24 sierpnia 2025

Od Isarra – Wakacyjna robota

Michał miał szczerze dość nieodpłatnej pracy dla swojego wujka Ignacego. Już drugą godzinę pielił ten paskudny ogródek. No, może warzywniak sam w sobie nie był paskudny, ale fakt, że Misiek dostał takie bojowe zadanie jak walka z chwastami, go takowym czyniła.
Tymczasem wujaszek zajmował się tym ładniejszym ogrodem, bo kwiatowym. Urywał suche liście i co kilka chwil szedł w stronę tarasu by nalać sobie tej cholernie gorzkiej herbaty, którą tak lubił. Nastolatek nie rozumiał tej obsesji szczerze mówiąc, prawdziwa herbata powinna zawierać miód… no może cukier. Jak na swoją ksywkę przystało, młody uwielbiał słodkie rzeczy. Co często spotykało się z dezaprobatą Ignacego.
– Długo jeszcze, wujek? – Rzucił kolejną kępą jakiegoś zielska na pomału rosnący stos. Starszy rudowłosy rzucił spojrzeniem jak cegłą w stronę swojego siostrzeńca. Okejjjjj… jeszcze długo, doszedł do wniosku pytający, zwieszając głowę. Chwilę jeszcze udawał bardzo cierpiącego, ale widząc, że na jego opiekunie nie robiło to absolutnie żadnego wrażenia, zaprzestał prób wzięcia go na litość i wrócił do roboty.
Słońce nie pomagało, prażyło w kark i przy każdej z okazji puszczało zajączki prosto w oko. Mrucząc coś pod nosem Michał przesunął się do następnej grządki i wbił haczkę w dość upierdliwy zbitek trawy, po czym wydobywszy go z ziemi wyrzucił na wcześniej wspomnianą górkę podobnych, równie upierdliwych roślinek.
Stadko biegusów żerowało w wysokiej trawie nieopodal, wcinając ślimaki. Był to najnowszy nabytek gospodarstwa Ignacego, przeczytał w necie, że rozwiązują problem tych obrzydliwych mięczaków bez skorupy i od razu kupił sześć. Teraz ten cudowny szwadron wszędzie się pałętał za wujkiem, ale złotooki widać nie miał nic przeciwko ich towarzystwu, w przeciwieństwie do ludzi twierdził, że są dziesięć razy bardziej znośne i jeszcze do tego całkiem przydatne.
Pierwszym zadaniem jakie dostał Michał po przyjechaniu było nazwanie kwaczącego towarzystwa. Wywiązał się z niego wyśmienicie, bo wujek nie protestował z jego wyborami. Lolek, Bolek, Skiper, Kowalski, Szeregowy i Rico siały teraz postrach w robaczym półświatku, łykając wszystko co się rusza… i zachlapując wszystko co się da. To drugie zdecydowanie było ich wielką pasją, nie potrafią przejść obok wody obojętnie. W dodatku kiedy tylko pojawiało się najmniejsze ryzyko zagrożenia, czyli cień jastrzębia na niebie albo ktoś kto nie jest Ignacym w pobliżu, zadziwiająco szybko potrafiły uciekać do wujka i pałętać mu się pod nogami.
Wbrew wszystkim swoim narzekaniom, Michał lubił przyjeżdżać na wakacje do wujka, na to zadupie, gdzie, jak to mówili jego znajomi ze szkoły, psy tyłkami szczekają. Swoją drogą ci sami koledzy śmiertelnie się bali wujka Ignacego jak ten raz przyjechał odebrać go ze szkoły, bo rodzice wybrali się na spływ kajakowy i zostawili nastolatka pod jego opieką
Kiedyś zapytał wujaszka czemu skończył w takim miejscu, wszakże ukończył on studia lekarskie z wyśmienitymi wynikami, a teraz zarabiał głównie przez internet, swoją drogą Michał dalej nie wiedział, w jaki dokładnie sposób to robił. Ignacy nie odpowiedział zbyt wylewnie, prawdę mówiąc odpowiedział tak jak zawsze czyli: „Jest tu mniej ludzi.” Co miało jakieś swoje uzasadnienie, szczególnie jeśli posiadało się charakter miedzianowłosego.
— Dobra, koniec roboty na dziś. Chodź, ściemnia się, — powiedział Ignacy, patrząc na powoli chylące się ku horyzontowi słońce, w dodatku, ciemne chmurzyska nieprędko sunęły by przysłonić niebo.
— Jakieś życzenia co do kolacji? — mruknął wujek kiedy ściągali buty i wchodzili do środka drewnianego domu, a ton jego głosu był niemal życzliwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz