Za każdym razem, gdy patrzyła na syna, ciepło rosnące w piersi mówiło Sappho, że w swym nieśmiertelnym życiu nigdy nie pokocha nikogo mocniej od niego.
Miłość u bogów była specyficzną rzeczą, swego rodzaju mitem, na który można machnąć ręką, przekazać go śmiertelnikom i patrzeć, jak się o to zabijają ku uciesze władców świata. Z pomocą tych krwawych wojen zrozumieli, że miłość może wznosić i burzyć miasta, może zabić i wyzwolić, wesprzeć i obalić. Obusieczny, nieprzewidywalny miecz, zapewniający potęgę wraz z ogromną słabością. Zrozumieli, że miłość nigdy nie będzie dla nich, bowiem bogowie nie mogli otwarcie przyjąć takiej niedoskonałości.
Sappho uważała, że pojęła to całkowicie. Jako niepowstrzymana siła natury, patronka obfitości i zbiorów, dawała życie w ciszy i odbierała je wedle swego gniewu. Nie było nikogo, kto mógłby stanowić wystarczającą przeciwwagę dla niej i nie zgadzała się, by to się zmieniło. Zeus mógł łypać na nią okiem ze swojego absurdalnie wielkiego tronu, mógł szukać sposobów na ujarzmienie jej, lecz ona niezmiennie odpowiadała mu stanowczym, chłodnym spojrzeniem. Nie zamierzała za nic oddać swej mocy, a walka z nią przynosiła największe ofiary. Tanatos był bogiem śmierci, zbierającym ponure plony, ale wyłącznie ona potrafiła je tak sprawnie zasiać.
A jednak nie umiała wyzbyć się zazdrości wobec śmiertelników złożonych z cienkiej, matowej skóry, zawodzących ich z wiekiem kości oraz mętnych oczu, zazdrości o życia ich najbliższych, o które dbali z taką czułością dzięki niej. Spoglądała na nich, oferując im bogate żniwa, równocześnie przypominając sobie o swej wyższości nad nimi. Przeklinała wszystko, co czuła w duszy, przyglądając się swym wiernym. Próbowała ignorować ciężki kamień niewytłumaczalnej goryczy gniotący jej serce, lecz paradoksalnie stawał się on w efekcie coraz bardziej nie do zniesienia.
Dawała życie tylu śmiertelnikom, a nie dała go nigdy sobie.
Było to jedyne, czego jako bogini się obawiała. I słusznie, bo gdy jej frustracja sięgnęła zenitu i Sappho poddała się tym uczuciom, przed którymi tyle wieków się wzbraniała, powiła Dantego. Wzięła go po raz pierwszy w swe ramiona i już wtedy wiedziała, że zrobi dla niego wszystko.
Słońce na nieboskłonie nie mogło równać się z ciepłem bijącym od Dantego.
Drobna dłoń syna chwyciła jej palce, a ona znów zachłysnęła się letnim żarem jego skóry. Ten żar zaś nie spowijał jedynie chłopca, nie – Dante był ciepłem, fragmentem słońca oderwanym od ognistego rydwanu, który stał się drugą gorejącą nad krajobrazem kulą. Uwielbiała tulić go do piersi nocą, gdy chłód prześlizgiwał się pod grubymi kotarami komnaty. Wtedy najlepiej czuła, że dzięki niemu jej świat nigdy nie zamarznie.
— Mama — powiedział radośnie Dante, nakładając na jej palec wskazujący już trzeci pierścionek. Sappho uśmiechnęła się miękko, wpatrzona w swe małe słońce. Mogłaby godzinami słuchać, jak jej syn powtarza to jedno słowo.
Boskie lenistwo nabrało dla niej nowego znaczenia, od kiedy pojawił się Dante. Leżała razem z nim na królewskim łożu, purpurowym jak dojrzała śliwka i pachnącym świeżymi owocami, wypełnionym płatkami kwiatów. Wśród fałd pościeli stał kuferek malowany w rozkwitłe jabłonie, z którego Dante wyciągał jej biżuterię i rozrzucał po całym łożu złote kolczyki, drobne łańcuszki, grube bransolety i pierścionki z drogimi kamieniami. Kochał błyskotki, a ona kochała patrzeć, jak się przy niej bawi, ubiera ją oraz siebie w złoto i klejnoty. Dni, które niegdyś spędzała, biesiadując na Olimpie, wolała w całości poświęcić na Dantego.
Zachwycał ją wszystkim, co robił. Swym szczerym uśmiechem, który nie dbał o intrygi stojące za władzą, swą czułością, z jaką podchodził do niej. Był żywiołowy, trudny do opanowania, owszem, lecz z najwyższą delikatnością łapał jej złote warkocze i oplatał wokół nich łańcuszki, wsuwał bransolety ostrożnie na nadgarstki i śmiał się głośno, gdy cała dzwoniła. Sappho uniosła się nieco, ucałowała skroń syna, czując w jego rosnących włosach zapach wiosennej mżawki i polnych kwiatów.
— Pani? — Rozległ się przytłumiony głos służki za wysokimi drzwiami komnaty.
Bogini spiorunowała wzrokiem rzeźbione drewno.
— Wyraźnie poleciłam, aby mi nie przeszkadzać — syknęła. — Niech to lepiej będzie coś ważnego.
— Pani — krótkie zawahanie — wieszcz przybył.
Trzymany pod kluczem niepokój momentalnie uciekł na wolność. Sappho zamarła. Wiedziała, z jakiego powodu wieszcz przybył. Unikała go wystarczająco długo.
Dante nie był pomniejszym bogiem. Był potomkiem Olimpu, a wyrocznie niejedno miały o takich dzieciach do powiedzenia. Niejednoznaczne, zamglone słowa, przekazujące wszystko i nic. Nie chciała tego dla Dantego. Nie chciała wiedzieć, co zapisane jest w gwiazdach, ale niepokazanie się wieszczowi, skoro już znalazł się na jej progu, mogłoby zostać odebrane jako tchórzostwo.
Westchnęła, z rozczuleniem patrząc na przechyloną w niezrozumieniu główkę Dantego. Poprawiła zsuwający mu się diadem wysadzany szmaragdami, zdecydowanie zbyt duży jak na niego, i wstała niechętnie, zapewniając, że niedługo wróci. Zostawiła na sobie wszystko, w co Dante ją ubrał.
Przepłynęła przez komnatę jak wiatr przez pola, bez patrzenia omijając stado drewnianych koników i całą zbrojownię zabawkowych mieczy rozrzuconych po podłodze. Zamaszyście otworzyła drzwi.
— Pilnuj go — rozkazała stojącej przed nią służce. Nachyliła się nad nią nieznacznie. Dziewczyna bardzo dobrze kryła strach. — Jak znowu ci ucieknie, to nie ręczę za siebie.
W głównej sali pałacu służba chyliła głowy, nim jeszcze Sappho przybyła. Pomniejsze bóstwa i nimfy prostowały barki, na które spadało opalizujące światło ze szklanej kopuły, mieniące się barwami dusznego lata i kwitnącej wiosny. Światłość dnia, którą otaczała się bogini, światłość wręcz przytłaczająca swoją nieskazitelnością, przeganiała cienie z kątów i niosła w sobie zapowiedź palącego czasu na roli. Służba wykonywała własną pracę – trzymała nad głowami kosze wypchane owocami, wystawiała puchary, po bokach których ciekły strużki słodkiego wina. Sappho przeszła obojętnie obok otaczającej jej obfitości. Nikt dzisiaj nie zostanie nakarmiony jej dobrami.
Tron, ciężki od rzeźbionych w złocie rozłożystych drzew, rozkwitłych kwiatów i wszelkiego polnego urodzaju, czekał na nią na marmurowym podwyższeniu. Z naturalną gracją Sappho zasiadła na białym runie, oparła plecy o wachlarz kłosów pszenicy, a ostre, diamentowe sierpy wydawały się wyrastać z boków jej głowy. Dłonie ułożyła na rogach obfitości, błyszczących mleczną barwą kości słoniowej. Jej żywe ciało stało się częścią tronu, rzeźbą niewzruszoną na jękliwe błagania i okazującą łaskę w przypływie kaprysu.
Ostre spojrzenie skierowało się na najbliższą służkę. Ta pojęła rozkaz w lot, pomaszerowała szybko do zamkniętych wrót sali.
W wielkim wejściu pojawił się chudy mężczyzna.
Jego drobna sylwetka ginęła w obecności przepychu boskiego pałacu, szarość mizernego, ludzkiego pochodzenia dobitnie dawała o sobie znać przy jasności wypełniającej przestrzeń olimpijskiej bogini. Jego krok był powolny, lecz nie wydawał się przytłoczony ani miejscem, ani spojrzeniem Sappho nieodrywającym się od niego. Kosmyki popielatych włosów opadały na delikatną twarz, niebieskie oczy patrzyły łagodnie, w skupieniu. Zatrzymał się przed tronem w odległości dyktowanej przez szacunek.
Przypominał jej bardziej dziecko niż dorosłego kapłana.
— Nie życzyłam sobie przepowiedni — rzekła z chłodem, który zabijał ciągnące się po horyzont plony w mniej niż mgnienie.
Wieszcz spojrzał na nią – nie, przez nią – i gdzieś dalej, gdzie nie miała wstępu.
— Zażyczyłaś jej w momencie urodzenia nowego boga, pani, gdyż los nie będziesz milczał, gdy równowaga zostaje zachwiana świeżą potęgą i ułożona ponownie — odpowiedział wieszcz słowami niepasującymi do jego młodej twarzy. — Fata wyplotły złotą nić dla twego potomka, a najmniejsze jej drgnienie będzie trzęsiem ziemi dla innych splotów. Niezależnie od swych pragnień musisz wysłuchać przepowiedni, pani, by poznać ryzyko.
Niewiele rzeczy bogowie nienawidzili bardziej od wypowiadania się mądrzej od nich o sytuacji. Sappho nie drgnęła, lecz jej spojrzenie miało coś w sobie z łownej orlicy.
— Mogłabym wyciąć ci język za podważanie mych słów. Mogłabym machnięciem ręki zmienić cię w drzewko pomarańczowe i wypić z ciebie sok za twoją arogancję.
Wieszcz spuścił nieco głowę.
— Mogłabyś. Wiem jednak, że tego nie uczynisz, pani.
Bogini zmrużyła oczy.
— Jak ja nie lubię wieszczy — mruknęła szorstko. — Mów, jeśli już musisz.
Niebieskie oczy zwróciły się ponownie w stronę obcych ścieżek losu, usta powoli wyrecytowały:
Nie zakrzyczy, ziemi matka nie zburzy
A syn w wieczną ciemność popadnie
Nie dostanie go na swe wołanie, nie ujrzy
A świat umrze bez niego bezradnie
Nie znajdzie, nie zatrzyma burzy
A onyks skrzydeł zawładnie
Okropna, ciężka cisza zapadła po słowach wieszcza była jak skaza na idealnej aurze sali tronowej. Nimfy nie uniosły głów, lecz ich ramiona zadrżały, bóstwa nie upuściły kielichów, lecz twarze im pobladły. Sappho nie pozwoliła, by choćby mięsień na jej twarzy się poruszył, nie zdradził brutalnego rozdarcia w sercu.
— A teraz — odezwała się po długiej chwili, w czasie której walczyła o odzyskanie głosu — wynoś się z mojego pałacu i nigdy nie wracaj.
Wieszcz ukłonił się i odszedł spokojnie, jakby jego głos nigdy nie rozbrzmiał zapowiedzią nieszczęścia w komnacie, a Sappho przeklinała każdy krok, który go do niej zaprowadził.
Wróciła do Dantego z wymuszoną płynnością ruchów. Służba umknęła w dalekie zakątki pałacu, wyczuwając nadciągające chmury nad ich panią. Trzymała głowę wysoko, usta miała zaciśnięte, spojrzenie wbite gdzieś przed siebie. Prawie wyglądała, jakby nic się nie zmieniło. A zawaliło się wszystko.
Służka pilnująca Dantego czmychnęła na sam jej widok. Całe szczęście, gdyż Sappho wątpiła, by jakiekolwiek słowa przeszły jej teraz przez gardło. Zatrzasnęła drzwi machnięciem ręki, podeszła do łoża. Dante wpatrywał się w nią szeroko rozwartymi oczami. Jej barki garbiły się z każdym krokiem, aż Sappho nie mogła dłużej udźwignąć ciężaru zrzuconego na nią przez gwiazdy. Opadła na kolana przy łożu, ułożyła twarz na purpurowej pościeli, zadrżała. I bogini zapłakała bezgłośnie.
Okrutność była cechą naturalnie wpisaną w świat, lecz gdy patrzyła na Dantego, wierzyła, że żyje w lepszym miejscu, w którym mogą oboje się skryć i pozostać. Rozbrajała ją jego niewinność i niezaspokojona niczym ciekawość. Czym najszczerszy promień słońca zasłużył sobie na taką karę?
— Mama.
Sappho podniosła głowę, łzy ciekły cichym strumieniem po policzkach. Dante przysunął się do niej, wziął do swej małej dłoni płatek kwiatu i próbował wytrzeć nim jej twarz. Powstrzymała wzruszenie wzbierające w piersi, pchające się do oczu. Uśmiechnęła się delikatnie, gładząc dziecięcą rączkę.
Chciała wyć jak konająca wilczyca, ryczeć jak lwica, rzucać się jak dźgnięta niedźwiedzica, bo obraz ciemności lepiącej się do złotej głowy jej syna łamał serce. Miłość jest niedoskonałością, obusiecznym mieczem, który właśnie przeszył ją na wylot. Dotykała opuszkami jego ciepłej skóry i raniła się myślami o ogniu Tartaru parzącym bez litości, aż nie zostaje nawet wystarczająco powietrza, by krzyczeć. Co zrobi mu pan Podziemia, w jakie kajdany zakuje, ile boskiej krwi rozleje, póki ona nie ruszy przeciw niemu?
Determinacja zajaśniała w spojrzeniu.
Ruszy od razu. Zetrze tę przepowiednię w proch, poprzestawia gwiazdy na niebie jeśli będzie trzeba. Wymaże istnienie Podziemia i jego władcy, by Dante nigdy w przypływie ciekawości nie poszukiwał krainy zmarłych, a tym samym swojej zguby. Stanie między nim a jego losem.
Sappho przyciągnęła syna mocno do piersi, domykając drzwiczki złotej, bezpiecznej klatki.
— Nic ci nie grozi, Złotko, gdy mama czuwa — wyszeptała, kuląc się z Dantem w ramionach, własnym ciałem kryjąc go przed światem. — Nikt ci nie zagrozi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz