26 sierpnia 2025

Od Isidoro – W stronę gwiazd

Isidoro wpakował do plecaka piżamę i skarpetki z nanowłókien, pamiętał też o termoizolacyjnej kurtce i szaliku. Do bocznej kieszeni włożył jeszcze swój ukochany datapad z symulacjami holograficznymi nieba, a z drugiej strony, dla przeciwwagi – kilka wysokoenergetycznych racji żywnościowych. Całość przykrył pluszową, białą foką od babci Maristeli, następnie ściągnął troczki i starannie zapiął klapę. Zarzucił plecak na plecy, ostatni raz popatrzył po swoim pokoju.
Już nigdy tu nie wróci. Nie po tym, co usłyszał tego dnia! Skoro w tym domu nie szanowano jego zdania i nie liczono się z tym, jakie wybory podejmował, to nie było tu dla niego miejsca. Miał osiem lat, był dojrzały i całe życie stało przed nim otworem. Wiedział, że los przeznaczył go już do innych rzeczy, oczyma wyobraźni widział już więc siebie za te paręnaście lat, jak wraca do domu otoczony nimbem uznania. I wtedy wszyscy zrozumieją, że miał rację. Bo zawsze miał rację i kropka.
Isidoro przykucnął, poprawił sznurówki tak, żeby na pewno się nie rozwiązały i żeby nie potknął się o nie tak, jak ostatnio. Kolano bolało go do tej pory po tamtej wywrotce, a przecież nie mógł sobie pozwolić na takie rzeczy. Nie, kiedy czekało go tak ważne zadanie.
Chłopiec ostrożnie zakradł się do drzwi balkonowych, uchylił je i wymknął się na taras. Zszedł po stopniach do ogrodu, wyminął liczne klomby. Ze smutkiem popatrzył na drewniane huśtawki, gdzie bawił się razem z Mattią i ten jeden raz się zawahał. Nie zobaczy brata przez długie lata, może powinien się jeszcze pożegnać?
Nie, zostawił mu przecież list. Poza tym Mattia na pewno powiedziałby rodzicom. Zrobiłby to dla jego dobra, tak jak zawsze. Ale Isidoro nie mógł do tego dopuścić, nikt nie mógł pokrzyżować mu teraz planów, nawet jego własny brat. Z ciężkim sercem chłopiec odwrócił się od huśtawek i poszedł dalej, kierując się w stronę ogrodzenia. Prawdziwy mężczyzna musiał być twardy, musiał doprowadzać swoje sprawy do końca.
Isidoro odsunął gęste, genetycznie modyfikowane pnącza, które tworzyły żywopłot wokół posiadłości. Nie kopał tunelu pod parkanem – to byłoby zbyt prymitywne i łatwe do wykrycia przez sensory ruchu. Zamiast tego, od kilku tygodni studiował schematy zabezpieczeń posiadłości, ucząc się luk w systemie. Wiedział, że w tym konkretnym miejscu, na krótką chwilę, pole energetyczne było osłabione, a sensory termiczne miały martwą strefę. Przepchnął przez szczelinę plecak, a następnie sam z trudem przecisnął się przez pulsującą barierę. Poczuł lekkie mrowienie na skórze, ale wiedział, że to tylko chwilowe zakłócenie. Będąc już po drugiej stronie, wstał, otrzepał ubranie z niewidzialnego pyłu i na powrót założył swój plecak. Czekał go teraz długi marsz przez labirynt luksusowych enklaw.
Młody uciekinier ruszył w otaczający posesję, starannie utrzymany pas zieleni, który służył jako bufor między rezydencjami a resztą przeludnionej Ziemi. Bardzo szybko światła jego domu i odległych wieżowców zniknęły za gęstą roślinnością, Isidoro otoczyły ciemności ledwie rozświetlane przez pojedyncze, niskie latarnie solarne. Chłopiec nie zwalniał jednak, podążał naprzód po idealnie gładkich, syntetycznych ścieżkach spacerowych, wyznaczonych dla mieszkańców. W końcu luksusowy park się skończył, znów zaczęła się cywilizacja, ale już zupełnie inna. Isidoro uważnie wybierał wąskie przejścia między megablokami mieszkalnymi, przekradał się na tyłach zaniedbanych kompleksów. Musiał uniknąć wszechobecnego monitoringu – wiedział dobrze, że jego rodzice zaczną go szukać, gdy tylko spostrzegą jego zniknięcie rano, a pierwszym, co zacznie przeszukiwać ochrona korporacyjna, będą oczywiście nagrania z kamer i dane z dronów patrolowych.
Schludne, sterylne osiedla i idealnie przystrzyżone trawniki powoli zaczęły ustępować starszej, bardziej chaotycznej zabudowie. Przestronne, holograficzne place zabaw zmieniły się w klaustrofobiczne dziedzińce, a w bramach megabloków pojawiały się grupki ludzi. Nie byli to jednak fani porannych przebieżek o wskazanych przez modne diety porach – Isidoro zapobiegliwie omijał jegomości szerokim łukiem, marszczył nos czując od nich nieprzyjemną woń syntetycznego alkoholu i taniego tytoniu.
W końcu dotarł do kolejnego, zaniedbanego sektora, który nie był już objęty luksusowymi systemami oczyszczania powietrza ani monitoringu. Brakowało tam jakichkolwiek ścieżek, koszy na śmieci czy ławek. Był to tylko zapomniany nieużytek ziemi, którym nadal nie zainteresował się żaden z korporacyjnych deweloperów, Isidoro nie wnikał jednak, dlaczego tak było. Chłopiec zagłębił się między zrujnowane konstrukcje i zniknął w ciemnościach.
Wydawało mu się, że szedł już bardzo długo. Bolały go nogi i plecy, robił się też śpiący. Isidoro doszedł do wniosku, że czas najwyższy znaleźć miejsce do spania. W tym zapomnianym sektorze i tak nikt go nie znajdzie, będzie mógł wyruszyć, kiedy tylko zacznie świtać.
Dotarł do niewielkiej, zrujnowanej platformy serwisowej i już wiedział, że to będzie doskonałe miejsce na postój. Gwiazdy śmiały się pogodnie w tym niewielkim przesmyku między zniszczonymi konstrukcjami, z boku zaś leżał kawał starego, zwalonego elementu konstrukcyjnego, którego masywny korpus tworzył prowizoryczną osłonę. Isidoro zaraz skierował swoje kroki w jego stronę, zdecydowany skorzystać z tej nieoczekiwanej gościny. Pochylił się, postawił stopę w leżący pod konarem cień. Trafił na coś miękkiego.
— Ej, co jest!
Isidoro krzyknął wystraszony, odskoczył, potknął się o własne nogi i klapnął ciężko na pupę.
— Nie krzycz tak! — prychnął ktoś ze środka.
Isidoro zaraz zamilkł, zbyt przerażony nagłą komplikacją. Spod zwalonego elementu konstrukcyjnego wychynęła jakaś postać.
Chłopak był na oko w jego wieku. Szczupły i dziwnie kanciasty, pod przydużymi, przetartymi ubraniami wiszącymi na nim jak na jakimś wieszaku. Jasne włosy tworzyły zawadiacki nieład, oczy błyszczały w mroku, uszy odstawały jak te dwa talerze satelitarne. Chłopak stanął w rozkroku, lekceważąco włożył ręce do kieszeni i odchylił się lekko do tyłu, wysunąwszy szczękę. Wyglądał prawie tak, jakby się w ogóle nie bał.
— Nie nauczyli cię, że nie można po ludziach deptać?
— Tylko nie mów nikomu, że tu jestem — wypalił Isidoro pierwsze, co mu przyszło do głowy.
Nieznajomy chłopak zmarszczył brwi, ale gdy się odezwał, jego głos brzmiał łagodniej.
— Nie kabluję, dobra? — mruknął, wyjął w końcu ręce z kieszeni i wyciągnął jedną do Isidoro, by pomóc mu wstać. — Co, nawiałeś z chałupy?
— Nie mieszkam w chałupie. — Isidoro chwycił jego dłoń, wstał, otrzepał spodenki.
— No jasne. — Chłopak zmrużył oczy, otaksował go wzrokiem i dodał żartobliwie: — Ty to pewnie mieszkasz w posiadłości, co nie?
Isidoro pokiwał głową, chłopak uniósł brwi widząc, że ten mówi zupełnie poważnie.
— I co, nie podobało się, bo ciastka były za słodkie, czy co?
— Nie, ciastka zawsze były bardzo dobre — wyjaśnił Isidoro, nie będąc do końca pewnym, dlaczego chłopak odwołał się nagle do ilości cukru w ciastkach. — Po prostu muszę się udać w pewne miejsce. To bardzo ważne.
— Hm, problemy bogaczy — westchnął chłopak. — Chodź, siadaj. Nie stój jak sierota.
Isidoro podreptał za nim. Zdjął plecak, obaj usiedli pod zwalonym fragmentem żelbetonu.
— Ej, jak się w ogóle nazywasz?
— Isidoro.
— Dobre imię, jak dla jakiegoś hrabiego — parsknął. — Ja jestem Felix.
— Miło mi.
— Mhm... — Felix popatrzył na plecak Isidoro, wskazał go głową. — Spakowany jak na wojnę.
— Nie idę się bić — wyjaśnił mu. — Ale miejsce, do którego idę, jest bardzo daleko. Musiałem wziąć piżamę, ciepłą kurtkę i zapasy jedzenia.
W tym momencie brzuch Felix wydał z siebie charakterystyczny, burczący dźwięk. Isidoro doszedł do wniosku, że też jest głodny.
— Chcesz też zjeść? Mam więcej, mogę ci dać.
— Jeszcze się pytasz...
Felix z wyczekiwaniem patrzył, jak Isidoro otwiera boczną kieszeń, jak wysypuje się z niego bogactwo dobrych, bogatych w białko i kalorie racji, które nawet smakowały jak coś prawdziwego.
— Wybierz sobie.
— Mogę dwa?
— Pewnie.
Felix zajął się pałaszowaniem jednej racji, drugą schował zapobiegliwie do kieszeni. Isidoro chrupał swój wafelek proteinowy, przez pewien czas panowała cisza.
— To gdzie w ogóle chcesz iść?
— Do ONZ-owskiej Agencji Kosmicznej.
Felix prawie udławił się racją, kaszlnął, podniósł ręce. Isidoro strzelił go przez plecy. Chłopak przestał się dusić, otarł załzawione oko.
— Pogięło cię.
— Rodzice też tak uważają. Tylko inaczej o tym mówią. — Isidoro skrzyżował ramiona, nadął się. — I mówią, że powinienem skupić się na szkole, a nie tylko myśleć o gwiazdach.
— Nie, kurde! Tam jest daleko. Bardzo daleko. Musisz lecieć transportowcem, a nie iść z buta.
Isidoro popatrzył na Felixa. Był pierwszą osobą, która sensownie podeszła do jego planów – nie wyśmiał ich, tylko skupił się na realnych przeszkodach.
— Tak byłoby najlepiej, ale od razu zatrzymają mnie w terminalu kosmicznym.
— Hm, no w sumie...
Znów zapadła cisza, Isidoro dokończył wafelek i odezwał się do Felixa.
— A ty? Też uciekłeś z domu?
Drugi chłopak zrobił dziwną minę, wzruszył ramionami i zmiął papierek po batoniku.
— E, nie. Po prostu... nie chce mi się tam dzisiaj siedzieć. — Krótka pauza, Felix zaraz zmienił temat. — Co ty właściwie chcesz robić w tej Agencji? Chcesz polecieć w kosmos? Na Lunę? Dalej? Do samego Pasa?
Isidoro pokręcił głową.
— Nie, to nie dla mnie. Chcę zostać astrofizykiem i pracować w Kontroli Lotów. Będę wysyłał ludzi w kosmos — powiedział z mocą.
Felix zmierzył go powątpiewającym spojrzeniem.
— Do tego trzeba być nieźle mądrym. I dużo się uczyć w szkole, co nie?
— Ale nie wszystkich przedmiotów! — prychnął Isidoro. — Po co mi one? Wiem już wystarczająco z astronomii i astrofizyki, reszta mi niepotrzebna.
Drugi chłopak popatrzył na niego pobłażliwie.
— Pewnie... — Przeciągnął się, odchylił nieco i oparł o konar. — Z całym szacunkiem dla twoich, hmm, astralnych kompetencji, naukowych zdolności i astrologicznych talentów...
— Astronomicznych.
— ...z jakiego powodu Agencja Kosmiczna miałaby cię przyjąć?
Isidoro popatrzył na niego twardo, a pod wpływem tego spojrzenia Felix poprawił się na siedzeniu, nieco wyprostował.
— Bo jestem najlepszym kandydatem. Zaraz ci udowodnię!
To mówiąc Isidoro sięgnął ponownie do swojego plecaka, z kieszeni wyjął swój złożony datapad. Wprawnym ruchem go rozłożył, aktywował tryb holograficzny, podał sprzęt Felixowi.
— Spójrz w niebo. Opisz co widzisz, a podam ci nazwę gwiazdy, jej typ widmowy, średnicę, masę i temperaturę.
— Dobra, spokojnie, nie spinaj się tak... — mruknął drugi chłopak, ale wstał, wyszedł na platformę i spojrzał przez datapad. Chwilę błądził nim po niebie, nie potrafił zogniskować go na żadnym punkcie. W końcu znalazł. — Taka jasna gwiazda, trochę niebieska... Koło niej są jeszcze cztery mniejsze, dość blisko. A po lewej i w górę są trzy takie w miarę duże, jedna obok drugiej...
— Rigel, typ widmowy B8, średnica to siedemdziesiąt dziewięć średnic Słońca, masa – dwadzieścia trzy masy Słońca. A te trzy gwiazdy blisko siebie to Pas Oriona.
Felix oderwał się od datapada, zerknął przelotnie na Isidoro i zaraz wrócił do obserwacji.
— Dobra to teraz... Taka czerwona, jasna, blisko horyzontu... I ma dwie maleńkie kropeczki.
— To nie gwiazda, to Mars i jego dwa księżyce, Fobos i Deimos. Mars ma masę jednej dziesiątej masy Ziemi i połowę jej średnicy. Jego atmosfera składa się głównie z dwutlenku węgla, z niewielkimi domieszkami azotu i argonu. Pamiętaj, że Mars jest teraz pod jurysdykcją Marsjańskiej Republiki Kongresowej, a jego terraformacja postępuje.
— Żadna zabawa, jak wszystko wiesz — chłopiec rzucił do Isidoro. — Na pewno nie chcesz tam lecieć?
— Nie, nie sprawdziłbym się. A ty byś poleciał?
— Jak by mi zapłacili... — odparł Felix, nie odrywając się od datapad'a.
— Jak będziesz chciał, to cię tam wyślę.
— No pewnie... Już widzę, jak biorą kogoś takiego, jak ja, do lotów w kosmos...
Słowa Felixa miały w zamierzeniu być lekceważące, ale głos nie chciał współpracować.
— Masz moje słowo. Jak się zgłosisz, to cię wyślę.
Chłopak tylko prychnął, wrócił do oglądania nieba. Isidoro uśmiechnął się w duchu – każdy, kto dostał datapad z symulacjami holograficznymi, tracił poczucie czasu patrząc w niebo. Obserwował, jak Felix obraca datapad w stronę Luny, jak coraz wprawniej reguluje ostrość.
— Tam się coś rusza...
— To stacja orbitalna UNN „Tycho”. Niedawno dołączyli cały nowy moduł ze sprzętem do spektroskopii i krystalografii, a także rozbudowali sekcję dokującą dla transportowców. — odpowiedział Isidoro. — Jest to kluczowy punkt przesiadkowy dla statków zmierzających w kierunku Pasa.
— Na takie rzeczy to zawsze są pieniądze, co nie? — mruknął, westchnął. Znów zapadła cisza.
— Jesteś śpiący, czy coś? — podjął Felix przerywając obserwację, Isidoro pokręcił głową. — Bo tam trochę dalej jest stacja towarowa. Wiesz, za kanałem transportowym. W nocy stoją tam autonomiczne składy i rano ruszają. Mógłbyś wsiąść do jakiegoś i trochę podjechać, nie?
— Tak bez autoryzacji? — Isidoro przekrzywił głowę w zdziwieniu.
— No pewnie. Jak się schowasz, to nawet nikt nie będzie wiedział, że tam jesteś. A na autonomiczne składy towarowe i tak nie ma biletów, tylko kody dostępu, których nikt nie sprawdza, jeśli nie jesteś na liście przewozowej.
— Ooo, to nawet nie wiedziałem — odpowiedział rozumiejąc z wypowiedzi Felixa tylko tyle, że skoro nie ma autoryzacji na autonomiczne składy towarowe, to można nimi jeździć za darmo. — Pokażesz mi, gdzie to jest?
— Zaprowadzę cię. Wyglądasz, jakbyś z nawigatorem nie trafił. — Felix oddał mu datapad, Isidoro schował go z powrotem do plecaka, a plecak zaraz zarzucił sobie na plecy. — Chodź, to niedaleko.
Dwóch nocnych marków podążyło przez zrujnowany sektor w stronę stacji. Zniszczone konstrukcje dość szybko się przerzedziły, a następnie skończyły jak nożem uciął, gdy sektor oparł się o nieco zarośnięty i zapuszczony kanał transportowy. Strome koryto zostało wybetonowane w ubiegłym stuleciu, a sam beton skruszał, strasząc chaotycznymi pęknięciami spomiędzy których wyzierały wiechcie syntetycznej trawy. Chłopcy ruszyli wąską ścieżką wzdłuż kanału, po jednej stronie mając zrujnowane budynki, po drugiej betonowe urwisko. Krok za krokiem kierowali się do majaczącej w oddali kładki.
— Do której klasy chodzisz? — zapytał Isidoro, drepcząc ufnie za Felixem.
— Do 2h.
— Ja do 2a.
— Hm... A jakoś nigdy cię nie widziałem... — Chłopiec się zafrasował.
— Ja ciebie też nie.
— Łatwo znikam w tłumie. To dlatego. — Felix odwrócił się, błysnął zębami w uśmiechu.
Gdy odwrócił się z powrotem, nie było mu już do śmiechu. Zatrzymał się gwałtownie, Isidoro wpadł mu na plecy.
— Co się...
— Cofnij się!
Drogę dalej zagradzał im uszkodzony dron patrolowy. Czarny, kanciasty kształt z uszkodzonymi sensorami i iskrzącymi przewodami wyglądał jak maszyna, która wymknęła się z jakiejś fabryki, znudzona widać pełnieniem tam całodobowej, całotygodniowej warty. Leżał w poprzek drogi, wybierając widać ten piaszczysty kawałek jako swoje miejsce do awaryjnego lądowania na tę noc, i wydawał z siebie głuchy, mechaniczny warkot, nie zamierzając ustąpić dwóm niewyględnym dzieciakom.
— Wiesz co... wycofamy trochę i go ominiemy — powiedział Felix, robiąc kolejny krok do tyłu, instynktownie wyciągając dłoń by nieco popchnąć Isidoro.
— Bierze nas za osoby nieautoryzowane? — Isidoro zerknął mu nad ramieniem, na oślep zrobił krok do tyłu. — Przecież my nic...
Stary beton skruszał, stopa Isidoro trafiła w pustkę. Świat zawirował, ciemność nocy zmieniła się w ciemność brudnej, ściekowej wody. Zimno otuliło go duszącym kokonem.
— Kurna... Isidoro!
Felix zaraz przestał zwracać uwagę na drona, w panice popatrzył w głąb kanałku.
— Isidoro!
Niepokojącym było, jak bardzo nic się tam na dole nie działo. Żadnego szarpania, żadnego krzyku. Nie było nawet kręgów na wodzie.
— No zabił się...
Felix zrobił jedyne, co wydawało mu się logiczne. Złapał się kępy jakichś roślin, zjechał na butach po betonie, zaczepił palcami o poprzeczne pęknięcie, zsunął się jeszcze niżej i w końcu zeskoczył na dół. Woda sięgała mu po pachy, ale czuł dno pod stopami. Ostrożnie przeszedł dwa kroki, kopnął w coś piszczelem. Sięgnął dłońmi, natrafił na jakiś materiał. Zacisnął na nim palce i szarpnął w górę.
Isidoro przebił taflę wody, rozchlapując wokół fale zimnej, ciemnej brei. Kopnął na oślep, prawie podciął Felixa, złapał go za ramiona. Drugi chłopiec poprawił uchwyt na nim, siłą postawił Isidoro do pionu. Ten uspokoił się, gdy wyczuł stopami twardy grunt.
— Dzięku...
— Pogięło cię do reszty?! Po co wpadłeś do kanałku?! Chciałeś się utopić, czy co? — krzyknął.
Głos, wyższy niż zazwyczaj, łamał się w połowie zdania. Usta nieco drżały, oczy wydawały się niepokojąco wilgotne.
— Nie chciałem...
— G-głupi jesteś i tyle — prychnął, zawahał się, w końcu otoczył Isidoro ramionami, ścisnął tak, że dzieciakowi tchu zabrakło. Gdy go puścił, spojrzenie miał już spokojniejsze, głos pewnieszy. — Chodź, wyjdziemy z drugiej strony.
— Felix, ty się na mnie złościsz, czy jest ci smutno?
— Weź, kurde...
Wyszli z kanałku we względnym milczeniu – tylko Felix od czasu do czasu mówił Isidoro, gdzie ten ma postawić stopę, albo czego się złapać. Przeprawa nie była prosta – co innego wejść lub wlecieć do kanałku, co innego zaś wspiąć się po popękanej, betonowej ścianie.
Isidoro w końcu dotarł na górę, oklapł ciężko na ziemi. Objął ramiona – mokre ubrania przylgnęły do ciała, plecak zupełnie przemókł i chlupał od wody.
— Zimno mi — jęknął, szczękając zębami.
— Bo jesteś pierdoła — odparł Felix, chociaż też drżał na całym ciele, przemoczony tylko trochę mniej, niż Isidoro. — Lepiej sprawdź, jak ten twój datapad...
— Datapadowi nic się nie stało, jest wodoodporny. Ale terminal, holoprojektor i przenośny zasilacz to nie...
Felix popatrzył na niego z powątpiewaniem.
— Co ty, magazyn elektroniki po drodze obrabowałeś? — Chłopak westchnął. — Może przeżyją, jak je wysuszysz...
Felix popatrzył wokół. Na horyzoncie świtało, niebo barwiło się różem i złotem, powoli gasły uliczne latarnie.
— Wiesz co, pójdziemy do mnie. Tam… Tam i tak teraz nikogo nie ma, to posiedzisz i się wysuszysz.
— A to daleko?
— Nie, co ty. Przy samych torach magnetycznych. Jak się szybko wysuszysz, to może nawet jeszcze zdążysz na transport. Mam grzejnik, może się uda.
Felix poprowadził Isidoro między starą zabudowę z prefabrykowanych modułów. Chłopiec z lekkim niepokojem patrzył na jednolicie szare, kanciaste budynki stanowiące relikt dawnych, przeludnionych osiedli. Wystarczyły ledwie dwa zakręty by poczuć wyraźną zmianę w atmosferze. Powietrze stało się cięższe, przesycone zapachem recyklingu i tanich syntetyków, a dźwięki z zewnątrz, wcześniej tłumione przez luksusowe bariery dźwiękochłonne, teraz uderzały z pełną siłą – zgiełk uliczny, odgłosy pracujących maszyn, jakieś pokrzykiwania.
Felix nagle przystanął, na jego twarzy odmalowało się napięcie.
— Psy jadą — mruknął, złapał Isidoro za rękę i pociągnął w jakąś bramę.
— Psy...? Takie prawdziwe?
Felix tylko zerknął na niego, ale nie skomentował. Obaj chłopcy przyczaili się za fragmentem obtłuczonego murku. Felix spojrzał ponad linią pokruszonych prefabrykatów.
— Jak chcesz iść do tej swojej Agencji, to nie mogą cię zobaczyć — mruknął cicho Felix, wodząc wzrokiem za policyjnym samochodem, który właśnie wyjechał zza rogu. — Ale pewnie do jakiegoś mieszkania jadą, albo do żuli.
Chłopiec się mylił. Samochód gładko skręcił w ich stronę, zatrzymał się tuż obok. Felix złapał Isidoro za bark, zapobiegliwie przycisnął w dół. Siedzieli w absolutnej ciszy, wtuleni w murek, żaden nie miał odwagi chociaż głębiej odetchnąć.
Usłyszeli, jak drzwi się otworzyły, ktoś wysiadł. Pokręcił się, dołączyła jakaś druga osoba.
— To gdzieś tutaj... Isidoro! — zawołał męski głos.
— Isidoro! — dołączył do niego kobiecy.
Isidoro spiął się w sobie, Felix zerknął na niego kątem oka.
— Rodzice? — Tylko poruszył wargami.
Isidoro ledwie dostrzegalnie skinął głową. Zacisnął usta, łzy napłynęły mu do oczu. Było mu zimno, był zmęczony i śpiący, tęsknił do rodziców. Ale postanowił, że pójdzie do Agencji Kosmicznej, że spełni swoje marzenie. Zamierzał dopiąć swego, choćby nie wiem, jak miało to być bolesne.
— Isidoro!
Isidoro zamknął oczy, zacisnął dłonie w piąstki i aż skulił się w sobie. Nie wyjdzie. Choćby nie wiem, co.
— Panie D'Arienzo, odczyt z nadajnika lokalizuje przedmiot, nie osobę... — Kolejny męski głos, najpewniej policjanta.
— Znam mojego syna. Isidoro nigdy nie rozstałby się ze swoim datapadem.
Żwir zachrzęścił pod butem policjanta, gdy ten poruszył się nerwowo.
— Może nie po dobroci... To jest zła dzielnica, pana syn...
Policjant z jakiejś przyczyny urwał. Isidoro wiedział, dlaczego – tata na niego po prostu popatrzył. Potrafił tak. Jedno spojrzenie, w którym nie było groźby, nagany, drwiny, niczego negatywnego. Ale druga strona od razu wiedziała, że nie powinna była tego mówić, nie powinna była się tak zachować.
— Znam mojego syna — powtórzył. Spokojniej, łagodniej.
Isidoro czuł, jak łzy płynął mu po policzkach, ale siedział nadal. Postanowił. I nic tego nie zmieni.
Nic.
Absolutnie nic.
— Isidoro!
Prawie nic.
— Mattia!
Isidoro wstał, wgramolił się na murek. Plecak go prawie przeważył, chłopiec utknął z jedną nogą za murkiem, ale w końcu przez niego przelazł. Mattia niemal go staranował. Objął na oślep i ze wszystkich sił, nie zwracając uwagi na to, że nadepnął mu na stopę.
A potem obaj po prostu się poryczeli.
— Mówiłem, że nic mu nie będzie. Głupi ma zawsze szczęście.
Luciano stał oparty nonszalancko o maskę samochodu policyjnego, od niechcenia poprawił okulary, z pozorną obojętnością obserwował swoich zasmarkanych, młodszych braci.
Isidoro tonął w objęciach ojca, matki i brata. Ich ciepło suszyło łzy, odpędzało wszelki lęk, zapewniało, że jest już w porządku, że cokolwiek złego się wydarzyło, cokolwiek Isidoro nabroił, wszystko to zostało wybaczone. W końcu chłopiec przetarł zagilany nos, uśmiechnął się i drgnął, gdy sobie o czymś przypomniał.
— Felix!
Isidoro złapał Mattię za rękaw, pociągnął za sobą, tak jak miał w zwyczaju.
— Musisz poznać Felixa, on jest super! Na pewno się polubicie!
— Poczekaj!
Wbrew słowom, Mattia nie stawiał dużego oporu, ale nie miało to znaczenia. Isidoro jak zwykle nie zwracał uwagi. Podszedł wychylił się za murek.
— Chodź, Felix!
Ale za murkiem nikogo nie było.
Isidoro wołał jeszcze Felixa, ale na próżno. Chłopiec się nie pojawił, zaś Isidoro w końcu wsiadł z rodzicami do samochodu, dał się opatulić folią termiczną z apteczki.
— A wiesz coś więcej o tym Felixie? — zagaił go Mattia, gdy wracali już do domu. Isidoro zaraz się ożywił i poweselał.
— Tak! Wiem, do której klasy chodzi! Do 2h! Zobaczymy się w szkole!
Mattia popatrzył na niego ze zdziwieniem.
— Ale u nas nie ma aż tylu klas. Na pewno h?
Isidoro przechylił głowę zdziwiony. Wtedy odezwał się milczący do tej pory Luciano:
— Pewnie, że h. W państwowych szkołach to pewnie jest i więcej klas. I w każdej po trzydzieści dzieciaków, nie?
— W państwowych?
— No tak. My chodzimy do prywatnej, dla ludzi, którzy mają normalną pracę, a nie sam dochód podstawowy. Nie do tej mordowni, do której biorą wszystkich. — Luciano popatrzył na swojego brata, w jego spojrzeniu znów błysnęła wyższość człowieka, który zdał egzamin szóstoklasisty. — Co ty wiesz o życiu...
— Luciano!
Wzrok najstarszego z braci spotkał się w lusterku z ganiącym wzrokiem matki. Luciano skrzyżował ramiona na piersi i odwrócił się do okna. Mijane krajobrazy stały się dla niego nagle bardzo zajmujące.
— Nie smuć się, Isidoro. Może się jeszcze spotkacie... — Mattia próbował podnieść brata na duchu.
Isidoro patrzył w czubki swoich przemoczonych butów. Trawił nowe informacje. A gdy przetrawił, podjął decyzję.
— Tak. Spotkamy się w Agencji Kosmicznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz