Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

13 sierpnia 2026

Od Dantego – Mój wymarzony barista (IV) [AU]

Alkohol, muzyka, światła – jego świat. Jego idealna utopia, w której wszystko było wykurwiście zajebiste. Doskonałe, świetne i cudowne, pozbawione jakichkolwiek błędów, nad którymi zbyt długo się zastanawiano. Jak ktoś oferował kolejkę, to się piło; jak chciał tańczyć, to się tańczyło. Wystarczył jeden oddech, żeby się zgodzić i popłynąć z nurtem barowej zabawy, bez robienia sobie wyrzutów sumienia o coś głupiego, co się powiedziało albo zrobiło przed kimś, kto ci się podobał. Tutaj wszystko miało proste zasady, po pierwsze zasad nie było, po drugie trzeba było się dobrze bawić. A to Dante potrafił zapewnić sobie i innym z oddaniem godnym patrioty stającego do hymnu narodowego. Ten właśnie zaczynał lecieć z głośników – ABBA wołała Lay All Your Love On Me, a Dante świecił swą klatą, całą do kochania.
Ulubiona ekipa dokazywała mu pod bokiem. Raam, obdarzony przez świat temperamentem, który wypierdolił go zza kasy hinduskiego sklepiku swoich starych do ich magazynu, oglądał się za panienkami i cisnął bekę z całej reszty, bo piła dwa razy wolniej od niego. Arieth wyjątkowo porzucił mury biblioteki i sączył swój cydr, wymieniając czasem jakieś uwagi z Virgilem pracującym w papierniczym. Ta zasierściona ręka łaskocząca mężczyznę w talię należała do Seymoura, trzymającego razem z Zapałką pieczę nad kotkami w kociarni. Z nich wszystkich tylko Seymour nie pracował dlatego, że potrzebował hajsu, tylko ktoś po prostu musiał pilnować Ignisa.
Bawili się najlepiej na świecie, pili za dziesięciu i krzyczeli za cały stadion piłki nożnej, przerzucając się obelgami i kolejnymi alkoholowymi wyzwaniami. Nigdy wcześniej nie było tak kapitalnie, superancko, dojebanie, więc dlaczego, do ciężkiej kurwy, musiał on sobie cały czas o tym przypominać?
Virgil spoglądał na niego jakoś częściej przez cały wieczór. Jego przyjaciel nie wyglądał na kogoś groźnego, ale jak wyjeżdżał z pytaniem, czy w domu wszystko dobrze, to się nikt nie śmiał i nie wywracał oczami, bo przy Vi nie dało się ukryć, że rzeczywiście dzień był chujowy, matka się na kogoś wydarła, pies pogryzł kanapę, a babcię musiała zabierać karetka. Dante pił i kłócił się z Zapałką tyle, żeby zmylić ten uważny nos Virgila i nie dać mu powodów do zmartwień. W swoim przekonaniu robił to perfekcyjnie, dlatego nie przyszło mu do głowy, że propozycja przyjaciela będzie niosła za sobą jakieś konsekwencje.
— Idziemy zapalić — rzucił Vi do niego i tylko do niego. Dante podniósł się, próbując zabrać ze sobą Zapałkę, ale mężczyzna zerknął na Virgila, a potem machnął ręką, powiedział, że później.
Wyszli przed bar, stanęli pod brudnym okienkiem, przez które całe wnętrze baru wydawało się rozmytą plamą koszmarnie dobranych akwareli. Na kamiennym parapecie ustawiono popielniczkę pamiętającą lepsze czasy, ale i tak niedopałki leżały wszędzie, tylko nie w niej, a czarne smugi zgaszonych papierosów tworzyły nową wariację artystyczną na ścianie. Vi odruchowo wyciągnął dwa fajki, bo przecież Dante nigdy własnych nie nosił, podał mu i podstawił zapalniczkę. Tę, co mu Seymour ostatnio kupił, z brokatową, wilczą łapką na boku.
Dante zaciągnął się, przymknął oczy. Przez chwilę było spokojnie. Chłód nocy kładł się miło na policzkach, orzeźwiał przyćmiony procentami umysł, jednak nie na tyle, żeby wypadki z ostatnich kilku dni nie wróciły do niego niechcianą falą.
O to zadbał Virgil.
— To powiesz mi, o co chodzi, czy mam to z ciebie siłą wyciągnąć? — odezwał się, strzepując popiół na chodnik.
— Ale przecież o nic nie chodzi.
— Pijesz czystą tylko, gdy jesteś smutny albo wystarczająco wstawiony z Ignisem. To drugie jeszcze nie obowiązuje, więc zostaje pierwsza opcja.
Kurwa. Tego nie przewidział.
— Może tak, może nie — rzucił, waląc głupa tyle, ile da radę.
— To przez tego baristę? Bashara?
— Skąd ci to przyszło do głowy?
— Nie jesteś wyjątkowo tajemniczy, jeśli chodzi o niego.
Dante prychnął, uśmiechnął się kątem ust, ale nieszczególnie radośnie. Faktycznie dużo gadał o chodzeniu do kawiarni i widywaniu tego specjalnego baristy. Aż ugryzło go to w dupę i gdy przymknął się o nim na jeden wieczór, nagle wydało się to podejrzane.
— Po prostu… — Zakręcił papierosem półkole w powietrzu, jakby próbował z pełną gracji nonszalancją umniejszyć całej sprawie, którą wypominał sobie przed snem godzinami. — Wyszła taka głupia sytuacja między nami…
— „Głupia sytuacja” masz na myśli, że ty mu powiedziałeś coś głupiego — stwierdził Virgil.
— Trochę…? — zaśmiał się niepewnie Dante.
Niechętnie zaczął opowiadać o swoim typowym przyjściu do kawiarni niezwiastującym katastrofy. Jak zwykle położył nieprzyjęte kwiaty na ladzie, podroczył się z baristą, pouśmiechał, tablicy nawet wpierw nie dostrzegł, pochłonięty zdawkową rozmową z Basharem. Niestety język mu się rozplątywał szybciej, niż myśli nabierały tempa, w rezultacie doprowadzając do paru ciekawych komentarzy na temat pisma Bashara, jak się okazało. Zachęta do rozmowy prezentowała się zbyt kusząco, by jej odmówić, cała reszta jednak, cóż, nie była przynęty warta…
Virgil pocierał dłonią czoło, jeszcze zanim Dante skończył mówić.
— Czy ty choć raz możesz pomyśleć przed mówieniem czegoś? — westchnął.
— Pomyślałem! Tylko niewystarczająco.
Wymowne spojrzenie od Vi Dante przyjął z pytającym uniesieniem ramion.
— Powiedzieć ci, jak ja to widzę?
— Oświeć mnie — prychnął kwiaciarz.
— Zauroczyłeś się w tym bariście, bo to jedyny gość, który nie je ci z ręki po jednym twoim uśmiechu — powiedział Virgil, a w Dantem coś momentalnie się napięło, gotowe do skoczenia w stanowczą defensywę. — On patrzy na to, jaki jesteś, a nie na to, jak wyglądasz. Jeśli miałbyś mu się spodobać, to tylko dlatego, że przekonałeś go do tego czymś więcej niż słodką gadką. I z jednej strony właśnie tego chcesz – żeby cię poznał i polubił za to, że jesteś sobą.
Dante łypnął na niego z oburzeniem. Vi nie czekał na jego odpowiedź.
— A z drugiej wchodzisz automatycznie w reakcję obronną ze stresu przed odsłonięciem się i nie masz pojęcia, jak się zachować, gdy ktoś nie zgadza się na zwykłe bzykanie, bo ładnie wyglądasz. Dlatego robisz te wszystkie głupie rzeczy.
Mierzyli się wzrokiem zwiastującym ostrą wymianę siłową. Po latach przyjaźni Vi nie miał odruchu, żeby cofnąć się przed huraganem, jakim był Dante. Wychodził mu wręcz naprzeciw, tak jak teraz, nie bojąc się zaciśniętej na parapecie dłoni ani palców zgniatających praktycznie końcówkę papierosa. Nie było czego się bać, gdy Virgil doskonale wiedział, że Dante prędzej sam sobie jebnie głową w ścianę, niż podniesie na niego rękę. Ale napięcie między nimi było prawdziwe, nienawiść w mroźnobłękitnych oczach szczera, jednak ona przypominała ledwie nagły, niekontrolowany wybuch, kryjący w kłębie dymu to, co gorzało dużo dłużej i mocniej w Dantem.
Strach przed odrzuceniem. Wyłożony przed nim na srebrnej tacy przez Vi.
— Jestem absolutną spierdoliną — parsknął niewesoło, jako pierwszy odwracając wzrok. Schował twarz w dłonie, ramiona drgały mu lekko śmiechem, bo inaczej niż kpiną nie dało się jego głupoty potraktować.
— Jesteś — przyznał pokrzepiająco Virgil, głos mu jednak złagodniał. — Ale masz też duże serce, tylko nie potrafisz tego pokazać.
Dante spojrzał na przyjaciela spomiędzy rozsuniętych palców. Chęć kłócenia się z Vi umarła gdzieś między gardłem a ustami, przybita przez zalążek nadziei.
— To co mam zrobić?
— Zastanów się, co by mu się spodobało. To ktoś ekspresyjny, poważny?
— Bardziej poważny od twojej mamy.
— Więc daj mu coś w tym guście albo zapytaj go wprost, co lubi. — Vi zawahał się, ale ledwie sekundę. — Bo nie zapytałeś go, prawda?
— Zazwyczaj nie musiałem pytać…
— Osłabiasz mnie.
— Mam w tym wprawę.
Roześmiali się, kwiaciarz przyjął zasłużonego kuksańca w bok. Pomysł Vi nie brzmiał źle. Brzmiał sensownie, a patrząc na fakt, że sensowne rzeczy nigdy nie były mocną stroną Dantego, mógł się okazać dokładnie tym, czego ta spalona sytuacja potrzebowała. Tylko że z tyłu głowy wkurwiający głosik nazywany wątpliwościami wciąż darł się ogłuszająco głośno, stając na głowie, żeby zwrócić na siebie uwagę Dantego.
Kwiaciarz dopalił to, co zostało z jego papierosa, dorzucił do sterty przyjaciół swojego niedopałka. Virgil zrobił krok w stronę drzwi baru, ale powstrzymał go głos Dantego, niespotykanie cichszy niż na co dzień.
— Vi?
— Mhm?
— A co jak przestanę być totalnym klaunem, a on uzna, że nawet nie jestem zabawny, gdy jestem sobą?
Virgil uniósł w rozbawionym zaskoczeniu brwi.
— Czy przypadkowy barista właśnie sprawił, że ego Dantego Selachiniusa zaczęło mieścić się z nim w jednym budynku? Musisz mnie koniecznie z nim zapoznać.
— Spierdalaj.
Docinek był tylko docinkiem. Właściwe słowa Vi powiedział z lekkim, zachęcającym uśmiechem.
— Myślę, że jest w tobie wiele dobrego i wyjątkowego, Dante, choć nie ułatwiasz innym zrozumienia tego. Może jemu dasz szansę na zobaczenie cię naprawdę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz