Zaklęcie teleportacji brutalnie zrzuciło nim o suchą ziemię. Tristan stęknął, zdrętwiałe i obolałe ciało odmówiło jakiekolwiek współpracy, leżąc marnie jak zepsuta kukiełka.
— Wstawaj, wojowniku — odezwał się mężczyzna nad nim. — Masz zadanie do wykonania.
Wyłącznie ta czysta nienawiść wobec właściciela opanowanego głosu była w stanie zmusić go do zaciśnięcia zębów i poruszenia się, nic więcej mu nie pozostało. Niegdyś wielki wojownik run, teraz człowiek na drodze do zostania pustą, pękającą skorupą, wsparł się na łokciach i spiorunował spojrzeniem stojącego przed nim mężczyznę.
Jego złota maska, zakrywająca górną połowę twarzy, oślepiała i raniła oczy, pozbawiona wszelkiej szlachetności drogiego metalu, tkwiąc na tym parszywym obliczu. Zamaskowany – bo innym mianem się nie przedstawiał – nosił długie, fioletowe szaty maga i patrzył z wyższością na każdego, jak wąż wyciągający łeb nad nieświadomą myszą.
Wydawał się niepokojąco znajomy, jakby jednak miał imię, którego Tristan nie potrafił mężczyźnie przypasować.
— Przeklęty niech będę ja, który błagał cię o pomoc — wycedził.
Kilka lat temu ból stał się osią jego istnienia – Tristan spał, gdy cierpienie na krótki, bezcenny moment zostawiało jego ciało oraz duszę w spokoju, wstawał, gdy zaczynał odczuwać na nowo tortury, szukając sposobu na ich powstrzymanie. Nic jednak nie przynosiło mu wystarczającej ulgi w tej klątwie. Rozumiał, co za przekleństwo na siebie przyjmował, gdy zabierał Ostrze Cieni z jego miejsca ukrycia, by użyć niepochodzącej z tego świata mocy wobec przeciwników życia i harmonii. Pokonał niepokonalnego wroga, lecz to nie była jedyna z tych opowieści, gdzie bohater po wszystkim żyje wystawnie jako zbawca narodu i zapisuje się w księgach. Tym razem ratowanie świata niosło w sobie koszmarną cenę, którą Tristan płacił w powolnym, wyniszczającym tempie.
Jego dusza zamarzała, a cienie potworów zamknięte w Ostrzu przemawiały do niego pragnieniem niesienia śmierci i zagłady, zapachu krwi i rozkładu. Choćby je zakopywał w ziemi, wrzucał do morza, zostawiał na trakcie – Ostrze zawsze wracało do niego, drwiąc z jego żałosności.
I gdy cała nadzieja na zbawienie wydawała się stracona, Zamaskowany pojawił się przed nim z ratunkiem, który opierał się na upadlającej ofercie – jego służba w zamian za remedium na ból. Tristan nie po to zabrał swą runę z rąk swego pana Ceartasa, Maga Kręgu, by znów być nazywanym sługą, lecz ból był gorszy od kaźni piekielnych, a flakonik z remedium wabił jak butelka alkoholika.
— Im bardziej mi się stawiasz, tym dłużej będziesz cierpiał — odpowiedział spokojnie Zamaskowany. — Pamiętaj – tylko ja jestem w stanie uśmierzać regularnie twój ból.
Tristan przeklął wszystkich bogów, którzy zepchnęli go na tę ścieżkę losu, przeklął głosy cieni napierające na jego umysł. Podniósł się niezgrabnie, poprawił swą zbroję. Ostrze Cieni niezmiennie ciążyło mu przy biodrze, szemrało z podnieceniem, wyczuwając, że coś się święci. Zamaskowany uśmiechnął się, ruszył w tylko sobie znanym kierunku.
— Co mam zrobić? — mruknął Tristan, idąc za magiem.
— Dostać się do Miasta Dusz i zabrać stamtąd coś szczególnego — odrzekł mag, prowadząc go na skalną skarpę, z której rozpościerał się widok na przeklęte miasto.
Zamieszkanie przez nieumarłych i żywe koszmary, rozpadające się, przegniłe od czarnej magii wolno przelewającej się przez skruszone budowle – Miasto Dusz było jednym z wielu siedlisk zła, a może nawet największym, najczystszym w swym zepsuciu. Tristan zmarszczył brwi, w napięciu obserwując bestie i klekoczące szkielety swobodnie przemieszczające się po wzniesieniu, na którym stało miasto. Mdły odór śmierci zdawał się wpijać w płuca swe kościste palce z każdym zaczerpniętym oddechem.
— Jesteś chory — syknął, zerkając na maga. Już wcześniejsze jego polecenia były absurdalne i niepokojące, lecz to wykraczało poza wszelkie granice.
— Miasto jest chronione potężną, czarną magią zaklętą w pentagramie, na którego ramionach czekają liczni nieumarli strażnicy — kontynuował Zamaskowany, jakby go nie usłyszał. — Oszczędzaj jednak swe siły z nimi, bowiem prawdziwe wyzwanie czeka w samym centrum Miasta. — Odwrócił się do Tristana z łagodnym uśmiechem. — Dobrze wiesz, jak potężni są Fial Darg, nie mylę się?
Ostrze zawyło pełnym ekscytacji głosem w jego wnętrzu, zwęszywszy krew sączącą się niespodziewane ze źle zagojonej rany, otwartej słowami maga. Tristan zadrżał, czując, jak cienie karmią się jego bólem i potęgują go tysiąckrotnie. Zamaskowany przypominał mu jednego z nich; uśmiechnięty, czerpiący jakąś nienormalną radość z cierpienia duszy odbijającego się w nienawistnym spojrzeniu wojownika.
Fial Darg. Nieliczna, lecz potężniejsza od wszystkich innych rasa, mroczni apostołowie żądnego krwi boga Zaracha, ojca ciemności. Rasa, której przedstawiciela Tristan pokonał jedynie dzięki oddaniu własnej duszy Ostrzu Cieni.
— Nie zrobię tego — odparł ciszej, niżby chciał.
— Zrobisz — powiedział mag, jego głos wyrozumiały jak u nauczyciela, zarazem stanowczy jak u generała — gdyż jesteś obecnie jedyną nieboską istotą zdolną zabić Fial Darg i wykraść urnę, której on strzeże. Spisz się dobrze, przynieś mi urnę, a przegonię ból. Na jakiś czas.
Ciemność siedziała mu na ramieniu i obserwowała każdy jego krok. Szeptała do ucha o niepewności, gdy charkot zza mgły dobiegał jego uszu, napierała na dudniące w piersi serce, próbując napełnić je strachem. Tristan ignorował te próby złamania go, wchodząc coraz głębiej we wrogie siedlisko. Cokolwiek makabrycznego, co Miasto Dusz w sobie kryło, nie mogło go bardziej przerazić od wyrazistości głosów cieni, wrzeszczących do niego tak głośno, jak gdyby stały tuż obok. Moc przesycająca ciemne cegły, jałową ziemię i martwe powietrze była najbliższa miejscu, z którego pochodziło Ostrze, toteż demony rzucały się, groziły, drapały pazurami w jego duszę, chcąc uwolnić swą potęgę, posmakować upajającej przemocy.
Znana mu fala wielu głosów zbiła się w jeden rozkazujący ton.
ZABIJ! ZNISZCZ! ZABIJ!
Próbował uciszyć to wołanie, lecz im bliżej strażnika urny się znajdował, tym głos przybierał na sile. Ostrzył teraz jego ból w szaleńczy gniew, który spaść miał na Fial Darg. Tristan odetchnął ciężko, chowając się za zrujnowaną w połowie ścianą przed wzrokiem pełzającego po okolicy bazyliszka.
Chcesz go skrzywdzić, wycharczał głos.
Wojownik zacisnął powieki.
Nie opieraj się.
Chciał, by cała ta przeklęta rasa cierpiała tak, jak on. Lecz bardziej od tego po prostu pragnął się uwolnić.
Nie ma ucieczki, zarechotał cień, jeden, ale potężny. Jest wyłącznie zniszczenie.
Tristan miał tego bolesną świadomość. Dlatego też wychylił się zza ściany, by zmierzyć wzrokiem swego wroga.
Fial Darg stał na straży niedużego mauzoleum na planie prostokąta, czarnego niczym zatruta krew chorującego, gęsto spowitego białą, trupią mgłą, jakby była ona dodatkowym murem strzegącym miejsca pochówku. Potwór stał przed wejściem, przypominający samą śmierć czekającą nad konającym człowiekiem, by zabrać jego duszę. Wysoki na kilka metrów, chudy jak usychające drzewo, lecz nieludzko silny, pokryty chropowatą skórą mogącą równie dobrze być zaschniętą w twardą skorupę lawą. Palce długie i cienkie jak sztylety asasyna, zakończone śmiercionośnymi pazurami, do tego pysk prezentujący szereg kłów, rozwarty wiecznie w odstraszającym grymasie i otoczony zakrzywionymi w dół rogami. Płomieniste szparki oczu badały otoczenie, wściekłe i nielitościwe.
Zarach stworzył Fial Darg jako swoich niezniszczalnych wysłanników. Nawet inni bogowie z trudem powstrzymali ich najazd na świat. Żadna magia nie miała na nich wpływu, żadna broń nie potrafiła ich zranić.
Bali się wyłącznie Ostrza Cieni.
Tristan porzucił swą zasłonę, idąc prosto na szkaradę, choć każdy krok wydawał się osobną walką, gdy wspomnienia paliły go niczym ogień krainy, gdzie pierwszy raz spotkał podobną strażnikowi bestię.
Paskudny wyraz wykrzywionego pyska, jeden zamach pazurami i biedny Izold, w którego ciele się zatopiły, bo Tristan nie był dostatecznie szybki. Mieli razem ocalić świat przed nową szarżą Fial Darg.
Strażnik mauzoleum dostrzegł tę małą, kruchą postać zmierzającą na niego z wielką determinacją.
— Śmiertelniku — głos brzmiał jak mieszanka bulgotania magmy i krztuszącego się krwią człowieka — właśnie wydałeś na siebie wyrok.
Śmiertelnik go nie słuchał, tylko zaatakował.
W swej niewymiarowej łapie Fial Darg ściskał kij zakończony grubym, zakrzywionym ostrzem. Zamachnął się, chcąc ściąć jednym płynnym ruchem głowę głupiego śmiałka, lecz oręż Tristana wyszedł mu naprzeciw. Bronie szczęknęły, strażnik zmrużył oczy, zmieniając je w proste, czerwone kreski. Ostrze Cieni, choć dzierżone przez człowieka, opierało się z łatwością sile potężnego Fial Darg. Tristan nie zauważył żadnej emocji na pysku potwora, lecz cienie zniewolone w Ostrzu czuły, jak jego dusza drży.
Ataki wojownika rozbijały fragmenty nieśmiertelnego istnienia Fial Darg, bijąc w samą esencję jego życia, w niezniszczalne sploty czyniące ich prawie bogami. Furia gorzała w oczach, a na każdy wściekły ryk bestii Tristan miał ostrą odpowiedź w postaci cięcia w chropowatą skórę. Tak właśnie powinien był zabić tamtego okrutnika. Tak właśnie powinien uratować Izolda. Sam nie wiedział, kiedy zaczął krzyczeć, wraz z wyciem Fial Darg tworząc potępieńczy dźwięk zdolny rozedrzeć samo niebo.
Strażnik padł u jego stóp, a cienie wybuchły podniosłym okrzykiem. Ziemia zatrzęsła się i Tristan wiedział, że nie miał za wiele czasu. Pobiegł do mauzoleum i zabrał urnę, zostawiając za sobą zmasakrowane ciało Fial Darg, dowód jego poddania się wołaniu Ostrza. Hordy nieumarłych ciągnęły w jego stronę, żądne pomsty za strażnika.
Trupy porzuciły pościg, zatrzymując się w granicach pentagramu. Tristan zbiegł na południe, gdzie Zamaskowany już wyczekiwał jego powrotu.
— Urna — wysapał wojownik, pozwalając sobie wreszcie się zatrzymać, gdy koszmary zostały na dobre w tyle. — Jest twoja.
— Doskonale. — Mag przyjął urnę, odrzucił jej wieko. — A teraz się odsuń.
Tristan chętnie wykonał polecenie, nie chcąc mieć niczego więcej wspólnego z tym przekleństwem. Zamaskowany wyciągnął z szaty flakon, wlał błyszczący płyn do wnętrza urny i ustawił ją przed sobą, wznosząc ręce do czaru. Powietrze zawibrowało, mrok otaczający Miasto Dusz lgnął do rozłożonych dłoni.
— Powstań, Raith Skaddar, mroczny panie z Kręgu Trzynastu! — wypowiedział inkantację mag, a jego słowa zdawały się zdeformowane przez gardło Fial Darg. — Powstań i mi służ!
Coś krzyknęło w oddali, jakby sama ziemia próbowała przeciwstawić się łamaniu praw światłości. Na nic jednak było to wołanie – gęsty niczym smoła dym począł sączyć się z urny, formować w masywne nogi, tors oraz ramiona okryte zbroją z czarnej stali, a głowę zakrył w całości hełm zakończony u góry czterema wysokimi kolcami. Mrok zawirował tam, gdzie powinna być twarz, lecz dało się dostrzec jedynie gniewnie wykrzywione usta i świecące fioletem oczy.
— Nie myśl, że podziękuję ci za oddanie mi życia oraz mocy — zagrzmiał przywołany zmarły, celując spojrzeniem w Zamaskowanego. — Przywołałeś mnie zza grobu, teraz zaś muszę ci służyć.
Mag z zadowoleniem przyglądał się swemu nowemu słudze.
— Jestem rad, że to rozumiesz, przyjacielu.
— Mag Kręgu… — szepnął Tristan, pojmując wreszcie zamiary swego wątpliwego zbawcy. — Ty szaleńcze. Próbujesz przywołać cały Krąg.
Zamaskowany przytaknął lekko, w uznaniu dla samego siebie.
— Brawo, wojowniku. Dokonałeś tego – okradłeś Miasto Dusz z najcenniejszej rzeczy. Jednak twoja służba nie kończy się tutaj.
— To był ostatni raz, gdy się mną wysłużyłeś — odparł stanowczo Tristan, trzymając dłoń zaciśniętą na Ostrzu. Zamaskowany zaśmiał się cichym, wyuczonym na głupcach śmiechem.
— I co zrobisz, gdy ból powróci? — zapytał z bystrym błyskiem w oku. — Przybiegniesz do mnie błagać, bym cię dalej leczył, więc oszczędźmy sobie przepychanek. Udasz się teraz do Empyrii i zabijesz Driadę, która tam mieszka, przeklęta na wieki. Stanowi ona zagrożenie dla mnie, więc jest również zagrożeniem dla ciebie, ponieważ nikt inny poza mną nie ulży ci w cierpieniu.
— Nie będę mordował niewinnych na twoje polecenie! — warknął głośno Tristan, mimo iż sam czuł, jak bezsilne było to zapewnienie wobec poleceń maga.
— Uwierz mi, ona nie jest taka niewinna — odparł z lekkim rozbawieniem Zamaskowany. — Zabij ją, a potem moi słudzy cię odnajdą i przyprowadzą z powrotem do mnie. Powodzenia, mój sługo.
To powiedziawszy, mag rzucił zaklęcie teleportacji, znikając razem z przywołanym Raithem Skaddarem w oślepiającym rozbłysku światła. Tristan z nienawiścią wpatrywał się w miejsce, gdzie chwilę temu stał Zamaskowany. Wiedział, że był wodzony za nos, wykorzystywany, zmieniony w marionetkę raz jeszcze, po tym jak wykradł lata temu swą runę Ceartasowi, by już nigdy więcej nie służyć. Najgorsze było to, że nie potrafił nic z tym zrobić – Ostrze Cieni trawiło jego duszę, a odczuwane z tego powodu katusze były zbyt ogromne, by którykolwiek człowiek mógł je znieść. Jego jedyną nadzieję stanowiła myśl, że jeśli remedium Zamaskowanego ostatecznie go nie wyleczy, Tristan, odchodząc w zapomnienie, przeszyje jego pierś tym samym mieczem, od którego sam nie mógł uciec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz