29 sierpnia 2025

Od Song Ana — Początki [AU]

Nieliczna grupka młodych osób odzianych w granatowe szaty w ciszy przedzierała się przez leśną gęstwinę. Nie rozmawiali oni ze sobą prawie wcale, raz na jakiś czas tylko wymieniając się pomniejszymi spostrzeżeniami na temat kierunku. Zachowywali wyjątkową czujność. Rozglądali się i nasłuchiwali. Byli bowiem na polowaniu.
Jedna z położonych na zupełnym odludziu wiosek, która podlegała pod Sektę Qiang*, od tygodni skarżyła się na nieustające ataki brutalnej bestii. Potwór pojawił się nagle; był okrutny i nieprzewidywalny. Zabrał ze sobą już wiele istnień i nic nie wskazywało na to, że zaprzestanie on swoich krwawych łowów.
Zrozpaczone głosy biednych wieśniaków wreszcie dotarły do lidera klanu. Łaskawie wysłał on patrol, który obiecał rozprawić się z tajemniczym stworzeniem. Tak się złożyło, że zadanie to przypadło uczniom Sekty Qiang. Była to ich pierwsza samodzielna misja, swoisty test umiejętności, próba siły. Wszyscy pragnęli wypaść najlepiej, jak tylko potrafili. Wierzyli, że bez problemu rozprawią się z mroczną bestią i przyniosą dumę swojej sekcie. Dodatkowo byli przekonani, że jeśli tym razem się uda, lider okaże im swoje zaufanie i zacznie częściej wysyłać ich na samotne misje. Uczniowie mieli już dosyć tego, że wszyscy traktowali ich jak dzieci. Nie mogli znieść ciągłego napominania i pouczania. Przyszedł czas na to, aby udowodnić swoją wartość.
Na przywódcę grupy uczniów wyznaczono syna lidera sekty, niezwykłego Qiang Li. Był to wysoki młodzieniec o ostrych rysach twarzy i grubych brwiach. Charakterem przypominał ojca: bywał dumny, arogancki, a nawet czasami wybuchowy. Pozostawał także bezkompromisowy, nie lubił, jak ktoś mu się sprzeciwia. Niczym urodziny lider bez najmniejszego problemu potrafił zapanować nad grupą.
Młodzieńcowi towarzyszył jego najlepszy przyjaciel, Hu Shan, któremu również nie można było odmówić talentu. Jego rodzina wywodziła się ze znanego i bogatego rodu. Ojciec Hu Shana zadbał o wykształcenie syna i w młodym wieku posłał go na nauki do Sekty Qiang, gdzie ten wydoroślał i z pilnością przyswajał wiedzę. Hu Shan szczególnie zasłynął jako wybitny łucznik. Niejeden uczeń mógł pozazdrościć mu umiejętności strzelniczych. Nawet sam Qiang Li niechętnie przyznawał mu prowadzenie w tej dziedzinie.
W skład grupy wchodziła również Mei LiQin — wspaniała dziewczyna o jasnych oczach i długich włosach. Również dołączyła do Sekty Qiang w młodym wieku. Wiele trenowała i dzisiaj aspirowała na wybitną wojowniczkę swojego pokolenia. Wszyscy w świecie kultywacyjnym byli zachwyceni jej talentem, tym, z jaką gracją i precyzją władała bronią.
Yan Ehuang była najbliższą towarzyszką Mei LiQign. Chociaż sama nie mogła pochwalić się wybitnymi umiejętnościami bojowymi, w najmniejszym stopniu nie odbiegała pięknem od swojej przyjaciółki. Poruszała się zwinnie, a każdy jej ruch porównywalny był do delikatnego podmuchu wiatru. Jednak pomimo jej doskonałej sprawności fizycznej, to ona jako pierwsza zaczęła tego wieczora narzekać na zmęczenie:
— Biegamy w kółko już cały dzień! Musimy w końcu odpocząć!
Qiang Li zatrzymał się i przewrócił oczami. Miał dość słuchania nieustającego marudzenia.
— Nie przyszliśmy tutaj na wakacje, zapomnieliście? — przypomniał, nie kryjąc swojego zdenerwowania. — Znajdziemy bestię, zabijemy ją i wrócimy do domu. Im szybciej, tym lepiej!
— Ale nie ma żadnej bestii! — kłóciła się dalej Yan Ehuang, zaplatając ramiona na piersi. — Szukamy tego potwora od wielu, wielu dni i nic! Wieśniacy pewnie po prostu przestraszyli się wilków. Zobaczyli jakiegoś w lesie i ułożyli tę całą historię o krwiożerczej bestii!
— Prawdą jest, że kręcimy się po lesie już od niemal tygodnia — przytaknęła swojej przyjaciółce Mei LiQin. — Jeśli odpoczniemy dzisiaj chwilę dłużej, nic się nie stanie.
Grupa zaczęła ze sobą zaciekle dyskutować. Padały najróżniejsze argumenty: zarówno te za szybszym postojem, jak i te przeciw odpoczynkowi. Ostatecznie padło na to, że tego wieczora uczniowie pójdą spać wcześniej, a bladym świtem, bez najmniejszego narzekania na pobudkę, kontynuują poszukiwania.
Hu Shan zajął się rozpalaniem ogniska. Układał odpowiednie palenisko, podczas gdy pozostali członkowie grupy rozkładali wokół niego bambusowe maty do spania. W akompaniamencie przyjacielskich rozmów przyszykowali wspólnie posiłek. Nic nie wskazywało na to, że ich spokój zostanie niespodziewanie przerwany.
Z początku dało się gdzieś w oddali usłyszeć niepozorny szelest. Nikt nie zwrócił na ten odgłos szczególnej uwagi. Brzmiało to, jakby nocne zwierzęta wybudziły się ze snu i ruszyły na żer. Nic nadzwyczajnego, nic niebezpiecznego. Jednak te niepokojące dźwięki z każdą chwilą wydawały się być coraz to bliższe, głośniejsze, bardziej intensywne. Huk, powarkiwanie, mlaskanie — wszystko to odbijało się echem po lesie. Młodzi kultywatorzy zaczynali czuć się bardzo nieswojo. Hu Shan zacisnął dłoń na trzonie łuku, przeczuwając zagrożenie. Podobnie jego przyjaciel, Qiang Li, dobył miecza i przybrał postawę pełną gotowości do nadchodzącego ataku. Ich tropem ruszyły również towarzyszące im uczennice: dołączyły do zwartego szyku. W milczeniu wyczekiwali możliwej zasadzki.
Nadeszła niedługo później. Na początku z pobliskich zarośli wyłoniła się okrągła głowa — łeb węża o ostrych kłach i długim podwójnie zakończonym jęzorze. Następnie z krzaków wysunęły się dwie łapy o długich szponach. Dopiero po nich na polanę wypadłą reszta pokrytego ciemnymi łuskami cielska bestii. Potwór nie miał więcej kończyn, jedynie parę łap w pobliżu torsu. Monstrum przypominało węża, jego ciało kończyło się długim i giętkim ogonem.
Tajemnicze stworzenie przez krótką chwilę wpatrywało się w młodych kultywatorów, a następnie z zabójczą prędkością rzuciło się w ich kierunku. Uczniowie rozpierzchli się na boki. Hu Shan przekoziołkował się po ziemi, a następnie strzelił z łuku w stronę atakującego potwora. Strzały odbiły się od jego łuskowatego pancerza. Kultywator cicho przeklął i dobył miecza. W tym samym czasie Qiang Li i Mei LiQin również zaszarżowali na bestię. Niestety ich ostrza również go nie zraniły. Uczennice nie były w stanie przebić się przez łuski. Monstrum wydawało się być niewrażliwe na ich ataki. Rozgniewane, zajadle napierało na uczniów, którzy ledwo umykali ciągłym atakom. Ogromny wąż wił się we wszystkie strony, próbował kąsać, drapać, uderzać ogonem. Wszystkie te ciosy padały po sobie płynnie, stawały się naprawdę trudne do uniknięcia.
Młodzi kultywatorzy spanikowali. Nigdy wcześniej nie spotkali takiego stworzenia. Było niemal całkowicie odporne na ich ataki! Pozbawione słabego punktu, zmusiło grupę do wycofania się.
— Uciekajcie! — krzyknął Qiang Li. — Rozproszcie się!
Mei LiQin pierwsza wyskoczyła z walki. Złapała się pobliskiej gałęzi i wdrapała się wyżej na drzewo. Qiang Li pobiegł w przeciwnym kierunku, próbując zwrócić uwagę bestii na sobie. Niestety potwór skupił się na Yan Ehuang, która w napływie paniki potknęła się o wystający korzeń. Bestia rzuciła się w jej kierunku, ale nie zdołała jej dosięgnąć. Stojący nieopodal towarzyszki Hu Shan, zdołał w ostatniej chwili odciągnąć ją i uratować przed paszczą piekielnego węża. Sam jednak zaczepił ramieniem o wystające kły potwora — rana wkróce zalała się krwią. Bestia wyczuła zapach świeżej posoki i rzuciła się w kierunku Hu Shana. Ten odskoczył, ale nie zauważył ruchliwego ogona monstrum. Potwór podciął mu nim nogi i młody kultywator już chwilę później zaliczył bolesny upadek o ziemię.
Mei LiQin ruszyła mu na ratunek, ale ogromne cielsko węża skutecznie uniemożliwiało jej zbliżenie się do rannego przyjaciela. Zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, zastanawiając się, jak przebić się przez twardy pancerz potwora.
Prawdę mówiąc, młodzi kultywatorzy spodziewali się najgorszego. Wąż zaszarżował w stronę Hu Shana. Już miał sięgnąć celu, gdy nieoczekiwanie tuż na jego głowę coś spadło. Potwór z hukiem uderzył łbem o ziemię, a gdy po chwili uniósł spojrzenie, zobaczył przed sobą sylwetkę.
Był to młodzieniec o jasnych włosach i wtapiających się mrok nocy ciemnych szatach. Stał wyprostowany przed potworem, nie okazując nawet cienia strachu. Gdy wąż otrząsnął się i ruszył do ataku, kultywator w czerni sięgnął do swojego pasa. Nie pochwycił jednak miecza, a niewielką kartkę papieru. Był to talizman. Sekundę później pogrążoną w ciemności polanę ogarnęło rażące światło. Monstrum zostało oślepione. Wiło się przez chwilę, a gdy tylko odzyskało wzrok, skoczyło prosto w stronę źródła blasku. Młody kultywator, trzymając talizman, ruszył biegiem przez las, wabiąc potwora za sobą.
Stojący im na drodze Hu Shan, nie myśląc zbyt wiele, dołączył do pogoni.
Rozpoczęła się szaleńcza gonitwa. Wąż taranował wszystko na swojej drodze. Wyrywał drzewa z korzeniami, rozdzierał pazurami ziemię. Dwóch młodych kultywatorów biegło ramię w ramię tuż przed jego nosem, o krok od spotkania z ostrymi kłami. Tajemniczy młodzieniec zgrabnie unikał ataków. Niczym powiew wiatru, mknął przed siebie, lekko i zwinnie.
Wtem drzewa zaczęły się przerzedzać. Ziemia pod nogami uciekających kultywatorów zaczęła stawać się coraz bardziej pochyła i nierówna. Wszystko wskazywało na to, że zbliżali się do podnóża góry. Hu Shan czuł, że powoli kończy im się miejsce do ucieczki. Jeszcze chwila, a zostaną przyparci do muru! Ale pomimo tego, odziany w czerń kultywator nie zwalniał. Nie oglądając się za siebie, parł naprzód.
I wtedy oczom Hu Shana ukazała się jaskinia. Wejście do groty malowało się tuż przed nimi. Uczeń Sekty Qiang zerknął na swojego towarzysza.
— Zagońmy bestię do jaskini! — rzucił pomysł. — Jeśli ją uwięzimy, to...
— Biegnij do środka. — Nie zdążył skończyć, ponieważ biegnący tuż obok niego młodzieniec przerwał mu w połowie zdania. Hu Shan, nie kryjąc swojego zaskoczenia, zerknął stronę groty: jeśli tam wejdą, potwór odetnie im drogę ucieczki. Wierzył jednak, że jego nietypowy sojusznik ma plan. Postanowił zaryzykować i mu zaufać.
Potwór prawie ich doganiał. Czuli jego śmierdzący oddech tuż za swoimi plecami.
Wbiegli do jaskini. Monstrum z sykiem przedzierającym nocną ciszę ruszyło za nimi. Nim zdążyło jednak zanurzyć się w mroku groty, odziany w ciemne szaty kultywator odwrócił się na pięcie, sięgnął do pasa, wyciągnął miecz z pochwy, a następnie wbił go w ziemię. Broń rozbłysła złotym światłem, które otoczyło jaskinię. Rozpędzony potwór odbił się od nowo powstałej bariery i z głośnym łoskotem padł na trawę. Z trudem odzyskał równowagę i ponownie rzucił się w stronę wejścia do jaskini. Bezskutecznie. Rzucona na to miejsce tarcza nie przepuściła go. Szamotał się, skomlał, skrobał pazurami, gryzł, ale nie przebił się przez barierę. Tajemniczy młodzieniec podszedł do swojego miecza i poprawił jego pozycje. Tuż za jego plecami, wściekłe monstrum usilnie próbowało się dostać do środka.
Hu Shan odetchnął. W końcu mógł złapać oddech i odpocząć. Miał też chwilę, aby przyjrzeć się swojemu wybawcy.
Nie rozpoznał koloru jego szat, stąd nie wiedział, do której sekty przynależy ten uczeń. Nigdy wcześniej go także nie widział. Był pewien, że gdyby nieznajomy kiedykolwiek rzucił mi się w oczy, na pewno by go zapamiętał. Miał jasny, charakterystyczny kolor włosów i niezwykle przenikliwe spojrzenie.
Hu Shan złapał się na tym, że wpatruje się w drugiego kultywatora już zbyt długo i uznał, że musi to być dla niego niezręczne. Postanowił więc przerwać ciszę i rozwiać tajemnicę tożsamości wybawcy.
— Sekta Qiang jest wdzięczna za ratunek — odezwał się Hu Shan, a następnie ukłonił się z szacunkiem. — Komu mamy podziękować? Do której sekty należysz?
Odziany w ciemne szaty młodzieniec milczał przez chwilę, aż w końcu odpowiedział ściszonym głosem, odwracając wzrok:
— Do żadnej, jestem wędrownym kultywatorem.
Uczeń Sekty Qiang wyprostował się z zaskoczenia. Nie miał często okazji rozmawiać z osobami, które walczyły z potworami, ale nie działały pod herbem żadnej sekty. Samotni kultywatorzy nie cieszyli się zbyt dużą sympatią. Porównywano ich do złodziei, którzy podkradali zasługi wielkim klanom. Im więcej wędrowców pomagało wieśniakom, tym mniej zyskiwały i zarabiały na tym zorganizowane sekty, które pobierały opłaty za swoje usługi. Liderzy stawali na głowie, aby ograniczyć wpływy samotników. Zatrudniali ich albo proponowali dołączenie do sekty, a w gorszych przypadkach po prostu pozbywali się natrętów. Z tego też powodu mało osób decydowało się na bycie wędrownymi kultywatorami. Ich liczebność malała i spotykało się ich coraz to rzadziej. Nawet jeśli ktoś w samotnie polował na potwory, raczej nie przyznawał się do tego wprost.
Hu Shan był więc wielce zdumiony. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek spotka wędrownego kultywatora na swojej drodze. Jednak najbardziej zaskoczyło go to, że młodzieniec zaryzykował swoje własne życie, aby uratować uczniów jakiejś sekty. Wprost niewiarygodne! Żaden samotnik raczej nie podjąłby się czegoś tak szalonego!
— W takim razie, czy mogę poznać twoje imię? — zapytał młodzieniec, unosząc usta do uśmiechu. — Mnie zwą Hu Shan. Jestem uczniem Sekty Qiang.
Jaskinie wypełniła niekomfortowa cisza. Drugi młody kultywator nie wydawał się chętny do odpowiedzi, zwlekał. Dopiero po dłuższej chwili westchnął cicho i powiedział, jakby od niechcenia:
— Song An.
Szok niemal od razu pojawił się na twarzy Hu Shana. Chłopak otworzył szeroko oczy z zaskoczenia, zabrakło mu tchu. Słyszał o niesławnym klanie Song. Ale w tych stronach nie było osoby, która nie znała tej historii.
Sekta Song władała całym światem kultywacyjnym  w czasach, gdy Hu Shan był zaledwie niemowlęciem. Nie pamiętał ich rządów osobiście, ale tym lepiej dla niego. Wszyscy, którzy przetrwali tę nieszczęsną tyranię, wspominają ród Song z przekleństwem na ustach.
Piekielną sektę założył Song Ning niedługo po swoim ślubie z Yunru Liu — piękną kobietą wywodzącą się z chwalebnego i szanowanego klanu Yunru. Jak głoszą plotki, to właśnie ona zawróciła w głowie mężowi i poprowadziła go na niebezpieczną ścieżkę demonicznej kultywacji. Wspólnie zawali pakt z mrocznymi mocami. Rośli w siłę, powiększali swoje wpływy, a następnie podbili niemal wszystkie pozostałe sekty. Nastały mroczne czasy; pełne strachu i bólu. Sprzeciw nie był mile widziany, krwawo tłumiony siłą.
Ale nie był niemożliwy. Ruch oporu również stawał się coraz bardziej wpływowy. Wszystko to, co zostało z dawnych sekt, połączyło siły, aby zrzucić tyranów z tronu. Zginęło wielu wspaniałych wojowników, ale ostatecznie udało im się uwolnić spod okrutnego jarzma i raz na dobre pozbyć się demonicznych małżonków.
Sekta Song miała na zawsze zniknąć. Wszyscy jej członkowie albo uciekli, albo zginęli wraz ze swoimi przywódcami. Pozostałe klany nie mogły odnieść większego zwycięstwa. Choć ogromnym kosztem, odzyskali dawną wolność. Zdeptali dobytek wrogiego klanu, jego członków spalili na popiół. I gdy zadowoleni z siebie sądzili, że odnieśli całkowity sukces, okazało się, że Yunru Liu i Song Ning doczekali się potomka, którego bronili do ostatniej kropli krwi. Nikt nie wiedział, co zrobić z ów przeklętym niemowlęciem. Wiele głosów popierało pozbycie się problemu — dziecko miało odpowiedzieć za błędy rodziców. I prawdopodobnie doszłoby do tego, gdyby nie wuj chłopca, lider Sekty Yunru, nie obiecał się nim zająć i poprowadzić chłopca drogą prawości. Yunru Lei nie pozwolił skrzywdzić siostrzeńca. Zabrał go ze sobą i ochronił przed czyhającym na jego życie zewnętrznym światem.
Później słuch o ostatnim członku sekty Song zaginął. Pojawiały się opowieści o tym, że najpewniej wdał się w rodziców i zawarł kontakt z mrocznymi mocami, a więc wuj uwięził go na terenie swojej sekty, ale były to tylko niepotwierdzone plotki. Rozpłynął się, jakby nigdy nie istniał.
Aż do dzisiaj. Hu Shan doskonale znał wszystkie potworne historie o Sekcie Song, a w czasie dzieciństwa rodzice straszyli go przeklętą parą, gdy nie chciał zjeść obiadu. Także niemal cała Sekta Qiang, w której się wychował, ociekała nienawiścią do tego rodu. Hu Shan nigdy nie usłyszał niczego dobrego na ich temat.
Tego dnia przeżył podwójne zaskoczenie. Po pierwsze, że w ogóle udało mu się spotkać tak owianą tajemnicą osobę, a po drugie, że ,,przeklęte dziecko” nie emanowało z daleka złymi zamiarami. Wręcz przeciwnie. Song An ryzykował własne życie, aby ratować go i jego przyjaciół. Czyżby te wszystkie historie i opowieści były tylko nieuzasadnionym strachem? Uprzedzeniem?
Między młodymi kultywatorami zapanowała niezręczna cisza. Song An stał przy barierze i wpatrywał się w milczeniu w bestię, która nieustannie próbowała dostać się do środka jaskini. Po chwili odwrócił się, spojrzał na Hu Shana i zapytał:
— Może rozpalimy ognisko?
Hu Shan nie miał pojęcia, jak to się stało, ale już chwilę później ciemną jaskinię oświetlił blask ognia. Nie wiedział, skąd jego towarzysz wyciągnął drewno i krzesiwo, ale postanowił nie kwestionować metod drugiego kultywatora. W głowie ucznia Sekty Qiang szalał ogrom pytań, który teraz mocno zaprzątał mu myśli. Czuł się odrobinę nieswojo. Postanowił jednak wziąć się w garść. Song An nie wydawał się być groźny, a skoro utknęli tutaj na niewiadomą ilość czasu, warto było przełamać lody. Cisza była gorsza od rozmowy.
— Czy mogę cię o coś zapytać?
Song An podniósł spojrzenie z ogniska. Kiwnął głową na zgodę.
— Przepraszam, jeśli to zbyt prywatne, ale ciekawi mnie, dlaczego nosisz imię Sekty Song? Nie boisz się? Twój wuj nie chciał, abyś przedstawiał się jako członek Sekty Yunru?
W tamtej chwili Hu Shan zauważył, że usta jego nowego znajomego unoszą się do niewielkiego uśmiechu.
— Chciał, nawet bardzo na to naciskał — odpowiedział Song An. — Ja jednak wolałem zachować swoje imię. Może to głupie, ale wierzę, że robiąc dobre rzeczy, będę w stanie oczyścić złe mienie nazwiska Song.
Hu Shan zamrugał oczami ze zdziwienia.
— Co masz przez to na myśli?
— Gdy pytają mnie o imię i dostają odpowiedź, są przerażeni — zaśmiał się gorzko. — Ale jednak zapada im w pamięć to, że Song An pokonał potwora, Song An przegonił ducha, Song An ściągnął kota z dachu. Plotki szybko się roznoszą, więc może w końcu ludzie przestaną traktować mnie jak ducha.
— Sekta Qiang będzie teraz na pewno pamiętała o tym, że Song An uratował życie ich uczniów — zapewnił pośpiesznie Hu Shan. — Masz moje słowo, że ci się odwdzięczymy!
— Nie potrzebuję podziękowań — odparł z uśmiechem Song An. — Nie zależy mi ani na nagrodach, ani sławie. Chcę po prostu naprawić błędy swojej rodziny.
Uczeń Sekty Qiang nie miał pojęcia, jak na to odpowiedzieć. Widział determinacje w oczach swojego towarzysza. Miał on jasny cel i robił wszystko, aby go osiągnąć. Godne podziwu, ale również naiwne. Jak jedna osoba, która i tak od urodzenia nie cieszyła się żadną sympatią kogokolwiek, byłaby w stanie naprawić błędy wszystkich swoich pobratymców? Wyglądało to na marzenie ściętej głowy.
— W czym się specjalizujesz? — Hu Shan postanowił zmienić temat. Dalsze poruszanie spraw rodzinnych zdawało się być obustronnie niekomfortowe. Lepiej nie rozdrapywać starych ran.
— Przeważnie egzorcyzmuję duchy.
— Naprawdę?! — W głosie Hu Shana rozbrzmiało zaskoczenie. — Myślałem, że poskramiasz bestie! Wyglądałeś na zawodowca, gdy walczyłeś z tym potworem!
— Podróżuję, więc zdobyłem trochę doświadczenia tu i ówdzie — powiedział nieśmiało Song An, drapiąc się po karku. — Ale to nic specjalnego, naprawdę!
— Gdyby nie ty, to coś dawno by nas pozabijało! Nie masz powodów, aby sobie umniejszać!
— To bluźnierczy wężownik — wyjaśnił Song An. — Duch niegroźnego gada zabitego przez człowieka. Narodzi się na przykład wtedy, gdy niejadowity wąż zostanie pomylony z innym, niebezpiecznym gatunkiem i niesłusznie zabity. Jego uraza jest wtedy tak silna, że przemienia się w jadowitego potwora.
— Jadowitego?!
Hu Shan skoczył na równe nogi. Przypomniał sobie o swojej ranie. Zsunął wierzchnią szatę, przysunął się do Song Ana i pokazał mu ugryzienie.
— Myślisz, że to groźne? Umrę?
Drugi młodzieniec tylko zerknął, a następnie pośpiesznie się odsunął, zachowując bezpieczny dla siebie dystans.
— Cóż, nie jestem medykiem — powiedział po chwili zastanowienia — ale to nie wygląda źle. To tylko draśnięcie. Jad raczej cię nie zabije, ale powinieneś odpocząć. Poczekaj, znajdę jakąś odtrutkę.
Mówiąc to, sięgnął do swojego rękawa, skąd wyciągnął niewielką saszetkę. Była to jedwabna torba przepasana białą wstążką. Song An otworzył ją, zerknął do środka, a następnie wsunął do niej całą rękę, aż po samo ramię! Grzebał przez chwilę w sakwie i po chwili wyciągnął z niej kijka fiolek.
— To będzie któraś z tych — stwierdził, przyglądając się każdemu lekarstwu po kolei.
Hu Shan nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jak wszystkie te rzeczy zmieściły się w tak małej saszetce?! Dawniej słyszał o magicznych torbach, które przechowują przedmioty większe od samych siebie, ale ich także nigdy nie widział. Ten dzień naprawdę zaskakiwał go na każdym kroku!
— Czy to Sakwa Bez Dna? — dopytywał uczeń Sekty Qiang z iskierkami w oczach. — Nie sądziłem, że są one prawdziwe!
— Chyba, chyba tak — przytaknął Song An, ale w jego głosie nie było pewności. — Chcesz zajrzeć do środka?
Hu Shan pokiwał entuzjastycznie głową.
— Z chęcią!
— Śmiało — zachęcił Song An, otwierając szerzej sakwę. — Xiao przestał gryźć już jakiś czas temu.
— Gryźć?!
Nie czekał jednak na odpowiedź. Hu Shan, kierowany ciekawością, zajrzał do torby i nie wierzył w to, co widział! Tam było dosłownie wszystko! Stosy książek, mata do spania, ubrania, jedzenie, zwoje, rzeczy, których nazwy nawet nie znał! Chociaż w torbie panował absolutny chaos i nieporządek, jej środek był naprawdę niesamowity! Przypominało raczej pokój bez ścian, całkiem inny wymiar, niż zwyczajne wnętrze sakwy.
— Przydaje się w drodze — wyjaśniał dalej Song An. — Nie muszę martwić się o nic, gdy podróżuję, bo wszystko mam pod ręką.
— Naprawdę zazdroszczę! — Hu Shan nie krył swojego zachwytu. — Jak ją zdobyłeś?
— Wcześniej należał do mojego taty. Po jego śmierci Xiao* trafił w ręce wuja, a on przekazał go mnie.
Uczeń Sekty Qiang znów nie wiedział, jak ma to skomentować. Rozmawiał już z Song Anem od dłuższego czasu. W niczym nie przypominał potwora, za którego wszyscy go mieli, ale gdy tylko wspominał o swojej rodzinie… Hu Shan czuł się odrobinę nieswojo. Tak jak jego rozmówca wydawał się nie być złą osobą, tak tego samego nie można było powiedzieć o jego rodzicach. Mówienie o nich w tak naturalny sposób brzmiało po prostu nieodpowiednio i dziwnie.
Song An chyba zauważył, że powiedział coś niezręcznego i zaśmiał się nerwowo. Próbował ratować sytuację, ale każde wypowiedziane przez niego słowo tylko pogarszało sprawę:
— Za to miecz dostałem w spadku po mamie. To Pieśń.
Hu Shan wzdrygnął się i przeniósł wzrok na wspomnianą broń. Była piękna. Pieśń miała czarne jak onyks ostrze, delikatnie lśniła w blasku księżyca. Smukła, najpewniej wykuta przez utalentowanego mistrza. Miecz, którego wiele osób mogła pozazdrościć.
— Jest wspaniała — przyznał szczerze Hu Shan, odsuwając swoje zdanie o Sekcie Song na bok. — Ale jeśli chcesz odpocząć, mogę cię zastąpić — zaproponował, wyciągając swój miecz z pochwy.
Utrzymywanie bariery musiało wykorzystywać wiele duchowej mocy, a potwór nieustannie nacierał z furią.
— Nie masz, czym się przejmować. — Jego rozmówca się uśmiechnął. — To specjalność Pieśni. Będzie nas chronić.
Song An spojrzał w stronę miecza. Tak. Będzie go chronić.
Nieważne, jak bardzo się starał, nie był w stanie uciec od przeszłości. Nie pamiętał swoich rodziców, ale na każdym kroku wysłuchiwał opowieści o nich. Okrutne, pozbawione moralności potwory. Tak ich opisywano. I tak samo opisywano jego samego.
Song An zmrużył oczy. To był pierwszy raz. Pierwszy raz, gdy rozmawiał z kimś, kto nie widział w nim tylko bezdusznego demona. Pierwszy raz, gdy ktoś był dla niego miły.
Chociaż czuł, że może otworzył się zbyt bardzo i przez to wypadł na niezręcznego, cieszył się, że znalazła się osoba, która chciała go wysłuchać. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał szansę komuś o sobie opowiedzieć. Opowiedzieć historię inną, niż ta, którą wszyscy znają.
Ale nic nie mogło trwać wiecznie. Song An wiedział, że gdy nadejdzie pomoc, on będzie musiał odejść. Żaden szanujący się kultywator nie zaakceptuje jego obecności.
Song An westchnął cicho i zerknął w stronę nowego towarzysza.
— To ty powinieneś odpocząć. Jad, pamiętasz? — powiedział, a jego głos był ledwie słyszalny. Podał Hu Shanowi fiolkę z lekiem. — Nie martw się, obudzę cię, gdyby nasza sytuacja jakkolwiek się zmieniła.
Nie czekając na odpowiedź, podszedł do Pieśni i upewnił się, że bariera nie została naruszona. Nie odwracał się i nie nawiązywał dalszej rozmowy.
Bał się, że się przywiąże, a nie mógł na to pozwolić. On nie miał prawa do przyjaźni.
Jego droga prowadziła przez samotność.


Od Mik:
*Ja Was znam, moi kochani degeneraci, więc małe wyjaśnienia: używam “sekta” w kontekście rodziny/klanu/organizacji. Tłumaczenia nowelek, które czytałam, stosują właśnie to określenie, więc postanowiłam tego nie zmieniać. Jak się pewnie domyślacie, nie chodzi tutaj o “sektę” sensu stricto. Song An nie należy do żadnego kultu, naprawdę, zaufajcie mi. Także! Jego, iż “sekta” tutaj to coś w ramach “rodziny”, tak postacie będą miały imiona powiązane ze swoim pochodzeniem, np. Qiang Li, który pochodzi z Sekty Qiang i jest synem lidera. Pozostali uczniowie są jedynie podopiecznymi sekty, więc noszą swoje rodowe nazwiska, jak Hu Shan czy nawet Song An, który odmawiał przyjęcia nazwiska “Yunru”. To tak krótkim słowem wyjaśnienia, bo nie wszyscy mają chińskie nowelki brainrot tak jak ja.
*Xiao — jestem trochę niekonsekwentna i nie tłumaczyłam tej jednej nazwy. Oznacza tyle, co “Mały” i była to gra słowna do sakiewki, która może pomieścić wszystko. Zwykle stosowałam polskie nazwy, jak tak Pieśń czy Sakwa Bez Dna, ale w tym przypadku “Xiao” podobało mi się bardziej buziaki. Zastosowałam więc chińskie nazwy tak jak przy nazwach sekt.
*Co to w ogóle za AU? Pewnie tego nie pamiętacie, ale mówiłam kiedyś, że Song An jest wzorowany na mojej innej postaci, która też nosi imię Song An. Pomyślałam więc, że jego oryginalna historia może być swoistym AU dla Riftowego Song Ana. Stąd postanowiłam w skrócie (serio, ja pominęłam tyle zaplanowanych tam rzeczy, żeby w ogóle zdążyć przed końcem eventu) opisać to, jak wygląda historia pierwowzoru Song Ana. Część rzeczy jest podobna, część kompletnie inna. Ten Song An jest trochę mniej odklejony, bardziej przyziemny, ale wciąż ma to samo, dobre serduszko, co znany Wam Riftowy łobuziak <3
*Dlaczego Mo Dao Zu Shi, a nie Tian Guan Ci Fu czy The Scum Villain's Self-Saving System? Chciałam coś, co wpasowałoby się prompt tego tygodnia, a MDZS było najbliższe historii oryginalnego Song Ana, bo co tu dużo mówić — twórczość MTXT (chociaż nie tylko jej, bo czytałam wiele nowelek i z wielu czerpałam inspirację, jak np. Thousand Autums autorstwa Meng Xi Shi) była swoistą bazą pod to wszystko. Ale! Nazwy sekt, ich historia, wszystkie postacie (stąd przydługi opis bohaterów na początku, ale musicie mi wierzyć na słowo, że to po prostu ważne osoby w życiu tego Song Ana) i ogólnie cała fabuła są moim własnym wymysłem. Podpięłam to pod MDZS ze względu na tematykę — konflikt sekty z sektą, sekty z jednostką, jednostki z jednostką. Motyw jest podobny, więc jeśli kogokolwiek zainteresowała historia oryginalnego Song Ana i chciałby poczytać coś, co istnieje i jest w podobnym klimacie, to MDZS będzie idealne.
Mam jednak nadzieję, że ten Song An też przypadł Wam do gustu i dzięki za czytanie:))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz