Pytanie zawisło w powietrzu, ciche, niepewne. Virgil tylko na moment zerknął w bok, gdzieś w stronę sandałów Seymoura, dłonie ściskały glinę mocniej, niż to było konieczne. Cień rozbawienia przemknął przez twarz boga, mężczyzna oparł się niezobowiązująco o jeden ze stołów.
— A jak ci się wydaje? — spytał, przebiegając opuszkami po blacie. — Księżyc świeci tam, gdzie dostrzega coś wartego uwagi. Może po prostu uznałem, że twój warsztat jest najciekawszym miejscem w tej dolinie?
Prawie oderwał kawałek gliny, policzki śmiertelnika zabarwiły się rumieńcem i Seymour stwierdził, że Virgil naprawdę uroczo tak wygląda.
— Ignis — dodał, porzucając aurę tajemnicy na rzecz szczerości. — Wspominał ostatnio o rzeźbach w swej nowej świątyni, a że Ignis rzadko mówi o czymś innym, niż muzyka, zainteresowało mnie to. Chciałem zobaczyć, kto kryje się za dłutem potrafiącym zakląć w kamieniu tak wiele życia. I wpierw interesowałem się bardziej twoimi dziełami, lecz potem — urwał, zamyślił się. — Potem atmosfera twojej pracowni mnie urzekła.
Virgil w końcu spojrzał na niego, niedowierzanie odmalowało się na twarzy, a dłonie z gliną kompletnie znieruchomiały. Rzeźbiarz omiótł wzrokiem swój warsztat, przechylił zabawnie głowę.
— Co tu jest takiego urzekającego?
— Cisza, spokój. Ta atmosfera skupienia — Seymour westchnął. — Ignis jest głośny, żywiołowy, rzuca się na każdy temat, od razu rozpala pasją i rusza do działania. Reszta jego świty jest podobna, więc w jego siedzibie nie ma chwili spokoju, wszystko dzieje się pod wpływem emocji i kaprysów. Tutaj zaś… tu jest zupełnie inaczej.
— Wierzę że… moja pracownia nie jest w niczym podobna do pałacu boga.
— Na szczęście nie. Nie uświadamiałem sobie, na ile męczy mnie ten hałas, ciągłe rozmowy, przepychanki słowne, to, że bez przerwy coś musi się dziać. — Seymour od niechcenia sięgnął po jakieś mniejsze dłuto, obrócił je w palcach. — Może to kwestia mojej dziedziny, że nie potrafię na okrągło się bawić i potrzebuję więcej ciszy i spokoju?
— Jesteście bardziej… podobni do nas, niż zakładałem — odezwał się Virgil, zaraz jednak jego rumieniec jeszcze bardziej się pogłębił, gdy mężczyzna uświadomił sobie, co powiedział. — Wybacz, panie, nie miałem niczego złego na myśli…!
Seymour parsknął śmiechem.
— Nie chowam urazy. Może naprawdę jesteśmy do was bardziej podobni, niż sami chcielibyśmy przyznać — uspokoił go, skinieniem głowy wskazał na powoli wyłaniający się z gliny model. — A teraz wróć do pracy. Obiecałeś mi pokazać, jak powstaje twoje dzieło.
Noc za nocą, Seymour wracał do pracowni Virgila. Nie pojawiał się każdego wieczora, czasem znikał na dobre parę dni, by ukazać się wcześnie, niemal dokładnie wtedy, gdy słońce ledwie dotykało horyzontu. Lecz czy Seymour siedział na jednym z blatów bądź spacerował po pracowni, czy też próżno było szukać rzeźbiarzowi jego sylwetki, księżyc wraz z gwiazdami błogosławił pracownię swoim łagodnym światłem, starannie otulając jasny marmur i sprawiając, że każdy wieczór przynosił postępy w pracy.
Rytuał ten koił jego myśli. Czasem pozował, ukazując Virgilowi swój profil, linię ramion, harmonię błękitu tatuaży czy zamyślony spokój swego oblicza. Czuł na sobie badawcze spojrzenie śmiertelnika, z tą artystyczną precyzją, podszyte nabożnym lękiem, uciekające za każdym razem, gdy Seymour bardziej się do niego odwracał. Na początku go to bawiło, lecz wkrótce Seymour odkrył, że chciałby, żeby ten wzrok zostawał przy nim na dłużej.
— Coś cię trapi — stwierdził pewnej nocy, przerywając ciszę.
Seymour widział, jak z surowego marmuru powoli wyłania się kształt, ale widział też, że tamtego wieczora w ruchy Virgila wkradło się jakieś napięcie, myśli zaś odbiegały ku niewypowiedzianym troskom i zgryzotom. Dłuto zamarło na jego słowa.
— Martwię się o pewną osobę — przyznał Virgil, odkładając narzędzia. — To… ktoś kto wiele dla mnie znaczy. I wiele dla mnie zrobił.
Seymour uniósł brew, przysiadł na blacie.
— Nie wiedziałem, że masz konkretnego mecenasa.
Virgil potrząsnął głową.
— Nie nazwałbym go mecenasem, raczej… przyjacielem… Tak o nim myślę i on tak mnie nazywa, chociaż nie wiem, czy to stosowne słowo.
— Od kiedy słowo „przyjaciel” jest niestosowne?
— On jest bogiem — wyjaśnił Virgil. — Nazywa się Dante.
— Ach…
Bóg księżyca pokiwał głową ze zrozumieniem, Virgil ożywił się.
— Znasz go, panie?
— Kojarzę, rozmawiamy od czasu do czasu… To bardziej znajomy Ignisa — przyznał, popatrzył uważniej na Virgila, myśl zaświtała w głowie. — Właściwie to dawno go nie widziałem… To tym się martwisz?
Bogowie postrzegali upływ czasu nieco inaczej. Dla istot wiecznych, niezmiennych i wszechpotężnych, rok wydawał się niczym mgnienie oka, dziesięciolecie było tylko chwilą, ukochanego śmiertelnika można było zostawić na trochę, by powrócić do kruszącego się ze starości grobu. Dante faktycznie przestał bywać w okolicy, nie pojawiał się w płomienistym pałacu Ignisa, gdzie najczęściej się spotykali, Seymour jednak doszedł do wniosku, że bóg wiosny najpewniej znów naraził się matce, ta zaś postanowiła go zwyczajnie uziemić. Nie pierwszy raz Sappho usiłowała zamknąć Dantego w złotej klatce, niczym egzotycznego i kruchego ptaka, i nie pierwszy raz Dante kłócił się z nią, gdy udało mu się wyrwać. Chociaż gdyby się zastanowić, to teraz naprawdę długo go nie było…
— Tak. I też tym, że kiedy mnie niedawno odwiedził, był bardzo odmieniony… To znaczy, był odmieniony w dobrym tego słowa znaczeniu, był weselszy, miał w sobie tyle życia… Ale mówił tak enigmatycznie i znów gdzieś odszedł. Boję się, że już nie wróci.
Seymour nie odpowiedział od razu, znów biorąc do ręki jakieś przypadkowe dłuto.
— Co właściwie o nim sądzisz? O Dantem.
Virgil zająknął się, nabrał tchu.
— Myślę, że… Znam wiele opowieści o bogach i herosach, jednak spośród nich to Dante wydaje mi się najsmutniejszy — przyznał po chwili. — On, cóż, to prawda, że jest bogiem wiosny i niesie ze sobą to ciepło i radość podległej mu pory roku, jednak gdzieś pod tymi wszystkimi uśmiechami i żartami da się wyczuć napięcie, że zaraz pojawi się jego matka, zaraz każe mu wracać, czegoś zabroni, że znowu będą się kłócić. — Virgil urwał, jego brwi same ściągnęły się w wyrazie współczucia. — Zawsze wydawało mi się, że bogów nic nie ogranicza i że mogą robić, co im się podoba. Ale tak nigdy nie było w przypadku Dantego. — Rzeźbiarz westchnął. — On po prostu chciał poznawać innych, być z nimi. Nie po to, by namieszać komuś w życiu, jak to czasem bogowie… — Zamilkł, zerknął niepewnie na Seymoura, ten jednak tylko machnął ręką, gestem zachęcił, by Virgil kontynuował. — M-może dlatego, przez tę jego potrzebę poznawania świata na przekór matce, udało nam się… zaprzyjaźnić.
— Wspominałeś, że wiele dla ciebie zrobił.
— Tak, i nigdy mu tego nie zapomnę. Valerius, mój brat, cóż… Od zawsze był słabego zdrowia, a dzięki pomocy Dantego lepiej się czuje. Dante stworzył dla niego leczniczą roślinę, kiedy wszystkie modły zawiodły, a medycy rozkładali ręce. On nie jest bogiem uzdrowień, to nie było dla niego coś łatwego i szybkiego. Naprawdę się postarał i włożył w to dużo pracy, dlatego… — Virgil urwał, spuścił wzrok, potarł o siebie przyprószone marmurowym pyłem palce. — Frustruje mnie, że nie mogę niczego dla niego zrobić. Nawet wysłuchać wszystkich jego przemyśleń, bo i te przede mną ukrył, gdy do mnie przyszedł, bojąc się, że… że jego matka tutaj przyjdzie i… — Słowa zamarły, rzeźbiarz zacisnął usta. — Za dużo powiedziałem, nie powinienem był…
Seymour pokręcił głową uspokajająco.
— Chyba pierwszy raz widzę śmiertelnika, który martwiłby się tak o boga i miał wyrzuty sumienia o to, że nie jest w stanie mu pomóc, kiedy… może właśnie wysłuchanie go, bycie obok bez żadnych oczekiwań, bez oceny, bez oferowania porad jest tym, co było dla niego najcenniejszym — przyznał filozoficznie. — Jesteś naprawdę wyjątkową duszą.
Virgil zająknął się i zaczerwienił, lekki uśmiech pojawił się na obliczu, gdy rzeźbiarz spuścił skromnie wzrok, spróbował zająć dłonie dłutem, wrócić do marmuru.
Seymour w milczeniu obserwował jego działania, ale spokój boga był pozorny. Sappho mogła tu przyjść, mogła chcieć czegoś od Virgila, a jeśli odpowiedź by jej nie usatysfakcjonowała…
Na powrót skupiony na swej pracy Virgil nie dostrzegł, jak ściągają się brwi Seymoura.
Płynąc przez nocne niebo, Seymour uśmiechał się, wyczekując momentu, gdy pogrąży się w tym spokojnym zaciszu rzeźbiarskiej pracowni, przypatrzy powoli wyłaniającemu się z kamienia dziełu, a w przerwach od pracy, pomówi z Virgilem, może wyciągnie od niego kolejną historię, albo sam coś mu opowie. Rezerwa powoli opuszczała słowa i gesty rzeźbiarza, już mniej spuszczał wzrok, częściej się uśmiechał, a Seymour odkrył, że ten wyraz jego twarzy jest równie uroczy, co gdy Virgil się czerwieni.
Lecz nie spokój i łagodna atmosfera czekały na niego w pracowni.
W środku panował chaos, na blatach leżały rozgrzebane narzędzia, sam Virgil zaś gorączkowo grzebał wśród skrzyń, starając się coś znaleźć.
— Virgil?
Rzeźbiarz odwrócił się, w jego oczach lśniły ledwie hamowane łzy.
— Ja… przepraszam. Dzisiaj… dzisiaj nie mogę…
— Co się stało? — spytał Seymour, podchodząc bliżej.
— Muszę… Chodzi o Valeriusa.
— Jest chory?
Virgil potrząsnął głową, złapał głębszy oddech, odłożył wygrzebany skądś młotek.
— Był u nas poborca podatkowy. Od jakiegoś czasu ze zbiorami w okolicy jest coraz ciężej, ale nie u nas. Dante pobłogosławił tę ziemię przed swoim odejściem i nam wiedzie się dobrze, więc myśleliśmy, że po prostu zapłacimy, jak co roku i koniec. Ale poborca… On powiedział, że skoro inni nie są w stanie zapłacić, to my musimy się dołożyć, za wszystkich, żeby do skarbca wpłynęło tyle drachm, ile zawsze.
Seymour uniósł brwi.
— To tutaj normalne?
— Nie, to niesprawiedliwe. Znaczy, pomoglibyśmy naszym sąsiadom, ale nawet z błogosławieństwem Dantego nie mamy tyle, żeby zapłacić za wszystkich, to jest bardzo dużo pieniędzy.
— I jak się to ma do Valeriusa?
Virgil westchnął.
— On nie jest typem człowieka, który położyłby po sobie uszy. Zaczął wykłócać się z poborcą, chociaż tata mówił, żeby był cicho, i postawił mu się, nazwał złodziejem i tyranem. Poborca wpadł w furię i kazał go pojmać. Zaciągnął do miasta, do więzienia… — Virgil zająknął się. — Valerius nie może tam być, on się na pewno pochoruje! — Rzeźbiarz machnął dłonią w stronę swojego warsztatu. — Próbuję właśnie znaleźć jakieś lepsze narzędzia, mniej używane, może ktoś będzie chciał je kupić i będziemy mieli i na podatek, i na kaucję za Valeriusa… Wszystkie moje rzeźby są jeszcze nieskończone, ale zanim je skończę i dostanę zapłatę, to nie wiem, co z nim będzie.
Virgil urwał, głos do reszty mu się załamał, mężczyzna ukrył twarz w dłoniach.
Seymour stał nad nim przez chwilę w milczeniu, a ta bezgłośna mieszanka łagodnej ciemności i ciepła gwiazd zdawała się stopniowo gęstnieć w coś zimnego, twardego i niebezpiecznego.
— Vi — odezwał się Seymour, a tembr jego głosu, tak kompletnie różny od zwyczajowego, sprawił, że rzeźbiarz uniósł wzrok. — Weź dłuto i wróć do pracy.
— Panie?
— Zostań tu i niczym się nie martw — powiedział, a jego postać powoli traciła swą materialność, obracając się w księżycowe światło. — Niedługo zobaczysz swojego brata.
Nie spytał, w którą stronę ruszył poborca, do którego miasta zmierzał, jak dawno wyjechał. Zimny blask księżyca rozdarł ciemności, nic się przed nim nie ukryło. Z nadludzką prędkością Seymour odnalazł poborcę, jego żołnierzy i tego jednego chłopaka, kulącego się na ziemi, ze spętanymi dłońmi i nogami, tak podobnego do jego ulubionego rzeźbiarza.
Prawym śmiertelnikom noc przynosiła spokój i odpoczynek po dniu wypełnionym pracą, a ich serca, nieobciążone złymi uczynkami, czyste w oczach bogów, nie miały powodu, by się niepokoić. Lecz noc była też czasem, gdy wszelkie lęki i zgryzoty, spychane na granice świadomości, podnosiły swoje łby, rosły do niepomiernych rozmiarów, obracając się w koszmary. Ludzie mogli się przechwalać przed swoimi koleżkami, jak to ukradli, wykorzystali i oszukali, mogli śmiać się z głupoty naiwnych czy słabości innych, ale sumienie mieszkało w każdym z nich i gryzło, drapało, kąsało, choćby zamknięto je w najgłębszej z piwnic.
Seymour zbliżył się, niewidzialny i eteryczny, a wraz z jego gniewnym spojrzeniem, gwiazdy i księżyc otuliły się ciemnością chmur, odwracając swe oblicza. Mrok zapadł wokół podróżującej grupki, pobliska droga, do tej pory jasno i wyraźne prowadząca w stronę polis, zmieniła się w poszarzałą kreskę, pojedyncze cyprysy straciły swój dumny kształt, przeobrażając się w nierzeczywiste zjawy, i nawet tamto drzewko oliwne, pochylone wiekiem i wiatrem, wyciągnęło swoje szpony, niczym jakaś mityczna bestia.
— Co się dzieje…? — spytał poborca, cofając się pół kroku, instynktownie przybliżając w stronę ciepła i światła ogniska.
— Śpij — rozkazał Seymour, a mężczyzna padł jak długi. — Śpijcie wszyscy.
Żołnierze zachwiali się, któryś wypuścił włócznię, broń dźwięknęła o kamienie. Jeden po drugim padali na ziemię, zmożeni głębokim snem, lecz ten sen nie miał przynieść im ukojenia.
— Śnijcie o tym, co was czeka — powiedział, zwrócił się do poborcy podatkowego: — Ty, który nie masz serca dla niedoli innych — odwrócił się w stronę żołnierzy. — I wy, którzy tylko wykonujecie rozkazy.
Ogień przygasł, zadrgał, w końcu zgasł do reszty, a lodowata ciemność wezbrała, kąsając pogrążone w głębokim koszmarze sylwetki.
— Śnijcie o Podziemiu, w którego głębinach spotykają się wszystkie ścieżki, i o sędziach, którzy osądzą was według uczynków, wyznaczą karę za każdą niesprawiedliwość, której się dopuściliście. Tam nie obronicie się kłamstwami, bo ci, przed którymi staniecie, zobaczą prawdę w waszych przegniłych sercach.
Poborca załkał przez sen, któryś z żołnierzy zwinął się w ciaśniejszy kłębek.
— Śnijcie teraz, a gdy się obudzicie, naprawicie wyrządzone krzywdy. Nie będziecie szukać swego zysku, nie będziecie krzywdzić ludzi, a wtedy… Może wtedy będzie dla was jakaś nadzieja.
Ciemność wezbrała ostatnią falą, a potem rozproszyła się, ukazując utkaną z księżycowego światła sylwetkę. Seymour postąpił parę kroków, spojrzał z góry na Valeriusa.
— Wstań.
Młodzieniec poruszył się, ze zdziwieniem odkrył, że pęta na jego kostkach i nadgarstkach zniknęły, a noc wcale nie jest tak zimna, by się kulić.
— Chodź. Twoja rodzina się o ciebie martwi.
Księżyc płynął powoli przez drugą część nieboskłonu, gwiazdy mrugały pogodnie, gdy Valerius pojawił się przed domem, zawołał swych rodziców. Ci wypadli na zewnątrz, nie dowierzając, zaraz Valerius zatonął w uściskach, połajankach, w końcu w radości i uldze.
Seymour stał nieopodal, ledwie jaśniejszy blask księżycowego światła, lecz to jedno spojrzenie rozpoznało boga, nawet skrytego przed śmiertelnym okiem.
— Ocaliłeś go — powiedział Virgil, podchodząc bliżej. — Nie wiem, jak mam ci dziękować, panie.
— Nie musisz — odparł Seymour. — Nie zrobiłem tego po to, byś musiał mi dziękować.
— Ale nadal… — Rzeźbiarz urwał, w końcu przyklęknął przy nim, splótł dłonie. — Nie mam wiele, ale zrobię wszystko. Wszystko, co tylko będziesz chciał. W-wyrzeźbię więcej, całą świątynię…
— Virgilu — przerwał mu bóg, powoli się materializując. Wyciągnął dłoń, pogładził ciemne loki, w końcu dotknął mokrego od łez policzka, otarł słone krople. — Mówiłeś mi, że wierzysz w dobro, które wraca i w zło, które nie trwa wiecznie. A ja pragnę, by te słowa zawsze były prawdą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz