25 sierpnia 2025

Od Virgila – When one falls, we continue (II)

Bitewny pył opadł na ziemie wraz z ciężkim cielskiem potwora, zostawiając ich nagle w dziwnej, drżącej wciąż napięciem ciszy, pełnej obawy, czy to na pewno koniec niebezpieczeństwa. Lecz Nevron się nie podnosił, Virgil wciąż słyszał swój oddech, czuł bicie niezmiennie pracującego serca, a wysoka trawa łagodnie falowała na wietrze, niosąc im kojący szum. Była w tym ulga i zmęczenie, chęć ruszenia dalej i wydarcia się na okrutność Malarki, obwarowanej z każdej strony śmiercią, bo ile jeszcze nierównych walk mieli stoczyć, nim koszmar łaskawie się zakończy? Vi odetchnął głęboko powietrzem polany wydającym się niezwykle lekkim po odgonieniu świeżego widma zagłady. Tyle razy pójdzie w bój, ile będzie trzeba, by odnaleźć Seymoura.
Kłujące zimno zagnieździło się głębiej w jego piersi, niepokój ścisnął gardło, a spowite smutkiem spojrzenie zawisło na horyzoncie. Nie teraz, powiedział sobie łagodnie, przywołując na twarz troskę i odwracając się do chłopaka, który wbiegł chwilę temu na pole walki. Teraz musiał pomóc tym, którym był w stanie. Czas na wypłakiwanie własnego bólu przyjdzie później.
— Nic ci nie jest? — zapytał, podchodząc do roztrzęsionego młodzieńca. Tamten podniósł na niego wzrok, Vi wysilił się na lekki, pokrzepiający uśmiech.
Kojarzył większość Ekspedycji z imienia. Żałował, że nie udało mu się zamienić choć słowa z Theo, nim pochłonęło ich wszystkich piekło, ale chłopak wcale tego nie ułatwiał. Krył się po kątach, uciekał wręcz przed ludźmi, a jego łagodne oczy przypominały spojrzenie spłoszonego zwierzęcia. Był jednak teraz tutaj, cały i zdrowy, zaś każde życie, które przetrwało pogrom na plaży, stanowiło promyk nadziei nad morzem trudów.
— Rozum postradałeś?!
Głos Ilary przeciął przestrzeń niczym strzał z bicza. Maszerowała twardo w ich stronę, Virgil przez chwilę bał się, że zaraz wyciągnie dłonie i chwyci Theo za kołnierz, szarpnie nim stanowczo. Kobieta jednak zatrzymała się o krok od chłopaka, pomimo braku różnicy we wzroście zdawała się nad nim górować, rozwścieklona jak samo morze, po którym z wprawą żeglowała.
— Chciałem pomóc… — odparł nieco niemrawo Theo, uciekając wzrokiem.
— Próbując się zabić? — syknęła.
Virgil zawahał się. Nie mógł odmówić Ilarze racji. Ta walka nie przypominała zdecydowanej próby przeżycia, nie w pełni. Wsparcie Theo zdecydowanie ułatwiło potyczkę, lecz równocześnie zmusiło ich do trzymania się bliżej siebie, bo gdy Nevron atakował, Theo stał bezruchu, i to za każdym razem. Nie wpasowywało się to już w ramy szoku, poza tym Vi widział momentami jego twarz i nie był pewny, co go mocniej przeraża – nacierający przeciwnik, czy spokój, z jakim chłopak wpatrywał się w spadającą na niego broń.
— Masz pojęcie, na jakie ryzyko nas wystawiałeś czymś takim? — ciągnęła Ilara. — Całą Ekspedycję wystawiałeś. Myślałeś, że za każdym razem będę, gdzie trzeba, by cię osłonić?
Theo wziął głębszy wdech, patrząc na swoje buty.
— Nie musiałaś tego robić…
Ilara spoglądała na niego w milczeniu. Cała złość na moment z niej odpłynęła, zastąpiona niedowierzaniem, zwątpieniem w to, co usłyszała, zaraz jednak nowa fala emocji znów nią szarpnęła.
— Masz rację — odpowiedziała cicho, chłodno. — Nie musiałam. Następnym razem po prostu pozwolę Nevronowi cię rozszarpać.
— Ilara… — zaczął Vi, ale ona już nie słuchała. Zrobiła zwrot ku lasowi.
— Ściemnia się, powinniśmy rozbić obóz — rzuciła, nie zatrzymując się. — Sprawdzę okolicę, wy nazbierajcie chrustu na ognisko.
Jej słowa spadły ciężko między nich jak przytłaczające echo po trzaśnięciu pioruna.


Pojedyncze gałązki powoli piętrzyły się na piersi Vi, przyciśnięte do niej ręką. Mężczyzna lawirował wśród drzew, w duchu ciesząc się z tego zajęcia, prostego i spokojnego. Theo w milczeniu snuł się gdzieś za nim, próbując samemu wypatrywać chrustu, lecz Virgil dostrzegł, że częściej od suchych gałązek jego uwagę przyciągały niewielkie kwiatki rosnące przy pniach drzew albo porosty na ich korzeniach. Nie ganił chłopaka za to. Wydawał się on rozluźniony, a jego myśli wyciszone, gdy zbierał drobne płatki i pospieszne rysował coś na kartkach wyciągniętych z torby. Wszystkim im należała się chwila oddechu.
— Theo, prawda? — zagadnął Vi, zerkając przez ramię. Blond czupryna poderwała się w górę, głowa skinęła nieco sztywno. — Ilara nie chciała powiedzieć niczego niemiłego. Jej też jest po prostu bardzo ciężko. Straciła wiele osób, nim jeszcze wyruszyła na Ekspedycję. A potem… — Okropna łapa stwora wyrywającego go Seymourowi poruszyła się we wspomnieniach. Wiadomym było, co wydarzyło się potem. Vi miał nadzieję, że głos mu nie zadrżał. — Martwi się bardzo o tych, którzy jej zostali. Ty wliczasz się do tego grona.
Gdy Virgil obudził się po raz pierwszy po masakrze, wciąż półprzytomny i rozkojarzony, sądził, że siedząca niedaleko niego Ilara odeszła we śnie. To ona wyciągnęła go z plaży, zabrała w najbliższe bezpieczne miejsce, nie pozwalając mu się zatrzymać. Zdeterminowana, niezłomna, jej umysł wskoczył na bojowe obroty w momencie wybuchnięcia chaosu. Wyglądała, jakby to, co się stało na plaży, było jedynie drastyczną zmianą planów. A potem zobaczył, jak nieruchomo trwa na przewróconym pieńku, zgięta w pół niby do krzyku, który uparcie trzymała za zaciśniętymi ustami. Przypominała figurę woskową, jej bolesne oblicze i bezsilne pięści na zawsze zatrzymane w jednej pozycji, w jednym uczuciu.
Nastała chwila milczenia, a po niej niepewne poruszenie za jego plecami, nadrobienie paroma krokami dzielącej ich odległości, lecz nie za dużo.
— Nie zna mnie przecież — mruknął Theo.
— Jesteś częścią Ekspedycji. Mamy tylko siebie tutaj. I jeśli nie będziemy o siebie nawzajem dbać, nic nam nie zostanie. Więc proszę, zrozum ją.
— Doceniam, że tak się stara, naprawdę.
— Ale? — powiedział Vi, czując wahanie w słowach Theo.
Zatrzymał się i obejrzał za siebie, lecz twarz towarzysza niewiele zdradzała. Lęk i niepewność sprawiały, że wyglądał na jeszcze młodszego, niż w istocie był.
— To nie takie proste — szepnął.
Vi uśmiechnął się delikatnie, z cieniem zmęczenia.
— Obawiam się, że nic dla nas nie jest proste. — Metaliczny wrok zlustrował przelotnie Theo. — To było bardzo odważne, gdy wybiegłeś nam z pomocą na polanie — zmienił temat, przypatrując się chłopakowi. — Myślę, że powinieneś częściej wspominać to, co pchnęło cię do przodu.
Theo zerknął na niego.
— Chyba nie rozumiem.
Znów ten nienaturalny spokój Theo w obliczu zagrożenia stanął Vi przed oczami. Mężczyzna szukał chwilę słów, a nawet gdy je znalazł, nie był pewien, czy są one właściwe.
— Jeśli… Jeśli jest coś, co sprawia, że jest ci trudno o siebie samego zadbać… — Mówiąc, spoglądał na chłopaka, ale Theo odwrócił się do niego bokiem, unikając jego spojrzenia. Gdzieś w Vi tliła się nadzieja, że może pomylił się w swojej ocenie, jednak zdecydowanie obaj wiedzieli, co się wydarzyło w trakcie tamtej walki. — Pomyśl o tym, ile robisz dla innych. Chcesz im pomagać, widziałem przecież na własne oczy. Nieważne, jak duża czy mała jest siła stawiająca się Malarce, to zawsze dodatkowa siła, dzięki której możemy przeżyć. Potrzebujemy cię.
Okryta rękawiczką dłoń ścisnęła mocno przedramię.
— Nawet byś nie zauważył, gdybym zniknął — odezwał się cicho Theo.
— Zauważyłbym, że w miejscu, gdzie wcześniej był mały świat, teraz jest pustka.
Chłopak nie wydawał się przekonany, lecz Virgil go nie naciskał. Zgarnął jeszcze trochę chrustu, Theo przejął od niego część i razem udali się okręgu z kamieni pozostawionym przez poprzednią Ekspedycję na skraju lasu. Ilary wciąż nie było nigdzie widać. Vi nie zdziwiłby się, gdyby trzymała się w pewnej odległości od nich, pilnując okolicy i mając jedno oko zwrócone na ich dwójkę.
— Virgil? — zagaił nieśmiało Theo.
— Hm?
— Co ciebie motywuje, gdy nie masz sił?
— Seymour — odpowiedział tak naturalnie, jak bierze się oddech, a uśmiech sam pojawił się na jego ustach, ciepły i pogodny, swą jasnością odpychający mrok kontynentu. — Kojarzysz go może? — Theo przytaknął. — Jest wszystkim, co sprawia, że to życie ma sens. Więc gdy jest ciężko, myślę o nim. O tym, co by mi powiedział, jak mnie wsparł, bym szedł dalej. — Zawahał się, dodał ciszej: — To nadal boli, gdy nie wiem, co się z nim stało, ale i tak wstaję i idę dalej, bo moja motywacja zwycięża nad cierpieniem.
Krwawy pogrom na plaży ich rozdzielił i ostatnim, co mężczyzna zobaczył, to Seymoura próbującego chwycić jego dłoń, nim jeden z wielu Nevronów stanął między nimi. Ale on gdzieś tam był, szukał go, Vi po prostu to czuł i rozpaczał nad każdą sekundą, gdy nie mógł objąć Seymoura, powiedzieć mu, że to nie jego wina. Nie miał wątpliwości, że jego drogi muzyk właśnie śpiewał pełną wściekłości i smutku pieśń wymierzoną w samego siebie. Jeszcze na statku Seymour ściskał go tak mocno, desperacko, z miłością, bo Vi wsiadł na ten statek za nim, jak lojalny pies podreptał po trapie, zdenerwowany, lecz pewny swej decyzji. Nie zostawiłby ukochanego z ciężarem zadania Ekspedycji na swoich barkach – jeśli los gnał go na kontynent, prosto pod Monolit, Virgil nie zamierzał się kłócić, ale nie zamierzał również biernie się temu przyglądać.
Chyba bardziej od bólu rozstania męczyła go myśl, jak bardzo musi Seymour katować się o jego zniknięcie.
— A co jeśli on został na plaży? — zapytał nagle Theo, lecz zmieszał się, widząc, jak cały blask uśmiechu Vi znika momentalnie. — Przepraszam, nie chciałem, po prostu…
— W porządku — przerwał mu łagodnie mężczyzna, pchając kąciki ust w górę mimo wszystko. — Rozumiem. Ale ja wierzę. W Seymoura i w ciebie.
— Ale co jeśli? — powtórzył cicho chłopak pozbawiony swej nadziei.
Vi zapatrzył się w dal, ze wszystkich sił próbując sprawić, by krajobraz nie rozmazał mu się przed oczami.
— Nie wiem, Theo — odpowiedział szczerze, ledwie słyszalnie. — Nie chcę żadnego „jeśli”.


Ilara powróciła, gdy noc zdążyła rozłożyć się w pełni nad ich głowami wraz z gwiazdami. Wtedy też Theo wyjawił tajemnicę dziennika poprzedniej Ekspedycji, który znalazł po uratowaniu się z plaży. Atmosfera zgęstniała, niepokój wzrósł, Vi postarał się nie panikować. Jeśli ta kobieta z notatek nie znalazła ich, to szanse były ogromne, że ktoś inny ocalały natrafił na nią. Ciężko było przełknąć tę nadzieję zmieszaną z ogromnym lękiem, lecz Ilara trzeźwo zarządziła wczesny wymarsz jutro do najbliższego, niewrogiego miejsca – wioski Gestrali. Jeśli ktoś przetrwał, na pewno nie zawędrował dalej od nich i zatrzymałby się tam, by odpocząć, zaś notatki mówiły o tym, że Undine ze swoją grupą straceńców również tamtędy przechodziła. Mieli szansę.
— Poczekaj na mnie, Seymour — rzucił Vi cichą prośbę w mrok, myśląc tylko o tej jasnej kicie i szafirowych oczach, chcąc samą siłą woli zatrzymać je bezpiecznie za bramą Gestrali.

Nagłówek z gry Clair Obscur: Expedition 33

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz