— Ponownie zszedłby do Podziemia, gdyby dano mu wybór — odezwał się nagle Bashar w ciszy swego gabinetu, odrywając rysik od pergaminu.
Nikt mu nie odpowiedział. Jedynie drzemiący w kącie pomieszczenia Cerber poruszył przez sen łapą, zaskomlał cicho, wyłożył się na drugi bok.
Bashar nazywał tę krainę domem i najchętniej nigdy nie opuszczałby granic swego dominium, a niewidzenie się z resztą boskiej rodziny wcale mu nie przeszkadzało. Wiedział jednak, że jest raczej osamotniony w swym przekonaniu, bo choć Podziemiem starał się rządzić sprawiedliwie, a dla wielu stworzeń naprawdę było to jedyne miejsce, gdzie mogły bezpiecznie przebywać, to jednak wszyscy z jakiejś przyczyny gnali na powierzchnię, tęskniąc widać za słońcem i prawdziwymi drzewkami pomarańczowymi. Nawet Tanatos, najbardziej podobny mu ze wszystkich przebywających tu istot, stroszył z podekscytowaniem skrzydła, gdy przychodziło mu zastępować Bashara na tych niczego niewnoszących ucztach, wyprawianych regularnie na Olimpie, by wszyscy dobrze wiedzieli, dlaczego to Zeus jest władcą niebios i pierwszym spośród bogów. Giganci i sturęcy, erynie, nawet Mojry, nie mówiąc już o duszach śmiertelników – Bashar nie miał wątpliwości, że gdyby komuś udało się sforsować wrota prowadzące do Podziemia i otworzyć prostą drogę na powierzchnię, w swym dominium zostałby najpewniej sam. Mimo zapewnień, rozum mówił, że Dante nie różniłby się od innych, choć serce się z nim nie zgadzało. Zagubiony bożek był w końcu istotą powierzchni, dzieckiem słońca i rozkwitłych roślin, jak więc jego los miał być związany z Podziemiem, jak jego szczęście miało tkwić wśród tych bazaltowych skał?
— Nie wróciłby — powiedział Bashar już ciszej i rysik znów spoczął na pergaminie.
— Wydajesz się bardziej zamyślony i milczący, niż zazwyczaj.
— Interesująca obserwacja.
Szli niespiesznym krokiem w stronę kolejnej z wysp Podziemia, a z kamiennego tarasu, który właśnie przecinali, roztaczał się wspaniały widok na nabrzeże. Ciemna toń leniwie płynącego Styksu przypominała gęstą smołę, zaś unoszący się nad powierzchnią mglisty opar tylko wzmacniał poczucie ostateczności, wrażenie przekroczenia granicy zza której już się nie wracało. To tam regularnie przybijała łódź Charona, przywożąc nowe dusze. Wciąż świeże i wyraźniejsze, niż te na Łąkach, patrzyły wokół przytomniejszym wzrokiem, bardziej skupionym i jednocześnie przerażonym, gdy w głowach tkwił obraz ciemności, niebezpieczeństwa i czekającej je tu wiecznej kaźni, a także pana tej krainy, według opowieści okrutnego i gwałtownego, na pewno lubującego się w cierpieniu śmiertelników. Nawet, jeśli ktoś prowadził zupełnie przykładne życie, gdy tylko jego stopy dotknęły nabrzeża, gdzieś wewnątrz rodziła się obawa, że może jednak to życie nie było tak przykładne, jak się wydawało…
— Co cię tak zajmuje?
Wzrok Bashara sam podążył w stronę nadpływającej właśnie łodzi, a choć nie o tym ostatnio rozmyślał, ta lekka zmarszczka przecinająca czoło boga sprowadziła domysły Dantego na inne tory. Zagubione bóstwo podążyło za jego spojrzeniem, mężczyzna przystanął, wpatrzył się w sylwetkę przewoźnika.
— Charon się obija. Patrz, ilu ma pasażerów! Prawie przeważyli mu łódź!
— Charon podróżuje w ustalonych odstępach czasu, zawsze tak samo i nigdy nie opuścił żadnego kursu — odparł Bashar, przyglądając się duszom. — To nie wina Charona, że jego łódź jest przepełniona.
— Kogo w takim razie?
— Kogoś na powierzchni. — Bóg zrobił niewielką pauzę. — Albo czegoś.
— To znaczy?
Bashar wrócił wzrokiem do Dantego.
— Nie tylko liczba dusz, ale i to, kim te osoby były za życia, wskazuje, co mogło się wydarzyć. Kogo tam widzisz, Dante? Ludzi starych czy młodych? Kobiety czy mężczyzn? Bogaczy czy biednych?
Gdy wojna szalała na powierzchni, łódź Charona przypominała trierę, z której na ląd wyskakiwali młodzi mężczyźni, przystrojeni przez rodziny i żałobników w widmowe zbroje, nieraz ściskający włócznie i tarcze. Pożary i trzęsienia ziemi, te gwałtowne katastrofy, przed którymi nic nie broniło i które zaskakiwały ludzi, przynosiły przekrój przez wszystkie warstwy społeczne. Dla odmiany głód i zarazy najczęściej siały spustoszenie wśród tych najsłabszych, których nie stać było na medyka i nie dysponowali przepastnymi spiżarniami.
— To… głównie starsi ludzie, prosto odziani — powiedział Dante, a potem jego głos przycichł. — I dzieci…
— A więc to choroby albo głód — zawyrokował Bashar, podejmując wędrówkę. — Tutaj nie ma ani jednego, ani drugiego. Będą mogli odpocząć na Łąkach, a rany ich serc, te pozostawione przez doczesne zgryzoty, szybko się zabliźnią.
Dante patrzył jeszcze przez chwilę, nim ruszył za nim, wydłużając krok, by dogonić swego przewodnika.
— Nie interesuje cię, co się dzieje na powierzchni? Bashar, tam są dzieci…
— Śmierć dziecka zawsze jest tragedią i możesz być pewien, że nie jest mi obojętna, choć tego nie okazuję — odparł, a jego głos zabrzmiał inaczej, bardziej miękko, z większym uczuciem. Zaraz jednak wrócił do swego zwyczajowego tonu: — Jednak moje zainteresowanie niczego nie zmieni, tak samo jak mój gniew na to, że bogowie znów zaniedbują swoje obowiązki i dochodzi do takich tragedii — przyznał, składając ciaśniej skrzydła. — Tym, co mogę zrobić i co faktycznie będzie miało jakąś wartość i znaczenie, to poprowadzić ich wszystkich tam, gdzie jest ich ostateczne miejsce i skupić się na tym, by więcej niesprawiedliwości ich nie spotkało.
Dante szedł u jego boku w milczeniu, wzrok co jakiś czas uciekał w stronę oddalającego się nabrzeża. Bashar zerknął na zbłąkanego boga.
— Życie śmiertelników jest niebywale kruche i ulotne. Dla większości bogów to dobry argument do tego, by nie przywiązywać do niego wagi, szczególnie, gdy chodzi o życie tych zwykłych ludzi, mnogich niczym ziarnka piasku, bez kropli boskiej krwi w żyłach, spędzających całe życie na prostej pracy.
— A co ty o tym myślisz?
Bóg umarłych westchnął.
— W Podziemiu jestem ze wszech stron otoczony wiecznością. Od skał i minerałów, trwających wieki, przez jeziora magmy, zawsze tak samo gorące, wszystkie zamieszkujące to dominium nieśmiertelne istoty, aż po dusze, dla których jest to ostatnia przystań. Mimo to doceniam piękno owej ulotności i przemijania. To, że dany kwiat zaraz przekwitnie nie odejmuje mu uroku i nie czyni podziwiania go bezproduktywnym. Może wręcz przeciwnie. Może właśnie świadomość końca i tego, że trzeba będzie się pożegnać, a od śmierci nie ma odwrotu, czyni to krótkie życie tym bardziej interesującym i wartym uwagi? — powiedział filozoficznie Bashar. — Mam to szczęście, że wszyscy w końcu trafiają właśnie tutaj, do Podziemia. Nikt nie liczy mi czasu, który spędzam z ważnymi dla mnie osobami, nikt nie wyznacza jego końca i nie zabiera ich ode mnie. To spokój i komfort, który bardzo sobie cenię.
— Co by się stało, gdyby ktoś próbował ci kogoś takiego zabrać?
Bashar obdarzył go bardzo zdziwionym spojrzeniem.
— To się nigdy nie wydarzy. Ale sądzę, że jeziora magmy w czeluściach Tartaru przypominałyby chłodne sadzawki w obliczu mego gniewu.
Szli przez pewien czas w milczeniu i nawet Cerber nie zaczepiał ich tak intensywnie, zajmując się swoimi sprawami i węsząc gdzieś wśród skał. Ciszę wypełniał odległy skrzek patrolujących Podziemie harpii, jednostajne mruczenie trzewi ziemi i miękkie westchnienia wiatru tańczącego wśród ostrych skał.
— Teraz to ty wydajesz się bardziej zamyślony i milczący, niż zazwyczaj — zaczął Bashar.
Dante odpowiedział mu westchnieniem.
— Po prostu pomyślałem o Virgilu…
— Tym rzeźbiarzu?
Drugi bóg skinął głową.
— Uświadomiłem sobie… On jest śmiertelnikiem, nie będzie długo żył, a skoro coś się dzieje na powierzchni…
— Wszyscy w końcu tu trafiają… Ale wierzę, że nie chciałbyś, by wasze kolejne spotkanie odbyło się na nabrzeżu.
— Nie, na pewno nie.
W mroźnobłękitnym spojrzeniu odbiła się głęboka troska. Barwa przypominała mu akwamaryny, te charakterystyczne kryształy, które potrafiły urosnąć do niesamowitych rozmiarów. Bashar odwiedził z Dantem wiele miejsc, lecz nie byli jeszcze w tej jednej jaskini, w której na pewno by mu się podobało…
Szkoda, że już zapewne tego nie zrobią. Bóg umarłych wiedział, gdzie ta rozmowa zmierza i choć gdzieś w środku ucisnęło, wybrał drogę, która, jak sądził, była najlepsza dla Dantego.
— W takim razie odwiedź go — zaproponował. — Najlepszym lekarstwem na bolączki duszy jest działanie. Skoro odwiedzisz Virgila, zobaczysz się z nim i ocenisz, jak się ma powierzchnia, zdejmie to z twoich barków ciężar. Nie będziesz się o niego martwił.
— Racja… — odparł bożek, choć w jego głosie nie było tyle przekonania, ile Bashar przewidywał. — To będzie krótki wypad, odwiedzę Virgila i wrócę. Mogę wrócić, prawda?
— Jeśli tylko będziesz tego chciał.
Dante patrzył przez chwilę na niego, jakby jeszcze jakieś pytanie cisnęło się mu na wargi, lecz w końcu się nie odezwał. Popatrzył tylko na panoramę Podziemia, wciąż zmieniającą się dla nich z każdym krokiem, spojrzał na Cerbera, brykającego po jakimś osuwisku.
— Będę chciał. Nie mogę pozwolić na to, żeby Cerber za mną tęsknił.
Wielki pies, usłyszawszy swoje imię, podniósł wszystkie trzy łby, szczeknął, zamerdał ogonem i podbiegł do Dantego, by odebrać swoją dzienną porcję głasków.
— Raz tu trafiłem, to trafię ponownie.
„Jeśli tylko będziesz tego chciał” powtórzył w myślach Bashar.
Ubrania Dantego, te, w których przybył do Podziemia, choć brudne i nieco podniszczone, udało się kościanej służbie doprowadzić do porządku, wywabiając z nich ciemne ślady popiołu i cerując starannie to, co się rozdarło.
— Na powierzchni będziesz wyglądał jak żałobnik — powiedział Bashar, gdy Dante spojrzał ze zdziwieniem na naszykowane dla niego ubrania i wyraził sprzeciw, że nie przyniesiono mu typowego dla Podziemia stroju, do którego przywykł przez ostatnie tygodnie.
— Który żałobnik stroi się w złoto i klejnoty?
Bashar spojrzał gdzie indziej, westchnął.
— Będziesz się wyróżniał. Tutaj czerń jest wszędzie, na powierzchni zaś jest więcej barw i światła.
— Jakby tu tych barw nie było!
— Są, ale inne, nie takie… Jasne i delikatne.
Bóg umarłych skończył wiązać pas Dantego, ostatni raz poprawił jeszcze jeden z łańcuszków.
— Nie wypuszczę cię jednak tak, jak przyszedłeś. Dostaniesz na drogę trochę drobiazgów — powiedział w końcu.
Oprócz nektaru i ambrozji, w plecaku Dantego znalazł się i cienki chiton o głębokiej, obsydianowej barwie, wraz z mocnym akcentem lejącego się himationu i parę ozdób, może trochę ciężkich jak na powierzchniowe standardy.
— Jeszcze raz powiesz, że w Podziemiu jest mało kolorów — powiedział Dante, biorąc do ręki materiał. — Wygląda zupełnie, jak tamte kryształy, które widzieliśmy… Czekaj, gdzie to było…
— W przedsionku Tartaru i mówisz o rodolicie — odparł Bashar, wyciągając himation z ręki zbłąkanego bóstwa i pakując go z powrotem do plecaka.
— Najważniejsze, że jest ładny i kolorowy.
— Jak wszystkie geody, którymi udekorowałeś pałac.
— Przyniosę ich więcej, kiedy wrócę.
Bashar spróbował rozciągnąć usta w uśmiechu.
— Oczywiście.
Odprowadził Dantego do tego samego wyjścia, którym zbłąkany bóg trafił do Podziemia. Oczywiście, że przez całą drogę towarzyszył im Cerber. Wielki pies niemal do samego końca nie przeczuwał, że widzi się z Dantem po raz ostatni – przebywanie mężczyzny w Podziemiu, codzienne spacery i zabawy, widać na tyle wrosły już w psi harmonogram dnia, że niebywałe zdawało się dla niego, by Dante miał w końcu wrócić do siebie. Tam, gdzie było jego miejsce.
— Nie martw się, Cerbuś, niedługo do ciebie wrócę i wtedy będziemy się bawić za wszystkie czasy — obiecywał bożek, intensywnie głaszcząc pchające mu się w ramiona łby, starając się utulić jakoś skomlenie olbrzymiego psa.
Bashar mrużył lekko oczy, patrząc w inną stronę – rozjaśnionego światłem prawdziwego słońca wyjścia z jaskini – a jego olbrzymie skrzydła stroszyły się tak, jak rzadko im się to zdarzało. A potem wybrzmiało ostatnie pożegnanie, Cerber zaskomlał jeszcze, Dante ociągał się trochę, obejrzał kilka razy, znów obiecując, że wkrótce wróci. I w końcu ta wysoka, odziana w delikatne róże i podzwaniające, złote łańcuszki postać zniknęła, pochłonięta przez zaklętą mgłę kryjącą przejście. Bashar stał jeszcze przez chwilę u wyjścia z jaskini, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi i marsowym obliczem, wbijając wzrok w miejsce, gdzie rozmyły się barwy.
— Nie wróci — mruknął, a trzy pary ślepi Cerbera popatrzyły na niego z rozpaczą. — Tutaj nikt nie wraca.
— Myślałem, że miałeś go ukarać.
Podążali właśnie ku głębiom Tartaru – raz w miesiącu Bashar robił obchód swych ziem starając się, by nic nie umykało mu jako władcy i wszyscy jego poddani czuli obecność suwerena, bez względu na to, czy napawałoby ich to szczęściem i spokojem, czy zgoła odmiennymi emocjami. Tamtego dnia wypadło właśnie na najniższe części Tartaru, lecz to wcale nie siarkowe wyziewy, trudna do wytrzymania temperatura i potępieńcze krzyki zamkniętych tu najgorszych winowajców, sprawiały, że bóg umarłych kroczył przed siebie ostrym, niemalże gniewnym krokiem, a onyksowe skrzydła, najczęściej dostojnie złożone i gładkie, stroszyły się teraz, z piórami przypominającymi gotowe do ataku ostrza.
Gdy Dante zniknął, Tanatos zdecydowanie odżył – jeśli cokolwiek w Podziemiu mogło w ogóle odżyć – a on nie musiał już udawać wielce zapracowanego i niedostępnego władcy tej krainy. Jakieś napięcie zniknęło z jego barków, krok nabrał sprężystości, na wieść o odejściu Dantego wręcz odetchnął z ulgą. Bashar sam nie wiedział, czemu tak go to zirytowało.
— Miałem go ukarać, gdy tylko dotrze do niego, kim naprawdę jestem i kogo wziął za pośledniego przewodnika. Takie były moje słowa i nie zamierzam ich cofać.
Tanatos uniósł brew.
— Czy to znaczy, że Dante dalej żyje w niewiedzy? Dalej nie wie, że rozkazywał władcy Podziemia, każąc oprowadzać się po tej krainie niczym honorowy gość?
Bashar spojrzał na niego tak, że bóg śmierci zgubił krok, na moment został w tyle, nim podjął marsz, na powrót zrównał się ze swym zwierzchnikiem.
— Tylko pytałem.
— To nie ma już znaczenia — odparł chłodno Bashar. — Karanie Dantego nigdy nie było moim priorytetem. Poza tym nie zamierzam ścigać go na powierzchni.
— Mógłbyś posłać za nim erynie…
Kolejne spojrzenie sprawiłoby, że to erynie zaczęłyby uciekać.
— Jak mówiłem, to nie ma już znaczenia.
„Przecież więcej się nie zobaczymy.”
Na powierzchni ledwie dniało, gdy Bashar udawał się właśnie ku swym boskim obowiązkom. Przemierzał dostojnie korytarze, nieniepokojony przez nikogo, bo większość z jego podwładnych wciąż nie rozpoczęła jeszcze swego dnia. Tylko kościana służba, te zastępy klekoczących istot nieznających snu ani zmęczenia, kręciła się wśród pustych pomieszczeń, kończąc ostatnie przygotowania i porządkując wszystko. Bashar zwolnił nieznacznie, widząc, jak jakiś szkielet zamiata zebrany przy kolumnie pył, a wśród poszarzałych resztek skruszonego pumeksu tkwią przysychające już, barwne płatki kwiatów. Bóg westchnął, zastanowił się, jak długo i w jak wielu miejscach dostrzeże jeszcze ślady obecności Dantego – te pachnące płatki kwiatów, jedyne prawdziwe w całym Podziemiu. Ile czasu zajmie pozbycie się ich, bo przecież skoro Dante już nie wróci, to i płatków w końcu nie będzie.
Cerber był niepocieszony.
Warował pod pokojem gościnnym, dawno już sprzątniętym i zamkniętym, kładł się pod geodami, skomlał przy łaźniach. Bashar próbował rzucać mu jedną z jego ulubionych piłek, lecz gdy tamten niefortunny rzut posłał ją wprost w gałęzie poskręcanego, kostropatego drzewa charakterystycznego dla Podziemia, wielki pies zapiszczał żałośnie i wrócił do Bashara, pakując mu wszystkie trzy wielkie łby w ramiona. Bóg umarłych westchnął ciężko, starając się obdarzyć każdy z nich przydziałową porcją głasków, lecz obaj czuli, że to nie tych dłoni pragnie Cerber i to nie one miały drapać go za uszami.
— Chodź — powiedział w końcu Bashar. — Chyba mam jeszcze jedną z kości Pytona, może to poprawi ci humor.
W jego głosie nie było jednak wiele mocy ani przekonania. Nic w Podziemiu się przecież nie zmieniało, więc dlaczego nagle nie mogło teraz być tak, jak dawniej?
Próbował skupić się na traktacie filozoficznym, w końcu czekał na niego, a i dusze filozofów z Elizjum czekały na jego opinię i interesujące dyskusje. Lecz bóg umarłych nie potrafił zmusić myśli do filozofii, siedząc przy swym prywatnym biurku, gdy spojrzenie wciąż uciekało mu w stronę geody. Stała tam, to wspomnienie roześmianej twarzy, złotych włosów i chaosu wkradającego się w ustalony porządek Podziemia. Bashar westchnął, po raz kolejny wracając myślami do Dantego, zastanawiając się, co też zbłąkany bóg porabia na powierzchni i czy czasem nie oberwało mu się za tak długą nieobecność. Chociaż pomniejszymi bóstwami niewiele się interesowano – z jakiejś przyczyny bogowie obrali sobie śmiertelników za cel i to im najczęściej mieszali w życiu.
— Nie wróci — mruknął pod nosem Bashar.
Wzrok opadł ku słowom, lecz wystarczyło ledwie parę linijek, by bóg prychnął w irytacji, znów oderwał się od lektury. Geoda wciąż go rozpraszała, a to lśniące wnętrze, mające przypominać dobrze mu znane języki magmy przepływającej przez Tartar, kojarzyło mu się raczej z kwiatami nasturcji. Równie płomienne i jaskrawe, wiązane były z odwagą, energią i gwałtownymi porywami serca zdolnego do heroizmu. Bashar sam nie wiedział, dlaczego tak szybko przyszło do niego wspomnienie z samego początku pobytu Dantego w Podziemiu, wtedy, gdy przypadkiem spotkali jednego ze sturękich. Wyglądali oni obiektywnie przerażająco, przytłaczali swą sylwetką każdego, mimo to Dante bez wahania skoczył między niego i hekatonchejra, pragnąc obronić zwyczajnego przewodnika przed potworem rodem z koszmarów.
Lecz nasturcje miały też i inną symbolikę. Kwitły krótko, ledwie się pojawiły, a już ich płatki opadały, odsłaniając nagą łodyżkę, śmiertelnicy więc przyjęli je jako symbol przemijającego i ulotnego szczęścia. Bashar westchnął, przesunął palcem wzdłuż barwnych kryształów.
— Jakże trafne.
Już prawie przywykł do tej ciszy i spokoju. Stojące na postumentach geody już go nie drażniły, te odłamki koloru i asymetrii w geometrycznej pustce jego pałacu. Na powrót przywykł do wyznaczonej rutyny, odnajdując komfort i ukojenie w obowiązkach. Wykonywanie ich szło mu opornie, jakby pech zawładnął światem i każdy problem okazywał się groźnym potworem, do którego trzeba było podejść sposobem. Może to i lepiej? Praca zajmowała mu więcej czasu, wypełniała myśli, pozwalała sercu się uciszyć.
Zeus zwołał jakąś naradę na Olimpie, Bashar nawet zastanawiał się, czy nie wybrać się osobiście, rozprostować nieco skrzydła, lecz w końcu porzucił ten pomysł. Po co miałby iść na powierzchnię? Przecież nie miał tam kogo szukać.
Kolejny obchód części Podziemia przebiegał równie nudno i spokojnie, jak kiedyś. Cerber nie towarzyszył mu już, wybierając samotne włóczenie się po systemie jaskiń otaczających włości Bashara, wypatrując tych, których zawsze miał wypatrywać, czyli intruzów i śmiertelników, pragnących dostać się do krainy umarłych przed wyznaczonym sobie czasem. Bóg umarłych tęsknił nieco za tą psią obecnością, lecz skoro Cerber potrzebował chwili samotności, nie zamierzał go do niczego zmuszać.
Tym bardziej zaskoczył go nagły dźwięk, głośny, niemożliwy do zignorowania, przetaczający się po jego dominium. Cerber, jeśli chciał, potrafił podnieść alarm, który stawiał na nogi wszystkich obrońców krainy umarłych, teraz jednak jego głos nie zwiastował nadciągającego zagrożenia. Brzmiał radością i podekscytowaniem, wielki pies wołał go, by koniecznie do niego dołączył.
Bashar odwrócił się gwałtownie, nasłuchiwał chwilę, brwi uniosły się a w oczach rozbłysło coś, co nie pojawiało się w nich już od długich tygodni. Następnie zaś bóg umarłych rozłożył swoje skrzydła i wzbił się do lotu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz