Wszystko było w porządku. Pogadali, wyłożyli na stół każde przemilczenie i każde „nie chciałem cię obciążać”, obnażyli każdą pojedynczą, kurewsko niepotrzebną warstwę tajemnic i niedopowiedzeń, i teraz naprawdę było dobrze. Na tyle dobrze, że Seymour mógł znów siedzieć z nogami na stoliku i gitarą na kolanach, patrząc, jak rozwalony zaraz obok Vi rysuje coś na tablecie.
Tak sobie przynajmniej wmawiał.
Do tej pory ich związek był dla niego maszyną – jedną z tych porządnych, niezawodnych, które chodzą latami bez przeglądu, smarowania i bez jakiejkolwiek czkawki, aż człowiek przestaje o nich w ogóle myśleć. Brał to wszystko za pewnik, tak bezrefleksyjnie, błąd niedopuszczalny dla inżyniera, i jeszcze gorszy, jeśli pomyśleć, że związek między dwojgiem ludzi to przecież nie maszyna. Nic dziwnego, że jebło mu to w rękach. Teraz poskładali wszystko, prawda, fragment po fragmencie, układ po układzie, dopasowywali do siebie wciąż działające części, dodawali nowe w miejsce tych, z których nic już nie zostało. Jednak niewiele pozostało po dawnej pewności. Maszyna może i wróciła do swojego trybu, wszystko zdawało się działać, lecz gdzieś tam, pod skórą, wciąż była obawa, jakieś wewnętrzne napięcie i przekonanie, czy aby na pewno. Czy aby na pewno każdy żart można wypowiedzieć, czy ten uśmiech jest prawdziwy, czy z czymś nie przegina, czy to tylko zmęczenie, czy może znowu powiedział coś nie tak. Bał się docisnąć do dawnych obrotów, byle nie przeciążyć, byle nie sprawdzać, gdzie przebiega nowa granica, za którą coś znów zacznie trzeszczeć.
Poranki, kiedy to Seymour podkradał Vi koszulkę tylko po to, żeby wilkołak musiał go gonić po całym mieszkaniu, co prawda wróciły, tyle że teraz Seymour łapał się na tym, że sprawdza, czy Vi się naprawdę bawi, czy śmieje się szczerze, czy w tym uśmiechu nie ma aby jakiegoś drugiego dna, którego istnienia wcześniej nie brał nawet pod uwagę. Może zwyczajnie nie umiał już czegoś, co kiedyś przychodziło mu tak naturalnie.
W uszach Vi błysnął fiolet.
Powinno to Seymoura cieszyć, i szczerze cieszyło, na początku przynajmniej, tyle że za każdym razem, gdy kątem oka łapał ten błysk, wracał do niego cały szlak, który te kolczyki musiały przejść, żeby wrócić tam, gdzie było ich miejsce. Starał się o tym nie myśleć. Może przesadzał z tym swoim rozpierdolem. Jak zwykle, sam go sobie kręcił.
Zbliżały się urodziny Vi – data, której kiedyś Seymour tak chętnie wypatrywał, teraz zaś bał się jej, jakby na ten jeden dzień każdy chodnik miał się dla niego zmienić w jebane pole minowe. Jak co roku, chciał coś dla niego zrobić. Tworzenie było jedną z tych nielicznych rzeczy, które sprawiały, że czuł się choć odrobinę wart przestrzeni, jaką zajmował na świecie, choć do samej umiejętności i jej użycia musiał na powrót się przekonać.
Znów zerknął na Virgila.
Tylko że teraz dobrze wiedział, że po prostu nie da rady tego ponownie zrobić. Nie po rozpierdolu z kolczykami, po którym niby było dobrze, ale nie do końca i już chyba nigdy nie miało być dobrze do końca. Rok temu dał radę. Teraz? Rozsypałby się nad kowadłem. Może tak właśnie wyglądała porażka – bez dramatu i tragedii w trzech aktach, po prostu facet z gitarą na kanapie, niepotrafiący dać ukochanemu jedynej prawdziwie cennej rzeczy, którą naprawdę potrafił dać.
Vi podniósł głowę znad szkicu, uśmiechnął się i zapytał, czy Seymour ma ochotę na piwo.
— Mhm — odparł, błądząc opuszkami po strunach, podczas gdy ten jeden wyjątkowy dzień był coraz bliżej, a on wciąż nie miał pomysłu, co ma z tym, kurwa, zrobić.
Nie do końca wiedział, jak szły im nagrywki. Szły chyba dobrze. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Ignis odłożył gitarę, przeciągnął się, aż strzeliło mu w tym przepalonym kręgosłupie.
— Przerwa. Idę się dotlenić — oznajmił, nikt się nie zdziwił, nikt nie protestował. Ignis spojrzał na Seymoura. — Chodź, potrzymasz mi zapalniczkę.
— Co? Nic ci nie będę…
— Chodź.
Genashi złapał go za bark, Seymour zdziwił się, jak niewiele mógł na to poradzić.
— Nie za dużo czasu z Karpiem, kurwa, spędzasz?
— Chodź.
Wywlókł go na balkon – chłodne powietrze uderzyło w rozgrzane twarze, Ignis wzdrygnął się lekko, sięgnął do kieszeni. Obdzielił papierosem Seymoura, po chwili w górę uniosły się dwie strużki jasnego dymu.
Palili chwilę bez słowa. Ignis milczał, czekając, aż wszystko wyjdzie z Seymoura samo, więc Seymour gapił się w miasto i udawał, że naprawdę przyszedł tu tylko na fajkę.
— No. — Ignis strzepnął popiół. — Gadaj.
— Nie ma o czym.
— Seymour.
— No co.
Genashi patrzył na niego, westchnął.
— Nie wiesz, co mu dać.
To nie było pytanie. Seymour nie odpowiedział.
— Nie chcę o tym gadać.
— I właśnie dlatego będziemy o tym gadać.
Jakby taki tekst kiedykolwiek uciął rozmowę z Ignisem.
— Myślałeś o tym, żeby mu zaśpiewać?
Seymour spojrzał na niego z niedowierzaniem, prychnął, wrócił do papierosa i wyglądania na miasto.
— Jasne. Bo według ciebie każdy pierdolony problem świata jest do rozwiązania jedną piosenką.
— Tak dobrze to nie ma. A szkoda. Ale u ciebie akurat by się sprawdziło.
— Skończ pierdolić.
— Nie pierdolę.
Były czarodziej był zbyt zmęczony, żeby nie pęknąć.
— Oczywiście, Zapałka — rzucił ostrzej, niż zamierzał. — Tylko chyba zapomniałeś, że tak jakby ty i twoje śpiewanie różnicie się nieco od tego, co potrafi zrobić zwykły człowiek. U ciebie jest magia i trzydzieści lat marynowania się w muzyce na każdy możliwy sposób, a u mnie co? — Nie czekał na odpowiedź. — Chuj wie co. Nie chcę dawać czegoś takiego Virgilowi!
— Ty nie chcesz. A myślałeś, co Virgil chciałby dostać?
Seymour popatrzył na niego z niedowierzaniem.
— Za długo siedziałeś w zamkniętym pomieszczeniu.
— No ale zastanów się.
Prychnięcie.
— Nie wiem, pewnie coś fajnego. Zajebistego.
— A co Vi uważa za najbardziej zajebiste?
— Rzeźby.
Tym razem to Ignis prychnął.
— Ciebie! Ja pierdolę, taki mądry, a taki durny.
— Ignis, weź się…
— A nie jest tak? — Muzyk zmienił nagle ton. — Czy mimo wszystko, nie pokazał ci, że na koniec dnia na liście zajebistości jesteś ty i tylko ty, niczego więcej tam nawet nie ma?
Seymour nie znalazł na to riposty. Zainteresował się tlącym się końcem papierosa.
— Moja muzyka obok zajebistego nawet nie stała.
— Mylisz się, ale przechodziliśmy tę rozmowę dobre parę razy i nie zamierzam tego teraz robić ponownie. Vi też ci to mówił — powiedział i Seymour nawet nie zaprotestował. — Nagrałeś mu płytę.
— Nagraliśmy.
Uśmiech Ignisa był jakiś podejrzanie radosny.
— Racja, nagraliśmy. I patrz, jak się tym cieszył, chociaż były to kawałki, które dobrze znał. Pomyśl, o ile bardziej będzie się cieszył, jeśli dostanie muzykę wykonaną od początku do końca przez ciebie.
— Z muzyki najlepiej idzie mi odtwarzanie różnych rzeczy.
— Muzyka to jest obraz tego, co masz w środku, a mało co obnaża człowieka tak, jak zagranie komuś czegoś, co się samemu napisało.
— No i dlatego właśnie nie palę się, żeby stawać przed Vi z czymś, co brzmi jak… — Wykonał nieokreślony gest ręką.
— A myślisz, że on chce dostać coś, co ładnie brzmi? — Ignis pokręcił głową. — Zagraj mu i popatrz, jak on na to wszystko patrzy. Nie ty. On.
— Pierdolenie — burknął Seymour.
— Bo ty znowu siedzisz i kombinujesz, co by mu się spodobało, co on niby chce dostać, co jest idealne. — Ignis zgasił peta. — A to ma być dla niego, nie dla ciebie. W chwili, w której zaczynasz dobierać prezent pod to, co według ciebie Vi chce, przestaje on być prezentem, a staje się dowodem w twoim twierdzeniu, że na miłość trzeba najpierw zasłużyć.
Seymour długo nic nie mówił, tylko obracał te słowa w głowie, bo Ignis miał ten irytujący talent do wywlekania na wierzch tego, co człowiek trzymał skitrane na dnie swojego prywatnego bunkra. Śpiewał już Vi wcześniej, i to nie raz, tyle że teraz, kiedy się nad tym zastanowił, za każdym razem coś sobie na tę osłonę zostawiał. Nagrał mu płytę śpiewaną własnym głosem, tyle że nie były to ani jego słowa, ani jego melodie, tylko wspólna, zespołowa robota, czyli kolejny cudzy tekst, za którym w każdej chwili można się było schować. Był i ten wieczór, kiedy zaśpiewał mu balladę zainspirowaną jego własną rzeźbą, ale ponownie, nuty i historię zapoczątkował dla niego Vi, a i sama piosenka była średnio dopracowana, sklejana z tego, co Seymour kiedyś słyszał i wydawało mu się mieć ten wilczy vibe. Nie przyszło do głowy, by z czegoś takiego robić prezent.
Ale tego jednego, co szłoby wprost z niego, bez jakiegokolwiek udziału kogoś innego, Vi od niego jeszcze nie usłyszał.
I wtedy ułożyło mu się w głowie to, o czym mówił Ignis. Nie prezent dobrany pod to, co Seymour z góry sobie uznał, że Vi by chciał, tylko on sam, obnażony do końca, bez ani jednej warstwy, którą dałoby się jeszcze zdjąć – piosenka napisana przez niego od pierwszej do ostatniej nuty, żadnej drogiej rzeczy w pudełku, żadnego biletu na drugi koniec świata, tylko coś ulotnego i za darmo, co zabrzmi raz i zniknie, bo skoro liczyło się wyłącznie to, ile z niego samego w tym będzie, to reszta rzeczywiście była już tylko detalem.
Seymour zaciągnął się ostatni raz i zgasił fajka.
— …Przyniosę ci piwo.
— Zrobimy sobie taki mały wypad za miasto.
Stara formuła, wyświechtany kod, którym Seymour zapowiadał, że za chwilę wsadzi Vi na miotłę i wyląduje z nim na drugim końcu świata – w Solmarii wśród marmurów, których wilkołak mógłby dotykać godzinami, w Sallandirze, gdzie z piasku wyrastały posągi starsze niż znana historia, w jeszcze innym, egzotycznym miejscu, pełnym kamiennych rzeczy do oglądania i całego mnóstwo cudzego, niesamowitego piękna, które dało się obejrzeć i sfotografować. Tym razem jednak, pierwszy raz odkąd w ogóle zaczęli tę zabawę, „za miasto” znaczyło dokładnie to, co Seymour powiedział.
Lecieli może kwadrans, tuż za ostatnie zabudowania Stellaire, tam gdzie miasto rozłaziło się w nieużytki, a Seymour czuł, jak Vi rozgląda się coraz bardziej zdziwiony. Trasa nie prowadziła w stronę żadnego portu ani żadnego ze znanych mu miejsc, tylko coraz niżej i coraz bliżej ziemi, ku czemuś, co z góry wyglądało niczym wielka, poszarpana rana wygryziona w zboczu.
Stary kamieniołom, opuszczony od lat, z tarasami wyciętymi w stoku, z blokami surowego kamienia porzuconymi w połowie roboty, obrośniętymi jakimiś krzaczorami. Nad tym wszystkim wisiało niskie, rude światło kończącego się dnia, kładące się na poszarpanych ścianach, wyciągające z nich każdą żyłę i pęknięcie, całą tę nieoszlifowaną, niczyją materię. Nie było tu ani jednej skończonej rzeźby, ani jednego gotowego posągu, tylko goły materiał, kamień, w którym rzeźbiarz widział postać na długo przedtem, zanim ktokolwiek za nią zapłacił.
Vi zsunął się z miotły, podszedł do najbliższego bloku, położył na nim dłoń. Po chwili obszedł go dookoła, zajrzał w pęknięcie, a kiedy odwrócił się z powrotem, uśmiechnął się. To wystarczyło. Seymour miał swą odpowiedź na niezadane pytanie, czy aby to miejsce nie jest żałośnie, kurewsko za małe.
— Dobry kamień — odezwał się Virgil, bardziej do bloku niż do Seymoura. — Gdyby go rozciąć wzdłuż tej żyły… — przejechał kciukiem po pęknięciu. — Coś by z tego było. Mogę tu kiedyś wrócić z dłutami?
— Możesz tu wrócić z całą pracownią.
Vi parsknął śmiechem, przekrzywił lekko głowę, zastanawiając się.
— Czemu akurat tu? — zapytał, nim odwrócił się ponownie do Seymoura. — Nie żebym narzekał.
Muzyk wzruszył ramionami.
— Bo tu nie ma nic drogiego.
Przez cały ten czas, kiedy woził Vi po świecie, robił to po części dlatego, że tak było zwyczajnie łatwiej – rozmach jest w końcu rzeczą, którą widać, którą da się zmierzyć, i za którą można się wygodnie schować. Tutaj zaś nie miał się już czym zasłonić – nie było Kuźni ani niczego drogiego w rękach, był tylko surowy kamień, on sam i gitara. Rok temu szybowali na latającym dywanie, a teraz schodzili na samo dno, między popękane skały. W dół, nie w górę.
Odpiął pokrowiec z gitarą od miotły, usiadł na jakimś w miarę prostym i niepopękanym kawałku skały, i przez chwilę tylko trzymał gitarę na kolanach. Teraz, kiedy naprawdę przyszło co do czego, cały pomysł wydał mu się tak kretyński, że o mało nie powiedział Vi, żeby dali sobie spokój i polecieli następnego dnia gdzieś, gdzie będzie normalnie, bezpiecznie i drogo. Palce miał zimne jak cholera i nie bardzo wiedział, gdzie podziać wzrok.
Vi spojrzał na gitarę, potem na niego.
— Zagrasz mi coś? — zapytał lekko, jakby to było najzwyklejsze pytanie na świecie.
— Tak jakby. — Seymour przesunął palcami po gryfie, nie wydobywając dźwięku. — Słuchaj. W tym roku… — Przełknął słowa. — Więc nie ma żadnego… — Machnął ręką. — Nic w pudełku, znaczy. — Krótka pauza. — Wcześniej brałem cię na koniec świata. A to… — nie dokończył, klepnął gitarę, spojrzał w bok, w popękaną ścianę kamienia. — To jest jedyna rzecz, która jest naprawdę moja.
Wyrwane z kontekstu, te słowa mogły znaczyć wszystko. Vi i tak zrozumiał.
— To mi ją daj.
Powiedział to tak zwyczajnie, że Seymour nie miał czasu wymyślić żadnej wymówki. Uderzył w struny zanim zdążył się rozmyślić.
Pierwsze takty wyszły nie do końca w tempie, głosem nie trafił w jeden dźwięk, potknął się, zaczął frazę jeszcze raz, a myśli pojechały gładko po wyrobionych torach rozpierdolu, prowadzących do jedynej możliwej konkluzji, pierwszego aksjomatu, który mówił jedno.
Jesteś zerem.
Nie patrzył na Vi, kiedy śpiewał. Patrzył w struny i w kamień, a piosenka mówiła rzeczy, których nie miał odwagi powiedzieć mu prosto w twarz, i była przy tym chropowata, niedorobiona i w paru miejscach zwyczajnie chujowa, bez ognia, jaki miał Ignis, bez studia, które by ją podrasowało i ogarnęło. Zero. Ale zaśpiewał je do końca.
Kiedy skończył, zapadła dziwna cisza. Seymour spojrzał na Vi i zobaczył, że wilkołak już się nie uśmiecha. Siedział z mokrymi oczami, a na ich dnie tliło się więcej ciepła, niż potrafiły przekazać słowa, a były czarodziej patrzył na to w milczeniu, wciąż czekając, sam nie wiedział, na co.
Vi odetchnął, przetarł twarz i odezwał się.
— Jeszcze raz.
— Co?
— Zaśpiewaj to jeszcze raz. — Głos miał zachrypnięty, ale pewny. — Nie usłyszałem dobrze drugiej zwrotki, bo… — machnął ręką w okolicy oczu. — No, nie usłyszałem.
— Nie będę tego śpiewał drugi raz, to było…
— Nie waż się. — Vi złapał go za nadgarstek, zanim Seymour zdążył odłożyć gitarę. — Nie waż się mówić, jakie to było. Nie mnie.
Otworzył usta, ale z gardła nie wyszło nic prócz czegoś zdławionego, więc odpuścił, i oparł czoło o czoło Vi. Wilkołak trzymał go tak dobrą chwilę.
— Wiesz, że mam w telefonie wszystko, co kiedykolwiek przy mnie zaśpiewałeś?
— Wiem.
— No to wiesz, że tego akurat nie mam.
Seymour parsknął, Vi odsunął się na tyle, żeby na niego spojrzeć, obdarzyć przemoczonym łzami uśmiechem.
— Następnym razem nagrywam. A następny raz jest jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz