18 sierpnia 2025

Od Bashara – Cisza przed sztormem

Powietrze w starym magazynie ciążyło zapachem kurzu i stęchlizny, zimnym kamieniem i rdzewiejącym metalem, nabrzmiewało niewypowiedzianą groźbą i pełnym napięcia oczekiwaniem. Światło, sączące się przez brudne okna pod sufitem, malowało długie, blade smugi na betonowej posadzce, co chwilę wydobywając z cienia sylwetki uzbrojonych mężczyzn, snujących się niespokojnie w tę i z powrotem, niczym zwierzęta zatrzaśnięte w klatce.
W samym centrum tego ponurego teatru, niczym aktor na scenie, siedział on – z czarnymi włosami zaczesanymi starannie do tyłu, w nienagannie dobranym garniturze, uszytym pieczołowicie przez zdolnego krawca, z idealnie zawiązanym krawatem, pasującą kamizelką, z drogimi spinkami zdobiącymi mankiety i jedwabną chustką złożoną starannie w butonierce. Był przywiązany do krzesła, prawda, lecz jego postawa, wyprostowana i niewzruszona, dumna i szlachecka, zdawała się kpić z fizycznych ograniczeń. W oczach, rubinowych niczym krew, nie było ani śladu strachu, jedynie spokojna, niemalże znudzona obserwacja.
Wokół niego krążyli porywacze, ich broń, zimna i bezduszna, zdawała się być jedynie rekwizytem w grze, której zasad nie rozumieli. Zdawało im się, że panują nad sytuacją, gdy przeznaczenie słało inne słowa. Czekali. Czekali na okup, na wysłannika, na koniec ciszy i zawieszenia. Lecz on, głowa mafijnej rodziny, zdawał się nieporuszony, jakby czekał na coś zupełnie innego.
Jeden z porywaczy, rosły mężczyzna o twarzy pooranej bliznami, podszedł bliżej, jego cień padł na spokojną twarz Bashara.
— No i co, panie szefie? Coś spokojnie pan nam tutaj siedzi. Nie powie nam pan, kto po pana przyjdzie? Może byśmy się przygotowali, żeby nie było niespodzianek?
Jego głos był szorstki, przesiąknięty cynizmem, lecz mężczyzna w garniturze jedynie uniósł brew, spojrzał na rozmówcę z łagodnym, niemal dobrotliwym uśmiechem.
— Drogie dziecko — odparł, a głos, choć cichy, niósł ze sobą ciężar autorytetu. — wasze groźby są równie bezzasadne, jak te zabawne próby zastraszenia mej osoby.
Bliznowaty prychnął, Bashar kontynuował.
— Prawdę mówiąc, z przyjemnością opowiedziałbym wam o składzie ekipy, która po mnie przyjdzie. Zrobiłbym to z dobrowolnie i bez przymusu, lecz obawiam się, że ta wiedza nie przyniosłaby wam żadnej korzyści. Właściwie to wręcz przeciwnie, pogłębi jedynie wasze cierpienie, bo ten, który po was przyjdzie, nie będzie miał litości. To jeden człowiek, prawda. Lecz jego gniew jest jak mściwy ocean, wy zaś zostaniecie przez niego pochłonięci i rozdarci, niczym bezbronne glony i algi.
Strażnicy roześmiali się głośno, ich rechot odbijał się echem od wysokich ścian magazynu.
— Jeden chłop? Słyszycie to? On mówi o jednym człowieku! Widać, że, panie szefie, twoja ekipa cię nie ceni, skoro tylko jeden człowiek po ciebie idzie. — Bliznowaty splunął na ziemię. — Co nam broni – weźmiemy okup, a tego jednego chłystka obijemy i przepędzimy. A ty, szefuniu, zostaniesz z nami.
Uśmiech, subtelny i pełen rozbawienia, pojawił się na ustach Bashara. Uśmiech człowieka, znającego przyszłość, całkowicie pewnego tego, co zaraz miało się wydarzyć. To jego rozmówcy byli nieświadomymi statystami w tym klasycznym spektaklu.
— Mylicie, dzieci. Bardzo. A wasza ignorancja jest doprawdy urocza. Jeden człowiek, powiadacie? Tak, jeden. Lecz ten jeden człowiek to cała armia – to siła, której nie jesteście w stanie pojąć. — Uśmiechnął się, odchylił na swym twardym krześle. — Pozwólcie, że opowiem wam, jak to się potoczy, krok po kroku. Od momentu, gdy jego cień padnie na próg tego magazynu, aż do chwili, gdy ja, wasz bezcenny więzień, będę wolny, a wy… wy będziecie żałować, że kiedykolwiek ujrzeliście światło dnia.
Bashar przechylił głowę, jego wzrok błądził po twarzach porywaczy, zatrzymując się na każdym z nich z osobna, jakby zapisywał ich w pamięci, ulotne i kruche istoty, które zaraz miały przestać istnieć.
— Gdy tylko przekroczy próg, powietrze zgęstnieje. Nie usłyszycie kroków, nie poczujecie przeciągu – po prostu nagle, znikąd, pojawi się cień. I ten cień będzie należał do człowieka, który nie zna strachu, nie zna litości, gdy chodzi o moją osobę. Jego ruchy będą płynne, niczym taniec śmierci, a każdy jego gest – precyzyjny, nieuchronny. Nie będzie na was krzyczał, nie będzie groził. — Bashar uśmiechnął się. — On po prostu będzie działał. Pierwszy z was, ten o najszybszych rękach, poczuje jedynie lekki podmuch, zanim jego broń wyląduje na ziemi, a on sam zwinie się z bólu, nie wiedząc nawet, co go trafiło. Drugi, ten o największych mięśniach, spróbuje zareagować, ale jego siła obróci się przeciwko niemu. Zostanie obezwładniony z taką łatwością, jakby był kukiełką, a jego własne ciało stanie się jego więzieniem. Trzeci, ten najsprytniejszy, spróbuje uciec, zniknąć w cieniu, lecz cień będzie jego przeznaczeniem – mój wierny obrońca znajdzie go, zanim ten zdąży pomyśleć o ratunku i jego nadzieja zgaśnie szybciej niż płomień świecy na wietrze.
Bashar przerwał, delektując się ciszą, która zapadła w magazynie. Porywacze, choć nadal uzbrojeni, zdawali się sparaliżowani jego słowami, ich pewność siebie topniała niczym lód w słońcu.
— A potem… potem przyjdzie kolej na resztę. Nie będzie to walka, drogie dzieci. To będzie egzekucja. — Bashar zamilkł, smakując pełną napięcia ciszę. — Każdy z was, jeden po drugim, zrozumie, że popełnił błąd, że przekroczył granicę, której nie wolno mu było przekraczać. Będziecie błagać, prosić o litość, ale litość nie jest w jego naturze, gdy chodzi o tych, którzy ośmielili się podnieść rękę na moją osobę. Wasze krzyki rozniosą się echem po tym magazynie, i nie będzie nikogo, kto by na nie odpowiedział. Nikt, poza nim i mną. A ja… ja będę patrzył. I będę się uśmiechał. Bo wiedziałem, od samego początku, że tak się to skończy, i że ten jeden człowiek, mój najbardziej zaufany człowiek, przyjdzie i rozprawi się z wami w sposób, który na zawsze zapadnie wam w pamięć. Jeśli w ogóle jakaś pamięć wam zostanie.
I w tym momencie, gdy ostatnie słowa Bashara rozbrzmiały, w magazynie rozległ się cichy zgrzyt drzwi. Zapadła absolutna cisza, przerywana jedynie oddechem porywaczy. Wszyscy spojrzeli w stronę wejścia, tam, gdzie w progu stał mężczyzna.
Jeden.
Jego muskularna sylwetka, zdawała się wypełniać całą przestrzeń, a oczy, spokojne, mroźnobłękitne i tak przenikliwe, zdawały się widzieć wszystko. Czas zatrzymał się w miejscu. Spektakl właśnie się rozpoczął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz