Vaeril zaplątał się o własne nogi w trakcie uniku. Przeklął siebie samego w myślach. Mógł wcześniej zasznurować buty. Niezgrabnie przekoziołkował się, unikając szarży potwora. Obolały, z trudem podniósł się z ziemi i najszybciej, jak tylko potrafił, przybrał odpowiednią (według siebie) postawę do walki. Wysunął lśniące ostrze naprzeciw potwora. O dziwo, nie czuł strachu, którego monstrum by od niego oczekiwało.
W końcu takie starcia już od wielu dni stanowiły dla Iversena nieprzyjemną rutynę.
Po krótkim okrążeniu polany, potwór rzucił się w kierunku Vaerila. Ten jednak nie miał zamiaru się wycofywać. Blask ostrza stanowił dla niego wystarczającą ochronę — wystarczyło, że bestia zbliżyła się, a jej skóra zaczynała płonąć żywym ogniem. Przetestował to już wielokrotnie w ciągu swojej podróży. Zadziałało i tym razem. Bestia ledwo zdążyła się zbliżyć, nim syknęła z bólu i z nienawiścią w oczach cofnęła o krok. Ponownie powoli zaczęła zataczać koła wokół młodzieńców, jakby szukając okazji do kolejnego starcia. Wlokła swój ciężki wężowy ogon po ziemi, jej ciało zataczało się przy każdym niespiesznym ruchu, ślepia lśniły w mroku. Była gotowa.
Czekała tylko na okazję. Nie musiała się jednak spieszyć.
Każdej nocy, wszędzie tam, gdzie Vaeril się pojawił, okolicę stopniowo zaczynały wypełniać podobne kreatury. Sam szybko zdążył się o tym przekonać. Słyszał je dokładnie, widział ich powolne ruchy na peryferiach swojego pola widzenia. Były wszędzie. Przyciągał je nieustannie. Należał do nich, a one przyszły po swoje.
Tylko miecz go chronił. Był jego nikłą nadzieją i ostatnią deską ratunku. Żaden potwór nie odważył się zbliżyć, póki blask ostrza rozświetlał wątłą sylwetkę młodzieńca. Stojący nieopodal Nikolai równie szybko, co otaczające ich bestie, dostrzegł tę zależność.
Światło oznaczało ratunek.
Wyprzedzając jakikolwiek możliwy atak, nie czekając na żaden sygnał, młodzieniec o fioletowych włosach wystąpił o krok do przodu. Uniósł dłoń przed twarz, po czym wyszeptał krótkie zaklęcie — ciąg słów absolutnie niezrozumiałych dla szlachcica. Brzmiały dziwacznie, jakby pochodziły z dawno zapomnianego, starożytnego języka. Przypominały jednocześnie świergot ptaków i szum wiatru.
Chwilę później całą polanę zalał tak intensywny blask, że nawet stojący nieopodal kupca Vaeril musiał zmrużyć oczy. Zakrył je dłonią, jedynie przez drobną szczelinę pomiędzy palcami obserwując to, co nastąpiło wkrótce.
Błysk był tak nagły i rażący, że wszystkie znajdujące się w pobliżu bestie czym prędzej się wycofały. Zniknęły wśród drzew oraz krzaków, chowając się wśród mroku. Żaden potwór nie odważył ponownie się zbliżyć.
Przyczyną ich szaleńczej ucieczki okazała się świetlista kula, która niespodziewanie pojawiła się pośrodku polany. Vaeril wpatrywał się w nią z niemałym oszołomieniem, nie mając pojęcia, skąd się tam właściwie wzięła. Dopiero gdy otrząsnął się z pierwszego szoku, odwrócił się w stronę Nikolaia.
— Jak ty to… jak ty to zrobiłeś?
— Czystą magią. — Młody mężczyzna puścił mu oczko, dumnie wypinając pierś. — Tak w ogóle, masz u mnie za to dług.
— Magią…? — Słowo to ledwo przechodziło Vaerilowi przez ściśnięte gardło. Zaskoczyło go na tyle, że całkowicie zignorował drugą część wypowiedzi kupca, który jak się okazało, skrywał więcej tajemnic, niż szlachcic mógłby przypuszczać. — Przecież… magia nie istnieje…
— Wątpisz w nią, posiadając zaczarowany miecz? Naprawdę?
Nikolai zaplótł ręce na piersi i uniósł wysoko brwi.
Nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć, Vaeril zaśmiał się nerwowo. Zerknął na ostrze, przeglądając się w jego nikłym blasku. Czyżby to kupiec miał na myśli, mówiąc o pełnym potencjale miecza? Od samego początku wiedział o jego magicznym pochodzeniu?
— To długa historia — mruknął, ostrożnie chowając broń ponownie do pochwy. — Jak się tego nauczyć?
Mówiąc to, wskazywał dłonią na lśniącą kulę. Gdyby tylko potrafił przywołać coś takiego, jego podróż stałaby się znacznie łatwiejsza. Może wreszcie przespałby się w nocy dłużej niż tylko kilka minut.
— Nie da się. — Nikolai jednak szybko sprowadził go na ziemię, dusząc rodzącą się nadzieję w zarodku. — Trzeba się z tym urodzić. Mieć talent. Czuć to.
Twarz Vaerila spochmurniała. Liczył na to, że nowo poznany mężczyzna zdradzi choćby rąbek tajemnicy, lecz niestety nic nie wskazywało na to, by miał takowy zamiar. Nie wyglądało również na to, by zamierzał mu pomóc. Iversen sam nie wiedział dlaczego, ale przeczuwał, że za mężczyzna nieustannie coś knuje.
Ten z kolei zupełnie nie zdawał sobie sprawy z otaczającej go aury. Lub celowo to ignorował. W każdym razie, klasnął wesoło w dłonie, jakby już całkowicie zapomniał o mrożącym krew w żyłach ataku potwora, a następnie beztrosko stanął obok swojej kuli i z wyraźnym zadowoleniem wpatrywał się w jej ciepły blask.
— “Długa historia”? — Niespodziewanie powtórzył słowa Vaerila, pławiąc się jaskrawym światłem oświetlającym całą najbliższą okolicę. — Noce też bywają długie, chętnie posłucham. Lubię ciekawe opowieści.
Szlachcic zmarszczył brwi. Nie miał najmniejszej ochoty opowiadać o tym, co go spotkało. Zresztą, wątpił, by Nikolai uwierzył mu choćby w jedno słowo. A nawet gdyby tak się stało, co dałaby mu ta wiedza? Jaki pożytek mógłby z niej wynieść, poznawszy prawdę? Los Vaerila był już przecież przesądzony. Dla tego świata od wielu dni pozostawał martwy. Nic tego już nie zmieni.
Co z tego, że jego serce wciąż biło, skoro nie było już nikogo, kto przytuliłby go i choć przez chwilę wsłuchał się w jego rytm? Co z tego, że żył, skoro na tym świecie nie było już osoby, która szczerze cieszyłaby się z tego powodu? Która czekałaby na niego w zniecierpliwieniu, a następnie witałaby go z uśmiechem za każdym razem, gdy wracałby do domu?
Zresztą, przecież nie miał już nawet miejsca, które mógłby nazwać domem. Wszystko, co posiadał, zniknęło w jednej chwili. Boleśnie i bezpowrotnie.
A część jego samego odeszła wraz z tym wszystkim, co na zawsze pozostało w przeszłości.
Opowiedzieć komuś swoją historię to sprawić, że choć na krótką chwilę ponownie stanie się częścią czyjegoś życia. A tego Vaeril potrzebował teraz najmniej. Jego własna egzystencja była wystarczająco żałosna. Nie mógł więc pozwolić, by choć kropla jego nieszczęścia spłynęła na kogoś innego.
Nikt na to nie zasługiwał.
Vaeril nie chciał skrzywdzić już nikogo więcej.
Choć wprawdzie najbardziej bał się skrzywdzić samego siebie. Wiedział, że bliskość z innymi niesie ze sobą ryzyko bólu. A on nie zniósłby już żadnej kolejnej straty.
Łatwiej było więc uznać, że jest się martwym dla świata. Martwi krzywdzą tylko raz — zanim odejdą na zawsze.
Wziął więc głęboki oddech, poprawił swoją przesiąkniętą krwią koszulę i odwrócił się do swojego rozmówcy:
— Zostałem przeklęty. To koniec historii.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz