Przehandlowanie własnej wolności w zamian za nieśmiertelność było ryzykownym gambitem. Chyba najbardziej ryzykownym w całej karierze Felixa – nawet biorąc pod uwagę jego interesujący styl życia, w którym zaglądał śmierci w oczy równie często i głęboko, co najwierniejszy kochanek. Taniec na linie, unikanie zguby o włos, stawianie wszystkiego na jedną kartę, czyli typowy jego wtorek. Cierpliwość, spryt, strategicznie rozsyłane uśmiechy, by jego runa trafiła w odpowiednie miejsce, i w końcu los, po wielu meandrach i zawirowaniach, zwrócił mu ową runę wprost w jego własne ręce. Jego wola znów należała do niego samego, a przy tym śmierć mogła tańczyć wokół i szczerzyć swe gnijące zęby, on zaś nadal zaglądał jej głęboko w oczy, wiedząc bardzo dobrze, że kościste łapy nie mogą go tknąć.
Opowieść o tym, jak Kamień Feniksa trafił w jego ręce, wymagałaby całej wielkiej księgi, której sam Felix nie zamierzał czytać na trzeźwo. Dość jednak powiedzieć, że podczas swych absolutnie fantastycznych i niesamowitych przygód, Felix zadzierzgnął wiele przyjaźni – część z nich z osobami, z którymi, jak mu się wcześniej wydawało, nigdy nie znalazłby wspólnego języka.
W chwili obecnej jedna z tych przyjaźni spoglądała na niego tajemniczo, przybrawszy formę schludnego pisma skryby pokrywającego dobrej jakości papier. Felix westchnął, wyciągnął się mocniej pod drzewem, zakołysał do połowy opróżnionym antałkiem i ponownie przebiegł wzrokiem treść.
Mój Przyjacielu,
mam nadzieję, że ten list odnajdzie Cię, gdziekolwiek postanowiłeś się udać. Wiem, że miałeś swe powody, by zniknąć z map znanego świata. Dobrze, że wziąłeś ze sobą Kamień – jedyne, do czego by doprowadził, to kolejne wojny. Mam nadzieję, że w końcu ustatkowałeś się i odnalazłeś swój spokój.
Felix podniósł wzrok znad listu, jego spojrzenie omiotło rozciągający się wokół widok.
Rozległy ogród ciągnął się od jeziora do nieodległego wzgórza, zachwycając mnogością starannie utrzymanych barw, zachęcając cieniem urokliwych altanek, orzeźwiającym mruczeniem ozdobnych fontann i słodkimi uśmiechami nagich rzeźb. Kawałek dalej pyszniła się gustownie urządzona rezydencja, tym piękniejsza, odkąd malarze skończyli pracę w zeszłym tygodniu, ostatni etap odnawiania elewacji. Ptaki ćwierkały w koronach drzew, zbrodniczo drogie wino czekało w antałku, a nowiusieńkie ubrania, szyte z tego egzotycznego materiału prosto z dalekiego Xu, leżało na nim idealnie.
Aż dziwne, że było kradzione.
Felix wrócił uwagą do listu, wierząc, że żaden zabłąkany ogrodnik go tu nie znajdzie, nie podniesie alarmu, ani nie będzie pytał o to wino, zwędzone z prywatnych zbiorów rezydującego lorda.
Mimo to nie mam wyboru i muszę zburzyć Twój spokój, choć nie napawa mnie to radością. Twe życie miało już wystarczająco wiele trudności i bólów. Teraz należy Ci się jedynie spokój, jedynie łagodna zieleń pełna błogosławieństw, choćby miała ona spoczywać w sercu niedostępnej pustyni, obwarowanej bogactwem złota i przypraw.
Obawiam się jednak, że Twoje zadanie nie tylko jeszcze się nie skończyło, ale dopiero teraz naprawdę się zaczyna.
Felix pociągnął naprawdę potężny łyk wina.
Spotkaj się ze mną na Wybrzeżu Czarnowody, będę tam na Ciebie czekał. Spiesz się. To tu wszystko się rozpocznie, choć wydarzenia mogą potoczyć się inaczej, niż byś tego pragnął.
Darius
Felix westchnął ponownie, wyciągnął list przed siebie.
— Widzisz to? — spytał, zwracając się w stronę bezmiaru błękitnego nieba. — Widzisz i nie grzmisz.
Niebo odpowiedziało mu łagodną miękkością spacerujących leniwie obłoków, przyjemnym ciepłem późnego lata i pełnym rozbawienia milczeniem.
— Zajebiście się bawisz, co?
Gdzieś z boku zachrzęściła żwirowa ścieżka, dźwięk kroków zbliżał się z każdą chwilą. Poruszenie za jakimś klombem, szeroki kapelusz mignął w prześwicie zieleni, ogrodnik wychylił się zza jakiejś rzeźby. Jego spojrzenie powędrowało pod drzewo, a wśród pojedynczych, opadłych liści i lekko wygniecionej trawy, mężczyzna dostrzegł porzucony, ozdobny antałek.
Zerbo bawił się zajebiście. Felix niemal słyszał śmiech boga kłamstw, szwindli, złodziei i poplątanego losu gdzieś z tyłu głowy, dużo bardziej wkurwiający, niż jego własny śmiech po skutecznym okantowaniu i oskubaniu jakiegoś szlachcica. Wiele by dał, by na żywo zobaczyć tego cholernego pajaca i potraktować go tak, jak na to zasługiwał – prawym sierpowym prosto w ten wkurwiający pysk. O konsekwencjach przywalenia bogu Felix nie zamierzał myśleć. Jakoś by się z tego wykaraskał, prawda?
Dariusa na Wybrzeżu oczywiście nie było.
Ledwie Felix przekroczył portal, ledwie magia odpłynęła, pozostawiając go z wciąż lekko mrowiącymi opuszkami i wyostrzającym się ponownie wzrokiem, a w kościach poczuł, że coś jest nie tak. Szósty zmysł wojownika run i dyżurnego bohatera ratującego świat przed nieuniknionym (tak przynajmniej Felix lubił sobie wmawiać), spiął się i zadźwięczał, zbudził instynkt każący sięgnąć w stronę tkwiącej przy pasie broni.
Sztylet pojawił się w jego dłoni nim jeszcze spojrzenie dostrzegło płomieniście czerwoną zbroję, a słuch wychwycił klangor stali. Stopy ruszyły, nim umysł zdążył się namyśleć, serce przyspieszyło, nim implikacje stały się jasne. Jeden celny rzut i ożywiony plugawą magią szkielet rozpadł się na części, znieruchomiał w trawie, wypuszczając zardzewiały miecz. Wojownik w charakterystycznej zbroi zamarł zaskoczony, opuścił własną broń, odwrócił się w stronę Felixa.
— Nie ma za co. — Wojownik run wyszczerzył zęby pogodnie, wesołym krokiem podszedł bliżej, nachylił się, by wyciągnąć broń z kruszącego się czerepu. — Niech zgadnę – Zakon przybył na Wybrzeże z jakąś wielce ważną misją, związaną ściśle z niejakim Dariusem, pokornym skrybą i uczonym, mającym talent do pojawiania się w samym centrum międzyodłamkowego rozpierdolu, ale pojawiły się nieprzewidziane komplikacje i teraz przyda się każde wsparcie. Najlepiej runiczne.
Wojownik patrzył na niego osłupiały, zająknął się, w końcu zdołał się odezwać.
— Kim jesteś?
— Zgodnie z tradycją, zapewne waszą ostatnią deską ratunku — Felix westchnął teatralnie, cierpiętniczo, lecz zaraz ponownie się uśmiechnął. — Przejdźmy do konkretów: gdzie jest Darius?
— Lord Urias miał nadzieję spotkać się z nim w okolicy — odparł ostrożnie wojownik.
Uriasa Felix również znał ze swych absolutnie fantastycznych i niesamowitych przygód, których nie zamierzał wspominać na trzeźwo. Urias, lord komendant Zakonu Świtu, był jednym z tych ludzi, z którymi Felix nie miał prawa się zaprzyjaźnić – wiecznie wyprostowane plecy, marsowe spojrzenie, doskonale wypolerowana zbroja, do tego ta cudowna naiwność, niezachwiana wiara w ludzkie dobro oraz dbałość o podkomendnych… Cóż, prawa są po to, by je łamać – tak zawsze uważał Felix – więc skoro nie miał prawa zaprzyjaźnić się z Uriasem…
— Urias? — uśmiech Felixa się poszerzył. — Doskonale, dawno się nie widzieliśmy. Ciekawe, co ten stary bęcwał porabia. Pewnie jak zwykle pakuje się w jakieś tarapaty, których mógłby łatwo uniknąć, gdyby tylko myślał trochę kreatywniej…
— To… nie będzie możliwe — powiedział ostrożnie wojownik. — Lord komendant… na chwilę obecną…
— Zaginął?
Wojownik skinął głową. Felix przetarł twarz dłonią, wzniósł oczy ku niebu.
— Widzisz i nie grzmisz — mruknął pod nosem. — Bo to wszystko twoja sprawka i świetnie się bawisz.
Niebo odpowiedziało mu spokojem białych obłoków i pełnym rozbawienia milczeniem.
— Poczekaj, opowiedz mi to jeszcze raz, bo nie nadążam — burknął Felix.
Urias wciąż rozcierał zdrętwiałe nadgarstki. Ci rozpadający się zgnilizną, cuchnący na kilometr nieumarli, związali go jak żywy baleron, sądząc najwyraźniej, że lord komendant Zakonu Świtu będzie w stanie w jakiś cudowny sposób wyplątać się z więzów i rozbić czerep ich przywódcy. Czerep ich przywódcy został rozbity, nie przez Uriasa co prawda, ale gdyby nieumarli lepiej pilnowali swoich tyłów, może Felix miałby choć trochę rozrywki i wyzwania tego popołudnia. A tak? Odbicie Uriasa było raczej formalnością.
— Wybrałem się na zwiad, ale mnie pochwycili. Nadal nie wiem, dlaczego chcieli mnie mieć żywego — Urias zmarszczył brwi.
— Pewnie chcieli z tobą pograć w szachy — zażartował Felix.
— Nie, nie sądzę, żeby o to chodziło — odparł zupełnie poważnie Urias. — Ale o coś im chodziło.
— Czyli bazowo przybyłeś tu na polecenie Dariusa, otrzymawszy od niego list — powiedział Felix, jego towarzysz zaś skinął twierdząco. — Wybrałeś się na rekonesans, zostawiając resztę Zakonu w obozie i nie skończyło się to dobrze.
— Mogłem podjąć inną decyzję — przyznał Urias.
Zakon Świtu – wojownicy w charakterystycznych, płomiennych zbrojach – od dawna kojarzyli się ludności z bezpieczeństwem, ochroną i pomocą. Wszędzie, gdzie się pojawili, mrok cofał się, oddając pole światłu, a niebezpieczeństwa rozpływały się niczym złe sny. W czasie swych przygód Felix nie raz stawał ramię w ramię z Zakonem Świtu, polegając to na ich sile bojowej, to na zgromadzonych zasobach czy wiedzy o okolicznym terenie.
— Ale podjąłeś taką, jaką podjąłeś — w głosie Felixa, mimo wszystko, próżno było szukać nagany. — W każdym razie – wkroczyłem ja i jak zwykle ogarnąłem ten bezsensowny rozpierdol…
— Za co jestem ci wdzięczny.
Felix machnął dłonią zbywająco.
— …teraz zaś obaj siedzimy tu i na dobrą sprawę nie wiemy, co dalej.
— Niestety.
— Kurwa — powiedział Felix filozoficznym tonem, zaraz jednak się ożywił. — Czekaj, mam pomysł. Pokaż mi swój list od Dariusa.
Urias popatrzył na niego ze zdziwieniem, lecz po chwili wahania wydobył list, przekazał go Felixowi. Ten wczytał się w linijki, zmarszczył brwi w skupieniu.
— Tobie też napisał o ogrodach wśród pustyni, o złocie i przyprawach — powiedział, przechylając głowę. — Wydawało mi się to dziwnym porównaniem, gdy pisał do mnie, a u Ciebie wypada jeszcze dziwaczniej.
— Myślisz, że to jakaś wskazówka? — spytał Urias.
— Nie ma innej możliwości. Tylko o co może chodzić?
Felix zapatrzył się w horyzont, opuścił kartkę. Wzniósł spojrzenie w stronę nieba, to jednak nadal śmiało się z niego, czekając na następny ruch.
— Empyria — powiedział po chwili. — Tam, gdzie błogosławieństwo zieleni spoczywa wśród piasków pustyni, obwarowane bogactwem złota i przypraw… Byłeś kiedyś w Empyrii, Uriasie?
— Nie opuściłem granic Northanderu — wyznał lord komendant.
Felix obdarzył go współczującym uśmiechem.
— To teraz będziesz miał ku temu doskonałą okazję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz