15 sierpnia 2025

Od Dantego – Kwiaty i granat (IX)

Powierzchnia niezupełnie zmieniła się od czasu, gdy ostatni raz ją widział. Jednak dla niego zmieniło się wszystko.
Nie rozumiał, czemu irytowała go tak bujna trawa pod stopami, czemu zapach lasu drażnił go w nos bardziej od przytłaczających, siarkowych wyziewów, czemu patrzenie nawet na zwierzęta go męczyło. Ptaki wiły gniazda parami, sarna trwała przy boku postawnego jelenia, dwójka dzikich koni nie odstępowała siebie na krok, zbiegając w dół doliny. Znów czuł się tak, jakby wszyscy i wszystko wokół znało swe miejsce, a on jeden nie wiedział, dokąd zmierzać.
Każdy krok przypominał mu, jak daleko jest od Podziemia. Każdy śpiew sójki, który spotykał się z pogodnym odzewem, kierował jego myśli w stronę Bashara.
Wydawało mu się, że to on wpłynął silnie na krainę umarłych, lecz teraz zdawał sobie sprawę, jak wielkie znamię ona odcisnęła na nim. Nie mógł nawet patrzeć na własną skórę – jego wiecznie opalone ramiona zdążyły zjaśnieć w Podziemiu, a w czasie wędrówki wróciły już prawie do dawnego odcienia. Denerwowała go ta różnica.
Bliskość z naturą i życiem, stanowiącym centrum jego mocy, zapewniała mu więcej energii, długi sen przestał być koniecznością. Lecz Dante wciąż sypiał często, a przynajmniej próbował, bo gdy zamykał oczy, znów był w obsydianowym pałacu, bawił się z Cerberem, rozmawiał z Basharem. Gdy szedł, myślał tylko o tym, czy którykolwiek z nich tęsknił za nim tak mocno, jak on tęsknił za nimi.


Póki nie dotarł do ludzkich osad, nic w przyrodzie nie wskazywało na klęskę, która wypełniała łódź Charona duszami. A potem ujrzał pola uprawne.
Rolnicy oczyszczali wyschniętą ziemię z martwych roślin, szukając czegokolwiek, co mogło przeżyć między zwiędniętymi liśćmi. Widział dzieci zerkające w puste kosze i wyginające usta w podkówkę, gdy rodzice ścinali kolejne chore drzewo w sadzie. Bashar się nie mylił – głód opanował powierzchnię i śmiertelnicy najpewniej cierpieli w wynik kłótni bogów. Jego matka najpewniej poddała się swej furii i miast chronić tych, co głodują, uczyniła z ich śmierci kartę przetargową z jakimś sporze. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Natura potrafiła być bezlitosna.
Tak samo, jak ludzie.
Miał właśnie opuszczać dolinę, lecz uwagę jego przykuło zamieszanie w okolicznej mieścinie. Wpierw nie był pewny, na co patrzy, dostrzegając z oddali jakiegoś napuszonego Greka okrążającego kłusem domy wraz z kilkoma innymi jeźdźcami. Dopiero gdy podszedł i usłyszał jego krzyki, zrozumiał, że oligarcha zmuszał ludzi do oddania swoich zapasów jedzenia.
Bezwiednie pomyślał o Basharze. On, mając władzę nad tymi ludźmi, nie dopuściłby do tej sprawiedliwości, w ogóle by nie kazał niewinnym tak cierpieć. Co by powiedział teraz? Że człowiek ten został zaślepiony swoim własnym autorytetem, stoczył się, przepadł. Pewnie nawiązałby przy tym do niejednego boga i wytknął chciwość w pragnieniu większych ofiar. Skrzywiłby się na wzmiankę o Zeusie, jakby zjadł najkwaśniejszą cytrynę.
Jeden ze strażników oligarchy odwrócił głowę, czując na sobie czyjeś spojrzenie, lecz pomiędzy krzakami znalazł jedynie różowe płatki kamelii.


Zamierzał iść wraz z nurtem rzeki całą noc, aż w masywie skalnym nie zauważył jaskini, płytkiej i dość odsłoniętej, ale wciąż jaskini. Bodaj tak chciał ją nazywać, uczynić z niej coś kojarzącego się z Podziemiem, a nie jasną powierzchnią.
Przysiadł pod kamienną ścianą i zajął się swoim ulubionym zajęciem przy każdym postoju – wyciąganiem wszystkich ozdób, które dostał od Bashara. Regularnie sprawdzał, czy żadnej nie zgubił, szukał skaz na błyszczących powierzchniach, czyścił je i wymieniał brosze spinające jego odzienie. Od opuszczenia Podziemia nie wyciągał ani chitonu, ani himationu z plecaka, nie chcąc, by cokolwiek bezcennym materiałom się stało, teraz jednak sięgnął po jeden i drugi, nie mogąc się zdecydować, który woli założyć.
Spomiędzy obsydianowych fałd wypadło coś równie ciemnego i miękkiego.
Pióro ze skrzydła Bashara. Straciło nieco ze swej onyksowej barwy, kruszało na końcach, lecz nie było mowy o pomyłce. Bóg podniósł je ostrożnie, zamyślił się.
Czy gdy pióro do reszty skruszeje, będzie to oznaczało, że minęło za dużo czasu i Bashar o nim zapomniał? Naiwnym było nadawać taką wagę jednemu piórku, mimo to Dante całą noc trzymał je przy sercu, jakby w ten sposób mógł sprawić, że przewodnik usłyszy, jak niezdrowo ono bije.


Słońce jeszcze nie zdążyło się wychylić zza horyzontu, gdy Dante znalazł się niedaleko pewnej wioski, tak głęboko spowitej w smutku, tak tonącej w żałobnym szlochu, że sam bóg przystanął ze ściśniętym sercem, szukając źródła tego stanu.
Ludzie zebrali się wokół jednego domu. Ściskano w dłoniach wysłużone kapelusze, płaczki rwały swoje odzienie, a drobne, niezdrowo wyglądające dzieci przygryzały wargi, szukając wielkimi oczami wytłumaczenia u dorosłych, lecz ci tylko kręcili głowami, przyciągali je mocniej do siebie. Dante przyjrzał im się uważniej w tym mroku poprzedzającym wschód i z niepokojem odkrył, że twarze wszystkich były zapadłe i zmęczone, zaś ich oczy traciły wątły blask nadziei wraz z rodziną opuszczającą ten jeden dom. Śmiertelnicy z tej wioski znali biedę, jednak nigdy wcześniej nie była ona tak dotkliwa.
Sześciu mężczyzn niosło drewniane mary pogrzebowe z niewielkim ciałem owiniętym białym materiałem, a zamiast melancholijnego dźwięku fletu akompaniował im płacz matki.
Procesja ruszyła przez wioskę w stronę pojedynczego drzewka pomarańczowego rosnącego pod pagórkiem, gdzie świeżych nasypów z jałowej ziemi było zdecydowanie zbyt wiele. Bóg w odległości kroczył równoległą trasą, pozwalając, by zawodzenie i rozpacz śmiertelników wlały się w jego wieczną duszę, by poczuł ten ból i nie pozostał obojętny na życie tak podobne do ulotności kwiatu.
Powoli oraz z troską złożono ciało w wykopanym grobie. Matka ucałowała niewielką monetę i oddała ją zmarłemu. Klęczała tam, oglądając, jak ziemia pochłania ramiona, które niedawno tuliła. Dzień wstał, żałobnicy się rozeszli, a ona wciąż nie mogła odejść, zalewając glebę swoimi łzami. Dopiero gdy ktoś bliski przybył znów, aby wyrwać ją z tego stanu, odeszła, powłócząc nogami.
Jej miejsce zajął Dante.
Przez chwilę wpatrywał się jedynie w grób, pozwalając przykrej ciszy osiąść na szerokich ramionach. W końcu wyciągnął rękę, przejechał wnętrzem dłoni po ziemi. Polne kwiaty poczęły nieśmiało wyrastać spomiędzy jego palców, pachnąc wiosną i sielanką, słodkim lenistwem i beztroskim szczęściem.
— Wybacz mi, że nie jestem w stanie więcej uczynić — szepnął, jego głos cichszy od wiejącego wiatru. — Wiosna nastała dla ciebie za późno.
Czy dziecko to kochało słońce? Czy dziękowało każdego poranka za ten dar nowego dnia bogom, którzy zawiedli? Czy dostało wystarczająco czasu w swoim krótkim życiu, by poczuć się naprawdę, choć raz, szczęśliwe? Dante pokręcił głową.
— To życie nie było sprawiedliwe. Zaznałeś więcej bólu i zmartwień, niż twoje młode barki były zdolne unieść. Lecz uwierz mi – nie masz już czego się lękać.
Na jego wargach pojawił się lekki uśmiech, pokrzepiający i tęskny. Dante wyobraził sobie tę wysoką postać stojącą nad brzegiem Styksu, obejmującą nieprzeniknionym wzrokiem nowe dusze przybywające do podziemnej krainy. Widział go tak wyraźnie w swym wspomnieniu, jakby rozstali się ledwie kilka minut temu, widział jego ściśnięte skrzydła i ciężar, który na siebie przyjmował, który Dante chciał pomóc mu nieść, choć nie wiedział, jak to uczucie właściwie wytłumaczyć.
— Tam na dole czeka ktoś bardzo mądry i wrażliwy — odezwał się ponownie bóg wiosny, miękkość bezwolnie zabarwiła jego słowa — kto zauważy twoje cierpienie i zadba, byś nigdy więcej go nie doświadczył. On tylko wydaje się taki straszny, gdy marszczy czoło. W istocie ma on najczulsze serce spośród boskich istot, pełne zrozumienia dla ciężaru tragedii i zbłąkanych dusz. Zaufaj mu.
Został jeszcze przez moment przy świeżym grobie, pielęgnując odwracające się do słońca kwiaty i cicho opowiadając o wędrówce zmarłych przez Podziemie, jakby młoda dusza wciąż gdzieś tu była, a on mógł ją ukoić. Zauważył, jak często wspominał Bashara w swej opowieści, osobę tak doskonale rozeznaną w życiu po życiu śmiertelników. Czy to o Tanatosie nie powinien prawić historii, władcy krainy i samych umarłych? Dante znów nie potrafił pozbyć się wrażenia, że gdyby posadzić miał na tronie jednego albo drugiego, rezultat byłby zgoła odmienny od tego, czego bóg dowiedział się w mrocznym dominium.
Porzucił te rozmyślania i po prostu mówił o tym, co podsuwało mu stęsknione za Podziemiem serce. Mówił o Basharze.


Jego podróż na spotkanie z Virgilem miała się powoli ku końcowi. Otaczająca go przyroda zmieniła się nieco, co przynosiło jego duszy ulgę – zwiędnięta roślinność, towarzysząca mu od kiedy zaczął napotykać ludzkie osady, odzyskała swoje soczyste kolory, a jego dające początek nowemu, zielonemu życiu kroki wcale nie odznaczały się tak w bujnej trawie, jak to miało miejsce na terenach z suchą ziemią. Znał ten las, ten wartki strumyk płynący na granicy drzew z polaną, dokładnie pamiętał te duże kamienie, na których przysiadywał sfrustrowany, gdy jego moc nie potrafiła sprostać wyznaczonemu zadaniu. Spędził tu wiele godzin, starając się stworzyć leczniczą roślinę, która będzie odpowiedzią na modlitwy młodego rzeźbiarza. Dante uśmiechnął się do tej przeszłej wersji siebie. Chciałby móc poklepać się po ramieniu, powiedzieć, że w końcu mu się uda, a jego historia wcale nie skończy się tutaj.
W południe wytrwała wędrówka została wreszcie nagrodzona – przed oczami bóg ujrzał wioskowe zabudowania, lecz przede wszystkim wzrok padł na ten szczególny budynek w okolicy jednego z domów. Warsztat Virgila. Szybki jak rodzące się na wiosnę młode jelenie, nieuchwytny niczym promień słońca, Dante zbiegł zgrabnie ze zbocza i prześlizgnął się pod drzwi warsztatu.
Już z zewnątrz dobiegł go ten charakterystyczny dźwięk pracującego dłuta, poczuł chłodny zapach kruszonego kamienia, uśmiechnął się do niewielkiej płaskorzeźby wilka wykutej przy wejściu. Zajrzał do środka, a mroźnobłękitne oczy zaraz błysnęły łobuzerstwem, gdy zauważyły Virgila siedzącego tyłem. Cichutko, wymijając bryłki marmuru na podłodze i kanty brudnych od pyłu stołów, bóg zbliżył się do przyjaciela, niemalże zawisł brodą tuż nad jego ramieniem.
— Ładne — rzucił, uśmiechając się zawadiacko.
Virgil podskoczył na swym krześle, dłuto wypadło z ręki. Rzeźbiarz zerknął z przestrachem za siebie.
— Dante! — krzyknął gdzieś na pograniczu złości i radości. — Wy musicie naprawdę przestać to robić!
— My? — zapytał, unosząc brew. Vi ni z tego, ni z owego pokraśniał, machnął ręką.
— Nieważne. Dobrze cię widzieć!
Rzeźbiarz objął go w pasie, wyżej nie sięgając. Dante zaśmiał się w duchu, odwzajemniając uścisk. Tyle czasu spędził przy Basharze, że zapomniał, jak to jest być wyższym od kogoś.
— Tak długo cię nie było, martwiłem się, że coś się stało.
— Nie uwierzyłbyś w to, co się stało — parsknął bóg. — Masz jeszcze gdzieś to wino swojego ojca? Musimy sporo nadrobić.


— Jak na bogobojnego śmiertelnika, siły wyższe nie są ci takie obce — zamruczał zaczepnie Dante, lustrując uważnie przyjaciela. — A i one chyba są tobą zainteresowane…
— Rozbiję ci ten dzban na głowie!
I już zaraz śmiech ich pochłonął, zabarwiony słodkim trunkiem i beztroską. Siedzieli pod grubym, poskręcanym pniem drzewa oliwnego, nieco na uboczu wioski, wystawiając twarze do słońca i wylegując się w miękkiej trawie. Przed nimi rozciągał się krajobraz łagodnych wzgórz obrośniętych gęstym lasem, a niebo przypominało bezkresne, błękitne morze bez jednej zmarszczki. Nie spieszyli się ze swymi słowami, choć wiedzieć chcieli wszystko. Dante zdołał wyciągnąć z Virgila parę wymijających komentarzy o bóstwie, które zaczęło go odwiedzać, Vi z kolei nie mógł oderwać oczu od ozdób wysadzanych niesamowitymi kamieniami szlachetnymi i od barw, w które ubrany był bóg wiosny, tak odmiennych od wszystkiego, co wcześniej nosił. Ten jednak milczał jak zaklęty, uśmiechając się rozkosznie i mówiąc, że to prezenty.
Dante doceniał ten czas spędzony na cieszeniu się chwilą, na udawaniu, że bolączki świata nie istnieją, pomimo tęsknoty w swych oczach, której nie mógł przyjacielowi wytłumaczyć, pomimo spięcia w ramionach Virgila. Spotkał na swej drodze głód oraz cierpienie, i choć tutaj wszystko wydawało się toczyć niezachwianym rytmem, bóg martwił się, że zaledwie kwestią czasu było nadejście przykrych zmian.
Radosne oblicze rzeźbiarza opadło, gdy Dante opowiedział o ludziach, o dzieciach, o martwej ziemi. Skinął lekko głową. Już to wszystko wiedział.
— Idą surowe czasy, obawiam się — westchnął ciężko, siadając i podciągając nogi do piersi. Bóg również przysiadł.
— Ale wciąż zastanawia mnie – czemu?
— Coraz częściej mówi się o głodzie — podjął cicho Vi. W jego głosie dało się słyszeć gonitwę zmartwień, która nie opuszczała go od pewnego czasu. Wystarczająco ciężko było jego rodzinie z chorobą młodszego brata. Co się stanie, gdy będą musieli racjonować każdy kęs? — Przybywają posłańcy z innych wiosek z wiadomościami, że całe plony pomarły, choć rolnicy zarzekali się, że ani słońca nie było więcej w tym roku, ani oni niczego nie zmieniali.
— I nikt z tym nic nie robi? Wioski nie dostają żadnej pomocy?
— Niektórzy próbowali słać wieści do wielkich polis, powiedzieć, że coś złego i nienaturalnego się dzieje z ziemią, ale… Nikt nie słucha.
— Przecież problemy z plonami dotkną również ich! — wybuchnął Dante. Nic dziwnego, że było tyle niekompetentnej władzy na powierzchni, skoro jedyna osoba, od której mogliby się uczyć, siedziała głęboko pod ziemią.
Virgil spuścił głowę.
— Póki ich spiżarnie są wciąż pełne, nie dostaniemy pomocy.
— Idioci — warknął bóg. Przypomniał sobie słowa Bashara o działaniu miast bezczynnym martwieniu się. Który to już raz głos przewodnika odzywał się w jego głowie? Który raz Dante marzył usłyszeć go znów poza swymi wspomnieniami? — Ja wam pomogę. Pobłogosławię waszą ziemię, co powinno ją uczynić bardziej odporną na chorobę plonów. I wiem, co powiesz, Vi, nie mogę tego jednak zrobić dla wszystkich. Musiałbym przemierzyć cały kraj, a wtedy jest szansa, że matka próbowałaby mnie znaleźć.
Na te wieści Vi uniósł wysoko brwi.
— Ona nie wie, co się z tobą dzieje?
— Pokłóciliśmy się. — Bóg uciekł gdzieś na chwilę wzrokiem, po czym złapał przyjaciela za ramiona. — A teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie, Vi. Moja matka jest okrutna, lecz nie skrzywdzi cię, jeśli okażesz wystarczająco pokory i powiesz jej prawdę. — Strach zagościł w metalicznych oczach na wizję spotkania Sappho, Dante ścisnął mocniej rzeźbiarza. — Jeśli przyjdzie mnie szukać u ciebie, powiesz jej wszystko. Że cię odwiedziłem i nie zdradziłem ci miejsca, do którego uciekłem, że nie powiedziałem dokładnie, co robię.
Więcej strachu i niezrozumienia jawiło się w oczach śmiertelnika.
— Ale Dante… czy ty nie planujesz już nigdy wrócić?
— Jeszcze kiedyś na pewno, by ciebie zobaczyć, przyjacielu. Lecz nie wrócę do niej.
— Dlaczego?
Dlaczego jego serce umierało po trochu każdego dnia, który spędzał poza Podziemiem? Dlaczego oddychanie świeżym powietrzem było trudniejsze od nabierania tchu pachnącego śmiercią, dlaczego jego krok stracił sprężystość, a oczy iskrę? Dlaczego, dlaczego, dlaczego – pytanie powracała do niego notorycznie od momentu opuszczenia jaskini i nic nie mógł poradzić na to, że odpowiedź zawsze przyjmowała kształt onyksowych skrzydeł i surowego rubinu.
Dante zagryzł wargę. Zbyt długo zbywał swe uczucia.
— W krainie, do której dotarłem, ktoś chyba czeka na mnie — odparł, pozwalając różowej kamelii spadać z jego skroni obfitymi garściami, słowom zabarwić się płynącymi z głębi emocjami. — A przynajmniej w to wierzę. Ja na pewno bardzo czekam, aż go znów zobaczę.
Wzrok Virgila przeskoczył po jego ciemnym odzieniu, po okalającym głowę złotym łańcuszku z łzami granatu zwisającymi z niego, w końcu po twarzy i oczach, w których gorzało pragnienie, jak i tęsknota.
— Kim on jest? — zapytał cicho rzeźbiarz.
Bogiem. Przewodnikiem. Przyjacielem. Powodem, przez który Dante czuł, że naprawdę żył, bez którego świat stawał się martwy, bezbarwny i pogrążony w rozpaczy.
— Myślę, że moim życiem.


Biegł. Nie patrzył pod nogi ani za siebie. Biegł do niego.
Dni spędzone na powierzchni napełniły ciało niesłychanym wigorem, odpoczynek nie był mu przez długi czas potrzebny. Do granic możliwości wykorzystywał swe mięśnie, swój oddech, swą siłę, a gdy już musiał przystanąć, na kwiecistych polanach zapadał w krótki i niespokojny sen, w uszach dudniło mu od nierównego bicia serca. Wstawał i biegł dalej, jeszcze szybciej, z większym uporem. Z szerszym uśmiechem. Wracał.
W końcu wiedział, kogo pragnął i nie mógł dłużej wytrzymać ani sekundy bez niego.
Przeskakując nad zwalonym pniem, zastanawiał się, jakim cudem przetrwał tyle czasu w oddzieleniu od Bashara. Był wcześniej świadom bólu goszczącego gdzieś głęboko w nim, wiedział, że ów ból zostawiał szramy w jego wnętrzu. Teraz jednak zmieniło się to w czystą agonię, jakby tonął i płonął jednocześnie, rozlatywał się na drobne kawałki i łączył niezgrabnie na nowo, bowiem w mozaice jego duszy były luki i wyłącznie Bashar potrafił je wypełnić. Cierpiał katusze przez każdy swój krok, który wydawał się niedostatecznie prędki.
Biegł. Siłą woli próbował zmusić glebę i skały by zadrżały pod nim, zatrzęsły Podziemiem. Chciał, by Bashar spojrzał na nowe pęknięcie w jaskini i wiedział, że to on poruszył ziemią, uczynił ją rozdartą na podobieństwo swego samotnego serca.
Od Podziemia dzieliło go mniej niż odległość jednego stadionu. Przyspieszył, choć nogi paliły wyczerpaniem i już żadna bliskość natury nie była w stanie im pomóc. Dante przecisnął się między grubymi pniami lasu, tak jak to robił całe tygodnie temu, wspiął się sprawnie na wyjątkowo strome wzniesienie, zbiegł z drugiej strony, prawie potknął się, spojrzał przed siebie…
Jaskinia powinna tu być. Miast tego widział mrok i mgłę. Pomylił drogę? Niemożliwe. Dante ruszył dalej, brnąc po pas w bladych oparach. Jeśli była mgła, było i wejście.
Jednak im dłużej Dante szedł, im bardziej próbował spojrzeć przez mgłę, ta tym mocniej, z niepojętą zawziętością mu to uniemożliwiała, aż bóg nie widział ani drzew, ani wzniesienia, gwiazd czy księżyca. Zgubił się, nie mając pojęcia, gdzie iść. Musiał dostać się do tej jaskini.
— Cerber! — wydarł się błagalnie, z nadzieją, z nieopisanym pragnieniem, by strażnik Podziemia mu odpowiedział. — Cerbuś!
Jego głos rozniósł się przez mgłę i zniknął. Nikt się nie odezwał. Myśl, że mógłby pozostać w tej ciszy, przeszyła go fizycznym bólem. Znów wrzasnął. Krzyknął. Błagał. Mgła zaciskała się wokół niego coraz grubszym całunem, obojętna na rozganiające ją, silne dłonie. Łzy zebrały się w oczach.
— Bashar! — zawołał desperacko.
Chciał do Podziemia. Do domu.
I wtedy usłyszał. To charakterystyczne szczeknięcie jak huk trzech gromów naraz. Dante poderwał głowę, pochwycił kierunek, z którego dźwięk dobiegał. Puścił się biegiem.
Nie widział jaskini, aż jej chropowate ściany nie znalazły się na wyciągnięcie ręki, lecz Cerber nie przestawał szczekać, kierując go przez mleczną zasłonę. Bóg zachłysnął się własnym oddechem, szczęście tak wielkie opadło na jego pierś, gdy znalazł wreszcie wejście. Pognał w dół, skacząc po kamiennych stopniach. Nie potrafił znaleźć słów na to, jak piękne mu się wydały ostre stalaktyty, jak kojący był chłód zderzający się z jego czerwonymi policzkami. Cerber zaszczekał ponownie, zawył ogłuszająco. Ten, kto go nie znał, z pewnością by się przeraził, lecz Dante poznał ogrom psiej radości w tym wołaniu. Łzy znów zapiekły pod powiekami. Cerber nie zapomniał o nim.
Jego wierny przyjaciel przebierał niecierpliwie łapami, rozrzucając wokół popiół, nieśmiało merdając ogonem, jakby jeszcze wątpił. Wtem Dante wychynął zza zakrętu tunelu, rozłożył szeroko ręce i trzy wielkie łby momentalnie znalazły się w jego ramionach.
— Już dobrze, Cerbuś — zaśmiał się bóg, gdy postrach zbłąkanych dusz zapiszczał głośno, nie mogąc się nacieszyć. Potrzebował tutaj głasków, i tu, i jeszcze tam, pod tym uchem, pod tamtym…
Już Dante się podnosił, po ukojeniu pierwszej psiej tęsknoty, by ruszyć na poszukiwanie Bashara. Ale to Bashar znalazł go.
W lesie przewodnik poruszył ledwie raz skrzydłami, dostojnie wzleciał i powrócił na ziemię. Teraz zaś gnał ponad strzelistymi wieżami pałacu, wypatrzył go, przyspieszył. Onyksowe skrzydła poruszały się w niezwykle szybkiej, mylącej oko harmonii. Jego serce wyrywało się z piersi, dłonie drżały. Bashar zaczął gwałtownie lecieć w dół. Dante wybiegł mu na spotkanie.
Niesiony falą swego uczucia, tęsknotą, szczęściem, pragnieniem, rzucił się na szyję chylącemu się ku niemu Basharowi, ledwie nogi przewodnika dotknęły ziemi. Oplótł go ramionami jak winorośl, uczepił się łopatek, barków, ścisnął je z niezwykłą siłą. Bał się, że inaczej spadnie, jak tylko mężczyzna się wyprostuje. Lecz smukłe ręce ze słodką czułością objęły go w talii, podtrzymały pewnie, bez wahania. Dante westchnął błogo, wtulił się w bladą szyję i całym jego światem stała się bliskość Bashara.
— Wróciłeś. — Usłyszał przytłumiony głos, pierwszy raz tak cichy i przejęty, jakby to nie Bashar mówił. Nie ten dostojny, pełen filozoficznych i chłodnych przemyśleń przewodnik. Brzmiał jak mężczyzna pozbawiony nadziei.
Bóg wiosny odsunął się ledwie kawałek, by przyjrzeć się tej nowej postaci i odkrył najpiękniejszy uśmiech ozdabiający usta Bashara, patrzącego na niego i tylko na niego. Przejechał kciukiem po linii jego dolnej wargi, po jej kąciku, jakby sprawdzał realność tego gestu, i poczuł, jak sam się uśmiecha.
— Wróciłeś — powtórzył Bashar. Dante nie potrafił znieść tego niedowierzania w jego cudownych, rubinowych oczach, tego przekonania, że sen potrwa jeszcze chwilkę i będzie trzeba się obudzić. Ściskał go z tą niemądrą obawą, że bóg wiosny zaraz rozpłynie się niczym iluzja.
Zapragnął stać się prawdą pod jego dłońmi.
Dante zadrżał, gorączkowo chwycił palcami ciemne pasma włosów, naparł całą piersią na Bashara i pocałował go bez tchu.
Było to jak wybuch słońca w jego rozgrzanych ustach, jak zderzenie się niebios i ziemi w jego łomocącym sercu. Chciwie zawłaszczył wargi Bashara własnymi, przelał w to każdą stworzoną o nim myśl, każdą samotną noc na powierzchni. Mówił do niego w pocałunku tysiącem słów naraz. Marzyłem, tęskniłem, śniłem, cierpiałem, a jego usta nieskładnie powtarzały tę chaotyczną powódź, pieszcząc, kochając, prosząc, by zrozumiał. Uderzyła w niego niesamowicie wyraźna świadomość chłodu bijącego od Bashara. Czuł po stokroć mocniej jego szeroką pierś, jego jedwabiście miękkie włosy, jego urywane westchnienie na swych wargach.
W namiętność wkradł się cień wątpliwości, miejsce na odepchnięcie go.
Raptem Bashar odpowiedział. Na wszystko. Ze zdwojoną sił.
Ścisnął rękoma plecy boga, mocno i stanowczo, władczo, przyciągnął go do siebie, choć nic już nie mogło wślizgnąć się między ich piersi. Łapiące złote loki dłonie zdradzały irytację każdym, kto nie rozumiał jego tęsknoty, ciężkie sapnięcia nosiły w sobie przekleństwo bezbarwnych dni, frustracja spinała barki. Bashar wpijał w niego swe ręce i chwytał gorące pocałunki jak powietrze, a Dante lgnął do niego swym kojąco ciepłym ciałem, zmieniał smutek w dalekie wspomnienie.
Na granicy miękkości i gwałtowności, dotykał bladego policzka i ściskał ciemne włosy, Bashar gładził jego talię i nie popuszczał swego chwytu na opalonym karku. Wiem, wiem, czule szeptali do siebie najgłośniejszymi gestami. Ale już jesteśmy razem.
Zatracili się w swych karesach, w tym rytmie kojenia siebie nawzajem i rozpalania na nowo. Dante miał wrażenie, że minęła wieczność, gdy ich wargi powoli się rozdzieliły, by zaraz muskać się w niespiesznych, przelotnych całusach, choć żaden z nich nie potrafił złapać oddechu. Chciał trwać tak dłużej niż wieczność.
Nawet nie zauważył wcześniej, że pod Basharem ugięły się kolana i teraz siedział on na ziemi, splątany z nim, wśród popiołu i płomiennie czerwonych płatków kamelii, trzymając go na swych nogach, łagodnie otaczając skrzydłami. Dante zaśmiał się cicho, Bashar słodko mu zawtórował.
— Wróciłem — wyszeptał bóg, patrząc głęboko w rubin i trochę chaotycznie, acz kochliwie przesuwając palcami po bladym obliczu. Dotarła do niego prawda równie oczywista, jak to, że słońce wstaje każdego dnia na wschodzie, a kwiat nie przetrwa bez wody. — Zawsze do ciebie wrócę.


Miękkość pościeli w gościnnej komnacie otulała go przyjemnie, a usta Bashara, obdarzające go pocałunkami, pozwalały całkowicie odpłynąć. Zalegli w jego pokoju, tak niechętni, by siebie opuszczać, a Cerber ułożył im się w nogach, zabierając pół łóżka. Nie przeszkadzało im to jednak w podziwianiu siebie błyszczącymi oczami, w łagodnym całowaniu i nieodsuwaniu się więcej niż na odległość jednego ciepłego oddechu. Bawił się włosami Bashara, zaś przewodnik okręcał sobie wokół palca jego loki. Czuł się jak ten młody kochanek, o którym prawili poeci – upojony, rozmarzony, zatracony kompletnie w swym uczuciu.
Bashar dotknął opuszkami jego skroni, a powieki opadły mu na dłużej.
— To był długi dzień — odezwał się cicho przewodnik, Dante nie do końca zrozumiał, do czego on zmierzał, gdy te miękkie wargi tuliły się do jego policzka. — Ja i Cerber pójdziemy już, abyś mógł odpocząć.
Nagłe zimno wywołane brakiem Bashara zalało go bezlitośnie, bóg poderwał się, spojrzał, jak przewodnik wstaje z łóżka, a na jego polecenie Cerber truchta do drzwi komnaty. Dante poruszył wargami, zawahał się. A potem chwycił w ostatnim momencie nadgarstek Bashara.
— Zostań — poprosił, bez rozkazu dla przewodnika, bez pokory przed władcą. Nie miało to znaczenia, kim właściwie Bashar był w Podziemiu. Trzymał jego serce, a to czyniło go kimś ważniejszym od wszelkich królów oraz bogów.
Rubin wpatrywał się w niego, blada dłoń ujęła policzek. Dante wtulił się w nią, musnął czule wnętrze wargami, nie rozłączając spojrzeń. Coś, co w było w nich od dawna, wreszcie ujawniło się w pełni. I Bashar został.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz