdecydowanie mogła się pochwalić niezłą krzepą. Aż pojawiła się we mnie subtelna nuta zazdrości, bo byłem pewny, że takim ciosem na odlew sam nie byłbym w stanie wyrządzić nikomu większej krzywdy. Tymczasem właśnie czułem, jak uderzone miejsce pulsuje do wtóru z drugą stroną mojej twarzy.
Na pewno chciała być miła, poprawić wcześniej wymierzony we mnie cios, żeby twarz mi równo puchła... Bo jak ten debil uznałem, że nie zostawię jej na pastwę jakiegoś szemranego typa przyciskającego ją do ściany w przypadkowej, bocznej uliczce. Bo krzyczała o pomoc, a ja nie potrafiłem udawać, że jestem głuchy, jak reszta przechodniów, tylko zerkających z niepokojem w tamtą stronę i przyspieszających kroku.
— Oj, nieźle ta twoja buźka zaczyna wyglądać. Zasłużyłeś na order za blokowanie ciosów twarzą. Na pewno cię odznaczą, jak się zgłosisz do odpowiedniej instytucji.
— Coś ci się repertuar obelg kończy — warknąłem przez zaciśnięte zęby, ruszając się w końcu z miejsca. Bez sensu było tu stać, jeszcze przerażona kobieta znajdzie po drodze jakiegoś policjanta na patrolu i na mnie doniesie. Trzeba się było stąd zmywać, byle szybciej.
— Bo nudny jesteś, non stop popełniasz te same błędy — demon udał, że głośno ziewa, ale że demony jego pokroju nie ziewają, poza tym ciężko o mocny efekt, jak się boi wyściubić nosa z cieni, to dźwięk średnio ziewanie przypominał. Bardziej jakieś dziwne, zupełnie teatralne jęko-stęknięcie. Niemniej jego słowa przypomniały mi natychmiast o pozostałych, dość podobnych sytuacjach z tego tygodnia, kiedy to włócząc się bez większego celu po mieście, napotykałem jakiś typów napastujących innych, znacznie mniejszych od siebie, typów, albo drobne kobiety. W przeciągu kilku dni zrobiła się z tego jakaś plaga, aż niespotykane było widzieć takie sytuacje aż tak często... Za każdym razem interweniowałem, ani razu nie usłyszałem chociaż zasranego ,,dziękuję", wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu wywoływałem w niedoszłych ofiarach nie mniej lęku, niż agresor. Jakieś jedno wielkie nieporozumienie. — Zrobiłbyś w końcu coś ambitnego, bo niedługo umrę z nudów.
Wbiłem wzrok w chodnik pod stopami, wyślizganie stopami milionów przechodniów kamienie błyszczały się, mokre od padającego jeszcze chwilę temu deszczu. Wychodząc na główną ulicę przed oczami wciąż miałem moment, gdy podszedłem od tyłu do gościa napastującego tę dziewczynę i klepnąłem go w ramię. Odwrócił się natychmiast, puszczając ją, a ja wręcz odruchowo wyprowadziłem szybki, zwięzły prawy prosty w jego nos. Chrząstka chrupnęła pod moją pięścią, gościa dosłownie zalała krew no i... Nie sądziłem, że odda mi tak szybko. Nie trzymałem gardy, pewny, że tym jednym porządnym ciosem go poskładam. Dosłownie w ostatniej chwili odwróciłem nieco głowę, dzięki czemu nie skończyłem tak samo, jak on, z połamanym nosem.
Kolejne ciosy już zablokowałem, skutecznie wyprowadziłem też kilka kolejnych w inne części jego ciała i ku mojemu zaskoczeniu facet dość szybko dał za wygraną. Gdy uciekł w głąb uliczki, zdążyłem dosłownie zerknąć na osobę, którą w końcu bądź co bądź, zdaje się, uratowałem przed co najmniej nieprzyjemnościami, zanim...
Zboczeniec!
Westchnąłem, przypominając sobie, jak wykrzyczała mi to prosto w twarz zaraz po tym, jak mnie spoliczkowała. Że też akurat mnie w tej sytuacji się oberwało. Naprawdę niczego od niej nie chciałem. Próbowałem być miły. Tylko tyle!
Sięgnąłem po telefon do tylnej kieszeni spodni, żeby jeszcze raz odczytać wiadomość, którą dostałem kilka dni temu, i upewnić się co do miejsca oraz godziny spotkania. Westchnąłem, łapiąc bezwiednie za luźne kosmyki, których nie złapałem gumką, gdy rano wiązałem je w niedbałego koka. Wieczorem moja twarz przybierze już na bank kolor zbitej śliwki. Ależ będę się prezentował...
Nagle zerwał się potężny wiatr, wciskając się bezpardonowo pod każdy luźny element mojego ubiory. Zadrżałem, niespodziewanie zaatakowany przenikliwym chłodem. Schowałem telefon i opatuliłem się szczelnie kataną, żeby choć trochę odgrodzić się od żywiołu. Niestety, niewiele to pomogło.
— Ale jest z-z-zimno — mruknąłem do siebie, ale czający się przy mnie Maxiu oczywiście musiał uznać, że to było do niego.
— Boś się ubrał jak debil, to zimno — prychnął z wyższością. — Od rana ciemne chmury na niebie, dopiero co lało, wiatr wszystkim głowy chce dzisiaj poobrywać, a ty w jakiejś nędznej narzutce... Dobrze, żeś w klapkach i krótkich spodenkach nie wyszedł — popełnił błąd, bo przy tym monologu wychylił znowu tę swoją wężową głowę z cieni. Zirytowany, zamierzyłem się, żeby sprzedać mu kopa.
No dobra, to chyba jednak nie on popełnił błąd. Nie przemyślałem, że ten ładnie błyszczący chodnik tak ładnie odbija światło, bo stał się przez pokrywającą go wodę śmiertelną pułapką na nieuważnych przechodniów. Bieżnik buta nie wyrobił i pojechaaaaał w siną dal na lodzie. Ciało nie nadążyło ze złapaniem równowagi na zdradliwej nawierzchni, nie miałem się czego przytrzymać, z resztą ręce trzymałem dalej w kieszeniach katany. Nie zdążyłem ich nawet wyjąć, żeby zamortyzować upadek. Demon, w którego mierzyłem, z powrotem się już schował w cieniach, słychać tylko było jego wkurwiający chichot.
Rąbnąłem pośladkami o chodnik.
Zmiąłem w ustach przekleństwo. No tak, niech jeszcze na dupie zrobi mi się siniak. Tak, tego właśnie mi brakuje w życiu do pełni szczęścia.
Pozbierałem się natychmiast, profilaktycznie nie patrząc, jak wielu przechodniów właśnie poczęstowało mnie oceniającym czy tam rozbawionym spojrzeniem. Po prostu ruszyłem dalej w kierunku placówki, gdzie miałem się za niedługo znaleźć. Już dobre kilka tygodni w zasadzie marnowałem czas, desperacko rozsyłając CV dosłownie wszędzie, byleby zdążyć znaleźć pracę jak najszybciej. Wylecenie z poprzedniej na zbity pysk po tym, jak Sag znowu zaczął pierdolić głupoty — tym razem cisnąć szefa tamtej kameralnej knajpy z domowymi obiadami — było mi w tamtym momencie naprawdę nie na rękę... O ile w ogóle zostanie w trybie natychmiastowym wydalonym z roboty mogłoby kiedykolwiek komukolwiek pasować. Wściekle poczochrałem włosy, błagając demona w myślach, żeby dzisiaj na tej rozmowie o pracę siedział cicho. Potrzebowałem jakiegokolwiek źródła dochodu w zasadzie na wczoraj. Nie popracowałem zbyt długo jako kelner, może półtora miesiąca? Przyznaję, szef nie należał do najbardziej lotnych, z wygłoszonymi wtedy uwagami Saga nie dało się nie zgodzić, tylko, kurwa, kto o zdrowych zmysłach wypowiada się tak o pracodawcy stojąc obok niego?!
Miałem farta, że po prostu mnie stamtąd wywalił, a nie zapodał jeszcze obszernej opinii na mój temat dla przyszłych pracodawców. Wtedy byłbym skończony. Definitywnie.
Przejrzałem się pobieżnie w witrynie mijanego sklepu. Nie było to najlepszej klasy lustro, ale pozwalało choć trochę ocenić skalę zniszczeń na mojej twarzy. Ku niejakiemu przerażeniu stwierdziłem, że naprawdę zaczyna mi wszystko na niej puchnąć. No świetnie. Bo to musiało się wydarzyć akurat teraz.
Na szczęście miałem dobry czas, a nieopodal budynku korporacji, która zadeklarowała chęć przeprowadzenia ze mną dzisiaj rozmowy kwalifikacyjnej, była drogeria. Na szybko zorganizowałem jakieś kosmetyki, mające choć trochę przykryć wykwitające powoli spod skóry piękne barwy sińców. Jednak gdy potem w toalecie w pobliskiej galerii handlowej próbowałem to wszystko jakoś doprowadzić do ładu...
— Kurwa.
— Ładnie podsumowałeś. Może jednak sobie darujesz?
— Chcesz od przyszłego miesiąca spać pod chmurką, na ławce w parku? — warknąłem, rzucając w przycupniętego przy umywalce Maxa w kociej formie korektorem. Uniknął lecącego w jego stronę przedmiotu, z gracją znikając w cieniach i pojawiając się zaraz z mojej drugiej strony. — Żeby mieć mieszkanie, trzeba za nie zapłacić, a żeby za nie zapłacić, potrzebujemy kasy. A żeby zdobyć kasę, muszę gdzieś pracować, a to, kurwa, przez ciebie, znowu nie mam gdzie!
Gdy wykrzyczałem ostatnie słowa, drzwi do łazienki otworzyły się i stanął w nich jakiś starszy facet. Popatrzył na mnie jak na psychicznie chorego. Cóż, w jego oczach gadałem przed chwilą do siebie, bo demon oczywiście się strategicznie zmył z pola widzenia. Podniosłem korektor, który upadł na podłogę, zgarnąłem pozostałe kosmetyki do plecaka i, desperacko unikając wzroku tego typa, minąłem go w drzwiach, z trudem powstrzymując się, żeby nie biec.
Kurwa, siara. Jak zawsze. Dlaczego dalej mnie to tak wkurwiało?
W korytarzu pod salą, do której zostałem zaprowadzony po zameldowaniu się w sekretariacie w holu, było więcej osób, niż się spodziewałem. Powiedziałbym wręcz, że całe tłumy. Poza innymi kandydatami na stanowisko, na które aplikowałem, siedzącymi wraz ze mną na przygotowanych krzesłach, przez korytarz przechodziło strasznie dużo ludzi. Część w pośpiechu gdzieś przemykała, niosąc sterty dokumentów, inni beztrosko spacerowali, sącząc kawę czy inne napoje z niesionych przez siebie kubków, trafiło się kilka grup gawędziarzy. Ruch, harmider, jeden wielki chaos.
I dziwnym trafem w tym wszystkim to akurat ja przyciągałem spojrzenia chyba każdego, kto się napatoczył.
Nie dziwiłem się nawet... Nie dało się ukryć mojej opuchniętej twarzy, chociaż zrobiłem wszystko, by jednak jakoś sprawić, żeby było to choć trochę mniej widoczne. Trzeba było jednak udawać ślepego i się nie ładować w bójkę w drodze na rozmowę kwalifikacyjną.
Sag siedział cicho w cieniu pod moim krzesłem, chyba przekonany w końcu moją argumentacją... Albo raczej perspektywą spania pod chmurką, zamiast w miarę ciepłym mieszkaniu. Od mojego drastycznego opuszczenia toalety nie odezwał się ani słowem. Spojrzałem na zegarek. Jak dobrze pójdzie, zaraz zaproszą mnie do środka i będę mógł mieć ten cały cyrk za sobą... W tej chwili miałem naprawdę małe szanse na dostanie tej roboty. Prawdopodobnie wystarczy im jedno spojrzenie na moją twarz.
Nie chciałem się jednak poddawać... A przynajmniej tak myślałem. No bo przecież — nigdy nie wiadomo, tak? Jak już tu byłem, trzeba było spróbować...
Wtedy ponad tłumem mignęła mi dziwnie znajoma, czerwona czupryna. Zamarłem, zawieszając wzrok w tamtym miejscu. Zbliżała się nieubłaganie, aż w końcu zatrzymała się przy drzwiach pokoju, w którym miały odbywać się rozmowy... Kilka osób zeszło mu z drogi, a ja mogłem w końcu z całą pewnością zobaczyć, że jednak nie mam paranoi. Znajoma twarz, wykalkulowany, uprzejmy uśmiech i ta aura, która zawsze mu towarzyszyła, której ludzie odruchowo się chwytali, chcąc zaskarbić sobie jego względy.
Nivan.
Kurwa.
Upewniłem się, że nie patrzy w moją stronę. Zerwałem się na równe nogi, pochylając głowę, starając się schować w tłumie. Oby mnie nie zauważył, błagam, niech nie patrzy w tę stronę...
Sam nie dowierzając, że potrafię się tak szybko przemieszczać, wyleciałem z tamtego korytarza i potem z budynku, jakby się paliło. Ani razu nie obejrzałem się za siebie, nawet słysząc komentarz Maxa wspominający coś, że miałem przecież miałem zrobić wszystko, żeby dostać tę pracę, skąd ta nagła zmiana zdania. Zacisnąłem tylko zęby, żeby mu nie odpyskować na środku ulicy.
Ze wszystkich możliwych ludzi... To akurat Nivan miał przeprowadzać rozmowę? Serio?! Czy naprawdę mój pech osiągnął apogeum? Aplikować akurat do tej firmy, w której on pracował? Szlag, niemiałem pojęcia...
— Za dwie godziny mamy kolejną w innym miejscu. A kolejną za dwa dni — burknąłem w końcu, bo Sag nie zamierzał się zamknąć. Skręciłem w jakąś boczną uliczkę, żeby nie iść w tłumie ludzi. Mogłem kupić sobie w tej galerii jakąś czapkę z daszkiem, zasłonić obitą twarz, bo przyciągała zdecydowanie zbyt wiele uwagi. — Jak tak się zastanowić, i tak nie miałem większych szans dostać się tutaj, widziałeś te tłumy. Strata czasu.
Demona to raczej nie przekonało, zamilkł jednak łaskawie.
Ostatecznie cudem udało mi się zachować wynajmowaną klitkę nazywaną przez właściciela hucznie mieszkaniem. Jakiś tydzień później przyjęli mnie do pracy w barze na stanowisku barmana. O ile gotowanie szło mi tragicznie, mieszanie alkoholi w niczego sobie drinki zawsze było tym, w czym się odnajdowałem. Niemniej nie przekonałbym ich, nawet mając do dyspozycji cały swój urok osobisty, gdyby nie to, że jakimś cudem opuchlizna z twarzy zeszła mi w miarę szybko. Same siniaki łatwiej było schować, niż oko, które w pewnym momencie ledwo byłem w stanie otworzyć. Taką to cenę zapłaciłem za chęć bycia dobrym człowiekiem...
Później dni znowu płynęły w zasadzie nieróżniącą się od siebie kaskadą powtarzanych w kółko czynności. Często brałem dodatkowe zmiany w pracy, chcąc z jednej strony jak najszybciej się wdrożyć, z drugiej możliwie dużo zarobić. Początkowo i tak nie miałem co robić poza pracą, siedzenie samemu w mieszkaniu rozwalało mnie nerwowo. W ciszy starego budynku niezwykle głośne stawały się te wszystkie szepty, jęki i nawoływania osób dawno zmarłych, które nie potrafiły jednak odnaleźć spokoju w zaświatach i pozostawały na ziemi. Szlajały się bez celu i nie dawały mi spać. Niby nic nowego, a jednak nadal wytrącało mnie z równowagi tak samo, jak zwykle.
Za każdym razem, gdy jednak udało mi się na chwilę zamknąć oczy, widziałem Nivana... Co dodatkowo nie pomagało. Zaczynałem już mieć urojenia, każdy klient z czerwonymi włosami przyprawiał mnie o mikrozawał, gdy pojawiał się znikąd przy barze. Minął może miesiąc? Sag był wyjątkowo potulny, w hałasie panującym w lokalu nie było też jakoś szczególnie słychać jego komentarzy, co zdecydowanie działało na moją korzyść. Poznałem trochę ludzi, pierwszy raz od powrotu miałem z kim spędzać wolny czas. Nawet jeśli pochłaniało go picie, palenie różnych specyfików i nigdy niekończące się imprezy... Przynajmniej wszystko to zagłuszało głosy umarłych w mojej głowie. Mogłem przestać myśleć o swoim chujowym życiu, pierdolonym demonie przyssanym do mnie niczym pijawka, perspektywie ciągnięcia się tego jebanego pasma nieszczęść w nieskończoność...
I tak się to wszystko kręciło. Jakoś. Szczerze mówiąc — ledwo... Ale rutyna weszła mi w krew, zdążyłem na powrót zapomnieć o przyjacielu, z którym lata temu rozstaliśmy się w tak chujowy sposób. Odepchnąłem od siebie fakt, że go potem spotkałem, bo przecież to już się na pewno nie zdarzy. Niemożliwe, na świecie nie ma takich przypadków...
— Eirik?
Patrzyłem skamieniały w te znajome, brązowozielone oczy. Szklanka, którą czyściłem, wypadła mi z rąk i rozbiła w drobny mak o podłogę. Stojący obok na zmianie Luc popatrzył na mnie zaskoczony. A ja jedyne, co widziałem, to tak dawno niewidzianą twarz, rysy, które lata temu wypaliły się w mojej głowie, a zaraz obok nich świadomość ,,Nigdy nie będzie dla ciebie tym, kim chcesz, by był". Otworzyłem usta, natychmiast jednak się rozmyśliłem, zamknąłem je. Ale Nivan dalej patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, zaśmiałem się więc nerwowo, zmierzwiłem włosy... Dopiero po chwili byłem w stanie przykleić na twarz uprzejmy uśmiech i spojrzeć mu w oczy, nawet jak tylko na krótką chwilę, bo nie byłem w stanie długo wytrzymać jego spojrzenia. Kaskada poczucia winy władowała się nieproszona do mojej głowy i nic nie potrafiłem na to poradzić.
— Heeeeeeej Nivan! Kopę lat...?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz