Słońce świeciło jasno na niebie, kiedy Cheoryeon obserwował miejską panoramę ze starej, drewnianej wieży widokowej, postawionej na zboczu wzgórza, z dala od ceglanych budynków i brukowych ulic. Wiatr delikatnie muskał jego grzywką, w słuchawkach rozbrzmiewała spokojna melodia starych ballad BenJohna.
Wcześniej, po wyczuciu na sobie spojrzenia uczennicy, skorzystał z okazji i szybko zwiał. Tak, zwiał. Gdzieś z tyłu głowy pewien cichutki głos nazywał go tchórzem, ale muzyk skutecznie odrzucał te słowa na najdalszy możliwy plan. Nie był tchórzem. Nie uciekał. Zapobiegał. Bardzo chciał przyjechać do Strumnika, ale wiedział, że musiał zachować ostrożność. Nawet jeśli nosił bransoletkę, dzięki której nikt tutaj nie mógł go rozpoznać, Cheoryeon nie chciał niepotrzebnie przyciągać uwagi. Planował spędzić ten dzień spokojnie, bez żadnych niepożądanych sytuacji czy zaskoczeń. Przyjechał tu po to, żeby zostawić swoją przeszłość, a nie zabierać więcej jej fragmentów.
Spuścił wzrok na wieńczącą balustradę deskę, przyjrzał się wystruganym napisom i symbolom. Wyróżnić można było imiona, daty, inicjały w serduszkach, a także jakieś inne dodatki oraz pociągnięcia markerem. Z tego, co pamiętał, kiedyś z paczką również pozostawili tu ślady po sobie, ale zapomniał kompletnie, gdzie dokładnie, a po latach mogły one zostać zamazane lub wydrapane.
Popatrzył na ciągnącą się przy wieży drogę, przed oczami zamajaczyło widmo przeszłości.
Robili niekiedy tutaj wypady rowerowe do małego klasztorku na samym końcu trasy. Wpierw drapali się pod górkę z przerwą właśnie przy wieży widokowej, potem jakiś czas siedzieli pod klasztorkiem i odgrywali scenki w sztucznej grocie, a w drodze do miasta ścigali się z górki. Któregoś razu, w trakcie wyścigu właśnie, Edwardowi wypadł łańcuch i stracił panowanie nad rowerem. Wyrżnął niesamowicie: nie tylko cały się obdrapał, ale też zwichnął kostkę w trakcie upadku. Chłopaki nigdy nie rozwikłali zagadki, jak on sobie to zrobił, lecz wzięli sobie za cel najwyższy zabranie go do przychodni, pechowo położonej po drugiej stronie Strumnika. Alejandro wtedy rzucił jakieś sprytne zaklęcie, które ciągnęło rower Edwarda za jego własnym, żeby genashi nie musiał pedałować.
Właśnie, Alejandro.
Nie widział go od tylu lat, jeszcze dłużej niż reszty. Po ukończeniu podstawówki wyprowadził się niemal na drugi koniec kraju. Przez jakiś czas jeszcze dzwonił, też udało mu się na któreś wakacje przyjechać i poznać Raimunda, ale od pewnego, nieokreślonego momentu kontakt stopniowo zanikł. Fakt, po szkole średniej każdy ruszył w swoją stronę, a ówczesny rozwój technologii i transportu nie pozwalał na częste spędzanie razem czasu. Nim się którykolwiek z nich obejrzał, czas od ostatniej rozmowy z Alejandrem osiągnął długość, która sugerowała, że być może do kolejnego spotkania już nigdy więcej nie dojdzie.
To było naturalne, że znajomi przychodzi i odchodzili. Nigdzie nie było spisane, że raz poznana osoba zostanie blisko na zawsze. Każdy w końcu gdzieś się musiał udać, czy to do innego miasta, kraju, czy miejsca, z którego z reguły nikt nie wracał – Zaświatów. Cheoryeon jednak teraz tęsknił za Alejandrem równie mocno, co pozostałymi. Po debiucie wolny czas w jego grafiku tylko się kurczył, muzyk ciągle trwał w biegu; jak nie promował swoich utworów, to tworzył kolejne. Jeszcze ta jego cała obsesja w niezdrowych proporcjach zmieszana z pracoholizmem w niczym nie pomagała. Dobrze wiedział, że osiągnie sukces, to po co harował jak wół? Ubzdurał sobie, że musiał pokazać wszystkim, na co go było stać, a jak już pokazał, to jedna schiza została zastąpiona drugą, zmuszającą do ciśnięcia równie mocno, żeby utrzymać swój status. Z własną matką nie potrafił się pogodzić przez prawie dziesięć lat, a gdzie tu myśleć o pielęgnowaniu relacji z przyjacielem, który wyjechał, nikt już nawet nie pamiętał, gdzie dokładnie...
Gdyby mógł wrócić do minionych lat...
Wykonał głębszy wdech.
Racja, tym razem by uznał, że nie warto.
Cenę już zapłacił i nie powinien nad tym się rozbijać. Gdyby uniknął jednej opłaty, dogoniłaby go inna, być może jeszcze większa. Wszechwiedza podpowiadała mu tyle możliwych dróg, ale za każdym razem podkreślała jedną – dokładnie tę drogę, którą już obrał. Miejscami wyboistą, gdzieniegdzie z przeszkodami, ale wielokrotnie znakowaną tablicami Prawdziwego.
— Przepraszam, Jandro — wyszepnął słowa, które pochwycił wiatr i zabrał w tylko sobie znanym kierunku.
Ruszył w stronę schodów. Po drodze mimowolnie przejechał palcami po drewnianej balustradzie. Opuszki wychwyciły wiele wystruganych napisów, umysł jednak żadnego nie zarejestrował, włącznie z nierównymi literami układającymi się w...
— „A BREAD”? Co to ma niby znaczyć?
— Ale ty wiesz, że chleb jest niepoliczalny w equilango?
Daniel cicho warknął pod nosem niczym zdenerwowany pies.
— Palcie wszyscy trampki, kazaliście mi ułożyć coś z pierwszych liter naszych imion, to układam!
— No ale chleb? — ciągnął dalej Adam. — Co ma chleb do naszej przyjaźni?
Ostrze scyzoryka zostało oderwane od powierzchni drewna w akompaniamencie kolejnego warknięcia.
— Chleb jest podstawą śniadania, a śniadanie najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia — zaczął tłumaczyć Daniel. — My jesteśmy jak ten chleb. Bez siebie nawzajem nie możemy rozpocząć dnia.
Pozostali stali nad nim w dosyć podobnych pozach, każdy albo podpierając się rękami na biodrach, albo krzyżując ramiona. Wyglądali w ten sposób jak jakaś rada, która zamierzała zaraz zadecydować o losie biednego Daniela.
Edward westchnął ciężko, pokręcił głową z dezaprobatą.
— Wiedziałem, że „BAD ERA” będzie lepsze — rzucił ze wzruszeniem ramion.
— To brzmi jeszcze gorzej! — Adam puknął go palcem w czoło, na co tamten jęknął głośno.
Raimund trochę niezręcznie obserwował ekipę. Dotychczas milczał, ale wreszcie postanowił się odezwać:
— Nie można było po prostu dopisać mojego imienia pod Alejandrem?
— Ja też byłem za — dodał wspomniany Alejandro.
Zarówno Daniel, jak i Edward odpowiedzieli jednak, że potrzebują nowego napisu, tym razem znacznie krótszego. Jak z czasem inni dopiszą swoje imiona, to ich zginą w tłumie i nie będą wyglądać, jakby stanowili jedną paczkę. Musieli zatem wymyślić coś, co było krótkie, rzucało się w oczy oraz brzmiało charakterystycznie.
Trzeba pominąć, że ani opcja Daniela, ani ta Edwarda nie spełniała trzeciego wymogu. Niestety nie mieli lepszego pomysłu. Przyjaźnili się długo, ale nigdy nie wymyślili nazwy dla swojej paczki. Najzwyczajniej w świecie nie czuli takiej potrzeby. Po co im niby nazwa na ich własną grupę? To tak, jakby miała być obok druga taka sama i trzeba było je jakoś odróżnić. Nie, oni byli jedyni w swoim rodzaju, niepowtarzalni, dlatego nie potrzebowali specjalnej nazwy.
— Panowie, a może tak...? — zaczął Benjamin.
— Benja, ja już prawie skończyłem, na litość bogów!
— Litość okazana, jeszcze nie poprawiłeś napisu. Słuchajcie tego. — Odchrząknął. — „DA BEAR”!
Stanął szeroko na nogach, wyciągnął w górę ręce zupełnie tak, jak to robiły wściekłe niedźwiedzie, a przynajmniej tak zakładał Benja, ponieważ żadnego na żywo nie widział. Z figurkami się zgadzało, to się dla niego liczyło.
Na całej wieży widokowej nastała kompletna cisza. Adam wsunął palce pod okulary, by potrzeć kąciki oczu, Alejandro z Raimundem wymienili się spojrzeniami. Edward jako pierwszy otworzył usta, by coś powiedzieć, ale został brutalnie wyprzedzony przed Daniela:
— Zabiję cię, Benjamin, czemu na to nie wpadłeś, ZANIM zacząłem pisać?! Ta opcja jest o wiele lepsza od chleba!
— Powiedział typ, który kilka sekund temu tak zażarcie go bronił jak własnego patyka — wtrącił monotonnie Edward.
— Bez psich żartów!
Głośne rozmowy odbijały się od okolicznych drzew oraz wzniesień.
Z jednej wieży widokowej Cheoryeon przeniósł się na kolejną.
Schodząc z powrotem do centrum odkrył, że stara kamienna wieża, ostatni ślad po zamku, który setki lat temu spoczywał na wzniesieniu, zanim jeszcze Strumnikowi nadano praw miejskich, została w całości odrestaurowana i otwarto ją dla wszystkich. Tego dnia jeszcze wstęp był darmowy, jasnowidz zatem postanowił ją zobaczyć z bliska. Wspiął się po wąskich schodach, zerknął przez szklaną podłogę w środku, a gdy znalazł się na szczycie, wyjrzał przez otwarte okno.
Miasto wyglądało zupełnie inaczej z góry. Spomiędzy dachów budynków wyglądały kolorowe od jesieni drzewa, przy niejednym kominie siedziały rzędami gołębie, chwytające w pióra promienie słoneczne. Ponad wszystko piął się jasny ratusz, w otoczeniu wieży pobliskiej świątyni oraz tej symbolizującej dolną bramę i granicę dawnego grodu. Cheoryeon dobrze pamiętał wszystkie punkty, które dostrzegał, żadnego jednak nie widział jeszcze z takiej perspektywy, chyba że ze wzgórza na drugim końcu miasta. Przez umysł prześlizgnęła się chęć przelecenia nad tym wszystkim, ale odtrącił ją niemal od razu. Mało osób tutaj przemieszczało się w powietrzu, a on nie chciał niepotrzebnie przyciągać uwagi. Poczeka, aż się ściemni.
Tak więc zszedł z wieży i niespiesznym krokiem ruszył na wschód.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz