Rower.
Na środku chodnika. Dosłownie…
Nie wiem, czy ktoś go przewrócił, czy nóżka nie wytrzymała ciśnienia i zawaliła swoją robotę, ale i bez tego blokujący przejście jednoślad leżał teraz plackiem, z kołami lekko w górze, na krzywych płytach chodnika. Kierownica wygięła się smutno, z pewnością rączka całująca teraz beton została widocznie przeorana bliskim spotkaniem z chropowatą nawierzchnią. Mimo tego mizernego dość wyglądu w chwili obecnej, pojazd wydawał się całkiem zadbany. Czysty, bez rys na ramie… Tak, chyba był też dosyć drogi, choć pewności nie miałem, bo znałem się na rowerach jak świnia na gwiazdach.
Szybko początkową irytację tym bezrefleksyjnie porzuconym na środku mojej drogi pojazdem zastąpiła nutka współczucia. Kurcze, może jego właściciel wcale nie planował zaburzać ruchu pieszych w tym miejscu? Nie był do niczego zapięty, może ktoś go podwędził i tutaj porzucił? A może stał gdzieś bardziej na boku, ale jakieś niespodziewane okoliczności sprawiły, że się tak nieszczęśliwie przewrócił… Inni przechodnie obchodzili go szerokim łukiem, jakby mijali jakiegoś trupa w zaawansowanym stadium rozkładu. Co nie wiadomo, na co padł i może jakąś zarazę rozsiewa.
Westchnąłem ciężko. Rozejrzałem się za potencjalnym właścicielem. Nic. Nikogo, kto wyrażał by jakieś zainteresowanie rowerem. Trochę zastanowiło mnie co prawda, dlaczego nikt nie podszedł, żeby go podnieść, ani nie próbował przechodzić nad nim, tylko wszyscy jak jeden mąż, żeby go ominąć, przechodzili na chodnik po drugiej stronie ulicy. Jakby serio mieli do czynienia z jakimś toksycznym czymś, a nie, kurwa, rowerem.
Chyba w dobrym guście było go podnieść? Co nie? Być miłym… Bycie miłym popłaca, prawda?
Prawda?
No więc schyliłem się, ostrożnie dźwignąłem rower z chodnika, starając się nie przesunąć przypadkiem jakąś jego częścią po przypominającym fakturą papier ścierny chodniku. Uważnie przyjrzałem się poszkodowanej części kierownicy. Miękko wykończona rączka była w istocie lekko obita, ale nic szczególnie poważnego. Kopnięciem złożyłem nóżkę, żeby łatwiej mi było przesunąć pojazd kawałek dalej, bardziej na bok, żeby można było spokojnie go mijać…
— TY ŚMIECIU KURWA ZJEBANY!!!!
Okrzyk poniósł się po ulicy, docierając bez problemu do moich uszu. Zmarszczyłem brwi, odwróciłem się zobaczyć, co za pawian się tak wydziera… Zobaczyłem biegnącego w moją stronę, wysokiego blondyna w śmiesznych, różowych okularach… Dlaczego w oczach za tymi szkłami miał żądzę mordu?
— No to chyba się doigrałeś — niezwykle rozbawiony głos Saga wydobył się z mojego cienia. Zakląłem pod nosem, patrzyłem na biegnącego wciąż prosto na mnie faceta, nie potrafiąc zrozumieć, co się dzieje. Dlaczego…
— CO TY ROBISZ Z MOIM ROWEREM?!
— Przesta…
Tyle tylko zdążyłem powiedzieć, zanim do mnie dobiegł. Wyprowadził przepotężny cios prosto w moją twarz. Nawet nie miałem jak się bronić, bo, halo? rower? Co? Miałem go puścić i zasłonić się gardą? Żeby jednoślad znowu upadł i boleśnie zaorał o ten krzywy chodnik?
Nie ma, kurwa, mowy. Ciekawe, co wtedy by mi zrobił, jak właśnie dostałem w ryj za… Za co właściwie?
— Kurwa! Ej! Co jest! — piekielny ból kości policzkowej, metaliczny posmak w ustach… Spróbowałem uniknąć kolejnego ciosu, ale facet był zbyt dobry w mordobiciu. Nie dał się mojemu unikowi, pięść i tak po raz drugi mnie dosięgnęła, tym razem trafiając w brzuch. Zgiąłem się w pół, stęknąłem z bólu i zaskoczenia… Dobrze, że nic nie jadłem, bo chyba bym się właśnie pożegnał z zawartością żołądka.
Cudem tylko nie puściłem tego jebanego roweru.
— PRZESUNĄĆ GO CHCIAŁEM, DO KURWY NĘDZY — wydarłem się w końcu, nie wytrzymując. Co za zjeb. Pobić człowieka, bo chciał pomóc? Nie, żeby to był mój pierwszy raz… Ale kurwa! — PRZEWRÓCIŁ SIĘ NA ŚRODKU CHODNIKA, JA JEBIE.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz