Od rana miał ręce pełne roboty i od rana był szczęśliwy.
Para buchała znad garów i niosła się nad trawnikiem razem z dymem z grilla i wonią przypiekanej cebuli, a Janek nakładał, podawał, dokładał, uśmiechał się i patrzył, jak ludzie odchodzą od stoiska z pełnymi talerzami, a potem wracają po więcej. Nic w tym nadzwyczajnego. Placki, trzy sałatki, dwa wielkie gary pierogów i bigos, co pyrkał od świtu – kuchnia prosta, taka, jakiej nauczyła go matka nie z książki, ale od ręki, od patrzenia. A jednak kiedy jakaś staruszka wyskrobała papierowy talerzyk do czysta i nieśmiało poprosiła o dokładkę, rozgrzewało go to mocniej niż para spod pokrywki. Tak samo dawniej matka nakładała pełne michy, a ojciec mawiał, że po tym, jak człowiek gotuje, poznasz, ile ma w sobie miejsca dla innych. Janek miał go dużo. Zawsze uważał, że tego mu akurat w życiu nie poskąpiono.
Festyn kręcił się wokół niego niczym jarmark z dawnych lat, przepadły na zawsze, żyjący już jedynie w jego pamięci, nigdzie więcej. Dzieciaki śmigały między stoiskami, piszcząc i ciągnąc rodziców za rękawy, a Janek słyszał je wszystkie – te drobne, prędkie serduszka, trzepoczące się niczym ptaki. Coś w nim przy dzieciach zawsze nadstawiało uszu, unosiło łeb. Ot, stara sprawa. Janek nakładał następny talerz i słuchał tego czegoś jednym uchem, tak jak słucha się tego starego psa, co poszczekuje zza płotu – bez obawy, że przeskoczy i ugryzie.