Cerese zawsze uważała, że człowiek powinien mieć w życiu przynajmniej kilka rzeczy, na których może polegać. W jej przypadku były to ubrania, własne zdanie oraz przekonanie, że niezależnie od okoliczności potrafi wyjść z każdej sytuacji z godnością, a jeśli zajdzie taka potrzeba, również i z ostatnim słowem. Nie należała do osób, które łatwo dawały się zaskoczyć, a już z pewnością nie do tych, które pozwalały, by uczucia zaburzały ich zdrowy rozsądek. Owszem, zdarzało jej się zachwycić czyjąś urodą, zainteresować czyimś umysłem albo przedłużać rozmowę wyłącznie dlatego, że prowadziło się ją wyjątkowo przyjemnie, lecz nigdy nie uważała podobnych rzeczy za niebezpieczne. Dopiero od niedawna zaczynała podejrzewać, że niekiedy rozsądek zupełnie traci znaczenie. A jej światopogląd został w jednej chwili zburzony przez nowo poznaną solmaryjkę.
Zaproszenie na kawę, które otrzymała owego słonecznego popołudnia od swojej ulubionej klientki, przyjęła z pozorną swobodą, jak gdyby nie miało ono żadnego szczególnego znaczenia. Dopiero kiedy zamknęła pasmanterię, pożegnała matkę i wyszła na ulicę, gdzie czekała na nią jasnowłosa kobieta, poczuła, że być może popełniła właśnie ogromny błąd. Lokal znajdował się na parterze starej kamienicy, a jego okna wychodziły na wąski chodnik obsadzony donicami pełnymi ziół i drobnych, białych kwiatów. W środku pachniało świeżo mieloną kawą, cynamonem i wypiekami, które właśnie wyjmowano z pieca. Usiadły przy stoliku obok otwartego okna, przez które do wnętrza wpadał łagodny szum miasta, i przez kilka pierwszych minut rozmawiały o rzeczach najzwyklejszych: o upale, o pustych ulicach, o tym, jak trudno znaleźć w Solmarii miejsce, w którym możnaby w spokoju porozmawiać bez konieczności przekrzykiwania połowy sali. Cerese słuchała uważnie, od czasu do czasu wtrącając jakiś komentarz, lecz znacznie więcej uwagi poświęcała dłoniom kobiety, jej sposobowi przechylania głowy podczas słuchania i temu, jak jasne włosy opadały jej na ramię, kiedy pochylała się nad filiżanką.
Nieznajoma miała w sobie coś, co trudno było opisać. Oczywiście, była piękna, Cerese nie zamierzała udawać przed sobą, że jest inaczej, lecz jej piękno nie przypominało wystudiowanej doskonałości, z którą spotykała się na co dzień. Była do bólu wręcz urocza i delikatna, niby eteryczna, jakby widmo, osobliwe widziadło objawiło się jej w postaci najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek przyszło jej ujrzeć. Traciła przy niej rozum i nie potrafiła oderwać od niej wzroku.
— Wiesz, że przypominasz mi dalie? — powiedziała nagle.
Kobieta uniosła wzrok znad filiżanki.
— Dalie?
— Moje ulubione kwiaty. Są piękne i eleganckie, zawsze bardzo mi się podobały. — Cerese pozwoliła sobie na krótki uśmiech. — Chociaż przyznaję, że zajmowanie się nimi jest znacznie mniej kłopotliwe niż ty.
Kobieta udała oburzoną, pochylając się lekko do przodu.
— Nie sądziłam, że zdążyłam już sprawić ci tyle kłopotów.
— Och, moja droga, nie masz pojęcia. Przez ostatnie tygodnie musiałam patrzeć, jak powoli wykupujesz cały matczyny inwentarz. To było dla nas poważne obciążenie.
Nieznajoma roześmiała się, tym razem głośniej, a Cerese poczuła cichą satysfakcję.
— W takim razie powinnam chyba przeprosić — powiedziała kobieta. — Nie chciałabym narażać cię na dalsze cierpienia.
— Za późno. Będziesz musiała mi to jakoś wynagrodzić.
Blondynka mruknęła zadowolona, opierając brodę o własną dłoń i mrużąc oczy.
— Jak?
Cerese oparła łokieć na stole i spojrzała na nią spod lekko uniesionych brwi.
— Na początek pozwolisz mi wybrać następną kawiarnię.
— A potem?
— Potem zobaczymy, czy zasłużysz na kolejne spotkanie.
Wypowiedziała te słowa z tak naturalną swobodą, że dopiero po chwili zauważyła, jak nieznajoma spuszcza wzrok, uśmiechając się do swojej filiżanki. Cerese nie wiedziała, czy to zawstydzenie, czy po prostu rozbawienie, ale nagle sama poczuła ciepło na policzkach. Zwykle flirt przychodził jej łatwo. Był grą, w której znała zasady i rzadko pozwalała, by druga osoba zdołała wytrącić ją z równowagi. Tymczasem siedząca naprzeciwko niej kobieta wystarczyła, by nawet dobrze wyćwiczone gesty nabrały nieoczekiwanej infantylności i pewnej niezręczności.
Rozmawiały tak długo, że kawa zdążyła wystygnąć. Kiedy wreszcie wstały, Cerese odkryła, że nie pamięta ani jednej chwili, w której pomyślała, że chciałaby już wracać do domu. Na chodniku zatrzymały się jeszcze na moment, jak gdyby żadna z nich nie była pewna, czy powinny się już żegnać.
— Do zobaczenia w pasmanterii? — zapytała kobieta.
— Do zobaczenia, Dalio. Mam nadzieję, że szybko się zobaczymy.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko na dźwięk swojego nowego przezwiska i pomachała Cerese na pożegnanie.
W Solmarii deszcz pojawiał się rzadko, a kiedy już nadchodził, mieszkańcy przyjmowali go raczej z niewielkim entuzjazmem. Tego ranka od samego świtu chmury wisiały nisko nad miastem, przesłaniając słońce i sprawiając, że ulice wyglądały niezwykle przygnębiająco. Kamienne chodniki ciemniały od wilgoci, w rynsztokach zbierały się niewielkie strumienie, a morze, którego zwykle nie sposób było nie zauważyć nawet z najdalszych części miasta, zniknęło za szarą zasłoną deszczu. Cerese nie przepadała za taką pogodą. Wilgoć nie służyła jej włosom, chłód psuł jej nastrój, a ludzie przychodzący do sklepu z mokrymi parasolami mieli irytujący zwyczaj pozostawiania kałuż dokładnie tam, gdzie przed chwilą starannie wytarła podłogę.
Dalia przyszła tuż przed południem, przemoczona do tego stopnia, że jasne włosy przylgnęły jej do policzków, a lekki materiał sukienki przyciemniał od deszczu. Zatrzymała się przy wejściu, ostrożnie zamykając parasol, i lekko zestresowana spojrzała na Cerese.
— Zanim cokolwiek powiesz, chciałabym zaznaczyć, że nie planowałam tak wyglądać — oznajmiła.
Cerese, która już otwierała usta, zamknęła je ponownie, a następnie oparła dłonie na ladzie i przyjrzała się przyjaciółce z udawaną powagą.
— Szkoda. W takim razie muszę przyznać, że masz wyjątkowy talent do przypadkowego robienia wrażenia.
— Cerese.
— Co? Mówię szczerze. — Kobieta wyszła zza lady i podała jej ręcznik, który zwykle trzymała na zapleczu.
Dalia parsknęła śmiechem, a Cerese pomogła jej osuszyć włosy, starając się nie zwracać uwagi na to, jak blisko siebie stoją. Była to czynność zupełnie niewinna, podyktowana zwyczajną troską, a jednak Cerese odkryła, że potrafi myśleć wyłącznie o miękkości jasnych pasm przesuwających się między jej palcami. Zazwyczaj nie miała problemu z dotykaniem innych ludzi. Potrafiła poprawić komuś kołnierzyk, strzepnąć nitkę z ramienia albo położyć dłoń na czyimś przedramieniu, nie nadając podobnym gestom żadnego szczególnego znaczenia. Teraz jednak każdy ruch wydawał się mieć w sobie coś nieznośnie intymnego.
— Powinnaś była zostać w domu — powiedziała ciszej, kiedy skończyła osuszać jej włosy.
— Chciałam cię zobaczyć.
Cerese przez moment nie wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu odłożyła ręcznik na ladę i odwróciła się do niej z miną, która miała sprawiać wrażenie pełnej dezaprobaty.
— Zaczynam podejrzewać, że masz do mnie jakiś niezdrowy sentyment.
— A miałabyś coś przeciwko temu?
— Nic a nic. Pod warunkiem, że następnym razem przyjdziesz do mnie w lepszym stanie. Nie mogę przecież pozwolić, żeby moja Dalia rozpuściła się od deszczu.
Wypowiedziała to pieszczotliwe określenie tak naturalnie, jakby używała go od lat, i dopiero kiedy zobaczyła, jak twarz kobiety rozjaśnia się uśmiechem, poczuła dziwną dumę. Lubiła, gdy Dalia się śmiała, ale jeszcze bardziej lubiła, kiedy uśmiech pojawiał się na jej twarzy po usłyszeniu czegoś, co Cerese powiedziała specjalnie dla niej. Było w tym coś niezwykle intymnego, choć nie potrafiłaby wyjaśnić dlaczego.
Kiedy deszcz nie ustawał, Cerese zamknęła sklep nieco wcześniej, niż zamierzała, tłumacząc matce, że przy takiej pogodzie i tak nikt rozsądny nie będzie wychodził na zakupy. Potem wyciągnęła z szafy własną parasolkę i zaproponowała Dalii, że odprowadzi ją do domu. Nie było to konieczne, kobieta mieszkała niedaleko, a jej parasol, choć przemoczony, wciąż nadawał się do użytku. Cerese nie zamierzała jednak pozwolić, by tak rozsądny argument stanął na drodze czemuś, na co miała ochotę od samego rana.
Szły wolno, dzieląc się niewielką przestrzenią pod ciemnym materiałem parasolki. Ich ramiona co jakiś czas ocierały się o siebie, a kiedy wiatr zmieniał kierunek i deszcz zacinał od boku, Cerese odruchowo przyciągała Dalię bliżej. Za każdym razem tłumaczyła ten gest koniecznością ochrony przed ulewą, chociaż obie doskonale wiedziały, że mogłaby po prostu przechylić parasolkę. Nie robiła tego. Wolała trzymać ją nieco zbyt nisko, pozwalając, by ich dłonie spotykały się na uchwycie, a kroki z wolna dopasowywały do wspólnego rytmu.
— Wiesz, że mogłabyś po prostu powiedzieć, że chcesz mnie przytulić? — zapytała Dalia, kiedy Cerese po raz kolejny objęła ją ramieniem, chroniąc przed chłodnym podmuchem wiatru.
Cerese spojrzała na nią z oburzeniem tak doskonale odegranym, że Dalia natychmiast zaczęła się śmiać.
— Doprawdy, twoja bezczelność nie zna granic. Próbuję jedynie zapobiec temu, żebyś dostała zapalenia płuc, a ty posądzasz mnie o jakieś nieprzyzwoite zamiary.
— Oczywiście. Bardzo to troskliwe z twojej strony.
— Jestem niezwykle troskliwa. Powinnaś się cieszyć, że ktoś taki jak ja poświęca ci swój czas.
— Cieszę się — odpowiedziała Dalia.
Nie dodała nic więcej, a Cerese, która zwykle potrafiła wypełnić ciszę dowolną liczbą trafnych uwag, przez chwilę nie powiedziała ani słowa. Wystarczyło jej to jedno, spokojne wyznanie. Szły dalej wśród deszczu, a Cerese trzymała parasolkę tak, by Dalia pozostała sucha, nawet jeśli sama musiała przez to zmoknąć. Nie przyszło jej do głowy, żeby się na to skarżyć. Przeciwnie, odkryła z zaskoczeniem, że mogłaby iść tak przez całe miasto, pod jednym parasolem, słuchając odgłosu deszczu i czując ciepło ramienia przy swoim boku, nie potrzebując niczego więcej.
Kiedy dotarły pod dom Dalii, Cerese pomogła jej otworzyć furtkę, a potem zatrzymała się na ścieżce, niechętnie obserwując, jak ta zniknęła za drzwiami.
Pomysł pojawił się pewnego wieczoru, kiedy Cerese przeglądała materiały pozostałe po ostatniej dostawie. Na zapleczu pasmanterii panował przyjemny chłód, a światło niewielkiej lampy padało na bele tkanin, wydobywając z nich kolory, które w ciągu dnia pozostawały bardziej stonowane. Cerese od kilku minut przekładała kolejne materiały, choć nie szukała niczego konkretnego, i dopiero kiedy natrafiła na miękką, jedwabną satynę o barwie przygaszonego indygo, pomyślała o Dalii. Nie potrafiła powiedzieć, dlaczego właśnie ten kolor skojarzył jej się z kobietą. Może przez jego delikatność, może przez sposób, w jaki światło przechodziło przez cienką tkaninę, pozostawiając na jej powierzchni ledwie widoczny blask. Wystarczyło jednak, że przez chwilę wyobraziła sobie Dalię w sukience uszytej z tego materiału, by poczuć nieodpartą ochotę, aby rzeczywiście ją stworzyć.
Cerese szyła od lat. Wiedziała, jak układa się materiał, jak należy poprowadzić szew, by ubranie nie krępowało ruchów, i jak niewielka zmiana kroju potrafi całkowicie odmienić sylwetkę. Zwykle projektowała na zajęcia na studiach, czasem dla matki, niekiedy dla znajomych, którzy prosili ją o pomoc przy szczególnych okazjach. Nigdy wcześniej jednak nie pomyślała o uszyciu czegoś dla kogoś, kogo po prostu bardzo chciałaby zobaczyć we własnym projekcie.
Pracowała nad sukienką przez kilka kolejnych wieczorów. W dzień zajmowała się pasmanterią, rozmawiała z klientami i chodziła na zajęcia, a kiedy wracała do domu, rozkładała na stole papierowe wykroje i zaczynała odmierzać materiał. Wybierała krój z niezwykłą starannością, rozważając długość rękawów, linię talii i sposób, w jaki spódnica będzie poruszać się podczas chodzenia. Chciała, żeby sukienka była piękna, ale nie przesadnie ozdobna, żeby pasowała do naturalnej łagodności Dalii, a zarazem nie odbierała jej tej subtelnej elegancji. Nie zamierzała przy tym przyznawać, że podczas szycia myślała o niej niemal bez przerwy. O tym, jak Dalia wyglądałaby w porannym świetle, jak materiał układałby się wokół jej ramion i jak mogłaby się uśmiechnąć, gdyby Cerese powiedziała jej, że stworzyła tę sukienkę specjalnie dla niej. Vionnet chciała stworzyć coś, co będzie należało do Dalii od pierwszej chwili, coś, w czym ta będzie mogła po prostu być sobą. Sama myśl o tym była dla niej niepokojąco czuła, dlatego przez większość czasu próbowała przekonywać samą siebie, że chodziło wyłącznie o zawodową ambicję. W końcu była krawcową, a krawcowe szyły rzeczy dla ludzi. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, powtarzała sobie, choć jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się poświęcić tylu wieczorów jednej sukience, której nie zamierzała nawet sprzedać.
Kiedy wreszcie uznała, że praca jest skończona, zapakowała ubranie do jasnego pudełka i przewiązała je wstążką w kolorze ciemnego różu. Przez chwilę stała nad nim, zastanawiając się, czy nie posunęła się za daleko. Podarunek był zbyt osobisty, by można go było potraktować jako zwyczajny gest przyjaźni, a jednak Cerese nie chciała się wycofać.
Następnego dnia poprosiła Dalię, by przyszła do jej mieszkania po zamknięciu sklepu. Nie podała powodu, co, jak szybko się przekonała, okazało się poważnym błędem. Dalia zjawiła się punktualnie, lecz od progu zaczęła zadawać pytania, na które Cerese odpowiadała z coraz większym rozbawieniem. Zaprowadziła ją do salonu, gdzie na stole czekało pudełko. Dalia zatrzymała się przed nim i spojrzała na wstążkę, potem na Cerese, jakby próbowała odgadnąć, co kryje się w środku. Przez chwilę nie wyglądała na rozbawioną. Była raczej wzruszona, choć wciąż nie wiedziała, dlaczego. Cerese, która nagle poczuła się nieco niepewnie, oparła się o stół i skrzyżowała ramiona, starając się zachować zwykłą swobodę.
— Zanim otworzysz, chciałabym uprzedzić, że nie przyjmuję reklamacji.
— Cerese…
— I nie wolno ci narzekać na kolor. Wybrałam go osobiście, a mam doskonały gust.
Dalia ostrożnie rozwiązała wstążkę, jakby obawiała się uszkodzić sam podarunek, po czym uniosła wieko pudełka. Kiedy zobaczyła sukienkę, na dłuższą chwilę zamilkła. Delikatna satyna spoczywała na jasnej bibułce, starannie złożona, a jej powierzchnia łagodnie odbijała światło lampy. Dalia przesunęła palcami po materiale, potem podniosła wzrok na Cerese, a w jej oczach pojawiło się wzruszenie tak szczere, że Cerese poczuła nagle, jak wszystkie przygotowane wcześniej wyjaśnienia i uwagi stają się zupełnie niepotrzebne.
— Sama ją uszyłaś? — zapytała cicho.
— Od początku do końca.
— Dla mnie?
Cerese uśmiechnęła się, choć tym razem nie potrafiła ukryć zakłopotania.
— Nie, dla jakiejś przypadkowej dziewczyny, którą spotkałam na ulicy. Oczywiście, że dla ciebie, Dalia.
Kobieta wyjęła sukienkę z pudełka i przycisnęła ją do siebie. Przez moment wyglądała, jakby nie wiedziała, co powiedzieć, a potem podeszła do Cerese i mocno ją objęła. Cerese odwzajemniła uścisk, początkowo z pewną ostrożnością, a potem z coraz większą czułością. Położyła policzek na jasnych włosach Dalii i przymknęła oczy, pozwalając sobie na tę krótką chwilę bliskości, której pragnęła od dawna, choć dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo.
— Dziękuję — szepnęła.
Cerese przesunęła dłonią po jej plecach, zatrzymując się na talii.
— Nie musisz mi dziękować. Chciałam, żebyś miała coś ładnego.
— Ale włożyłaś w to tyle pracy.
Cerese odsunęła się odrobinę, by móc spojrzeć jej w twarz.
— W takim razie będziesz musiała mi się odwdzięczyć.
Dalia uniosła brwi, a na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech.
— W jaki sposób?
Cerese pozwoliła sobie na znajomy błysk w oku, choć jej głos zabrzmiał ciszej niż zwykle.
— Założysz ją dla mnie i pozwolisz zaprosić się na kolację, żebym mogła podziwiać swoje dzieło w odpowiednich warunkach.
— To już dwie prośby.
— Jestem wymagającą kobietą — zaśmiała się, ponownie przyciskając Dalię do siebie.
— Zauważyłam.
Dziewczyna nie odezwała się już więcej, po prostu wtulając twarz w jej ramię.
Cerese długo zastanawiała się, komu powierzyć otwarcie swojej kolekcji, choć prawdę mówiąc, decyzję podjęła znacznie wcześniej, niż była gotowa się do niej przyznać. Dalia pojawiała się w jej myślach za każdym razem, kiedy pochylała się nad kolejnym szkicem, wybierała materiał albo próbowała wyobrazić sobie, jak jej projekty będą wyglądały w ruchu, poza bezpieczną przestrzenią atelier. Nie była to zresztą wyłącznie kwestia urody, choć Cerese uważała ją za jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie kiedykolwiek spotkała. Dalia miała w sobie coś, czego nie sposób było nauczyć się przed lustrem ani wyćwiczyć podczas prób na wybiegu. Jej wdzięk był zupełnie naturalny, pozbawiony wymuszonej kokieterii. Poruszała się z łagodną swobodą, jakby nigdy nie musiała zastanawiać się nad tym, co zrobić z rękami, jak postawić stopę czy w którą stronę odwrócić głowę. Nawet kiedy niczego nie robiła, przyciągała spojrzenie. Cerese znała ją już na tyle dobrze, by wiedzieć, że ta piękność nie kończyła się na zewnątrz. Była również w jej sposobie słuchania, w serdeczności, z jaką odnosiła się do ludzi, w drobnych gestach, których sama zdawała się nie zauważać. I to właśnie tę kobietę chciała pokazać światu.
Przygotowania do pokazu zajęły Cerese niemal cały ostatni semestr studiów. Była to największa kolekcja, jaką dotąd stworzyła, i jednocześnie projekt, w który włożyła najwięcej własnych ambicji, pracy oraz niepokoju. Miał być zwieńczeniem jej edukacji, dowodem na to, że lata spędzone nad szkicami, wykrojami i kolejnymi próbami nie były jedynie młodzieńczym kaprysem, lecz początkiem czegoś, co naprawdę zamierzała uczynić swoim życiem. Kolekcja powstawała przez wiele miesięcy i była największym przedsięwzięciem, jakiego Cerese podjęła się do tej pory. Szukała inspiracji w starych fotografiach, malarstwie i architekturze. Interesowała ją kobiecość niejednoznaczna: delikatna, ale nie słaba, elegancka, lecz pozbawiona chłodnej doskonałości, czasami niemal romantyczna, innym razem surowa i niepokorna. W jej projektach pojawiały się miękkie tkaniny zestawione z wyraźnymi konstrukcjami, elementy ostrej mody fetyszystycznej przeplatane subtelną koronką, przezroczystości i cięższe materiały, nietypowe drapowania oraz sylwetki, które miały podkreślać ruch, a nie go ograniczać. Zdarzało się, że rozpruwała gotowy szew, ponieważ nie podobał jej się sposób, w jaki materiał układał się przy biodrze, albo spędzała całe popołudnie na poszukiwaniu odcienia, który w jej wyobraźni istniał zupełnie wyraźnie, lecz nie dawał się odnaleźć w żadnej próbce. Bywała przy tym uparta, wymagająca i nieznośnie krytyczna wobec samej siebie, ale wiedziała, że nie potrafiłaby wybaczyć sobie, gdyby kolekcja nie była idealna.
Pokaz miał być jej pierwszym profesjonalnym wystąpieniem jako projektantki. Nie tylko prezentacją pracy przed wykładowcami i zaproszonymi gośćmi, lecz także początkiem drogi, o której marzyła od dawna. Myśl o tym napawała ją dumą, ale im bliżej było do wyznaczonego terminu, tym trudniej przychodziło jej zachowanie zwyczajnego spokoju. W takich chwilach Dalia była dla niej nieocenionym towarzystwem. Przychodziła do atelier, przynosiła kawę, czasem przysiadała na kanapie z książką i pozwalała Cerese pracować w ciszy, a kiedy ta zaczynała zbyt długo rozprawiać o niedoskonałościach własnych projektów, przypominała jej, że nie powinna być wobec siebie tak okropna. Cerese udawała wówczas oburzenie, twierdząc, że nie rozumie niczego z zasad kompozycji i że nie powinna wypowiadać się na tematy, o których nie ma pojęcia, ale w rzeczywistości lubiła tę jej łagodną pewność. Dalia nie próbowała jej zmieniać ani przekonywać na siłę. Po prostu przypominała jej, że może być z siebie zadowolona.
Pewnego popołudnia Cerese wreszcie powiedziała jej o swoim pomyśle. Dalia przeglądała właśnie projekty, zatrzymując wzrok na sukni z miękkiej, jasnej tkaniny, której dół układał się w delikatne fałdy, a dekolt zdobiła wymyślna konstrukcja.
— Chciałabym, żebyś otworzyła mój pokaz — odezwała się Cerese, starając się nadać swojemu głosowi możliwie swobodne brzmienie.
— Ja? — Dalia uniosła głowę.
— Nie, moja droga, chodziło mi o manekina stojącego w witrynie. Oczywiście, że ty.
Dalia roześmiała się, ale zaraz potem na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie.
— Cerese, przecież ja nigdy nie chodziłam po wybiegu.
— Wiem. Nie jest to zresztą umiejętność, z którą przychodzi się na świat. Choć przyznaję, w twoim przypadku mogłabym uwierzyć, że zrobiono wyjątek.
— A jeśli będę się denerwować? Co jeśli wszystko zepsuję?
Cerese odłożyła ołówek. Przez chwilę przyglądała się Dalii, zanim podeszła bliżej i zajęła miejsce obok niej. Nie chciała, by jej prośba zabrzmiała jak kolejny komplement rzucony mimochodem, jeden z tych, którymi tak często ją obdarowywała. Zależało jej, żeby Dalia zrozumiała, że wybór był przemyślany i że nie chodziło o zwykłą przysługę.
— Chciałabym, żebyś była pierwszą osobą, którą zobaczą — powiedziała. — Ta kolekcja jest dla mnie bardzo ważna. Pracowałam nad nią przez wiele miesięcy i chciałabym, żeby jej początek należał do ciebie. Nie wyobrażam sobie nikogo piękniejszego. Ani nikogo, kogo obecność sprawiłaby mi większą przyjemność.
Dalia spojrzała na nią z czułym uśmiechem. Przez moment wydawała się nieco speszona, jakby nie wiedziała, co odpowiedzieć na tak bezpośrednie uznanie.
— Jeśli naprawdę tego chcesz, z przyjemnością — powiedziała w końcu. — Trochę się boję, ale chciałabym ci pomóc.
Cerese uśmiechnęła się i ujęła jej dłoń. Była zaskakująco wzruszona tą zgodą. Dalia nie wiedziała, jak wiele właśnie jej podarowała. Nie wiedziała, że Cerese od dawna wyobrażała sobie ten moment, że wśród wszystkich możliwych twarzy widziała tylko tę należącą do niej.
— W takim razie będę musiała cię odpowiednio przygotować — oznajmiła, odzyskując nieco swój zwyczajny ton. — Nie mogę przecież pozwolić, żeby moja pierwsza modelka przyniosła mi wstyd.
— Postaram się nie zawieść.
— Nie wątpię, kochana.
To ostatnie słowo wymknęło jej się tak naturalnie, że sama nie zwróciła na nie uwagi. Dalia również nie uczyniła z niego niczego szczególnego. Uśmiechnęła się tylko i ponownie pochyliła nad szkicami, a Cerese przez chwilę patrzyła na nią z niezwykłą wdzięcznością.
*
Przymiarki trwały przez kolejne tygodnie. Cerese chciała, żeby wszystko było dopracowane, ale coraz częściej łapała się na tym, że przeciągała je nieco dłużej, niż wymagała tego praca. Lubiła te popołudnia, kiedy Dalia przychodziła do atelier i pozwalała jej pomagać sobie przy kolejnych kreacjach. Cerese poprawiała zapięcia, wygładzała fałdy, sprawdzała długość rękawów i układ tkaniny na ramionach Dalii, a czasem po prostu zatrzymywała dłonie na materiale nieco dłużej, niż było to konieczne. Dalia opowiadała jej przy tym o swoich sprawach, o ludziach, których spotkała i o studiach. Bywało, że Cerese słuchała jej z uśmiechem, a bywało też, że zupełnie zapominała o rozmowie, pochłonięta widokiem kobiety stojącej przed nią w jednej z jej sukien.
Szczególnie zapamiętała dzień, w którym Dalia po raz pierwszy przymierzyła kreację przeznaczoną na otwarcie pokazu. Był to jeden z najważniejszych strojów w całej kolekcji, zaprojektowany z myślą o tym, by już od pierwszej chwili nadać prezentacji odpowiedni ton. Sztywna tkanina opadała fragmentarycznie wzdłuż sylwetki, a detale przy dekolcie i talii nadawały jej abstrakcyjnej wyrazistości. Cerese długo pracowała nad tym projektem, zmieniając proporcje i próbując odnaleźć równowagę między prostotą a wyrafinowaniem i fantazją. Kiedy Dalia wyszła zza parawanu, wszystkie te miesiące pracy nagle wydały jej się czymś bardzo odległym.
Cerese podeszła bliżej. Poprawiła zagięcie przy biodrze, wygładziła tkaninę na ramieniu, a następnie cofnęła się o krok, żeby obejrzeć całość. Nie potrafiła ukryć zadowolenia.
— No i jak? — zapytała Dalia, spoglądając na swoje odbicie. — Nadaję się?
— Obawiam się, że będę musiała uszyć od nowa wszystkie kreacje, bo inaczej przyćmisz każdą z pozostałych modelek.
— Przestań.
Dalia roześmiała się, a Cerese również się uśmiechnęła. Dopiero po chwili jej spojrzenie złagodniało.
— Naprawdę wyglądasz przepięknie — powiedziała. — Cieszę się, że to właśnie ty ją założysz.
Dalia podeszła do niej i objęła ją ramionami. Cerese przyjęła ten uścisk z cichym westchnieniem, opierając policzek na jej włosach. Było coś rozczulającego w tym, jak łatwo Dalia potrafiła ją uspokoić, jak niewiele potrzebowała, by cały ciężar obowiązków na moment przestał mieć znaczenie. Cerese nie chciała się od niej odsuwać. Myślała, że mogłaby zostać tak z nią przez całe popołudnie, zapominając o terminach, projektach i wszystkich rzeczach, których jeszcze należało dopilnować. Ostatecznie jednak musiała wrócić do pracy, a Dalia, nieświadoma tego, jak długo Cerese jeszcze będzie wspominać ten uścisk, wróciła do przeglądania szkiców.
*
Zaplecze i sala, w której miał odbyć się pokaz były po brzegi przepełnione ludźmi. Wszędzie panował ruch. Modelki przechodziły między garderobami, ktoś poprawiał makijaż, ktoś inny sprawdzał kolejność wyjść, a osoby odpowiedzialne za światło i muzykę raz po raz konsultowały ostatnie szczegóły. Wśród tego zamieszania Cerese starała się zachować spokój, choć od rana czuła w sobie dziwne napięcie. Była szczęśliwa. Nie miała co do tego wątpliwości. Widok własnej kolekcji przygotowanej do prezentacji, kreacji wiszących na wieszakach i ludzi, którzy z zainteresowaniem pytali o jej projekty, napawał ją dumą. A jednak świadomość, że za kilka chwil pokaże światu coś, nad czym pracowała tak długo, sprawiała, że każda drobnostka wydawała się nagle niezwykle istotna i niedoszlifowana.
Dalię odnalazła w garderobie. Siedziała przed lustrem, a jej włosy były już przygotowane do pokazu. Miała na sobie pierwszą kreację i wyglądała tak pięknie, że Cerese na moment zapomniała, po co właściwie przyszła. Zatrzymała się w drzwiach, przyglądając się jej z uśmiechem. Dalia dostrzegła ją w lustrze i odwróciła głowę.
— Wszystko dobrze? — zapytała.
— Teraz już tak.
Dalia uśmiechnęła się, ale Cerese zauważyła, że jej dłonie były splecione nieco mocniej niż zwykle.
— Denerwujesz się? — spytała.
— Trochę. Nie chciałabym zepsuć ci tak ważnego dnia.
Cerese podeszła do niej i przykucnęła, ujmując jej dłonie.
— Posłuchaj mnie. Nie masz niczego do zepsucia. Nie oczekuję od ciebie doskonałości. Chcę tylko, żebyś wyszła tam i była sobą. Resztą zajmę się ja.
— A jeśli zapomnę, co mam robić?
— Wtedy będę musiała wejść na wybieg i ci przypomnieć. Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo ucieszyłoby to organizatorów.
Dalia roześmiała się, a Cerese poczuła, że napięcie wreszcie nieco ustępuje.
— Dziękuję, że się zgodziłaś — powiedziała. — Naprawdę nie mogłabym sobie wymarzyć nikogo lepszego.
— Cieszę się, że mogę być częścią czegoś tak ważnego dla ciebie.
Cerese chciała odpowiedzieć, że Dalia była częścią znacznie większej liczby rzeczy, niż mogłaby przypuszczać, ale w tej samej chwili ktoś zawołał ją z drugiego końca garderoby. Musiała wstać, jeszcze raz poprawiła suknię na ramieniu Dalii i zanim wyszła, pochyliła się, by przelotnie ją uścisnąć. Dalia odprowadziła ją wzrokiem, a Cerese, już w drzwiach, obejrzała się jeszcze raz. Być może właśnie wtedy dotarło do niej, że ten wieczór będzie dla niej ważny nie tylko ze względu na wszystko, co osiągnęła, lecz również dlatego, że mogła przeżyć go razem z nią.
Kiedy światła na sali przygasły, Cerese zajęła miejsce z boku wybiegu. Rozmowy ucichły, muzyka zaczęła rozbrzmiewać coraz wyraźniej, a ona poczuła, że serce bije jej szybciej, niż powinno. Przez krótką chwilę pomyślała o wszystkich godzinach spędzonych nad kolekcją. O pierwszych szkicach, o pomyłkach, o materiałach, których nie udało się zdobyć, i o tych, które znalazła zupełnym przypadkiem. O swojej matce, która wszystkiego ją nauczyła, o atelier, w którym dorastała, i o wszystkich marzeniach, które przez lata wydawały jej się tak odległe. Była dumna z tego, co stworzyła. Wiedziała, że niezależnie od reakcji publiczności ten wieczór pozostanie dla niej ważny. A potem na wybiegu pojawiła się Dalia.
Cerese zapomniała o sali, o gościach, o muzyce i o wszystkim, co jeszcze przed chwilą wydawało jej się tak istotne. Widziała tylko ją. Jasne włosy, spokojny krok, delikatny ruch materiału przy każdym poruszeniu i tę szczególną swobodę, której nie potrafiła znaleźć u nikogo innego. Suknia układała się dokładnie tak, jak zaplanowała, światło pięknie wydobywało jej fakturę, a sylwetka Dalii nadawała całej kreacji coś, czego nie potrafiłaby ująć na żadnym szkicu. Cerese patrzyła na nią z zachwytem. Był to jednak zachwyt znacznie bardziej osobisty, cichy i przejmujący. Patrzyła na kobietę, którą kochała. I chyba dopiero wtedy pozwoliła sobie zrozumieć, jak głębokie stało się to uczucie.
Przez ostatnie miesiące przyzwyczaiła się do obecności Dalii w swoim życiu tak stopniowo, że niemal nie zauważyła, kiedy przestała wyobrażać sobie codzienność bez niej. Była w jej myślach podczas pracy, w drodze do domu, przy porannej kawie i późnym wieczorem, kiedy odkładała szkice na bok. Pamiętała o niej, wybierając kwiaty, kupując coś słodkiego albo mijając wystawę, która mogłaby jej się spodobać. Chciała dzielić się z nią wszystkim, co ją cieszyło, i szukała jej obecności w chwilach, kiedy coś szło nie po jej myśli. Wcześniej uważała te wszystkie drobne przywiązania za naturalną konsekwencję ich coraz bliższej przyjaźni. Teraz, patrząc na Dalię idącą po wybiegu, zrozumiała, że nie było już sensu szukać dla nich łagodniejszych nazw. Była zakochana. Tak bardzo, że przez moment aż trudno było jej znieść własne szczęście.
Dalia dotarła do końca wybiegu i zatrzymała się zgodnie z wcześniejszymi wskazówkami. Na krótką chwilę spojrzała w stronę Cerese. Ich spojrzenia spotkały się ponad głowami zgromadzonych gości, a Dalia uśmiechnęła się do niej tym swoim zwyczajnym, ciepłym uśmiechem. Nie był to uśmiech przeznaczony dla publiczności ani gest wyuczony podczas prób. Cerese znała go dobrze. Widziała go wiele razy: przy stole w atelier, na ulicy, podczas wspólnych spacerów i w tych wszystkich chwilach, które nie miały żadnego znaczenia dla nikogo poza nimi. Teraz, pośród świateł i obcych ludzi, ten niewielki uśmiech wydawał jej się czymś niezwykle intymnym. Odpowiedziała na niego, czując, że cała jej pewność siebie, którą zwykle tak chętnie się posługiwała, na moment zupełnie ją opuszcza.
Dalia ruszyła z powrotem, a Cerese dopiero wtedy przypomniała sobie, że powinna oddychać. Kolejne modelki zaczęły prezentować następne projekty, muzyka zmieniała się wraz z kolejnymi wyjściami, a kolekcja, nad którą pracowała tak długo, wreszcie nabierała życia. Cerese obserwowała ją z dumą. Zauważała, jak dobrze układają się materiały, jak światło podkreśla linie strojów i jak publiczność reaguje na poszczególne sylwetki. Była szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa, ale w głębi serca wiedziała, że żadna z tych chwil nie dorównała tej pierwszej, kiedy zobaczyła Dalię na wybiegu. Nie potrafiła już myśleć o kolekcji wyłącznie jako o swoim zawodowym osiągnięciu. W jej wspomnieniach na zawsze miała pozostać związana z kobietą, która zgodziła się stanąć na jej początku.
Po zakończeniu pokazu Cerese nie zdążyła nawet porządnie odetchnąć. Niemal natychmiast otoczyli ją goście, wykładowcy i znajomi, którzy gratulowali jej udanej prezentacji. Słuchała pochwał, odpowiadała na pytania i z wdzięcznością przyjmowała wszystkie miłe słowa, ale co jakiś czas jej spojrzenie wędrowało w stronę garderoby. Chciała zobaczyć Dalię. Chciała powiedzieć jej, jak wspaniale sobie poradziła i jak pięknie wyglądała. Właściwie chciała po prostu znaleźć się z nią sam na sam, choćby na kilka minut, bez ludzi i hałasu, które nagle stały się nieznośnie męczące.
Kiedy wreszcie ją odnalazła, Dalia stała przy jednym z wieszaków, już po zmianie stroju. Wciąż miała na sobie makijaż przygotowany na pokaz, a jej włosy opadały miękko na ramiona. Wyglądała na zmęczoną, ale zadowoloną. Gdy dostrzegła Cerese, od razu się uśmiechnęła.
— No i jak? — zapytała. — Nie przyniosłam ci wstydu?
Cerese pokręciła głową, podchodząc do niej.
— Nie. Byłaś wspaniała.
— Naprawdę się cieszę, że wszystko się udało.
— Ja też. I cieszę się, że byłaś tego częścią.
Przez chwilę patrzyły na siebie, aż Cerese nie wytrzymała i objęła ją mocno. Dalia odwzajemniła uścisk, obejmując ją w pasie, a Cerese ukryła twarz przy jej szyi. Dopiero teraz, kiedy nie musiała już pilnować kolejności wyjść ani sprawdzać, czy wszystkie kreacje zostały odpowiednio przygotowane, pozwoliła sobie poczuć całe wzruszenie, które towarzyszyło jej od początku wieczoru. Była dumna ze swojej pracy, szczęśliwa z powodu pokazu i wdzięczna wszystkim, którzy pomogli jej doprowadzić go do końca. Ale najbardziej cieszyła się z tego, że mogła dzielić tę chwilę właśnie z Dalią.
— Nie masz pojęcia, jak pięknie wyglądałaś — powiedziała cicho.
— Chyba trochę przesadzasz.
— Wątpię. Poza tym, musisz pozwolić mi trochę podramatyzować. To w końcu mój wielki dzień.
Dalia roześmiała się i pogładziła ją po plecach. Cerese odsunęła się tylko na tyle, by móc spojrzeć jej w twarz.
— Dziękuję, że się zgodziłaś. Nie chciałabym, żeby ten wieczór wyglądał inaczej.
— Cieszę się, że mogłam ci pomóc. Wiem, ile to dla ciebie znaczyło.
Cerese chciała jej powiedzieć, że znaczyło jeszcze więcej, niż Dalia przypuszczała. Że od chwili, w której pojawiła się na wybiegu, nie potrafiła myśleć o niczym innym, że widok jej twarzy pośród świateł był czymś, co chciałaby zachować w pamięci na zawsze. Chciała powiedzieć, że kocha ją za tę dzisiejszą odwagę, ale również za wszystkie zwyczajne dni, w których nie robiła niczego szczególnego, a mimo to sprawiała, że świat wydawał się Cerese łagodniejszym miejscem. Że kocha ją za to, jak dobre i czułe ma serce. Że od dawna nosi w sobie pragnienie, by być dla niej kimś równie ważnym, jak ona stała się dla niej. Nie powiedziała jednak niczego z tych rzeczy. Zamiast tego ujęła twarz Dalii w dłonie i pocałowała ją, pozostawiając na jej ustach pocałunek znacznie dłuższy, niż początkowo zakładała. Dalia przez moment pozostała nieruchoma, wyraźnie zaskoczona tym, co właśnie się wydarzyło, jakby potrzebowała oswoić się z bliskością, na którą Cerese zdobyła się tak niespodziewanie. Nie odsunęła się jednak. Przeciwnie, po chwili uniosła dłonie i delikatnie objęła nimi jej nadgarstki, przytrzymując je tak, jakby chciała dać jej do zrozumienia, że nie ma powodu, by się wycofywała. Ten drobny gest wystarczył, by Cerese poczuła, jak ustępuje w niej całe napięcie, które jeszcze przed chwilą kazało jej zastanawiać się, czy nie posunęła się za daleko. Pochyliła się więc ponownie, tym razem bez pośpiechu, i pocałowała Dalię po raz kolejny. Całowała ją ostrożnie, z namysłem, jakby chciała nacieszyć się samym faktem, że była tak blisko, że mogła poczuć na skórze jej oddech i ciepło policzka pod własną dłonią. Przez długi czas wyobrażała sobie tę chwilę, choć nigdy nie pozwalała sobie przyznać, jak bardzo jej pragnęła. Teraz zaś wszystko wydawało się zarazem nierealne i zadziwiająco proste.
Kiedy w końcu się odsunęły, Cerese nie wypuściła jej z objęć. Oparła czoło o czoło Dalii i przez chwilę patrzyła na nią z niezwykle głupim, szerokim uśmiechem. Nie miała ochoty niczego komentować, nie chciała też szukać odpowiednich słów, które mogłyby nadać tej chwili jakiś większy sens. Dalia delikatnie przesunęła palcami po jej policzku, po czym pocałowała ją jeszcze raz. Krótko, miękko, niemal nieśmiało. Cerese przymknęła oczy. Pomyślała, że mogłaby zostać z nią w tej garderobie do samego rana, pośród porzuconych wieszaków, rozsuniętych pokrowców i kwiatów przyniesionych po pokazie. Nie chciała, by ta noc musiała dobiegać końca.
Później, kiedy goście opuścili już salę, a kreacje zostały starannie odwieszone, usiadły razem w pustej garderobie. Za ścianą ktoś jeszcze rozmawiał, przesuwano krzesła i składano elementy scenografii, ale tutaj panował już niemal zupełny spokój. Cerese zdjęła buty i oparła się plecami o ścianę. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo była zmęczona. Dalia usiadła obok niej, podała jej butelkę wody, a potem położyła głowę na jej ramieniu.
— Jestem z ciebie dumna — powiedziała.
Cerese spojrzała na nią. Przez cały wieczór słyszała wiele podobnych słów, ale żadne nie poruszyło jej tak jak te wypowiedziane przez Dalię. Nie było w nich uprzejmości ani zawodowego uznania, a jedynie szczera radość z jej sukcesu
— Dziękuję — odpowiedziała. — Naprawdę wiele dla mnie znaczy, że tu byłaś.
— Przecież nie mogłabym cię opuścić w takim dniu.
Cerese uśmiechnęła się i przesunęła dłonią po jej włosach. Pomyślała, że właśnie tak chciałaby zapamiętać ten wieczór: nie wśród oklasków, nie na tle świateł ani pośród ludzi gratulujących jej udanej kolekcji, ale tutaj, obok Dalii. Zmęczonej, z rozpuszczonymi włosami i szminką rozmazaną po ich pocałunkach. Takiej samej jak zawsze, a jednocześnie zupełnie wyjątkowej.
— Wiesz, o czym pomyślałam, kiedy szłaś po wybiegu? — zapytała po chwili.
— O czym?
Cerese zawahała się, uśmiechając się lekko.
— Że miałam rację.
— W jakiej sprawie?
— Że nie mogłam wybrać nikogo piękniejszego.
Dalia uniosła głowę i spojrzała na nią z rozbawieniem.
— Cerese…
— Nie musisz mi dziękować. Wiem, że mam rację.
Dalia zaśmiała się, po czym znów oparła głowę na jej ramieniu. Była szczęśliwa w sposób, którego nie potrafiła tłumaczyć już tylko dumą z własnych osiągnięć. Tego wieczoru udało jej się pokazać światu coś, co stworzyła z ogromną miłością, ale sama otrzymała znacznie więcej, niż mogła zaplanować. Nie chodziło już tylko o to, by projektować piękne rzeczy, zdobywać uznanie i znaleźć swoje miejsce w świecie mody. Chciała również mieć kogoś, komu będzie mogła pokazywać swoje pierwsze szkice i komu będzie opowiadać o nieudanych projektach. Kogoś, kto będzie siedział obok niej w pustej garderobie, kiedy zgaśnie ostatnie światło, i z kim będzie mogła wrócić do domu, nigdzie się nie spiesząc.
Nie wiedziała, czy Dalia kiedykolwiek zrozumie, jak wiele znaczyła dla niej tamta chwila na wybiegu. Nie wiedziała też, kiedy znajdzie w sobie odwagę, by powiedzieć jej wszystko, co od tak dawna nosiła w sercu. Na razie wystarczało jej, że mogła trzymać ją za rękę, całować, to, że Dalia odwzajemniała ten gest i że pośród wszystkich pięknych rzeczy, które udało jej się tego dnia stworzyć, najpiękniejszą wciąż pozostawała ta, której nie potrafiłaby zaprojektować ani uszyć. Była nią sama Dalia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz