Wyspa Berk.
Niewielki skrawek lądu, wysunięty daleko na północ od kontynentu, należący do Archipelagu. Położona idealnie pomiędzy „piździ jak z paszczy mroziczorta” i „pustką jaczego łba”, łącząc w sobie obie te cnoty. Nawet postawienie osady na południowej części, za naturalną barierą w postaci samotnej góry, nie mogło pomóc w tej kwestii. Cóż, przynajmniej wszystkie domy niemal lśniły nowością. Ach, no i można było tu podziwiać malownicze zachody słońca.
W zasadzie mieszkańcy bardzo dobrze radzili sobie z większością trudów. Grube futra, skóry, wielkie muskuły i też szczypta (lub więcej) tłuszczyku skutecznie chroniły wikingów przed kaprysami pogody. Jedyny poważniejszy problem stanowiły szkodniki. Inni to tam zmagali się z myszami, względnie jakimiś robakami. Ale nie mieszkańcy Berk. Oni mieli...
Szczupły chłopak przemykał ścieżkami, próbując nie zostać z jednej strony spalonym żywcem przez plujące ogniem gady, a z drugiej staranowanym przez uganiających się za nimi wikingów. Uskoczył w bok, unikając lśniącej w świetle płomieni siekiery, wymienił szybkie spojrzenie z mężczyzną o gęstej, jasnej brodzie.
— Souel, nie wpadaj mi tu pod siekierę!
— Przepraszam! — odparł pospiesznie chłopak, pobiegł dalej.
Przeskoczył przewrócony kosz, doczepione za uchem kolorowe pióro zadygotało. Puścił mimo uszu karcącą go jakąś kobietę, skręcił w następną uliczkę, gdy nagle poślizgnął się na jakimś kamieniu. Byłby upadł, ale wtedy pochwyciła go za kołnierz wielka ręka należąca do nie kogo innego, jak samego wodza.
— A ty co... Przestań się pałętać pod nogami! — zganił go mężczyzna.
Wódz Berk. To był wojownik. Legendy głosiły, że łeb pierwszego smoka ukręcił, będąc jeszcze pacholęciem, a trafione jego mocarnymi pięściami głazy pękały w pół. Czy inni w to wierzyli? Na pewno Souel.
Właśnie, Souel.
Dotarł wreszcie do swego celu – kuźni. Przywitał się z krzątającym się w środku, niemal równie rosłym, co wódz, wikingiem, zaczął pospiesznie zakładać swój fartuch.
— No, jesteś wreszcie — powiedział kowal. — Tyle latam wte i wewte, aż mnie nogi rozbolały. Obie — podkreślił, wskazując drewnianą protezę zamiast prawej stopy. — Mniejsza. Do roboty, ludzie czekają na broń.
— Wybacz, Pyskacz — odparł Souel, następnie przystąpił do ostrzenia mieczy.
Mieszkańcy Berk już od lat zmagali się z nalotami smoków. Niby zapowiadała się spokojna noc, ale wtedy znienacka wpadała cała chmara, siejąca istne spustoszenie. Paliły chaty (stąd wszystkie były nowe), niszczyły drogi, a na koniec zabierały całą żywność, jaką zdołały dopaść w swoje szpony. Przerobione mięso, owce, jaki, kosze z rybami, w chwilach desperacji nawet kosze z pieczywem. Niczego nie zostawiały, ludzie musieli sami wyrywać jedzenie.
Ktoś by spytał, czemu się nie wynieśli, ale wtedy sobie przypominał, że wikingowie, jak to wikingowie, byli bardzo terytorialni. I jeszcze bardziej uparci.
Souel skończył ostrzyć miecz, podał go Pyskaczowi. Już miał iść po następny, ale mimowolnie wyjrzał przez pobliskie okno.
Wszyscy z osady brali udział w obronie Berk, mężczyźni, kobiety, nawet młodzież, która, choć sama jakoś specjalnie nie walczyła, pomagała w gaszeniu ognia oraz noszeniu broni. Pomyśleć, że rówieśnicy mieli szansę stanąć oko w oko ze smokiem... a Souel nie. On od małego musiał tkwić w jakiejś kuźni, niemal nieustannie obserwowany przez kowala, jak gdyby miał za chwilę nadziać się na jedną z broni.
Popatrzył na biegnącą za mniejszym ze smoków dwójkę, wypuszczającą z gardeł bojowe okrzyki. Wyższy z nich to był Yangcyn, strasznie energiczny. Wszędzie go było pełno, miał w sobie tyle zapału, że praktycznie od razu wciągnięto go w obronę. Obok niego biegł kudłaty Cheoryeon o różnokolorowych oczach. Ten to był wariat. Niektórzy mówili, że przy dobrych wiatrach smoki zaczną się bać samej osobowości nastolatka. Jego siostra bliźniaczka, Suyeon, była z kolei opanowana. Zajmowała się tymi właściwymi młodzieżowymi obowiązkami, czyli między innymi rozdawaniem broni. Nie szalała ani trochę... chyba że kłóciła się z bratem.
Tuż przed oknem przeleciał topór, wbił się w ścianę innego budynku. Nie trafił w czającego się na kosze gronkla, ale smok wystraszył się na tyle, że skoczył idealnie w sidła wikinga. Souel powędrował wzrokiem, trafił na oświetloną płomieniami sylwetkę chłopaka o brązowych włosach i niezwykle poważnym, jak na jego wiek, spojrzeniu.
Terrell. Najlepszy z całej jego grupy wiekowej. Ponoć po skończeniu ledwie piątych urodzin upolował zająca, a dwie wiosny temu dopadł pierwszego smoka. Był szybki, zwinny i silny jak na swoje naście lat, do tego zawsze potrafił zachować zimną krew. Wszyscy pokładali w nim największe oczekiwania, mówiąc, że będzie z niego wiking idealny.
W dużym skrócie Terrell był kompletnym przeciwieństwem Souela.
W niego nie wierzył nikt. Chłopak robił wszystko, żeby zdobyć ich uznanie, ale zawsze kończyło się to totalną porażką. Loki musiał chyba świetnie się bawić, utrudniając mu życie na każdym kroku, ponieważ ilekroć Souel próbował jakkolwiek się wybić na tle reszty rówieśników, ostatecznie tylko bardziej psuł. Jak gdyby brak fizyczności mu nie wystarczał.
Woda chlusnęła, gasząc ogień za Terrellem, aczkolwiek też trochę jego ochlapując. Młody wiking skrzywił się, spojrzał za stojącego przy nim falowanego blondyna o niebieskim spojrzeniu. Tamten, widząc niezbyt przyjazne spojrzenie, pospiesznie przeprosił i czmychnął z wiadrem.
Ta, nawet Theo miał lepiej od Souela! Bał się niemal wszystkiego, ale kochał uczyć się o przyrodzie, w tym smokach. Swoją wiedzą często zaskakiwał dorosłych. Uch, nawet w niego pokładali większe nadzieje!
— Wracamy do roboty, obiboku — usłyszał.
Nim się obejrzał, Pyskacz odciągnął go od okna, zaczepiając przymocowanym do kikuta na lewym przedramieniu hakiem o koniec tuniki.
— Chcę iść do reszty — jęknął w odpowiedzi, wydymając usta. — Też się przydać.
— Przydasz się, siedząc tutaj i nie wychylając tej swojej sprytnej łepetyny. Tyle masz w niej pomysłów, aż szkoda, żeby czyjaś siekierka przypadkiem ci ją ścięła, nie sądzisz?
Większym sarkazmem w części z pomysłami nie mogła ociekać jego wypowiedź.
— Sugerujesz, że prędzej wplączę się pod nogi wikingowi, niż dopadnie mnie smok? — Skrzyżował ręce na piersi, uniósł wymownie jedną brew.
— To właśnie cały czas robisz. Souel, jak ty chcesz tam iść? Nie umiesz machać siekierą ani rzucać toporem. — Wyliczał palcami. — Nawet tym nie rzucisz.
Podał jakiemuś wikingowi bolas. Mężczyzna zakręcił bronią, wycelował w przelatującego smoka. Trafił idealnie.
— Dobrze, ale w przypadku bolas akurat mogę zostać wyręczony przez to.
Podszedł do postawionej trochę głębiej w kuźni wyrzutni, którą sam jakiś czas temu zaprojektował i skonstruował. Poklepał ją dumnie niczym zdolnego psa, gdy nagle linka niespodziewanie puściła. Z lufy zostały wystrzelone dwie kule na sznurze, przeleciały tuż nad głową Pyskacza i trafiły w innego wikinga – na szczęście nie spętały, a tylko jedna kula odbiła się od metalowego hełmu. Mimo to mężczyzna padł jak długi.
Souel przygryzł dolną wargę, schował dłonie za plecami.
— No i ja właśnie o tym mówię! — Pyskacz pomasował palcami wewnętrzne kąciki oczu, westchnął ciężko. — Jeśli chcesz iść do reszty, to musisz wpierw skończyć... — Chwilę gestykulował ręką i hakiem na całego chłopaka. — Z tym.
— Mam rozumieć, że chodzi ci o mnie? — Skrzywił się tamten. — O, przesadzasz pan gorzej niż Pleśniak swoją kapustę! Wiesz, co się dzieje, jak w wikingu skotłuje się taka energia, która nie może znaleźć ujścia...?
— Tym razem nie wysłucham do końca — przerwał mu kowal, słysząc z zewnątrz jakieś wołania. — Ostrzenie, na już.
Zagarnął z blatu miecz, nonszalancko upuścił go na ręce chłopaka, po czym poszedł zająć się swoimi sprawami. Souel niechętnie wykonał jego polecenie. Podszedł do ostrzałki, pedałem wprawił kamień w ruch, nim przyłożył koniec klingi.
Myślami oczywiście wciąż tkwił przy jednym. Musiał w końcu coś zrobić. Zabicie smoka było sprawą honoru. Jak się żadnego nie dopadło, to się było nikim. Wyrzutkiem. Nie mógł zatem po prostu się nie wychylać, bo inaczej to nigdy nie zyska uznania, o które tak ciężko walczył.
Gdyby udało mu się dorwać choćby jednego. Wystarczyłby mniejszy śmiertnik zębacz, serio. Aczkolwiek jakby trafił mu się w ręce gronkiel, to już miałby gwarantowany szacunek. O, albo taki zębiróg zamkogłowy, bo co dwie głowy, to nie jedna. Za koszmara ponocnika to akurat nie chciał się brać. Gad potrafił w całości pokryć się ognistą zbroją, stając się praktycznie nietykalnym. Tylko nieliczni zdołali go pokonać. Choć Souelowi zależało na wykazaniu się, nie musiał od razu ruszać z tym gatunkiem na solo. A już na pewno nie musiała to być...
— NOCNA FURIA! — wrzasnął któryś wiking.
Wszyscy jak na zawołanie się skulili, część skoczyła za jakieś obiekty w tym momencie służące jako schronienie. Znikąd wystrzelił pocisk plazmy, trafił prosto w jedną z chat. Souel przerwał ostrzenie, wyjrzał przez okno.
Nocna furia była najrzadszym, ale też najgroźniejszym smokiem, jakiego poznali. Mknął po nocnym nieboskłonie, kompletnie niewidoczny. Nigdy się nie ukazywał, nigdy nie porywał owiec i...
Rozległ się charakterystyczny świst, a po nim kolejny pocisk trafił w wieżę obserwacyjną.
Nigdy nie chybiał.
Prawie nic nie było wiadome o tym smoku. Nikt go nawet na oczy nie widział, wszyscy jednak wyobrażali sobie, że wyglądał jak kompletny potwór. To był jedyny smok, na którego nikt się nie rzucał z bronią. Nawet sam wódz krzyczał, by się wszyscy chowali.
Souel wiedział, że w bezpośrednim starciu nie miał z nim żadnych, choćby najmniejszych szans. Zanim zdążyłby unieść broń (do czego swoją drogą chude ramiona nie były przystosowane), zostałby trafiony tak mocno, że nie dałoby się zidentyfikować jego zwłok. Zginąłby nie jako bohater, a głupiec.
Żaden wiking nie przetrwałby w bliskiej potyczce.
Bliskiej...
Zerknął w stronę swojej wyrzutni. Trochę bokiem przeleciały mu słowa Pyskacza, który, każąc młodemu zostać na miejscu, wymienił swój hak na siekierę i ruszył do walki, gdy zauważył, że jego towarzysze potrzebowali wsparcia.
Chwilę później biegł przez osadę ze swoim wynalazkiem, modląc się, by w trakcie tej podróży żadne z kół nie wypadło. Skręcił gwałtownie przed dwiema walczącymi kobietami, przeprosił wojownika, na którego prawie wpadł. Niektórzy posyłali mu zdziwione spojrzenia, lecz je całkiem ignorował. W końcu wydostał się z głównego pola bitwy, stanął na trawiastym wzniesieniu. Rozłożył całą wyrzutnię, naciągnął linkę, złapał za rączki, wykonał wdech.
Za nim trwała wciąż zażarta, otoczona zewsząd płomieniami bitwa, przed nim zaś ciągnęło się morze i ciemne, rozgwieżdżone niebo. Stał cały spięty, niebieskim spojrzeniem uważnie mierzył nieboskłon, próbując wypatrzyć swój cel. Zadanie to było trudne z wiadomych przyczyn, nocna furia zdawała się mieć zdolność niewidzialności. Mimo to jeszcze nie tracił nadziei. To była jego szansa. W bliskim starciu nie dałby rady, ale na odległość? Być może. Jednocześnie próbował odrzucić myśli, że sam na uboczu, oddalony od budynków, w przeciwieństwie do swojego przeciwnika stanowił łatwy cel.
Otworzył szerzej oczy, gdy dostrzegł, że gwiazdy w niektórych miejscach na moment znikały, tworząc dziwaczną falę, jak gdyby coś je przysłaniało. Czy to mogła być nocna furia?
Zaczął śledzić za tym zjawiskiem wyrzutnią. Wtem ruch znacznie przyspieszył, wydobył się z niego świst.
Teraz!
Pociągnął za dźwignię, wystrzelił.
Odrzut był na tyle mocny, że aż został odepchnięty. Stracił równowagę, upadł do tyłu, aczkolwiek szybko się pozbierał do pionu. Wyprostował się, usłyszał ryk. Podniósł głowę, jego oczom ukazała się ciemna plama, która na tle brzasku poleciała na drugi koniec wyspy, gdzieś w stronę Kruczego Urwiska.
Trafił go.
Trafił go! Trafił swojego pierwszego smoka! I to nie byle jakiego, trafił nocną furię! Tę nocną furię! Trafił, zrobił to, czego nie byli w stanie zrobić inni! Ani Pyskacz, ani Terrell, ani nawet wielki wódz!
— Och, ktoś to widział, prawda?
Odwrócił się na pięcie, spojrzał w głąb wioski.
Nie, nikt nie był w pobliżu, żeby zobaczyć jego jakże bohaterski akt.
Usłyszał powarkiwania, cały stanął na baczność. Bardzo powoli popatrzył za siebie. Jego oczy napotkały na ślepia wielkiego, pomarańczowego koszmara ponocnika. Smok wygiął swą długą szyję, by zbliżyć łeb. Pociągnął nozdrzami, wraz z wydechem twarz chłopaka musnęło ciepłe powietrze.
— Em, ciebie nie pytałem o...
Nie dokończył, ponieważ ujrzał, jak bestia otwiera pysk. W wąskim gardle pojawiło się światło.
Głośny krzyk rozniósł się po całej okolicy. Wódz przerwał pętanie linami smoka, zaczął się rozglądać. Gdy dostrzegł uciekającego w popłochu przed innym gadem Souela, wykonał głęboki wdech.
Czarnowłosy chłopak pędził, ile sił miał w nogach, potykając się o praktycznie wszystko, włącznie z równą nawierzchnią. Stracił równowagę, na szczęście zdołał się podeprzeć rękami i wrócić do biegu. Uniknął jednego ognistego wystrzału, drugiego, trzeciego. Schował się za grubym palem, na którego szczycie wznosiła się wielka pochodnia mająca za zadanie oświetlanie nadlatujących smoków. Wzdrygnął się, gdy z obu boków pnia zaczęły lecieć płomienie, o włos go omijające. Kiedy zniknęły, postanowił wyjrzeć, by sprawdzić otoczenie. Nie udało mu się zauważyć, że ponocnik już się na niego czaił z drugiej strony.
Ktoś przeskoczył tuż obok chłopaka, rzucił się prosto na paszczę gada. Bestia zarzuciła łbem, strąciła z siebie rosłego wikinga o bujnej, rudej brodzie. Był to sam wódz Berk. Mężczyzna szybko stanął na równych nogach, poprawił swój hełm, przygotowany do walki jeden na jeden. Smok otworzył pysk, zamierzał zionąć ogniem, lecz ku jego nieszczęściu nie zdołał wydobyć z gardła nawet iskry. Poruszył w zdenerwowaniu żuchwą, oblizał zęby.
— Co, przygasłeś? — rzucił wyśmiewająco wódz.
Nie czekał na zaproszenie. Gołymi pięściami zaczął okładać smoka, skutecznie wybijając go z mentalnego rytmu. Spłoszona bestia poderwała się do lotu i z niegłośnym skowytem odleciała. Wódz chwilę odprowadzał za nią wzrokiem, następnie się odwrócił.
Akurat wtedy nadpalony pal załamał się i runął z hukiem na ziemię, odsłaniając tym samym sylwetkę Souela. Pochodnia w kształcie misy wypadła ze szczytu, zaczęła się toczyć w dół wyspy, nie tylko rujnując stojące na drodze domy i konstrukcje, ale również prawie taranując związujących smoki wikingów. Ludzie zdołali uskoczyć, aczkolwiek gady wykorzystały okazję, by wydostać się z sieci i uciec, po drodze łapiąc biegającą po osadzie w panice zwierzynę.
Niebo częściowo przeszło z granatu w niebieskawe odcienie szarości, kiedy nalot się skończył. Nastała cisza jak po burzy.
Jednak nawet najgroźniejsze pioruny nie potrafiły wywołać tak wielkiej demolki, jaka spotkała Berk.
Wódz wbił w Souela gniewne spojrzenie. Tamten wzdrygnął się, ramiona podskoczyły niemal aż do uszu.
— Przepraszam... — wybełkotał — tato. — Uciekł wzrokiem na bok. — Ale dobra wiadomość: trafiłem nocną furię.
Rodzic pokręcił głową. Złapał syna na kołnierz, zaczął za sobą ciągnąć.
— Na serio trafiłem smoka, nie jak te pięć razy wcześniej! — próbował ciągnąć dalej Souel. — Dostał i spadł gdzieś nad Kruczym Urwiskiem, trzeba przeczesać teren i upewnić się, że...
— Dosyć! — warknął ojciec, puszczając go, by spojrzeć mu prosto w oczy.
Souel zamilkł, przygryzł dolną wargę. Wokół dwójki zdążyli się zgromadzić niemal wszyscy mieszkańcy wyspy, włącznie z młodzieżą; każdy uważnie ich obserwował. Nikt się nie odzywał.
— Wszystko, w co wkładasz ręce, kończy się katastrofą — powiedział wódz, rozkładając ręce w celu podkreślenia skali tej katastrofy. — Już nawet Cheoryeon powoduje mniej problemów!
Stojący trochę dalej różnooki chłopak otworzył usta, by coś powiedzieć, ale powstrzymało go przed tym uderzenie w tył głowy ze strony Suyeon. Jęknął cicho, posłał siostrze zirytowane spojrzenie. Zobaczywszy jej minę, postanowił się nie odzywać.
— Nie widzisz, że mam poważniejsze problemy? — mówił dalej mężczyzna. — Zima za pasem, mam całą osadę do wyżywienia, a ty zdecydowanie mi nie pomagasz!
— Kiedy ja próbuję pomóc — bronił się Souel. — Jak widzę smoka, to mam taki... przymus, żeby go zabić...
— Oj, masz. Ale pogromcą smoków to ty nie jesteś. A teraz marsz do domu. — Spojrzał na Pyskacza. — Zaprowadź go aż pod same drzwi. Ja mam ważniejsze rzeczy na głowie.
Minął chłopaka i ruszył w swoją stronę. Yangcyn obserwował wodza, lecz wtem dostrzegł, że dotychczas stojący przy nim Terrell również gdzieś zaczął iść.
— Gdzie idziesz? — zapytał.
— Do roboty — odparł tamten. — Widzisz chyba, że trzeba za kimś posprzątać — to mówiąc, popatrzył spod byka na Souela.
Za Terrellem ruszyła reszta młodzieży, żadne z nich nie było zadowolone. Ale co tu się im dziwić – nie mogli normalnie walczyć ze smokami, bo nie przeszli szkolenia, a teraz jeszcze musieli ogarnąć syf wywołany przez pewnego rówieśnika, który nie mógł po prostu siedzieć w miejscu i nie powodować kłopotów na każdym kroku.
Theo przystanął, zmierzył wzrokiem Souela, bawiąc się swoimi palcami. Ewidentnie chciał podejść i coś powiedzieć, ale nim zdołał wykonać krok w stronę syna wodza, został zawołany przez Yangcyna. Krótko odpowiedział koledze, że już idzie, szybko dogonił innych.
W tym samym czasie Pyskacz zagarnął chłopaka z piórem i zaczął go prowadzić w stronę położonej najwyżej chaty. Souel niechętnie szedł z przodu, kopnął niewidzialny kamyk.
Przecież trafił smoka! Fakt, wcześniej mu się nie udawało, ale teraz trafił na pewno! Nie mogło mu się przywidzieć. Czemu ojciec nie mógł ten jeden raz mu zaufać? Powinni iść szukać ciała, zwłaszcza że to była sama nocna furia. Tyle wikingów próbowało ją dorwać, bez skutku, a on tego dokonał! Co, bo nie wyglądał na wikinga, to nagle nie miał prawa osiągnąć czegoś takiego? Jego znajomi też jeszcze nie przypominali posturą swoich rodziców, a Souel był pewien, że gdyby to któryś z nich (w tym Theo) powiedział, że trafił nocną furię, wszyscy zaczęliby z miejsca wiwatować.
— Naprawdę go trafiłem, czemu ojciec nie może mi uwierzyć? — rzucił bardziej do siebie, niż kuśtykającego za nim kowala, niezbyt chętnie stawiając stopy na kamiennych schodkach. — Co on taki uparty?
— No, niedaleko pada jabłko od jabłoni — odparł lekko Pyskacz, wzruszył ramionami.
— Ilekroć coś powiem, to patrzy na mnie z takim rozczarowaniem, jakby mu złą broń wykuto. „Chyba się nie zrozumieliśmy” — zaczął niskim tonem parodiować ojca — „ja tu chciałem chłopaka niczym młot Thora, który uderzeniem przepołowi głazy, a co dostałem, jakąś wykałaczkę, która na zębach się złamie”!
— Och, no weź — próbował go uspokoić. — Jemu nie chodzi o to, że z ciebie taki chuderlak. To twój charakter tak go drażni.
Chwila ciszy, przerywana jedynie odległymi skrzekami mew.
— Super, dzięki, że mi to podsumowałeś — skomentował sarkastycznie Souel.
Odwrócił się na pięcie, położył dłoń na klamce chaty, pod którą zaszli. Pyskacz jeszcze dodał, że nie powinien na siłę próbować być kimś innym... Tyle że Souel chciał być jednym z nich. Należeć oficjalnie do wikingów, a nie być jakimś nieudacznikiem, na którego wszyscy spoglądali z góry.
Wszedł do chaty, o dziwo nie trzasnął za sobą drzwiami, a normalnie je zamknął. Stanął w miejscu, westchnął ciężko. Usłyszał ciche, nierówne kroki, sugerujące, że Pyskacz poszedł w głąb osady, pewnie pomagać reszcie przy naprawach.
I tyle było z jego bohaterowania. Miał szansę osiągnąć coś wielkiego, coś, co wikingowie zapamiętają po wsze czasy, a skończyło się jak zawsze. Gdyby Berk było wyspą totalnej porażki, to wtedy Souel zostałby wodzem. A tak to nie miał co liczyć na choćby uznanie. Co mu po trafieniu nocnej furii, kiedy...?
Zamrugał parę razy, uniósł brwi.
Racja. Trafił nocną furię. Widział, jak spadała na wyspę. Nie do morza. Na wyspę. Jeśli nie zginęła od upadku, to była związana i nie mogła uciec. Skoro więc wikingowie nie wierzyli, że Souel ją dorwał, to wystarczyło, że ją znajdzie. Przyniesie namacalny dowód, a wtedy nikt nie będzie w stanie mu zaprzeczyć. Wszyscy zrozumieją, że nie kłamał.
Wbiegł po schodach na górę do swojego pokoju, zgarnął z biurka notatnik razem z małym węglem przywiązanym do końca patyka. Wróciwszy na dół, zabrał jeszcze z uchwytu sztylet, który schował za pasek, a następnie wymknął się z chaty. Pewny, że nikt go nie widział, szybciutko pobiegł w kierunku Kruczego Urwiska.
Jeszcze inni mu pozazdroszczą. Znajdzie nocną furię i wszystko się zmieni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz