12 sierpnia 2025

Od Bashara – Kwiaty i granat (VI)

Bardziej oczywisty już ten fortel nie mógł być i Bashar westchnął głęboko, popatrując na zagubionego bożka spojrzeniem błyszczącym czymś pomiędzy politowaniem a poirytowaniem. Przeniósł wzrok na piłkę, skrzyżował ramiona na piersi.
— Cóż, w takim razie wygląda na to, że to koniec zabawy na dzisiaj.
Cerber zaskomlał żałośnie, w sposób absolutnie nieprzystający do swej proweniencji. Bashar zerknął na groźnego potomka Tyfona i Echidny, uniósł w zdziwieniu brew.
— Twoje zagubione piłki da się znaleźć w najgłębszych czeluściach Tartaru. Jedna, która utknęła na drzewie, nie jest żadną tragedią.
Cerber podrapał łapami martwą ziemię, spuścił wszystkie trzy łby. Dante wsparł dłonie na biodrach.
— Jak możesz tak mówić? — odezwał się z naganą. — Spójrz, sprawiłeś mu przykrość! Widzisz te smutne mordki? Biedny Cerbuś, cały nieszczęśliwy, bo nie może dostać swojej zabawki.
— Bo ktoś postanowił tę zabawkę tam wrzucić.
— I ktoś nie chce po nią pójść. — Teraz to Dante skrzyżował ramiona na piersi. — Chyba, że po prostu nie potrafisz i te skrzydła masz tylko do ozdoby.
Bashar zmarszczył brwi. Skrzydła były jego dumą – onyksowe pióra przypominały drogocenny płaszcz spływający z ramion, ciągnący się za nim dostojnie, gdy kroczył pałacowymi korytarzami, i stroszyły się groźnie, gdy z wysokości swego kamiennego tronu wydawał wyroki i rozporządzenia. Były jego znakiem rozpoznawczym, elementem, bez którego sylwetka pana Podziemia nie była pełna. W dawnych wiekach, gdy świat był jeszcze młody, a zapomniane obecnie potęgi przewalały się przez ziemię, te onyksowe skrzydła zwiastowały zgubę wszystkiemu, co próbowało przeciwstawić się sięgającym po władzę, młodym jeszcze bogom. I choć w obecnych czasach Bashar rzadko korzystał z przyrodzonej sobie możliwości lotu, uczucie porywistego wiatru rozwiewającego włosy, wspomnienie ziemi umykającej spod stóp, nadal były żywe w jego sercu.
— Widzisz, Cerbuś? Bashar po prostu nie ma serca i chyba sam będę musiał iść po tę piłkę.
— Nigdzie nie będziesz szedł — odparł surowo Bashar.
— Bo co? — odgryzł się od razu Dante. — Zabronisz mi?
— Te drzewa nie są stworzone do tego, by się po nich wspinać. Zrobisz sobie krzywdę.
— Tak? To patrz na to!
I już Dante miał odwrócić się w stronę lasu, już miał wziąć odważny krok w stronę tego jednego drzewa, ignorując ostrzeżenia przewodnika, gdy Bashar westchnął ciężko, a skrzydła, do tej pory starannie złożone, rozwinęły się nagle jednym, gwałtownym gestem. Cerber przypadł do ziemi, Bashar spojrzał tylko na zaskoczone oblicze zbłąkanego bożka, na ten wzrok błądzący wśród powodzi czarnych piór, a potem machnął skrzydłami. Raz. Wystarczyło.
Wyschnięta trawa opadła płasko, przygnieciona gwałtownym podmuchem, drzewa zatrzeszczały, gdy wiatr szarpnął gałęziami, Cerber szczeknął tylko, stając między Dantem i Basharem. Niewiele to pomogło – himation zdawał się ożyć wraz z podmuchem, radośnie zatańczył na wietrze, próbując wyrwać się spod spinającego go złotego paska. Może na ustach „przewodnika” pojawił się nieznaczny uśmiech, a może było to tylko przywidzenie?
Nietrudno było coś przeoczyć lub zobaczyć to, czego tam nie było, gdy bóg umarłych, oderwawszy się od ziemi, poszybował w stronę powykręcanych drzew, błyskawicznie pokonując dystans niefortunnego rzutu. Cztery pary skrzydeł poruszały się w idealnej harmonii, unosząc boga na odpowiednią wysokość, pozwalając mu zawisnąć przy gałęzi, wygodnie wyciągnąć dłoń i chwycić zgubę, by już po chwili ponownie szybować w stronę Dantego, łagodnie wytracając wysokość i lądując na spłachetku przygniecionej trawy, zakreślając w powietrzu niespieszną spiralę.
Cerber momentalnie podbiegł do ściskających zabawkę dłoni, ogon merdał intensywnie, a wszystkie trzy łby szczeknięciami domagały się dalszej zabawy. Bashar poturlał piłkę, pozwolił jej odbić się od kamieni, a Cerber zaraz zapolował na uciekającą zdobycz. Dante poprawił ostatni raz himation, odgarnął opadające na nos złote loki.
— Widzisz? To nie było wcale takie trudne.


Kolejne dni upływały, Bashar zaś dzielił swój czas między obowiązki boga umarłych, a swego niezapowiedzianego gościa, którego bytność w Podziemiach powoli stawała się czymś normalnym i zwyczajnym. Odkąd Dante pojawił się w dominium Bashara, Cerber dużo częściej merdał ogonem, więcej się bawił, biegał i szczekał, a gdy przychodził wieczór, zasypiał głęboko, od czasu do czasu tylko poszczekując przez sen, gdy wszystkie trzy głowy znów śniły o wycieczkach u boku zbłąkanego bóstwa przyrody i długich sesjach ganiania za piłką albo przeciągania sznurka.
Tanatos sprawnie unikał spotkań, z coraz większą wprawą wymawiając się wymyślonymi naprędce obowiązkami i nawałem pracy, kreatywnie kierował myśli Dantego na inne tory, by pomniejszy bożek odpuścił ścianom pałacu, nie brał się za dodawanie im barwy i życia, i ograniczył się raczej do dekorowania pustych naw co piękniejszymi okazami znalezionych na spacerze geod. Dante samodzielnie je przynosił i ustawiał, Bashar zaś, choć początkowo zamierzał przywrócić pałac do pierwotnie zaplanowanej aranżacji, doszedł do wniosku, że dodatkowe dekoracje mogą zostać. Na pamiątkę, gdy Dante wróci w końcu tam, gdzie było jego miejsce.
Sam Bashar brał pod uwagę to, że przez obecność Dantego dorobi się pewnych zaległości w kwestii zajmowania się sprawami zmarłych – był bogiem umarłych, nie zaś czasu, więc skoro spędzał jego część na spacerach po własnym dominium, nie zaś zagrzebany w raportach i decyzjach, logicznym wydawało się, że raporty spiętrzą mu się na biurku. Czego Bashar nie przewidział, to to, że te przymusowe przerwy w pracy i konieczność przewietrzenia skrzydeł sprawią, że przeglądanie dokumentów zacznie iść dużo sprawniej, że decyzje związane z najcięższymi przypadkami będą podejmowały się same, a wypoczęty umysł w okamgnieniu znajdzie optymalne rozwiązania.
Bashar pamiętał, jak z początku Dante wymawiał się ze zwiedzania jakichkolwiek części Podziemi, które jego przewodnik nazwał ogrodem, tłumacząc to tym, że ogrodów widział już dużo, nie były dla niego nowością i że chciałby skupić się na tym, czego na powierzchni nie dało się spotkać. W końcu jednak owo znudzenie zielenią minęło, Dante nawykł do odmienności Podziemi na tyle, że nie tylko przestał zbywać samo wspomnienie o jakichkolwiek ogrodach machnięciem dłoni, ale zaczął zadawać jakieś pojedyncze pytania, by w końcu zadecydować, że tego dnia idą na te Łąki Asfodelowe, czy gdzie tam Bashar chce go zaprowadzić.
— Łąki Asfodelowe — mruknął Dante, gdy wybita równymi blokami czarnego kamienia droga prowadziła ich ku niezbadanej jeszcze przez bożka części mrocznego dominium. — Brzmi tak, jakby nie rosło tam nic poza tymi całymi asfodelami.
— Można tam spotkać też inne rośliny, ale prawda, asfodeli jest bodaj najwięcej.
— I nad czym rozmyślają te wszystkie mieszkające tam dusze? Tam też jest pełno filozofów roztrząsających trudne problemy natury moralno-egzystencjalnej? — spytał, zmieniając nieco głos, gdy rzucał w Bashara jego własną formułką.
— Ależ nie. Na Łąkach Asfodelowych śmiertelnicy… nie zajmują się wymagającymi rzeczami. I nie rozmyślają o żadnych trudnych problemach. Właściwie to wiodą zupełnie zwyczajne życie.
— Czyli co na przykład robią? To taki wieczny piknik?
— Robią to, do czego przywykli i co jest im znajome – kto był za życia rolnikiem, tutaj też zajmuje się rolą. Kto pasł owce, ma tu własne stado, kto tkał len albo tłoczył oliwę, pracuje w znanym sobie warsztacie.
— Brzmi jak sam szczyt nudy!
Bashar uśmiechnął się kątem ust.
— Czasem owa „nuda” jest dokładnie tym, czego dusze potrzebują.
Droga zmieniła się w most, przerzucony ponad kolejną z morderczych rzek Podziemia, Lete, przynoszącą ciszę i zapomnienie. Cerber zaszczekał radośnie, wyrwał w stronę Łąk.
Wyspa przypominała fragment powierzchni wrzucony w trzewia ziemi. Skaliste wybrzeże wynurzało się z kipieli, by wyżej przejść w nawykłą słońcu i suchemu klimatowi zieleń. Tu i tam tkwiły ludzkie siedziby – domy o niewielkich oknach, wtulone w zagłębienia skał, z bladymi plamkami zwinnych kóz wylegujących się w przydomowej zagrodzie. Serce wyspy, ten pojedynczy w miarę płaski fragment, układający się wygodnie wśród niewysokich szczytów, roił się od wielokształtnych dachów, tworząc niewielką, spokojną mieścinę, jakich wiele dało się spotkać tam, na górze, w blasku słonecznego ciepła.
— Oto i Łąki Asfodelowe — oznajmił Bashar, przystając zaraz za mostem, ogarniając szerokim gestem rozciągającą się przed nimi krainę. — Miejsce, gdzie trafiają zwykli śmiertelnicy.
Droga ciągnęła się dalej, prowadząc w kierunku nieodległego miasta. Cerber ruszył przed siebie, merdając ogonem, zaraz skręcił gdzieś w stronę, z której dobiegały głosy.
— Co tam jest? — spytał Dante, też zaczął schodzić ze ścieżki.
— Gaje pomarańczowe — odparł Bashar. — Możliwe, że nastał czas zbiorów.
— Wspominałeś, że rośliny tu na dobrą sprawę nie rosną, a teraz proszę – jesteśmy na wyspie, na której śmiertelnicy uprawiają sobie pomarańcze — Dante przyspieszył kroku. — To muszą być jakieś specjalne pomarańcze.
— Są zupełnie zwyczajne — bóg umarłych uśmiechnął się nieznacznie — po prostu nieprawdziwe.
Tymczasem zaś gaj drzewek pomarańczowych pojawił się w polu widzenia, a wraz z nim, pracujące przy nich dusze. Półprzejrzyste zjawy, zaopatrzone w worki i kosze, kręciły się między niskimi pniami, wybierając bladopomarańczowe owoce spomiędzy spłowiałej, widmowej trawy. Niektórzy stali pod drzewkami z grabiami, wyciągali je, by strącić pozostałe owoce. Ktoś ocierał pot z twarzy, ktoś zawołał o bukłak, wino przeszło z ust do ust, ktoś podsunął pomysł, by zrobić sobie przerwę, kto inny burknął, że nie są nawet w połowie. A potem Cerber szczeknął, dusze obróciły się w ich stronę.
Pracę natychmiast przerwano, dusze skłębiły się w ciasną gromadkę, ktoś ściągnął swój kapelusz, popatrywano nieśmiało po boskich stopach.
— Panie? — odezwała się jakaś odważniejsza dusza, wychodząc parę kroków do przodu. — Czym możemy ci posłużyć?
— Odpowiedzią na kilka pytań — odparł od razu Dante, nie dając Basharowi dojść do słowa, w paru krokach zbliżając się do śmiertelników. Ci cofnęli się nieznacznie, Dante przystanął. — Nie musicie się mnie bać.
Dusze skłębiły się, ktoś bardzo mocno ścisnął ten kapelusz.
— Odpowiemy, jak tylko wiedza pozwoli.
Dante objął wzrokiem gaj, popatrzył po drzewkach, po porzuconych przy nich koszach, po tej grupie dusz, zajmujących się czymś tak przyziemnym.
— Nie nudzi wam się tu? — spytał, przenosząc wzrok od twarzy do twarzy. — Nie chcielibyście czegoś… Bardziej interesującego?
— Że zbieranie oliwek? — spytał jeden z umarłych.
— Nie! Chodziło mi o polowanie na potwory, jak to śmiertelni herosi czynią, albo o sztukę, bo to też was przecież zajmuje — powiedział Dante, popatrując po śmiertelnikach. — Nie jest tak? Nie pragniecie sławy?
Bashar jedynie przeniósł ciężar ciała.
— Panie… — zaczęła jedna z dusz. — My tak jakby… Jakby potworów nie było, to byłoby dobrze.
— I żeby tych oliwek też nie zbierać.
— Te pomarańcze to starczają.
Dante zmarszczył brwi.
— Naprawdę nie marzy wam się sława i uznanie? Nie chcielibyście żyć w ciekawych czasach?
Jedna z dusz pokręciła głową.
— To jest jak klątwa, życzyć komuś, żeby żył w ciekawych czasach. — Smutny blask zapłonął w martwym spojrzeniu. — My wolimy, żeby nasze czasy były nieciekawe. Nudne i spokojne. Żeby pomarańcze rosły i nic więcej się nie wydarzyło.
Dłoń Bashara spoczęła na umięśnionym barku, Dante odwrócił się do swego przewodnika.
— Dlaczego oni tacy są? Za grosz ambicji…
— Mieli wystarczająco ciężki żywot — wyjaśnił Bashar. — Ich dni składały się z pracy przy drzewkach, te zaś potrafiły zachorować, nie przynieść plonów, przez co ludzie głodowali. Tutaj tego nie ma. — „Przewodnik” podjął swą wędrówkę, gestem posłał dusze, by z powrotem zajęły się swymi pomarańczami. — Tutaj ich praca daje owoce, pogoda nie przynosi im rozczarowania, nie ma wojen ani głodu. — Spojrzał na zagubionego bożka. — Tutaj praca jest odpowiednio nagradzana.
— Ale mogliby przecież osiągnąć więcej — Dante posłał mu nierozumiejące spojrzenie. — Skoro te drzewka to iluzja, skoro tutaj wszystko wychodzi i jest dobrze, to dlaczego nie chcieć więcej?
— Bo „więcej” nie da im szczęścia — wytłumaczył spokojnie Bashar. — Oni mieli już wystarczająco przeciwności z tym, jak biegło ich życie. Czasem… czasem nudne życie to jest dokładnie to, czego dusza potrzebuje… Dach nad głową, pełna miska, wino, rozmowy z przyjaciółmi, zdrowe dzieci… I nic więcej, żadnej sławy, żadnych potworów do zabicia.
Dante trawił przez chwilę jego słowa, spojrzenie uciekło w stronę dusz. Stały tam, wciąż nieco wystraszone, niepewne, z koszami pełnymi niematerialnych pomarańczy, z kapeluszami, zmiętymi w dłoniach, osłaniającymi przed nierzeczywistym, nieprawdziwym słońcem.
— Mają tu spędzić wieczność, a nie tylko miesiąc odpoczynku od katastrof. Czy nikt po pewnym czasie nie zmienia zdania? Nie stwierdza, że już wystarczy tego pasania owiec i doglądania pomarańczy, i teraz czas na przygody?
Bashar szedł przez chwilę w milczeniu. Wiedział dobrze, co śmiertelnicy uważają za godne i szczęśliwe życie, a przynajmniej jakie życie według ich opowieści zasługiwało na uznanie. Te wiedzione przez odważnych bohaterów i mądrych władców, pełne wojen i walki, naprzykrzania się bogom i okazjonalnej pomocy od nich, były żywotami wartymi pieśni. Lecz jak to zwykle u śmiertelników bywało, słowa nie odpowiadały rzeczywistości i ludzie lubili o takich żywotach słuchać, nikt zaś nie chciał takich wieść.
— Nie, to się nie dzieje. Nawet po długich wiekach przebywania tutaj.
— Po wiekach monotonii…
— Zapominasz, jaka rzeka omywa tę wyspę — odezwał się Bashar. — Lete jest rzeką zapomnienia i nie trzeba do niej wpaść, by poczuć jej moc. Przynajmniej, jeśli jest się śmiertelnikiem.
Dante uniósł brew, rzucił mu spojrzenie.
— Co masz na myśli?
— Śmiertelne umysły nie są stworzone do wieczności, więc by ciężar wieków ich nie przygniótł, Lete sprawia, że ich wspomnienia szybciej się rozmywają.
— Ale dlaczego? To nie ma sensu…
Bashar splótł dłonie za plecami, na podobieństwo jednego z nauczycieli przechadzającego się z uczniami po agorze.
— To ma bardzo wiele sensu. Przed wstąpieniem na Łąki, każda z dusz musi wypić łyk wody z Lete. Zapomnienie uwalnia je od smutków i trosk doczesnego świata – nie pamiętają chorób, które zabrały ich bliskich, nie pamiętają bólu ani strachu, dzięki czemu ich serca są lekkie, nieobciążone żadnym żalem ani wspomnieniami. To, co na powierzchni, zostaje na powierzchni i nikt nie ma powodu, by wracać, szukać swoich racji, niepokoić śmiertelników. Może po prostu wypoczywać tutaj — wyjaśnił Bashar, po chwili podjął temat wiedząc, że zaraz w słowach Dantego pojawi się protest. — Zapomnienie to obusieczny miecz, nie przeczę. Lecz o wiele gorsza byłaby wieczność bez niego – pełna tęsknoty za tymi, których się straciło, albo wyrzutów sumienia, że nie wykorzystało się wszystkich szans. Śmiertelnicy żałują bardzo wielu rzeczy…
Rozmowę przerwało nagłe beczenie dobiegające gdzieś spomiędzy zarośli. Cerber nadstawił uszu, już miał lecieć w tamtą stronę, lecz Bashar wstrzymał go skinieniem dłoni. Beczenie przybrało na sile, zabarwiło się czymś pomiędzy skargą i przestrachem.
— To nie brzmi dobrze — powiedział Dante, biorąc się pod boki. Przeniósł wzrok na Bashara. — Mówiłeś, że tu nie dzieje się nic złego.
— Bo się nie dzieje. Spójrz.
Owca zaplątała się w jakieś zarośla – blady kształt, słabo widoczny z tej odległości, szarpnął się wśród jakichś cierni. Lecz oto nadeszło wybawienie – zbliżył się kłąb mgły, dzierżąc pasterski kij, zaraz zaczął uwijać się przy owcy. Trójka na drodze stała przez pewien czas w milczeniu, obserwując poczynania pasterza, aż ten w końcu wyswobodził zwierzę, triumfalnie zawołał, a potem z ciężkim sapnięciem zarzucił sobie owcę na ramiona, zaczął oddalać się w kierunku stada.
— I tu dochodzimy do bliskości Lete — podjął Bashar, gestem wskazując, by szli dalej. — Sprawia, że śmiertelnicy zapominają o tych drobnych, codziennych rzeczach, których doświadczali, a dzięki temu mogą się nimi cieszyć ponownie. Tutaj nie dzieje się nic złego, więc wszystkie te wydarzenia przynoszą śmiertelnikom radość. Nie wiem, ile razy pasterz ratował owcę przez długie wieki przebywania na Łąkach, ale za każdym razem jego radość była taka, jakby uratował ją po raz pierwszy.
Dante odprowadził wzrokiem widmowego pasterza i jego owcę. Wyraz jego twarzy był trudny do zinterpretowania.
— I wszyscy są z tego zadowoleni?
— Nie wszyscy — odparł bóg umarłych. — Ale ci, którzy pragną więcej, są na innej wyspie, w innym ogrodzie. Chciałbyś ich odwiedzić?
— Jeszcze nie — Dante potrząsnął głową. — Chciałbym pójść jeszcze do miasta.
— Skoro taka twoja wola.
Znów szli przez pewien czas w milczeniu, a Dante obracał w głowie jakieś myśli. Bashar nie dziwił się temu – dla wielu mieszkańców powierzchni, prawa rządzące Podziemiem były trudne do zrozumienia, a tym samym i do zaakceptowania. Wszystko przez to, że to, co było na powierzchni, było ulotne i przemijające, w Podziemiu zaś królowała wieczność.
— Drzewka są iluzoryczne, owce to złudzenia, ludzie są jedynie zjawami, a mimo to zajmują się tym, co robili za życia. Nawet, jeśli nie ma ku temu żadnego powodu, bo wszystko jest jedynie kłamstwem!
— Kłamstwem, które przynosi im spokój ducha, przynosi szczęście i to, czego pragną — odparł cierpliwie bóg umarłych. — Wiem, że wydaje się to dziwaczne. Lecz tego pragną śmiertelnicy i to tutaj dostają – spokój, przewidywalność, pracę, do której przywykli. To prawda, że rolnicy sprzedają iluzoryczne pomarańcze, dusze kupują je na targu, przynoszą do domu i spożywają wieczorem, ciesząc się ich smakiem, lecz… czy to wszystko jest czymś mniejszym i mniej ważnym, skoro sprawia radość?
— Mogliby chcieć więcej.
— Mogliby, lecz tego nie robią — odparł Bashar. — Tym zajmują się inne dusze. Te zaś… Te są rade z przyziemności.
Dante burknął coś pod nosem, przystanął, w końcu spojrzał na miasto. Potrząsnął głową, ściągnięte brwi stanowiły dowód ciągłej walki rozumu i przyzwyczajenia z dopiero co usłyszanymi wyjaśnieniami.
— To im się naprawdę nigdy nie nudzi? To zwyczajne życie?
— Nie — odparł Bashar, stając tuż obok. — Mają wszystko, czego im potrzeba. Jeśli ktoś znajdzie dla siebie wszystko, czego mógłby więcej pragnąć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz