Pogoda oblekła się w świeżą zieleń wczesnej wiosny, a pojedyncze chmury, podążające wraz z łagodnym wiatrem, przypominały puchate owieczki brykające po swym lazurowym pastwisku. Przyroda zbudziła się do życia i wyskoczyła spod śnieżnej pierzyny, obdarzając świat ciepłem słonecznego uśmiechu. Ptaki już ćwierkały w koronach drzew, kwiaty już otwierały swoje barwne oczy i wydawało się, że w taki dzień nie ma prawa wydarzyć się nic złego.
Hefajstion szedł miarowym krokiem, niosąc na grzbiecie Dantego, próbując narzucić nieco szybsze tempo, gdy złocistemu rumakowi udzielała się ta wiosenna radość. Bucefał wolał widać w spokoju podziwiać widoki, uparcie nie przyspieszając, nawet bez reakcji ze strony kołyszącego się w jego siodle Bashara. Stajenny i jego książę, choć w tamtym momencie trudno było w dwójce młodzieńców zobaczyć kogoś innego, niż zwykłych podróżnych. Odziani byli w proste i wygodne ubrania, noszące ślady zużycia i naprawiania, i nawet miecz wiszący swobodnie u boku Dantego przypominał jakiś rodzinny relikt przekazywany z ojca na syna, skryty w wyświechtanej pochwie, nie zaś hartowaną stal, którą w rzeczywistości był.
Nie pierwszy raz obaj opuszczali bezpieczne mury królewskiego zamku, by Dante odetchnął nieco od ciągłej konieczności wypełniania swej roli, bycia w centrum uwagi, otoczonego ludzką ciżbą, z lepiącymi się do pleców oceniającymi spojrzeniami i błyskającymi zewsząd fałszywymi uśmiechami tych, którzy chcieli coś z księciem ugrać.
— Nie wiem, po co za każdym razem bierzesz ze sobą łuk — odezwał się Dante, ruchem głowy wskazując kołyszący się przy biodrze stajennego kołczan i ten jego dziwnie wygięty, krótki łuk. — Ani razu nie spotkaliśmy niczego, co warto byłby upolować.
Bashar pokiwał głową. Faktycznie, poruszali się raczej drogami, choć nie tymi głównymi, mimo to próżno było tam szukać zwierzyny, może poza kuropatwami, szukającymi szczęścia gdzieś wśród chłopskich pól. Bashar jednak nie lubił podróżować nieuzbrojony, szczególnie gdy pod bokiem miał księcia – w jego oczach osobę, która choć potrafiła dzierżyć miecz, to nadal potrzebowałaby ochrony, gdyby cokolwiek złego się wydarzyło. Widział go na treningach i wiedział, że w turnieju rycerskim Dante zdominowałby swych przeciwników, jednak na szlaku, pozornie bezpiecznym, lecz mogącym zawsze kryć jakieś niespodzianki, jego doskonale wyuczone techniki na niewiele by się zdały.
— Nadal liczę na łut szczęścia. Może któryś z nas wypatrzy bażanta?
Książę parsknął śmiechem.
— Czy z tego łuku da się ustrzelić coś większego?
Coś zabłysło w oczach stajennego. Wielu nie doceniało niepozornych łuków charakterystycznych dla jego ludu, wykonanych z długo preparowanych, zwierzęcych rogów. Były krótkie, a przez to poręczne i łatwe do używania z siodła, lecz potrzeba było umiejętnej techniki i siły ramienia, by taki łuk poprawnie napiąć. Komu się to udało, łuk nagradzał go strzałą tnącą powietrze z siłą włóczni. Może dlatego kolejne słowa stajennego brzmiały jak diagnoza.
— Nie masz dużego doświadczenia z łukami.
Gdyby chodziło o kogoś innego, gdyby te słowa padły w innych okolicznościach, książę zapewne wyśmiałby rozmówcę, mówiąc, że łuk to broń dla nisko urodzonych, że strzały odbijają się niegroźnie od polerowanych napierśników, i że prawdziwy szlachcic, by dowieść swego męstwa, nawet na polowanie powinien udać się z włócznią, nie zaś z łukiem. Lecz to nie były ozdobne komnaty, Bashar zaś nie był kolejnym z dworaków, więc Dante westchnął, skinął głową.
— Sir Cangrande próbował mnie uczyć, ale te lekcje były tak koszmarnie nudne, że w końcu mi odpuścił.
— Łuk uczy pokory.
— Matka mówi, że to ostatnie, czego potrzeba przyszłemu władcy.
— A co ty o tym sądzisz?
Dante zająknął się, przełożył wodze w dłoni. Hefajstion prychnął, rzucił łbem, wkraczając na drewniany most. Bashar zaś czekał cierpliwie, nie przerywając dodatkowymi pytaniami, nie próbując pchnąć księcia ku konkretnej odpowiedzi i zamiast tego dając mu przestrzeń, by sformułował własne myśli i odnalazł swój własny głos.
Może dlatego nie zauważył, że po drugiej stronie mostu ktoś na nich czeka.
— A dokąd to zmierza dwójka młodzików? — zagaił mężczyzna, pojawiając się po prostu znikąd. — Tak zupełnie samych w tych niebezpiecznych rejonach…
Bashar momentalnie ściągnął wodze, twarz przybrała napięty wyraz. Nieznajomy stał po drugiej stronie przeprawy, nonszalancko opierając dłoń na biodrze i obdarzając ich uśmiechem, który nie sięgał tych wyrachowanych oczu. Odzienie miał proste, zwykłe, niczym go nie wyróżniało, a stonowane, naturalne barwy sprawiały, że ciężko byłoby go wypatrzyć w lesie. Bashar zacisnął usta, zwrócił się ku Dantemu…
— A co cię to obchodzi? — odezwał się od razu książę, mierząc mężczyznę poirytowanym spojrzeniem.
— Po cóż te nerwy, tylko z uprzejmości pytałem — odparł nieznajomy, unosząc dłonie obronnym gestem. — Chciałem może doradzić, coś w kwestii podróży pomóc, bo, widzicie, młodzikowie, ja i moi koledzy… Dobrze znamy te rejony.
— Nic nie…
— Dante. — Głos Bashara momentalnie przykuł uwagę księcia. — Nic nie mów. Pozwól mi to rozwiązać.
— Ale…
— Rób, jak kolega mówi. — Mężczyzna zmrużył oczy, przeniósł spojrzenie na Bashara. — Widzę, że z waszej dwójki to ty jesteś tym mądrzejszym.
Hefajstion prychnął gniewnie, szarpnął wędzidło, wyczuwając nastrój swego jeźdźca, Bucefał zaś stał niczym posąg, położywszy uszy.
Bashar odważył się szybko rozejrzeć.
Wprawne spojrzenie wiedziało, czego szukać. Zasadzka została przygotowana typowo – jeden z bandziorów zagadywał podróżnych na moście, każąc im pozbyć się pieniędzy i cennych przedmiotów, a reszta rabusiów czekała skryta w lesie, gotowa do tego, by odciąć drogę ucieczki czy uciszyć nadto krewkiego przeciwnika celnym strzałem z procy albo łuku. W idealnych warunkach ofiary po dobroci pozbywały się części dobytku, bandyci zaś puszczali je wolno i zmieniali miejsce, nim wieści o ich poczynaniach i lokalizacji dotarły do uszu władz. Na taki obrót wypadków liczył Bashar – mieli z Dantem przy sobie parę monet, wystarczająco, by mężczyźni mogli na ich koszt spędzić wesoły wieczór w karczmie. Dla królewskiego skarbca nie byłaby to żadna strata, a im udałoby się wyjść z tej opresji bez sięgania po broń i konieczności wywalczenia sobie drogi dalej. Bashar dobrze wiedział, że prawdziwa walka w niczym nie przypomina starć rodem z eposów rycerskich, nie ma w niej niczego pięknego, a jeden celnie ciśnięty kamień może zadecydować o czyimś życiu.
— W takim razie… chętnie posłuchamy pańskiej porady.
Zignorował niedowierzające spojrzenie Dantego, w całości skupiwszy się na rabusiu. Mężczyzna zerknął gdzieś w stronę lasu, a gdy Bashar podążył za jego spojrzeniem, dostrzegł jeszcze dwóch pomocników. Dobrze się przygotowali.
— Mam nadzieję, że nie podążacie traktem na północ – w trakcie ostatniej burzy wezbrał strumień i podmyło most. Lepiej przejść przez bród za wioską, tam strumień rozlewa się szeroko, ale jest płytki. To dobra przeprawa, chociaż nadkłada się trochę drogi.
— To interesująca porada.
— Bezcenna — odparł rabuś, uśmiechając się krzywo. — Ale ja jestem skromnym człowiekiem, choć jeść coś muszę, żonę i dzieci odziać. — Wyciągnął sugestywnie dłoń. — Przyjmę co łaska. W końcu te mieszki będą tylko wadzić, a brzęk monet podobno wabi licho z lasu.
Bashar sięgnął pasa, odsznurował sakiewkę. Skinieniem głowy polecił Dantemu zrobić to samo. Brwi księcia pozostały ściągnięte.
— Przecież to…
— Dante.
Dwie sakiewki poleciały w stronę rabusia, ten schwycił je wprawnie w powietrzu, zważył w dłoni. Chytry uśmieszek nie schodził jednak z twarzy, a łakome spojrzenie przesunęło się po parze wierzchowców. Bucefał i Hefajstion na pierwszy rzut oka odróżniali się od wszystkich koni, które przeciętny poddany króla mógł spotkać w swoim życiu, i widać ta lśniąca sierść i długie grzywy sprawiły, że bandyta odkrył w sobie nowe pokłady chciwości.
— Tak pomyślałem, że ten bród to łatwo przejść człowiekowi, ale trudniej wierzchowcowi — powiedział, schowawszy swój łup do kieszeni, a następnie wyciągnął dłoń w stronę Bucefała. — Szkoda byłoby narażać zdrowie takich pięknych koni. Chętnie się nimi zaopiekuję.
Może gdyby rabuś był bardziej spostrzegawczy, albo gdyby intuicja go ostrzegła, wiedziałby, że wyciąganie ręki po konie dwójki „samotnych młodzieńców” to najkrótsza droga do własnej zguby. Bashar podjął decyzję w okamgnieniu. Właściwie to podjął ją, gdy tylko rabuś pojawił się na moście, po prostu teraz wypadki poszły w kierunku, który sprawiłby, że owa decyzja musiała się urzeczywistnić.
Dante nie zamierzał rozstawać się z Hefajstionem, na tym etapie nawet słowa Bashara nie potrafiły wstrzymać książęcego gniewu.
— Trzymaj te brudne łapska przy sobie! — warknął.
Rabuś spojrzał na niego z uprzejmym zdziwieniem, skinął w stronę lasu.
— Hej, chłopcy! Kogoś tu trzeba nauczyć manier!
— Ja ci zaraz…
Dante chwycił mocniej wodze, stabilniej usiadł w siodle, dłoń sięgnęła biodra, a potem wypadki potoczyły się błyskawicznie.
Bashar strzelił Hefajstiona w zad, koń kwiknął, wyrwał przed siebie niczym złota strzała, taranując draba. Łuk pojawił się w wyrobionej pracą dłoni, strzała pomknęła w leśną knieję, krzyk bólu spłoszył ptaki. Bucefał zdążył odwrócić się, stanął dęba, Bashar cudem uniknął lecącego w jego stronę lassa. Wypuścił jeszcze jedną strzałę, kolejny bandzior zgiął się w agonii, coś świsnęło mu nad głową, a potem kamień trafił stajennego w łopatkę, wytrącił strzałę z dłoni. Syknął z bólu, otrząsnął się, spróbował sięgnąć po kolejną strzałę, wypatrzyć następnego przeciwnika.
Kątem oka dostrzegł Dantego.
Wiedział, że książę w końcu opanuje spłoszonego rumaka, spróbuje do niego zawrócić, ale miał nadzieję, że do tego czasu jego strzały otworzą dla nich drogę i jemu samemu uda się wyrwać z potrzasku. Czego nie przewidział, to tego, że nie wszystkich bandytów dostrzegł i że kolejna grupa czekała dalej, za mostem, gotowa do tego, by pochwycić ofiary, bez względu na to, w którą stronę by uciekały.
Instynktownie ścisnął Bucefała łydkami, rumak skoczył przed siebie, akurat wtedy, gdy Dante, opleciony liną, leciał wprost w pył drogi. Książę szarpnął się, złapał za linę, sam pociągnął, obalając jednego z rabusiów, nawet dobył miecza, lecz jego walka miała się ku końcowi. Bandyci nie grali czysto, jeden przyskoczył, kopnął grudę ziemi prosto w twarz Dantego, drugi zdzielił go kijem przez plecy, trzeci zaś…
Trzeci miał w dłoni miecz.
Bashar stanął w siodle, napiął łuk, ramię odezwało się rwącym bólem, lecz wypuszczona strzała bezbłędnie sięgnęła celu. Rabuś runął w pył traktu, barwiąc wyschniętą ziemię krwią, a dwóch jego towarzyszy, mających pecha znaleźć się niebezpiecznie blisko związanego księcia, momentalnie do niego dołączyło. Bashar sięgnął po kolejną strzałę, lecz las ucichł. Tyle śmierci wystarczyło, by reszta bandytów czmychnęła w sobie tylko znanym kierunku.
Hefajstion dreptał niespokojnie, parskając i kładąc co chwilę uszy, Dante zaś próbował nieskładnie się podnieść, jednocześnie starając się pozbyć liny. Bashar zbliżył się, zeskoczył z siodła.
— Jesteś cały? — spytał, wyciągając do niego rękę, zaniepokojonym spojrzeniem szukając na brudnym odzieniu śladów krwi.
Dante chwycił jego dłoń, podciągnął się, stanął w końcu na nogach. Wzrok uciekł mu do tych upiornie nieruchomych, nieznajomych mężczyzn i wtedy Bashar uświadomił sobie, że książę nigdy nie widział martwego człowieka. Nie w ten sposób. Może widział ciało wystawione w trumnie, starannie odziane i otoczone bukietami kwiatów, lecz nie takie wciąż broczące krwią, ledwie stygnące w pyle drogi.
— Nie patrz na nich — powiedział, stając bliżej, własną sylwetką zasłaniając widok. — Jesteś ranny?
— A ty? — odparł Dante, podnosząc na niego spojrzenie.
— Nic mi nie jest. — Bashar pokręcił uspokajająco głową. — Dante, posłuchaj mnie. Czujesz jakiś ból? Kręci ci się w głowie?
Spojrzenie księcia złagodniało nieco.
— Skoro tobie nic nie jest, to mi też nie.
Bashar wziął głębszy oddech.
— Jesteś w stanie wsiąść na Hefajstiona? Musimy wrócić do zamku.
Dante skinął mu głową, odwrócił się do swego wierzchowca, już po chwili obaj młodzieńcy znaleźli się w siodłach. Dzień, w którym nie miało prawa wydarzyć się nic złego, właśnie przybrał jeden z najgorszych możliwych obrotów.
Bez pomocy sir Cangrande, Dante zapewne skończyłby zamknięty w swoich komnatach, Bashar zaś musiałby uciekać z zamku, a może i z kraju, ścigany za zbrodnię narażenia książęcego życia. Bo oczywiście dobrze, że go ochronił, kładąc trupem zbirów, lecz wspólne wycieczki w nieznane, namawianie księcia do wyrwania się spod opieki straży, nielicujące z jego godnością przebieranki – królowa nie puściłaby tego płazem, a Dante nie miałby w tej materii nic do powiedzenia.
Nauczyciel Dantego powiedział jedynie, że porozmawiają o tym wszystkim, kiedy tylko wróci, Bashar zaś nie wątpił, że będzie to trudna rozmowa i że po tym wszystkim ciężko będzie mu przebywać w pobliżu księcia bez oceniającego wzroku starszego rycerza, nie mówiąc już o jakimkolwiek wymykaniu się poza zamek. Tego dnia stracili dużo więcej, niż sakiewki.
Sir Cangrande opuścił zamkowe mury w towarzystwie grupy zbrojnych, wymawiając się czymś przypadkowym lecz wiarygodnym. Bashar domyślał się, że przywiezie opowieść o tym, jak to jego drużyna znalazła się w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie, by obronić jakichś biednych podróżnych, mających stać się łatwym celem dla grupy rabusiów. Nikt nie będzie dopytywał, dlaczego każdy z pechowych rabusiów ma w ciele strzałę o dziwnie wąskim grocie i krótkim trzonku, wbitą precyzyjnie tak, by zabić, a nie tylko trafić, nikt też nie będzie się dopytywał, gdzie też są ci podróżni, których tak heroicznie obroniono. Na pewien czas zwiększy się liczba patroli na drogach, a potem sprawa przycichnie i ulegnie zapomnieniu, przysłonięta większymi, bardziej politycznymi problemami i intrygami.
Do zamku wracali w pośpiechu, do sir Cangrande poszli od razu, i dopiero teraz los dał im chwilę na to, by w spokoju usiąść i porozmawiać.
Gołębnik był o tej porze pusty, a ptaki siedziały na swych żerdziach, gruchając cicho i od czasu do czasu rzucając spojrzenie w stronę dwójki młodzieńców. Bashar popatrzył na gołębie, zerknął przez wąskie okno, poczekał, aż Dante do niego dołączy. A gdy książę stanął zaraz obok, stajenny nabrał powietrza, by się odezwać, przekazać swoje myśli…
— Chciałem cię przeprosić — powiedział bez wstępów Dante.
Bashar spojrzał na niego, niezrozumienie przebijało spod spokoju na obliczu.
— Za co?
— Za to, że cię nie obroniłem.
— Ale to nie…
Książę przerwał mu, potrząsając głową.
— Nie, poczekaj, pozwól mi skończyć. Chodziło mi o to, że to ja pojechałem z mieczem i to ja trenuję z sir Cangrande. To ja powinienem walczyć, powinienem sobie poradzić.
Bashar miał już coś powiedzieć, nie zgodzić się, spróbować skierować myśli księcia na inne tory i sprawić, by spojrzał na całe to wydarzenie z innej perspektywy. Lecz widząc determinację w tym mroźnobłękitnym spojrzeniu, postanowił zaczekać i pozwolić Dantemu wypowiedzieć się do końca, w pełni podzielić tym, co ciążyło mu na sercu. Bashar nie wątpił, że ciężar ten był dojmujący.
— A tymczasem to ty musiałeś zadbać o mnie, chociaż… chociaż przecież nie jesteś jednym z rycerzy, którzy ślubowali chronić mnie własnym życiem — dokończył, odetchnął głębiej. — Bashar, nie wiem, jak mam ci za to dziękować.
— Nie musisz…
— Ale chcę.
Stajenny westchnął, może lekko się uśmiechnął.
— Przyjmuję twoją wdzięczność. Nie chcę jednak, by stała się powodem, dla którego robiłbyś sobie wyrzuty.
Dante uciekł wzrokiem. Wyrzuty już dawno sobie robił.
— Chciałem też powiedzieć… że dziękuję ci za to, jak szybko i stanowczo podjąłeś wszystkie decyzje. Od samego początku, od momentu, gdy zatrzymali nas na moście, ty już wiedziałeś, co masz robić. Ja… zawahałem się w jednym momencie. Gdybyś nie zastrzelił tamtego mężczyzny, byłoby po mnie.
Bashar dobrze pamiętał tamten moment – krew prawie zamarzła mu w żyłach, gdy zobaczył bandytę stojącego nad księciem z wyciągniętym mieczem, i samego księcia, jak po prostu patrzy na przeciwnika, a jego własna broń ledwie składa się do zastawy. Widział to spojrzenie człowieka, który nigdy wcześniej nie odebrał życia, to krótkie zawahanie, przed przekroczeniem pewnej granicy. W walce wahanie kosztowało życie.
— Jestem księciem. Nie powinienem się nigdy wahać.
Bashar mógł przytaknąć lub zaprzeczyć, mógł oględnymi słowami wygładzić rozmowę i nie zagłębiać się dalej w temat, lecz jego relacja z Dantem już dawno wyszła poza relację między sługą i panem. Młodzieniec gestem wskazał jedną ze skrzynek, sam przysiadł na drugiej.
— Ci, którzy patrzą na królewskie regalia, widzą w nich zarówno symbole władzy, jak i drogocenne przedmioty. Myślą o tym, jak drogi jest płaszcz obszyty gronostajem i jak wielkie klejnoty wprawiono w królewskie berło. Zastanawiają się, jak dostojnie wygląda się z bezcenną koroną na skroniach. Nikt jednak nie myśli o tym, jak ciężkie są te regalia — powiedział Bashar, zrobił lekką pauzę, pozwalając myśli wybrzmieć. — Płaszcz ciąży na ramionach, korona uwiera głowę, a od berła drętwieje całe ramię. Gdyby przypadkowego człowieka ubrać w królewskie regalia, to idąc nie przypominałby wcale króla, skupiając się na tym, by nie dać się przytłoczyć ciężarowi, nie zaś na tym, by stanowić dla swych poddanych symbol władzy i roztaczanej nad nimi opieki.
Dante skinął mu głową, a spojrzenie nie odrywało się od stajennego.
— Jedynym sposobem, by przywyknąć do tego ciężaru i nosić koronę z godnością i dostojeństwem właściwym królowi, to nosić ją każdego dnia.
Zapadła cisza, gdy Dante trawił jego słowa i metafora nabierała odpowiedniego znaczenia. Brwi księcia ściągnęły się jednak, wzrok opadł ku posadzce.
— Każdego dnia noszę swój książęcy diadem.
— A odpowiada ci on? Pasuje ci jego kształt i wygląd, podobają ci się wprawione w niego kamienie?
— Żartujesz chyba…
— To go zmień — powiedział z mocą Bashar. — Zadecyduj, co jest dla ciebie ważne i jakiego człowieka chcesz oglądać na swoich portretach. Wykuj dla siebie diadem i pozwól, by jego ciężar każdego dnia czynił cię silniejszym.
Ciszę przerywał jedynie odległy zaśpiew wiatru.
— Wtedy, na trakcie, wiedziałem bardzo dobrze, co jest dla mnie ważne, Dante, dlatego się nie zawahałem — kontynuował Bashar. — I dlatego nie żałuję żadnej ze swych decyzji, bez względu na konsekwencje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz