Popołudniowe słońce przedzierało się przez iglaste korony drzew, rozświetlając las. Souel wędrował z notatnikiem otwartym na mapie, podążał wyrysowaną wcześniej trasą. Wreszcie przystanął, gdy dotarł do obrysowanego grubym kółkiem krzyżyka. Schował notatnik, rozejrzał się dokładnie. Przeszedł przez długi, wyryty w ziemi ślad, zsunął się po niewielkim zboczu. Minął głaz, wreszcie kucnął przy poprzecinanych kawałkach liny. Podniósł jedną z kul.
Pyskacz powiedział na szkoleniu, że smok nie przegapi żadnej okazji, żeby zabić.
Im więcej o tym myślał, tym bardziej to nie miało dla niego sensu. Smoki były brutalnymi bestiami, porywającymi zwierzęta hodowlane, zabijającymi ludzi, którzy stanęli im na drodze, czasami ich również zabierającymi, prawdopodobnie na późniejsze pożarcie. Souel w takim wypadku nie powinien tu być. Na tyle sposobów mógł stracić życie: zmiażdżenie, rozerwanie, rozszarpanie, spalenie, dekapitacja. Nie doświadczył żadnego. I nie dlatego, że sam się jakimś cudem uratował, nie. Smok go oszczędził. Smok, który rzekomo miał nigdy nie marnować okazji.
O co więc chodziło? Co go wyróżniało na tle innych wikingów? Czy wyglądał tak marnie, że nawet bestiom szkoda było czasu na zabicie go?
A może to ta nocna furia była inna od reszty?
Wiedział, że nie powinien się tym interesować. Przeżył i tak naprawdę to się najbardziej liczyło. Ten jeden raz mu się poszczęściło – zmarnował jedyną szansę, by uśmiercić smoka, normalnie srogo by za to zapłacił. Lepiej było o tym nie myśleć.
Ale myślał.
No, bo czemu? Czemu stało się to, co się stało? Od małego uczono go, że smoki były przerażające i bezwzględne, nie miały uczuć ani nie myślały. A tu nagle najstraszliwsza z nich wszystkich nocna furia uznała, że daruje życie chłopakowi, który jeszcze chwilę wcześniej zamierzał ją ukatrupić. Nawet go nie zraniła. To nie miało racji bytu.
I strasznie go intrygowało.
Upuścił kulę, postanowił ruszyć w stronę, w którą odleciał smok. Nie oczekiwał zbyt wiele, zdawał sobie sprawę, że stwór mógł odlecieć do leża czy gdziekolwiek indziej. Gdyby jednak udało mu się go odnaleźć, może zdołałby z daleka chwilę poobserwować. Skoro ostatnio nocna furia nie zabiła, to teraz raczej też tego nie zrobi, nie? Nie?
Szedł w miarę ostrożnie, starając się nie narobić hałasu. Podążałby śladami, gdyby nie fakt, że nigdzie ich nie było. Żadnych odcisków łap, śladów pazurów. No tak, smok nie chodził, kiedy mógł latać, zatem to normalne, że nie było tropów. Przecisnął się przez jakieś zarośla, wyszedł z drugiej strony wąskiego przejścia w skale. Objął wzrokiem niewielką zatoczkę z wysokimi ścianami skalnymi, jaka mu się ukazała. Małe stadko ptaków przefrunęło kawałek dalej, przybierające wieczorne barwy promienie słoneczne ładnie oświetlały część zagłębienia.
Smoka nadal nigdzie nie było.
Tak właśnie prezentowała się przykra rzeczywistość.
Westchnął ciężko, spuścił głowę – uniósł brwi, kiedy dostrzegł leżące przy butach pojedyncze łuski. Przykucnął, podniósł jedną, dokładnie zbadał wzrokiem. Sporawa, czarna. Czyżby należała do...?
Upadł do tyłu, ponieważ tuż przed nim przeleciało w górę coś wielkiego. Otworzył szeroko oczy, ledwo wierząc w to, co właśnie ujrzał. Raptem parę kroków od wejścia do zatoczki otulony czernią smok próbował wdrapać się po skałach na górę.
Nocna furia.
Machał nerwowo skrzydłami, ryknął krótko, gdy grawitacja ściągnęła go z powrotem na dół. W ostatniej chwili wyrównał lot na tyle, by mieć bezpieczne lądowanie. Wybił się znowu, poleciał w przeciwnym kierunku.
Niespodziewanie znowu spadł, tym razem mniej łagodnie. Szybko się pozbierał, zaczął ryczeć w niebo, jak gdyby... zdesperowany.
Souel zsunął się na pobliską półkę skalną, ukląkł przyczajony. Z góry miał idealny widok na gada, który jeszcze nie zdążył go zauważyć, więc postanowił wykorzystać okazję. Wyciągnął z kieszeni kamizelki notatnik i węgielek, zaczął na kartce kreślić uproszczony szkic nocnej furii. Łagodna głowa z oczami na przodzie i czymś na wzór uszu, smukłe ciało zwieńczone trójkątnymi wyrostkami wzdłuż kręgosłupa, wielkie, szerokie skrzydła. U nasady długiego ogona para małych skrzydełek, na jego końcu zaś dwie charakterystyczne sterówki przypominające trochę ustawiony poziomo ogon ryby.
Przerwał rysowanie, znów zaczął obserwować smoka, który jeszcze raz spróbował wspiąć się po skalnej ścianie, wciąż z niepowodzeniem. Smoki mogły latać, więc czemu ten tak zawzięcie próbował wspinaczki?
Gdy nocna furia wylądowała, przez moment się nie ruszając, Souel pospieszenie porównał jej wygląd z tym, co naszkicował. Dopiero po chwili dostrzegł znaczącą różnicę.
Starł palcami lewą sterówkę.
Spojrzał na wzbijającego się w powietrze smoka, którego ogon niespodziewanie wygiął się w dziwny sposób, co poskutkowało kolejnym upadkiem. Gad furknął niegłośno, doczłapał się do brzegu wody. Zanurzył pysk, zapewne z zamiarem złapania jakiejś ryby, lecz żadnej nie wyciągnął.
To nie tak, że nie chciał odlecieć.
On nie mógł.
Zamyślony Souel nieco się nachylił, żeby lepiej widzieć – wtem jego dłoń poślizgnęła się na gładkiej powierzchni kamienia. Udało mu się nie stracić równowagi, ale przypadkiem wypuścił z rąk przymocowany do patyka węgiel, który poleciał na sam dół zatoczki, odbijając się co najmniej kilkukrotnie od głazów i konarów. Dźwięki nie były głośne, aczkolwiek czułe uszy bestii od razu je pochwyciły. Smok odwrócił swój masywny, czarny łeb, zielone oczy powędrowały w górę, aż zatrzymały się na posturze chłopaka.
Souel zastygł w kompletnym bezruchu, chwilowo nawet wstrzymał oddech.
Zwężone źrenice bacznie go obserwowały. Smok jednak nie przystąpił do ataku. Nawet nie warknął. Po prostu na niego spoglądał. Chłopak wypuścił cicho z płuc powietrze. Dlaczego nic się nie działo?
Przechylił głowę lekko w bok.
Niezwykle się zdziwił, kiedy nocna furia zrobiła dokładnie to samo. Zdobiące głowę uchowate wyrostki poruszyły się, teraz nieco stercząc, źrenice trochę się poszerzyły. Zupełnie jakby smok był... zaciekawiony?
Nie. Smoki były przerażające i bezwzględne, nie miały uczuć ani nie myślały.
Gad dalej go obserwował. Souel przymknął oczy, przygryzł dolną wargę.
Nie miały uczuć.
Nie miały...
Wysokie wrota od wykutej w skale wielkiej hali otworzyły się, do środka wszedł Souel. Zagarnął palcem z oka przylepiony do czoła fragment mokrej grzywki, ruszył w głąb pomieszczenia, w duchu ciesząc się, że było tu znacznie cieplej niż na zewnątrz. Musiało się rozpadać akurat, gdy wracał. Nie, to nawet nie był deszcz, tylko ulewa. Miał tylko nadzieję, że się nie pochoruje.
Smoka zostawił tam, gdzie znalazł. Nie próbował bardziej się do niego zbliżyć. Wolał nie ryzykować. Choć bestia technicznie dwa razy darowała mu życie, nie musiał dalej naciągać jej miłosierdzia. Podziękuje, jego egzystencja nie była aż tak przykra, by sam chciał ją przerwać.
Pyskacz akurat krążył wokół stołu, przy którym siedziała młodzież, dając im wieczorne lekcje. Pytał, jaki błąd popełniła dana osoba, jednak nikt nie był skory do odpowiedzi, przez co kowal musiał sam wszystko tłumaczyć. Z grupki odezwał się jedynie Cheoryeon, który zarzucił, że nic złego nie zrobił.
— Ja również — wtrącił Yangcyn. — Tylko ktoś mnie wkurzył. — Skrzyżował ręce na piersi, posłał wymowne spojrzenie różnookiemu.
— To trzeba było się nie wkurzać — odbił piłeczkę tamten.
Nastolatkowie pobieżnie zerknęli, gdy dostrzegli nadchodzącego Souela, ale nie zareagowali jakoś specjalnie. Z drugiej strony nie obruszyli się, kiedy chłopak przysiadł się do nich na końcu stołu i zagarnął wolny talerz z jedzeniem.
— O, przyszedł spóźnialski — zagaił Pyskacz. — Właśnie, jaki Souel popełnił błąd?
Co najmniej połowa przewróciła oczami.
— Uch, możesz nam już darować? — jęknął Yangcyn. — Wszyscy wiemy, że nawaliliśmy.
— To nasz pierwszy dzień — dodała Suyeon. — To trochę oczywiste, że nie mogło nam pójść najlepiej.
Souel nic nie powiedział, lecz zgadzał się z dziewczyną. Oczywiście, że pierwszy dzień szkolenia im nie wyszedł, skoro nikt z nich (nie licząc Terrella) nie został nigdy dopuszczony do prawdziwego starcia ze smokiem. Jedynie podawali broń i gasili ogień, a Souel to w ogóle siedział w kuźni, nie mając prawa jej opuścić. To było do przewidzenia, że bez pomocy kowala poginęliby, nawet po wykorzystaniu przez gronkla wszystkich strzałów.
Pyskacz niestety miał więcej swoich mądrości do wygłoszenia.
— Ale omawiamy to po to, żebyście wiedzieli, nad czym musicie popracować — odparł niewzruszonym tonem.
— Nad wszystkim musimy popracować, no ba — rzucił w odpowiedzi Cheoryeon, częściowo przedrzeźniając jego ton.
Nie minęła chwila, jak oberwał mocną ręką wikinga w tył głowy.
— Nie becz na mnie, baranie. — Westchnął. — Dobra, dzieciarnio, zadanie domowe.
Strącił ze stołu parę drewnianych talerzy, na szczęście już pustych, by zrobić miejsce dla opasłej księgi. Sprawnie skupił uwagę wszystkich na nowym obiekcie.
— Oto księga smoków, spisywana od pokoleń — wyjaśnił. — Sumuje ona wszystką wiedzę o wszystkich smokach, o których istnieniu wiedzę mamy. I tę oto właśnie wiedzę macie posiąść również wy.
W hali zapadła cisza, milczący kadeci błądzili wzrokiem między okładką tomiszcza a wąsatym licem kowala.
— Tylko się tak nie rzucajcie niczym wygłodniałe wilki, możecie się podzielić — rzucił sarkastycznie Pyskacz; zmarszczył krzaczastą monobrew, gdy z dworu dobiegł stłumiony grzmot. — Dziś nie zaatakują, zatem możecie spokojnie wkuwać.
Nie dodając nic więcej, odwrócił się na swojej drewnianej protezie i niespiesznym krokiem powędrował do wyjścia. Młodzież pozostała sama z księgą.
Na początku nikt nie wypuszczał z siebie entuzjazmu. Usłyszeli, że dostali zadanie domowe, a wizja bycia odpytywanym nie śniła im się ani trochę. Ta, zostaną rzuceni w wir walki z kolejnym smokiem, jednocześnie musząc odpowiadać na pytania Pyskacza, co nie? Zapowiadało się po prostu świetnie, aż odechciewało im się choćby łapać za okładkę.
Yangcyn westchnął ciężko, przewrócił oczami, których ciemne tęczówki w świetle pochodni przyjmowały czerwonawy odcień.
— Połowa dorosłych na Berk nawet nie umie czytać — zaczął — a jednak skutecznie zabija smoki. Chyba nie musimy studiować księgi, by coś umieć, mylę się?
— Technicznie Pyskacz powiedział, że to praktyka czyni mistrza — dodała Suyeon.
— No właśnie! On to chyba specjalnie robi, żeby nas udupić! Czytałeś, Terrell? — zwrócił się do siedzącego naprzeciw niego bruneta.
Tamten nie wyglądał na ani trochę zainteresowanego rozmową, aczkolwiek pokręcił głową, odpowiadając przecząco. Na to Yangcyn tylko podkreślił swoje wcześniejsze słowa.
Ta, nastolatki zawsze będą szukać jakiegokolwiek powodu, żeby nie musieć się uczyć.
Poza tymi, którzy to uwielbiali.
— Ja czytałem księgę już z kilka razy — przyznał trochę nieśmiało Theo.
Gdy wzrok wszystkich spoczął na nim, jego policzki oblały się niemocnym rumieńcem. Spuścił głowę, zaczął bawić się swoimi palcami. Zdenerwowanie jednak całkiem szybko zniknęło, ponieważ Yangcyn poprosił go, żeby powiedział coś, czego się dowiedział z księgi. Theo opatrzył na kolegę, szaroniebieskie oczy błysnęły zalążkiem pewności siebie.
— Dużo gatunków jest opisane — powiedział. — Na przykład są zmiennoskrzydłe, które plują wypalającym dziury kwasem i mogą stać się niewidzialne. — O, czyli istniały takie smoki. — Albo jest marazmor, który świeci się w ciemności, podobnie jak ognioglisty. Oba te gatunki jednak znacząco różnią się od siebie.
Wymienił jeszcze parę przykładów, wszyscy wydawali się uważnie słuchać... No, może poza Cheoryeonem, który nonszalancko wyciągał brud spod paznokci. Różnooki chuchnął w swoje palce, poprawił ruchem głowy swoją grzywkę.
— A ja to nie muszę niczego czytać, już wiem wszystko — rzekł lekko.
— Ach, tak? — Yangcyn skrzyżował ręce na piersi. — To niech Theo cię przepyta, co?
— No, dajesz.
Theo popatrzył po reszcie, spytał, czy może. Gdy dostał pozwolenie (choć nie musiał wcale o nie prosić, bo inni i tak byli ciekawi tego, jak się rozwinie sytuacja), cicho odchrząknął.
— Jak się nazywa smok, który pluje wrzącą wodą?
— Wrzeniec. — Cheoryeon nawet nie spojrzał w jego stronę, oglądając swoje dłonie.
Pozostali popatrzyli na Theo, czekając na jego reakcję. Tamten z pewnym zdziwieniem na twarzy pokiwał głową. Souel uniósł brew. Czyli różnooki dobrze odpowiedział.
— Który zmysł mają szeptozgony słabo rozwinięty? — padło kolejne pytanie.
— Wzrok.
— Jaki kolor łusek ma gnatochrup?
— Nie ma łusek, jest z kości.
I druga, i trzecia odpowiedź okazała się poprawna. Teraz to wszyscy byli bardziej zainteresowani, zwłaszcza kiedy Suyeon powiedziała, że nie widziała jeszcze swojego brata z księgą smoków w rękach. Co prawda, sama nie wydawała się aż tak tym zaskoczona, ale dalej nie tłumaczyła tego zjawiska.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zapytał Souel, chcący brać jakikolwiek udział w konwersacji.
Na to pytanie Cheoryeon wyprostował się na ławce, wypiął dumnie pierś.
— Trzecie oko. — Uśmiechnął się zawadiacko.
— Trzecie oko? — Yangcyn się skrzywił. — Ja to za twoją grzywką widzę tylko tarczę strzelecką.
Dwójka znowu zaczęła się sprzeczać. Terrell wywrócił oczami, zabrał swój talerz i wstał od stołu, by następnie skierować się do wyjścia. Część podążyła za nim wzrokiem, lecz nikt nie zatrzymywał.
Souel popatrzył na księgę. Była ona w zasięgu jego ręki, więc gdy inni przestali poświęcać jej tyle uwagi, zgrabnie ją przysunął do siebie, w miejsce odstawionego dalej talerza. Poprawił swoją pozycję, przejechał palcami po obitej skórą okładce, przyjrzał się wymalowanym na niej wzorom, w tym symbolowi smoka, zwiniętego w ślimaka z otwartą paszczą i kolcem na końcu ogona. Przypominał trochę koszmara ponocnika, aczkolwiek miał w sobie też coś obcego dla tego gatunku.
Nigdy wcześniej do niej nie zaglądał. Mieszkańcy Berk nie propagowali specjalnie czytania, część nawet nie potrafiła. Jako syn wodza Souel wyuczył się wszystkich znaków, lecz mimo to po książki nie sięgał zbyt często. Od zawsze był tym typem lepiej obserwującym coś niż czytającym o tym. Teraz jednak nieironicznie chciał przestudiować księgę smoków, dowiedzieć się czegoś więcej o nich, a dokładniej o nocnej furii. Może było zapisane coś, co wytłumaczyłoby jej dziwne zachowanie? Szukanie informacji nie bolało. Zazwyczaj.
Ruch zabieranej księgi nie umknął bacznemu spojrzeniu Suyeon.
— Zamierzasz czytać? — spytała.
Nie brzmiała kpiąco. Głos zdradzał ciekawość. Souel popatrzył na nią, trochę niepewnie pokiwał głową.
— Może rzeczywiście lepiej sobie poradzę ze smokami, jak się czegoś nauczę — powiedział.
O tak, z pewnością się nauczy, a już na pewno zabijania.
— W sumie przejrzenie jej nie zaszkodzi. — Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— Ja mogę w razie czego coś jeszcze dopowiedzieć — do rozmowy dołączył siedzący obok Souela Theo. — Jest tam sporo informacji, ale parę sam zaobserwowałem.
— Łał, musisz być spostrzegawczy, Theo! — wtrącił Cheoryeon, nagle zapominając o kłótni z Yangcynem. — Niby się chowasz przed smokami, ale tak naprawdę z ukrycia je studiujesz!
Tamten nieco się zarumienił, słysząc komplement. Splótł palce dłoni pod stołem, trochę nieobecnym ruchem pokiwał głową. Nie uciekł jednak od tematu, a postanowił z pewną nieśmiałością kontynuować:
— Właśnie dlatego poszedłem na szkolenie. Wierzę, że Pyskacz ma nad wszystkim kontrolę, a błądząc samemu po lesie, mógłbym się tylko narazić na niebezpieczeństwo. Sam raczej nie nauczę się nigdy walczyć ze smokami — wzruszył ramionami — ale chciałbym przynajmniej przyczynić się do rozwoju księgi. Może dzięki nowym odkryciom znajdziemy lepszą metodę na poradzenie sobie z nimi — dodał ciszej.
Po wysłuchaniu go reszta niemal w tym samym czasie przytaknęła. Suyeon jeszcze dorzuciła, że takie osoby jak Theo z pewnością się przydadzą. Jej słowa brzmiały miło, aczkolwiek zmusiły Souela do przypomnienia sobie wczorajszego dnia, dokładnie momentu, w którym nie zdołał zabić jednego smoka. Nie potrafił odrzucić myśli, że teraz nawet Theo miał szansę na wybicie się spośród reszty, i to bez konieczności walki ze smokami. Souel czegoś takiego raczej nigdy nie osiągnie.
Poza Terrellem nikt jeszcze nie poszedł. Cała czwórka zagnieździła się przy Souelu – Suyeon i Theo usiedli po jego bokach, podczas gdy Cheoryeon i Yangcyn stanęli za nim. Czarnowłosy nie spodziewał się czegoś takiego, głównie dlatego że nie przyjaźnili się jakoś mocno. Najwyraźniej wspólne przebywanie w jednym miejscu jakoś do tego doprowadziło. Ciekawe, czy byliby dobrymi kolegami, gdyby Souela normalnie puszczano w trakcie smoczych nalotów?
Pogoniony cicho przez Cheoryeona wreszcie otworzył księgę. Przeczytał na głos krótkie streszczenie, podające między innymi, że wikingowie podzielili smoki na trzy podstawowe rodzaje: burzy, grozy i mroku. Przewrócił stronę, ujrzał pierwszy gatunek.
Gromogrzmot. Samotnik gniazdujący w morskich jaskiniach i podwodnych rowach. Jego ryk niósł falę dźwiękową, która przewracała statki, a nawet zabijała dorosłego wikinga. Śmiertelnie niebezpieczny, zabijać bezwzględnie.
Kolejna strona: drzewokos. Wielkimi skrzydłami był zdolny ściąć pnie młodych drzew. Śmiertelnie niebezpieczny, zabijać bezwzględnie.
— Nie mylić z tajfumerangiem — dodał Theo. — Na pierwszy rzut oka bardzo podobne do siebie.
Wrzeniec, inaczej parzypluj. Pluł na ofiary wrzącą wodą, wywołującą straszliwe poparzenia, mogące doprowadzić nawet do śmierci. Śmiertelnie niebezpieczny, zabijać bezwzględnie.
Cheoryeon popatrzył po reszcie, jego usta wykrzywiły się w dumnym uśmieszku, gdy inni skupili chwilowo na nim swoją uwagę. Ruchem głowy wskazał księgę, a następnie siebie dłonią.
Następny smok: gronkiel. Tego to już grupka zdążyła poznać, do tego z całkiem bliska. Przemknęli spojrzeniem przez stronę w nadziei, że dowiedzą się o nim czegoś przydatnego. Niestety wszystkie informacje sprowadzały się do tego, jak trudny był w pokonaniu przez takich kadetów jak oni.
Głośny grzmot poderwał wszystkich z miejsca, każdy poza Suyeon krótko krzyknął. Płomień pobliskiej świecy drgnął, oni zaś w chwilowym strachu spojrzeli za siebie na wrota. Na szczęście nic nie wpadło do środka, więc kontynuowali przeglądanie. Souel przewrócił kartkę, zaczął czytać reszcie kolejny opis.
Zębiróg zamkogłowy. Dwugłowy smok – jedna wypuszczała śmierdzący, łatwopalny gaz, druga go podpalała iskrami. Ścięcie jednego łba nie zabijało od razu, druga nadal sprawnie funkcjonowała, przynajmniej wystarczająco długo, by zabić co najmniej kilku wikingów. Śmiertelnie niebezpieczny, zabijać bezwzględnie.
Z każdym gatunkiem Souel coraz mniej czytał, a szybciej kartkował, aczkolwiek reszta jakoś go nie upominała.
Kontrolujący błyskawice wandersmok.
Plujący kwasem zmiennoskrzydły.
Któraś z kolei kartka wolno opadła, wszyscy zastygli w kompletnym bezruchu.
Nocna furia.
Wygląd nieznany. Wielkość nieznana. Niezwykle szybki i nieuchwytny smok, pomiot burzowych piorunów oraz samej, samiusieńkiej śmierci. W przypadku zauważenia go należało szukać schronienia i modlić się, żeby smok nie znalazł.
Cała grupka wpatrywała się w pozbawioną kolejnych informacji kartkę, jak gdyby miała ona nagle ujawnić więcej. Do niczego takiego nie doszło; nawet przy najlepszym świetle nikt nie doszukałby się detali. Nocna furia była jedynym wymienionym smokiem, o którym wikingowie praktycznie nic nie widzieli.
— Jak myślicie, jak wygląda nocna furia? — zapytał w pewnym momencie Theo.
Po głosie dało się określić dwie rzeczy: chłopak obawiał się nocnej furii, ale jednocześnie jako ciekawski przyrodnik chciałby się dowiedzieć o niej więcej.
Niestety mogli tylko spekulować.
Przynajmniej większość.
Souel milczał. Nie przyznawał się, że tak w zasadzie to widział nocną furię na własne oczy, a do tego wykonał jej szkic. Nawet jeśli nie miał z nikim tutaj na pieńku i w trakcie siedzenia z nimi w hali nie czuł się niekomfortowo, wolał udać, że tak jak oni nic nie wiedział. To nie tak, że mu uwierzą, przecież mógł sobie wszystko wymyślić. Miał tylko nadzieję, że nikt nagle nie przytoczy tego jego całego postrzelenia smoka.
— Na pewno jest wielka i przerażająca — powiedział Yangcyn, unosząc ręce i wyginając palce, imitując tym zakrzywione pazury. — Musi mieć długie kły i szpony jak ponocnik oraz jeszcze dłuższe rogi. Najlepiej kilka par. Może ma też więcej skrzydeł? Albo łap? — chwilę dumał. — I kolce, mnóstwo kolców! Taki dziki miszmasz między najgroźniejszymi gatunkami.
— A może nie wygląda tak strasznie? — zaproponował niepewnie Theo po krótkim namyśle. — Jakby tak popatrzeć z przyrodniczego punktu widzenia, przy jej szybkości i zwinności nocna furia nie powinna mieć zbyt dużo wystających elementów. Weźmy na przykład ptaki albo ryby. Te, które poruszają się sprawnie, czy to w powietrzu, czy pod wodą, mają opływowe kształty.
— Opływowe? — Yangcyn uniósł brew.
— No, żeby nie stanowić oporu powietrza ani wody — rzekł wtem Cheoryeon.
W tym momencie wszyscy, poza Theo, na niego spojrzeli.
— Nie rozumiecie? Na bogów, żenada. — Wywrócił oczami. — Zacofani wszyscy jesteście.
O dziwo tym razem nie dostał za swój tekst, inni jakoś go zignorowali. A nawet zapomnieli, gdy Yangcyn postanowił powiedzieć:
— Szkoda, że nie złapałeś wtedy nocnej furii. — Popatrzył na Souela. — Byłoby co oglądać.
Teraz uwaga całej grupki skupiona była na czarnowłosym chłopaku z piórem we włosach. Souel spojrzał po nich, otworzył nieco szerzej oczy.
— Hę? — ledwo wydobył z gardła.
Czyli tamto wydarzenie nie odeszło całkiem w niepamięć. No przecież. Na pewno wciąż o tym gadali za jego plecami. Może nawet wyśmiewali się z niego?
Przygryzł dolną wargę, chwilę milczał. Co prawda to było raptem kilka krótkich sekund ciszy, ale i tak reszta przynajmniej częściowo zrozumiała przekaz.
— Spoko, wiemy. — Yangcyn wzruszył lekko ramionami. — Gdyby ci się serio udało, już dawno wszyscy by o tym gadali. Wiesz, jak szybko się roznosi słowo w Berk.
Okej, czyli jednak blondyn nieco inaczej zinterpretował milczenie. Nie założył, że syn wodza cokolwiek mógł ukrywać. Musiał pomyśleć, że po prostu się speszył wspomnieniem o tym „nieudanym” zdarzeniu.
— T-Ta... — odparł Souel ze szczyptą niepewności w głosie. — Mówi się trudno.
— Myślę, że w końcu ktoś ją dopadnie — odezwała się Suyeon. — To tylko kwestia czasu.
— Czuję, że jeszcze wszyscy będą ją widzieć — dodał jej brat.
Słysząc tę wypowiedź, Yangcyn zmarszczył brwi.
— Co, znowu się odzywa to twoje „trzecie oko”?
— A jak!
Raczej nie zauważyli, że Souel odetchnął cicho z ulgą. W duchu cieszył się, że nie poruszyli tematu w sposób, który wywołałby u niego większe zakłopotanie. Szczerze mówiąc, nie wiedział, jak długo byłby w stanie ukrywać, że tak naprawdę złapał nocną furię, lecz z nieznanych nawet sobie przyczyn ją wypuścił, kiedy każdy inny wiking bez zawahania się zabiłby. Jeśli nie będą z nim rozmawiać o tym, to powinien jakoś dać radę. Miał taką nadzieję.
Chwilę jeszcze spoglądali na pustą stronę pod nazwą gatunku, po czym Yangcyn zaproponował, żeby już wrócili do swoich chat. Reszta zgodziła się z nim i wstała od stołu. Jedynie Souel oznajmił, że tylko poczyta trochę dłużej. Theo zapytał, czy ma na niego poczekać, tamten odmówił. Po paru minutach siedział zupełnie sam.
Spojrzał na niekompletny opis nocnej furii. Wyciągnął notatnik, otworzył na szkicu smoka. Nocna furia tyle razy atakowała Berk, więc trudno było mu uwierzyć, że absolutnie nikt nic nie wiedział. Ktoś w końcu musiał coś odkryć. Może zostały zdobyte jakieś informacje, ale jeszcze nie zapisano ich? Albo znajdą się w innej księdze czy zwoju?
Przyjrzał się szkicowi, zmrużył lekko oczy.
Jutro spróbuje wypytać Pyskacza o szczegóły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz