Oślepiający przepych Empyrii powitał go kłamstwem.
W najbiedniejszej dzielnicy każde przewrócone w błocie dziecko, każdy młodzik wpadający na podróżnego, każda babka prosząca o monetę dla przymierającej głodem rodziny była kłamstwem, sztuczką ukartowaną, by podciąć sakiewkę i zniknąć między zgarbionymi chatami. Tristan może wiele nie miał, bo od kiedy ból wyznaczał ścieżkę jego życia, dobra do nabycia za pieniądz straciły zupełnie swą wartość, niezdolne do złagodzenia cierpienia, nie zamierzał jednak dać się obrabować jak pierwszy głupiec pochodzący zza portalu. Dobrą radę przekazał całej dzielnicy przy wejściu, gdy kilkunastoletnia dziewczynka potknęła się i chwyciła jego biodra dla równowagi. Uśmiechała się, dziękując przymilnie za nieoczekiwaną pomoc, ale zanim wyrwała z jego pieniędzmi, Tristan chwycił ją za nadgarstek. Mocno, tak mocno, że dziewczynka pisnęła, uniesiona w górę za rękę. Krzyczała, wołała, drapała go paznokciami wolnej dłoni, aż w końcu na niego spojrzała. Nie na to, co widzieli inni – znoszone odzienie, ciężki miecz w grubej pochwie, zapadniętą twarz o niezdrowym kolorze skóry – tylko na niego. Na wojownika obdartego po raz drugi w swym życiu z godności, z duszą zaprzedaną śmierci. Wejrzała w jego oczy, zamarła i dopiero potem wrzasnęła przerażonym wyciem kogoś, kto ujrzał gwałtowną pożogę pożerającą wszystko, co było mu znane. Cienie zaryczały z rozkoszą.
Puściła pieniądze, on puścił ją i nie oglądał, jak ucieka. Nikt więcej nie zaczepił go w najbiedniejszej dzielnicy.
W pierwszym kręgu mieszkalnym królowało zakłamane kupiectwo. Pojedyncze kramy oferowały pięciokrotnie rozrzedzone wodą wino, przegniłe w środku owoce oraz zmieszane z mąką narkotyki, dorabiając się na cierpieniu innych. Było ono taką samą walutą jak pieniądz, pożądaną na rogach ulicy, gdzie ludzie oferowali swe ciała nieszczęśliwym małżonkom, poszukiwaną przez gangi nakłaniające biednych do korzystnych pożyczek. Nie istniała świętować nieopłacalna do zbezczeszczenia ani ryzyko niewarte podjęcia dla monety. Dlatego też ledwie kilka kroków za bramą dopadła go kurtyzana ze spódnicą zadartą prawie pod biodra i desperackim uśmiechem kogoś, kto dawno nie przyjął zbawiennej dawki narkotykowego zapomnienia.
— Zabiorę cię do raju — wyszeptała, gładząc jego sztywne ramię.
— Nie chcesz mieć mej krwi na rękach — odpowiedział, bo wyłącznie za tą granicą mógłby zaznać spokoju, z runą roztrzaskaną o kamienie, a i tak nie był pewien, czy to prawda, czy jego dusza mogła jeszcze uciec od bólu.
Kłamstwo poganiało kłamstwo, wznosiło się ponad innymi kłamstwami i kłamliwie żyło w zakłamanych murach. Nienawidził tego miasta i rozumiał doskonale, dlaczego Zamaskowany przybył właśnie tutaj.
Tristan rozeznał się w sytuacji w jednym z barów, gdzie stary mężczyzna obsługujący klientów nawet nie chciał żadnych pieniędzy w zamian za rozmowę, co było niespotykane w Empyrii. Z typowym dla jego wieku brakiem strachu podzielił się swoją opinią o obecnej władzy kierowanej ręką nowego maga, wiedząc doskonale, że inni uznawali go za jedynie podchmielonego głupca stojącego jedną nogą w grobie i niezdolnego komukolwiek zagrozić. Tristan słuchał go dłużej, niż tego potrzebował, w głowie tworząc plan. Skoro Zamaskowany był kimś ważnym na dworze, to znaczyło, że przygotował dla niego ścieżkę prowadzącą do – jak się okazało, strzeżonej lepiej niż królewskie berło – Driady, wydał rozkaz straży pilnującej jej ogrodów, aby go przepuściła. Jeszcze tego wieczoru Tristan mógł ją zabić. Jeszcze tej nocy mógł zasnąć spokojnie po przyjęciu remedium.
Głodny nie zastanawia się, że chleb jest spleśniały, gdy wierzchnia strona wygląda jadalnie. Uczepił się tej myśli, nierozsądnej, acz błogiej, niecierpliwym krokiem pnąc się na najwyższą kondygnację miasta, do zaklętej bramy wyznaczającej granicę między miastem a włościami Imperatora. O tym, jak łatwo pogodził się z zabiciem Driady, nie myślał. Nie potrafił, gdy ból przeżarł się przez jego moralność i zadał mu jedno z tych pytań, na które odpowiedzi się nie zna, póki świat nie uczyni z niego prawdy: co jesteś zdolny uczynić w obliczu nieludzkiego cierpienia?
Poświęcił swą wolność, swój honor, aż w końcu prawość, z jaką niegdyś ratował, by teraz zabijać.
Bramę oflankowano niskimi strażnicami, a złotą blachę z symbolem Imperatora wbito w sam środek domkniętego na magiczne spusty piaskowca. Wartę pełniło jedynie dwóch strażników, mieli pilnować bardziej porządku niż samej bramy. Jeśli ktoś zdołałby obejść magiczne zabezpieczenia, prawdziwa armia czekała na niego dalej, bliżej ogrodów. To tutaj nie było nawet pierwszym bastionem, tylko posterunkiem mającym nieustannie przypominać o boskości Imperatora w porównaniu z zakurzonym miastem. Kolejne kłamstwo, kolejne przedstawienie.
Strażnicy pilnowali swoich miejsc, lecz czynili to niechlujnie, podpierając się plecami na piaskowcu i gawędząc o sprawach przyziemnych. Na Tristana nie zwrócili krzty uwagi, póki ten nie stanął centralnie przed nimi. Zdzielili go pogardą po twarzy samym wzrokiem.
— Muszę dostać się do Driady — powiedział, jakby nic prostszego nie istniało. Tylko otwórzcie bramę. Posłuchajcie Zamaskowanego. Dajce mi ją zabić.
— A ja muszę srać, ale w zbroję nie wypada — burknął strażnik, jego kolega zarechotał głośno. — Zjeżdżaj stąd, błaźnie.
Wojownik przyjął obelgę ze spokojem, choć podszepty Ostrza przerodziły się we wzburzone krzyki żądne krwi za zniewagę.
— Nie rozumiecie — powiedział powoli, bardzo powoli, by mężczyźni mieli czas przypomnieć sobie rozkazy słuchane jednym uchem. — Zwą mnie Tristan, a to jest polecenie od Zamaskowanego.
Strażnicy wymienili spojrzenia.
— Czy on piasek snów brał?
— Od którego, kurwa, dostawcy, bo też chcę.
Ta błazenada działała mu na nerwy. Chyba że…
— Stoicie na drodze niewłaściwego człowieka — spróbował po raz ostatni, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. — Jeśli Zamaskowany się dowie, że…
— Jak na razie to widzę przed sobą obszczanego i głuchego na jedno ucho kundla. — Strażnik splunął mu pod nogi flegmą, zacisnął mocniej dłoń na rękojeści miecza, a jego kpiarski humor przerodził się w zirytowaną wrogość. — Zabierz swoją zapchloną dupę do jakiegoś burdelu i spłacz się któreś tam w sukienkę, że cię Imperator nie chce przyjąć na podwieczorek u Driady. Wypad!
Tristan przyjrzał się to jednemu, to drugiemu i ich twarzom pozbawionym jednej złożonej myśli. Żadnego strachu po zwyzywaniu wojownika run, mimo iż tylko najpotężniejsi bądź najgłupsi mogli sobie na to pozwolić. Żadnej nienawiści zrodzonej z głębszego pragnienia przeciwstawienia się rozkazom, tylko ta wyższość płynąca z poczucia, że jest się siłą w tym mieście, co miast do obrony służyła do nękania. Nie mieli pojęcia, kim on jest ani co tu robi.
Stojący najbliżej niego strażnik wykonał prowokujący krok w przód, lecz Tristan nie drgnął, przynajmniej nie przez niego. Może nie pokonany, ale zhańbiony, a i owszem, obrócił się do strażników plecami i odszedł, palący ból zagryzając gniewem.
Głupcem był, sądząc, że Zamaskowany łaskawie mu pomoże. Dał mu awykonalne zadanie, dobrze wiedząc, że Tristan nie mógł odmówić, związany z noszonym przy pasie Ostrzem Cieni, zadającym mu ból wykraczający poza cielesną powłokę. Ono oddychało wraz z nim, myślało, żądało samej jego esencji istnienia do przejęcia jak własnej, a mag był jedyną istotą zdolną uciszyć wołanie cieni pochodzących nie z tego świata. Jego remedium na nieuchronną śmierć w męczarniach. Jego łaska. Jego wzgarda dla życia wojownika.
Jesteś idealnym niewolnikiem, powiedział mu jego były pan, Ceartas, wręcz czule spoglądając na swe runiczne ostrze. Tym byłeś, tym jesteś, tym zawsze będziesz. Miecz. Narzędzie. Rzecz. Czy tym się właśnie stałem? Bronią wypaloną w bólu, niczym więcej? Klingą celującą tam, gdzie pański palec wskaże, choć to ja trzymam swą runę?
Tak, dokładnie tak, śmiał się Zamaskowany, śmiały się cienie, gdy pomaszerował jak wyszkolony żołnierzyk do drugiej z trzech bram wejściowych na włości Imperatora. Spróbował podobnej rozmowy, efekt dostał ten sam, aż do reszty porzucił nadzieje o dostaniu do ogrodów z przychylnością Zamaskowanego. Potrzebował innej drogi, ale jakiej? Którędy? Nie był szpiegiem, nie był nawet dawnym wojownikiem, który planował swe posunięcie trzy ruchy w przód, gdy cienie miotały się w jego głowie, rozbijając myśli własnym pragnieniem cierpienia. Wyciąć sobie drogę, zniszczyć, zabić. Znał ich głos lepiej niż swój własny.
Wycofał się między budynki, obserwując zmianę warty, zachowania strażników, szukając kłamstwa wśród nich, które mógł zastraszyć, a potem wykorzystać. Ale to kłamstwo przyszło do niego.
Zakradło się do niego od tyłu, w sposób, jaki zaalarmowałby każdego przyzwoitego człowieka, lecz nie wojownika run. Kim był jeden mężczyzna stający naprzeciw nieśmiertelności w ciemnej uliczce? Tristan odwrócił się prawie od niechcenia.
Podkradający się do niego nieznajomy zamarł. Złoty napierśnik, paradny hełm, lekki miecz. Strażnik, który zmienił jakiś czas temu wartę.
— To ty wypytujesz o przejście do ogrodów? — zapytał konspiracyjnym szeptem. Tristan zobaczył w nim tylko kolejnego oprycha ubranego w zbroję straży. Stanął w gotowej do walki pozie, ostrzegając zawczasu przed kolejną próbą zgnojenia go. Strażnik zrobił krok w tył, zachwiał się, uniósł ręce. — Mogę pomóc — dodał szybko, strachliwie. Pojednawczy uśmiech niemrawo wygiął jego wargi.
Przenikliwy wzrok Tristana nie odrywał się od oczu mężczyzny, sięgając jego duszy i odnajdując sprzedajną próżność. Tamten nerwowo przełknął ślinę.
— Niby jak? — Wojownik zniżył głos. — Działasz z polecenia Zamaskowanego?
— Co? — prychnął, szczurzym spojrzeniem przebiegł po okolicy, dla pewności, czy nikt nie podsłuchuje. — Nie, brońcie bogowie, aż tak na łeb nie upadłem. Ale potrzebuję pieniędzy, a ty drogi do ogrodów. Zrobimy interes.
— Czego chcesz? — warknął Tristan, nieprzekonany.
— Można się bardzo szybko dorobić na zakładach walk gladiatorów — począł tłumaczyć strażnik, spiesząc się w swych słowach, jakby cierpliwość wojownika przesypywała się na jego oczach jak piasek w klepsydrze. — Jeśli postawiłbym z cztery, może pięć razy dobrą sumę na kogoś, kto umie walczyć, zarobiłbym wystarczająco. — Otaksował go szybko wzrokiem. — Ty nie wyglądasz na kogoś, kto umie walczyć, ale tacy niepozorni zawsze są specjalni. Co to za miecz?
— Wykuty z nienawiści oraz katuszy.
Mężczyzna zaśmiał się, przyjrzał Tristanowi, czekając ewidentnie na jego śmiech, a gdy ten nie nadszedł i wojownik wpatrywał się w niego ozięble, wesoły dźwięk niezręcznie umilkł.
— Nie było pytania — odchrząknął. — W każdym razie, umiesz nim machać?
— Mógłbym odciąć ci głowę przy samym wysunięciu go z pochwy.
— Czyli umiesz. — Ożywił się strażnik, nieudolnie starając się zignorować słowa wojownika, gdy instynkt kazał uciekać. Mężczyzna bezwolnie się odsunął. — Doskonale. Świetnie! Ty wygrasz dla mnie kilka walk, a ja podprowadzę cię pod ogrody, gdzie jest wyrwa w murach. Zgoda?
— Pod ogrody? — powtórzył Tristan, niespokojnie i paląco przez cienie wyjadające go od środka. — Będzie mnie czekać cała przeprawa przez zabezpieczenia, zanim dojdę do Driady.
Tyle wysiłku, tyle mąk, a nie miał nawet gwarancji, że znajdzie się we właściwym miejscu. Nie on, mówił sobie, nie on, tylko Ból złapał za szyję strażnika i przyciągnął go do wykrzywionej w paskudnym grymasie żałości, złości oraz żywej, tak bezsilnej niezgody na bycie popychadłem losu. Niczemu winien był ten strażnik, lecz znalazł się tak blisko niego, bliżej niż Zamaskowany, bliżej niż Driada, wystarczyło przelać w dłonie gniew, zmiażdżyć jego krtań, by życie uleciało z niego tak, jak Tristan pragnął, by uleciało ze znienawidzonego maga. Ścisnąć, zniszczyć, zabić…
— Kolego — charknął mężczyzna, przywołując go znad granicy przepaści. Tristan zamrugał, odetchnął nierówno, nieświadomy cieni zbierających się przed jego oczami. Poluźnił chwyt. — Ja znam tylko trochę ukrytych ścieżek, a nie magię, dzięki której rozbroję alarmy i uśpię strażników. Albo dobijamy interesu, albo możesz pozbierać jeszcze trochę wyzwisk od innych strażników, zanim któryś wrzuci cię do fosy z pełzaczami.
Wojownik odstąpił, puszczając strażnika, ten zaczął masować szyję. Szczurze oko niepewnie łypnęło na Tristana. Tracił kontrolę, zbyt łatwo, zbyt szybko. Prawie zabił tego człowieka.
ZABIJ! wrzasnął głos tysięcy cieni złożony w jeden taran uderzający o jego czaszkę.
Kończył mu się czas.
Strażnik znalazł się we wymarzonej sytuacji. Szurnięty gość mógł albo umrzeć na arenie, albo w ogrodach, a pieniądz wciąż wpadłby do kieszeni bez groźby zostania obarczonym zdradą. Jedyny świadek by nie żył. Był to układ niesprawiedliwy, zmuszający Tristana do zaryzykowania wszystkiego, nawet jeśli śmierć mu była nieobca, gdy strażnik nie ryzykował nic.
Uścisnęli sobie dłonie w ciemności.
Koloseum wyło głodem.
Ryk posadzonych wokół areny widzów zagłuszał własne myśli, bicie serca, oddech. Obracał w proch imię, nadając istnieniu nowe znaczenie zależnie od swego zadowolenia. Nie widział prawdziwej istoty, lecz coś, co może krwawić, a krew była najlepszym przyjacielem tłumów. Żywa. Brutalna. Łatwo odwracała wzrok mas od tego, co naprawdę było ważne, gdy okrucieństwo budziło w duszach ten ułamek pierwotności, który ludzie dzielili ze zwierzętami. Czuli drżenie ławy, gdy inni wybijali rytm walki swymi stopami, czuli odór potu i żelazisty posmak na języku, gdy ostrze wznosiło się do cięcia i opadało na przeciwnika. Nic personalnego, śmierć dla śmierci. Śmierć! Wygrana albo śmierć!
Brzmieli niczym cienie.
Wojownik o skórze gardzącej słońcem wyszedł z łukowatego przejścia na rozgrzany piasek areny. Odziany w proste spodnie oraz skórzane buty, z nagą piersią popękaną od siatki blizn, których pochodzenia już sam nie pamiętał, stanął w duszących objęciach koloseum, zwracając wykrzywioną parszywie twarz w górę. Czarny miecz ciążył w jego dłoni, bez szacunku ciągnięty za nim niczym tani tobołek. Nikt nie siedział wystarczająco blisko areny, żeby dostrzec, jak coś w klindze żyje, wije się i wyciąga, pochłaniając całe światło i nadzieję. Pod palcami trzymał pustkę, wiecznie nienasyconą pustkę.
Tristan znał ten huk, tę wrzawę, tę rozkosz płynącą z cierpienia, którą właśnie unosiła się widownia. Znalazł się w okrągłym gardle bestii towarzyszącej mu od momentu wyciągnięcia Ostrza Cieni z ukrycia, w zmaterializowanym piekle swego szaleństwa. Przestał odróżniać wycie cieni od ryku Koloseum, w tym chaosie odnajdując nieoczekiwanie spokój, gdy wszystkie dźwięki zlały się w jedno. Czy tak wyglądało jego zbawienie? Ciągła walka, aż w końcu śmierć na obcych oczach?
Po przeciwnej stronie pojawiła się jego ofiara.
Gladiator przypominał bardziej trolla niż mężczyznę, z tą przepaską wokół bioder i okrągłym ciałem wypełniającym sobą całe przejście koloseum. Potężny brzuch trzymał przed sobą jak tarczę, przebitą kolcami maczugą wymachiwał w powietrzu, jakby ta była lichą kukiełką. Hełm z powykręcanymi, byczymi rogami osłaniał osadzoną na grubych ramionach głowę. Zaryczał głośniej od wieprza, zakrzyknął donośniej od dziesięciu mężów, aż w końcu spojrzał na Tristana z szaleństwem rozjuszonego dzika.
— Śmierć! Wygrana albo śmierć! — skandował tłum żywiej, mocniej, jakby samym tym krzykiem mógł pchnąć szybciej na siebie wojowników.
Tristan czekał. Ból uczył oszczędności ruchów.
Gladiator, zgodnie z oczekiwaniami, zaszarżował.
Rzucił się na niego w niezgrabnym biegu. Nadrabiał w nim siłą oraz strachem, trzymając maczugę gotową do morderczego zamachu. Biegł z wprawą kogoś, kto wypracował swą technikę dawno na rozbitych głowach podobnym Tristanowi chuderlakach, którzy, sparaliżowani lękiem, nie zdołali uciec. Biegł, zaznajomiony z tą areną i widownią, omijając zdradliwe nierówności i krzycząc dwa razy głośniej, gdy ludzie krzyczeli. Panował nad swym małym światem, wywalczonym potem i krwią, i wyrzeczeniem się wiary w wartość drugiego życia. Wygrana albo śmierć.
Czy tak bardzo różnili się od siebie, gdy Tristan patrzył na niego i widział jedynie górę mięsa stojącą mu na drodze do ukojenia?
Znaleźli się wreszcie w zasięgu swoich broni. Maczuga śmignęła błyskawicznie w powietrzu, wojownik wykonał bez wysiłku unik. Przyzwyczajony do walki z płochliwymi sercami gladiator zawahał się, nie wiedząc, jak ktoś mógł przeżyć jego pierwszy atak. Zawahał się o uderzenie serca za długo.
Zupełnie odsłonięta, spalona słońcem skóra brzucha ustąpiła pod cięciem miecza z łatwością rozrywanej kartki. Ciało wybuchło obfitością wypatroszonych wnętrzności, zalewając gęstym szkarłatem piach. Zaśmierdziało, jęknęło, coś, co jeszcze chwilę temu było człowiekiem, stało się martwą masą dogorywającą na arenie. Ginąc w kałuży własnych jelit, gladiator zwrócił wybałuszone oko na Tristana, tracącym słuch uchem wyłapał skandowanie widowni. Wczoraj uwielbiany, dzisiaj zapomniany. Kolejne kłamstwo Empyrii – że cokolwiek znaczysz w imperialnej stolicy.
Tristan patrzył, jak umiera. Pilnował jego ostatniego oddechu, by usłyszeć ten finalny, krwawy świst wydobywający się spomiędzy jego warg. A potem, gdy nie zostało już nic z bijącego serca, wojownik run zwrócił się znów twarzą do areny, czekając na kolejną ofiarę.
Strażnik dotrzymał swej części umowy. Nie podejmował rozmowy o tym, co widział w koloseum ani ile zarobił, w milczeniu oraz pośpiechu prowadząc Tristana przez zarośnięty gąszcz otaczający ziemię Imperatora. Ktoś, kto oglądał, jak idąca za nim osoba wybija pięciu przeciwników bez wykonania jednego niepotrzebnego ruchu, nie cieszył się z takiej obecności dłużej, niż to było konieczne.
— Dlaczego nikt jeszcze nie znalazł tego przejścia i go nie zamknął? — zagadnął go Tristan, od zawiązania ich umowy nie potrafiąc zrozumieć tej jednej kwestii. Strażnik wzdrygnął się, zerknął szybko za siebie.
— To Empyria, bracie — odpowiedział, jakby to jedno słowo, „Empyria”, stanowiło wytłumaczenie dla każdej szczeliny, do której wpełznąć może amoralność w parze z zepsuciem, rozpychając wyłom do granic. „Empyria, bracie” – nie ma tu zamkniętej przed oszustwem drogi, nawet do ogrodów Imperatora.
Wyruszyli późnym popołudniem, z krwawym słońcem wiszącym wciąż ponad horyzontem. Według strażnika po zapadnięciu zmierzchu zwiększano ilość straży, co do reszty przekreśliłoby szanse Tristana. Nie ukrywał, że już wolał walczyć z całą armią, niż nieumiejętnie kryć się przed czujnym okiem strażników, ale ustąpił swojemu przewodnikowi. Ten wiedział lepiej. Poniekąd.
Dżungla go podduszała. Ciężkie liście figowców chlastały po twarzy, liany na podobieństwo pytonów oplątywały dłonie, skupiska niskich, egzotycznych roślin przeciwstawiały się ich przejściu. Wzięcie oddechu wilgotnego powietrza było walką, przełknięcie własnej śliny prawie zawsze przegraną bitwą, ale Tristan nie dbał o zaczerpnięcie łyka wody z bukłaka, o sytość, o wszystkie te drobne rytuały, które czyniły z niego jeszcze czującego, żyjącego człowieka. Strata cennych sekund, które dzieliły go od pozyskania remedium, bo tylko ono potrafiło uśmierzyć ból istnienia.
Mury wyrosły znikąd, jakby dzicz ucięto równo maczetą i postawiono biały marmur wznoszący się pod same liście palmowców. Tristan aż przystanął, próbując objąć wzrokiem kamienny pas zabezpieczeń, lecz te ginęły gdzieś w oddali, połykane przez dżunglę. Zdawały się wyznaczać granicę samego nieba.
— No, jesteśmy.
Strażnik poklepał dłonią marmur w miejscu, gdzie przy jego stopach widoczny był prześwit w monumentalnej konstrukcji. Na wpół wykopany, na wpół wydrążony w kamieniu, wzbudzał tę instynktowną niezgodę na wepchnięcie się w ciasną, ograniczającą możliwość ucieczki przestrzeń. Gdyby Tristan był nieco szerszy w ramionach, mógłby się nie zmieścić.
— Dalej radzisz sobie sam. Musisz przecisnąć się przez tę dziurę, a potem przejść ogrody aż do portalu, za którym siedzi Driada. — Strażnik spojrzał na niego, uśmiechnął się wymuszenie, po czym odbił się od muru i klepnął go w ramię. Nie tym pokrzepiającym gestem, a raczej niemym „oby spotkał cię szybki koniec”. — Powodzenia.
Odszedł, a dżungla zjadła jego kroki ledwie chwilę później. Tristan został sam, ze wzrokiem utkwionym w ciasnej drodze bez odwrotu. Coś w nim jeszcze wołało, mówiło „nie rób tego”, coś, co niegdyś było jego rozsądkiem oraz honorem. Na co jednak cierpiącemu jedno albo drugie, gdy żadne z nich nie da mu chwili oddechu w bólach. Cienie wrzeszczały głośniej od jego własnych myśli, przeskakiwały po jego drżących palcach i dreszczem nieproszenie lizały plecy.
Tristan położył się na ziemi.
Pod sobą ułożył miecz. Jego nienaturalny chłód wżerał się w skórę nawet przez pochwę i materiał koszuli, lecz był to chłód znany, ten sam, który pożerał dusze wojownika kawałek po kawałku. Palce wbiły się we wilgotną glebę, żylaste mięśnie napięły wysiłkiem, gdy podciągnął się na nich, wsadzając głowę oraz tułów w otwór. Strach był czymś normalnym, ludzkim i może właśnie dlatego Tristan – Ból – już go nie czuł, wsuwając się głębiej pod mury. Liczył się tylko lek, tylko chwila, w której spełni swe niewolnicze zadanie i zapłacze nad ochłapami rzuconymi mu przez pana.
Zniknął zupełnie w przejściu.
Nad nim – konstrukcja mająca powstrzymać armie przed wtargnięciem, pod nim – los, którego mu odmówiono. Spokojnej mogiły, miękkiej ziemi wchłaniającej w siebie jego krew, tak jak usłużnie wchłaniała krew jego wrogów oraz ofiar przez lata. Służąc jeszcze Ceartasowi sądził, że nie istnieje przekleństwo gorsze od nieśmiertelności. Wtedy jeszcze nie znał odoru nieśmiertelnego cierpienia.
Posuwał się powoli, metodycznie. Przesunięcie ostrza w przód, zaczepienie się palcami, podciągnięcie. I tak raz za razem, ku światłu widzianym na końcu. Znał historie przekazywane między ludźmi, o wędrówce w ramiona śmierci przypominającej zmierzanie ku podobnej jasności. Czy to również był zwiastun jego końca? Czy żadnego przejścia tu nie było, a on sam zginął na arenie, albo jeszcze wcześniej, w Mieście Dusz, a teraz cienie z Ostrza zabawiały się jego duszą w tym wiecznym limbo? Dlaczego im dalej na to pozwalał?
— Skąd bierze się twoja determinacja? — Usłyszał w głowie dawne wspomnienie dzielone z kimś, kogo już nie było.
— Z poświęcenia — odpowiedział wtedy.
— Z zemsty — odpowiedział teraz.
Znalazł się przy świetle.
Niczym szkodnik szukający czyjeś obecności w spichlerzu, nasłuchiwał chwilę i rozejrzał się w miarę możliwości, lecz przejście do ogrodów kończyło się w gęstych krzewach. Umorusany ziemią wypełzł ze swojej potępieńczej jamy, trzymając się nisko na nogach. Pochwę z mieczem przerzucił sobie na plecy. Dopiero gdy żadnego ze słyszanych dźwięków nie przypasował do bojowego kroku, wychylił się nieznacznie ponad zieleń kryjówki.
Rozkwit żołnierskiej buty zdominował bogactwo ogrodów.
Przy bramie piętnastu, na ścieżkach patrolujące pary, w równych odstępach rozstawieni pod murem pojedynczy strażnicy. Wypinali piersi, stroszyli czerwone grzebienie hełmów, paradowali z obnażonymi ostrzami. Młode twarze, lecz zacięte i wyszkolone, świadome swej misji – bronić portalu za cenę własnego życia. Wzrok Tristana prześlizgnął się po gęstych trawach i krystalicznych oczkach wodnych, aż dotarł do kamiennej konstrukcji pulsującej mocą kryształu Aonira. Tam wiodła jego droga. Przez bodaj cały batalion stacjonujący w ogrodach.
Cienie zażądały krwi. Tristan ujrzał cichą ścieżkę. Ryzykowną, ale ścieżkę.
Horyzont znad przeciwnej strony zachodu wciągał na niebo coraz intensywniejsze barwy granatu. Zmiana warty się zbliżała, a z nią zwiększenie straży. Czas mu było ruszać.
W kuckach kroczył pod osłoną krzewów, blisko muru, starając się nie poruszać nadmiernie roślinnością. Był niezgrabny, niewyszkolony do takich rzeczy, jednak szedł, na jeden krok poświęcając dwa razy więcej zamyślenia niż na cięcie mieczem. Przepych ogrodów był jego tarczą, ich piękno kolejnym kłamstwem, które mógł wykorzystać, bo każde piękno płaciło swą cenę w ułudzie. Urok za nienawiść do samego siebie, słodycz za gorycz samotności, względy za nieufność. Które z nich to było? Nieważne, nieistotne. Musiał tylko się w tym cieniu przekraść.
Krok za chwiejnym krokiem, z potem zbierającym się na twarzy przy najmniejszym poruszeniu najbliższego strażnika i wdechem trzymanym aż do bólu piersi, zbliżał się do swego celu, wciąż odległego i niepewnego. Nie miał pojęcia, jak wyminąć strażników przy samym portalu. Będzie biegł. Do utraty tchu, do końca, przeszywając serce Driady mieczem, zanim go pochwycą.
Przy tej właśnie myśli się potknął i zrozumiał, że będzie musiał zacząć biec znacznie, znacznie szybciej.
Odzyskał równowagę, ale niewystarczająco prędko, żeby uwierzyć, że nikt nie dostrzegł nagłego drgnięcia pod murem. Zamarł w pokracznej pozie, nasłuchując i słysząc ten przeklęty, żołnierski krok. Wpierw zwolnił, zatrzymał się, potem ruszył ku wojownikowi. Nie idź. Nie idź. Nie idź. Wołał do strażnika w odmętach swej przeżartej cieniami duszy. One już wiedziały, już ostrzyły kły i warczały z uwielbieniem, gdy nieuchronna masakra szła im na spotkanie.
ZABIJ!
Nie.
TAK!
Nie zdołam.
MUSISZ!
Zbroja strażnika cicho pobrzmiewała wołaniem ostatniego odwrotnego dzwonu. Tristan wiedział, że powrót do ukrycia już nie był możliwy w momencie ujrzenia góry hełmu ponad liśćmi.
Oczy rozwarły się niedowierzaniem, widząc kogoś w samym sercu ogrodów, w okolicy portalu. Wyuczona twardym treningiem ręka sięgnęła do pasa po róg ostrzegawczy, jeszcze zanim sam mężczyzna zdążył o tym pomyśleć. Tristan odciął mu tę dłoń płynnym wyciągnięciem miecza z pochwy, zastępując alarm jego krzykiem.
Rogi kolejno zaryczały, psy gończe zaszczekały, spokój ogrodów przerodził się w piekło z żołnierskimi demonami.
Tristan wyrwał spod krzaków, rzucając się w szaleńczą szarżę na portal.
— Cel! — wrzasnął ktoś daleko za nim, kusze zaklekotały w takt napinającej je linki. — Strzał!
Pociski poszybowały z obietnicą zguby. Miecz odbił jeden, pozostałe przepadły w zieleni, poniżej jego bioder. Może i był głupcem, ale nie głupcem biegnącym po otwartym terenie.
Portal nagle zaczął rosnąć niezwykle szybko w jego oczach. Sto kroków. Sto kroków ponad głowami straży formującej szyk, pomiędzy bełtami, wśród rozszalałych ogarów. Sto kroków do ulgi.
Biegł, gdy nie zostało mu już nic innego.
ZABIJ!
I zabił, słuchając wbrew sobie podpowiedzi cieni. Zamachnął się trochę na oślep za siebie, ale Ostrze Cieni jakby samo poprowadziło jego dłonią, trafiając tam, gdzie chciało, prosto w szyję doganiającego go strażnika. Kolejnych dwóch zagrodziło mu drogę. Uniknął ciosu jednego, ciął pod pachą drugiego i wrócił z ciosem wyprowadzonym z siłą półobrotu w jego bark. Zanim padli, Tristan już wdepnął w krew rozlewającą się pod jego stopami i rzucił się na kolejną brygadę z rykiem, który nie brzmiał jak nic ludzkiego.
Z N I S Z C Z!
Świat ogarnęła wijąca się ciemność przeplatana z rozlanym szkarłatem na tle zachodzącego słońca. Dotrzeć do portalu. Cięcie. Zabić Driadę. Atak. Uciec od bólu. Parada. Nie był pewien, czy to on władał mieczem, czy miecz władał nim, gdy wybijał w pień doborowych legionistów Imperatora.
Aż nagle dotarł przed żywą ścianę strażników zbudowaną wokół portalu i zrobiło się bardzo cicho.
Lecz nie w jego głowie, nie wśród ciemności domagającej się śmierci ich wszystkich i każącej go bólem za każdą sekundę zwłoki. Otoczyli go jak dzikie zwierzę, ranne i nierozsądne, gotowe rzucić się na każdego w przypływie paniki. Widział ich twarze jako rozkrwawione miazgi, ich kończyny przecięte, krzyki wyrwane z gardła przemocą zadaną klingą wiercącą we wnętrznościach. Cienie ich nienawidziły. Cienie PRAGNĘŁY ich końca.
Tristan skoczył, a za nim skoczyli oni. Ranił dwóch, może trzech, zanim dostał trzonem czyjeś broni w potylicę, potem w dół pleców, wreszcie pod kolana. Upadł, nie wydawszy z siebie jednego jęku, bo jęk wymagał oddechu, ten zaś opuścił go przy pierwszym ciosie. Ból spotęgował się po stokroć, tysiąckroć, wywodzący się z najmniejszych części jego ciała.
A cienie krzyczały. Krzyczały upojnym zadowoleniem, warczały zaspokojone jego cierpieniem, równie dobrym, co krew strażników.
Słyszał ich bluźnierczy charkot jeszcze długo po tym, jak zamknął oczy i przepadł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz