16 sierpnia 2025

Od Bashara – Kwiaty i granat (X)

— Jest pewne specjalne miejsce w tym pałacu, którego ci jeszcze nie pokazałem.
Dante podążał u jego boku, zaraz obok dreptał Cerber i wszystko wróciło do swego ustalonego rytmu. Nie tego, który był tu od zawsze, ale do tego nowego, tak odpowiedniego i właściwego, jakby przez te wszystkie wieki Podziemie czekało na pojawienie się zbłąkanego bóstwa – by wniosło barwę w surowy chłód bazaltu, by przyniosło nieco chaosu do idealnego porządku panującego wśród umarłych, by dotknęło serca władcy, pozwoliło mu na chwilę zejść z jego piedestału. Łagodny uśmiech błąkał się po ustach boga umarłych, a jego dłoń, przywykła do władczych gestów i dzierżenia pióra, teraz oplatała się łagodnie wokół tej mniejszej, opalonej, lecz tak gładko wpasowującej się między jego palce.
— Ten pałac jest tak wielki, że nie zdziwiłbym się, gdyby krył się tu gdzieś cały hipodrom. Albo skarbiec i zbrojownia. W każdym pałacu jest przecież skarbiec i zbrojownia.
Bashar zerknął na Dantego, ich spojrzenia się spotkały, ciepło i łagodny spokój wezbrały w sercu boga.
— Skarbiec i zbrojownię też ci kiedyś pokażę, ale nie dzisiaj.
— Kiedy?
— Kiedy indziej — odparł Bashar. — Z niczym nie musimy się spieszyć – tu na wszystko jest czas.
Zatrzymali się przed potężnymi, dwuskrzydłowymi wrotami, tak wysokimi, że zdawały się sięgać samego sklepienia. Wykonane z czarnego metalu, gładkiego i zimnego, a ich jedyną ozdobą były misterne grawerunki przedstawiające sceny sądów, podróży dusz i potężnych, potwornych istot, tych nieprzeliczonych zastępów nieśmiertelnych bytów czuwających nad tym, by każdy dotarł tam, gdzie powinien i dostał to, na co zasługiwał. To nie kościana służba, nie spiżowi wojownicy Hefajstosa pełnili wartę przy tej komnacie – dwójka hekatonchejrów pilnowała przystępu dalej. Na widok zbliżającej się grupy, skinęli swymi licznymi głowami, skomplikowane zbroje zadźwięczały, miecze zalśniły odblaskiem odległych pochodni.
Do tej pory Bashar oprowadzał Dantego po Podziemiu starannie unikając całego tego skrzydła pałacu, lecz skoro nie było już między nimi miejsca na tajemnice i niedopowiedzenia, skoro słowa i uczucia, kiełkujące w ich sercach ujrzały światło dnia, pewna rzecz musiała stać się jasna.
— Co to za miejsce? — spytał Dante, wyciągając dłoń w stronę wrót, dotykając płaskorzeźby warczącego Cerbera zdobiącej jedno z przedstawień.
— Sala, w której zapadają najważniejsze decyzje — odparł Bashar, po czym bez wysiłku pchnął jedno ze skrzydeł.
Wrota rozwarły się powoli, bezszelestnie, ukazując ogromną, przytłaczającą swym ogromem przestrzeń. Bashar wkroczył, wprowadził również Dantego, dwie sylwetki zniknęły w komnacie niczym w trzewiach pradawnej bestii. Dźwięk ich kroków rozlegał się w przemożnej ciszy, niknął wśród niekończących się rzędów kamiennych ław, przygotowanych na przyjęcie setek petentów, rozmywał się w gęstym lesie geometrycznych kolumn, ich szpalerów wspierających ginące w mroku sklepienie. Nie było tu okien, nie było ozdób, poza naturalnymi dla Podziemia żyłami metali i zaklętymi, lśniącymi kryształami, osadzonymi w kamieniu. Ich blask spowijał komnatę jednolicie chłodnym, surowym światłem.
A na samym końcu, na podwyższeniu, do którego prowadziło dziewięć szerokich stopni, stał olbrzymi tron.
Nie przypominał złotych, wysadzanych klejnotami siedzisk bogów Olimpu. Ten był wyrzeźbiony z litego bloku obsydianu, tak czarnego, że zdawał się pochłaniać światło. Jego ostre, geometryczne krawędzie i wysokie, postrzępione oparcie przywodziły na myśl skaliste szczyty Podziemia, stworzone wśród wulkanicznych wyziewów i zabójczej magmy. Był to tron stworzony nie dla wygody, lecz manifestacji niepodważalnej władzy.
— Chodźmy — odezwał się Bashar, prowadząc oniemiałego Dantego.
— Jak Tanatos w ogóle na tym tronie siada? — spytał zbłąkany bożek. — Z rozbiegu wskakuje?
Bashar parsknął cichym śmiechem.
— To nie jego miejsce.
To powiedziawszy, Bashar puścił dłoń Dantego, minął go, podążył do samego tronu. Jego postać, otulona czterema parami onyksowych skrzydeł, idealnie wpasowywała się w surową estetykę sali tronowej. Każdy jego krok niósł echo władzy, każdy gest miał w sobie ciężar odpowiedzialności za rozległą krainę śmierci i wieczności. Cerber, do tej pory trzymający się gdzieś z tyłu, wyprężył się, uniósł wszystkie trzy łby i zajął pozycję u podnóża schodów, niczym strażnik na warcie.
Bashar wspiął się po stopniach, jeden po drugim, nie odwracając się. Gdy dotarł na szczyt, stanął przed tronem, a potem, jednym płynnym, królewskim ruchem, zasiadł na nim.
Cisza, która zapadła, była cięższa niż kamień, z którego zbudowano pałac. Bashar oparł łokcie na ostrych krawędziach tronu, splótł palce pod brodą. Jego skrzydła rozłożyły się szeroko, opływając obsydianowe oparcie niczym żywa, mroczna rzeka. W tym momencie nie był już przewodnikiem. Był władcą, ucieleśnieniem tej krainy.
— Dante — głos Bashara, niósł się po sali z niepodważalnym autorytetem – głęboki, potężny, zdolny skruszyć skały i ugiąć kolana najdumniejszych herosów. — Pytałeś kiedyś, kim myślę, że jestem. Nie skłamałem, mówiąc, że myślę, że jestem przewodnikiem, muszę jednak przyznać, że jestem lepiej znany pod innym mianem. Władca Podziemia – tak najczęściej się mnie określa, choć bogobojni śmiertelnicy mają dla mnie jeszcze inne miana.
Z satysfakcją i rozbawieniem obserwował paletę emocji przebiegającą przez twarz Dantego. Od niedowierzania, przez zrozumienie, połączenie tych drobnych wydarzeń, świadczących o specjalnej roli Bashara tu, na dole. Łaźnie, których nie odwiedzał nikt prócz ich dwójki, rozmiarem odpowiednie dla skrzydlatego boga, do tego wszyscy mieszkańcy Podziemia, kłaniający się nie przed gościem z powierzchni, ale przed podążającym tuż obok suwerenem, a także jego prywatna komnata, na samym szczycie pałacu, z widokiem godnym władcy podziemnej krainy. Sylwetka emanująca dostojeństwem, uważne spojrzenie i słowa wypowiadane z rozwagą kogoś, kto mierzył upływ czasu stuleciami.
— Kazałem ci lecieć po piłkę Cerbera! — wykrztusił w końcu Dante.
— Jak również odziewać cię po każdej wizycie w łaźniach, gościć w moich komnatach i oprowadzać po najdalszych zakamarkach Podziemia — dokończył Bashar, spoglądając na niego z góry. Po chwili uśmiechnął się łagodnie. — Oskarżyłeś mnie też o brak poczucia humoru i stwierdziłeś, że mam zardzewiałe kolana.
Dante otworzył usta, zamknął je, po czym wybuchnął śmiechem. Głośnym, szczerym, niepohamowanym, niosącym się po sali, odbijając od surowych ścian i przełamując jej grobową powagę.
— Wiedziałem — powiedział w końcu. — Czułem, że Tanatos do tego nie pasuje, i że w tobie jest coś… — urwał, wykonał nieokreślony gest ręką. — Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Bashar sam się na dobrą sprawę nad tym zastanawiał.
— Najpierw cała sytuacja wydała mi się zabawna. Chciałem poczekać, aż sam się zorientujesz. Chciałem też zobaczyć, jakim mężczyzną jesteś — Bashar przechylił lekko głowę, zmrużył oczy. — Nie tylko śmiertelnicy zachowują się inaczej w obecności kogoś potężnego, a zupełnie inaczej traktują sługę, który nie odpowie na ich zachowanie inaczej, jak tylko pokornym schyleniem głowy.
— Chciałeś mnie po prostu sprawdzić?
— I trochę nastraszyć, kiedy byś w końcu się wszystkiego domyślił. Tak w ramach kary za wtargnięcie do Podziemia — przyznał Bashar, westchnął. — A potem… chciałem, żebyś poznał mnie takiego, jakim jestem, i Podziemie takim, jakim jest. Chciałem, żebyś został, bo tego pragniesz, a nie dlatego, że boisz się, co się stanie, jeśli zrobisz coś nie po mojej myśli. — Wyciągnął do niego rękę, a Dante wspiął się po stopniach do samego tronu, ujął chłodną dłoń, przyłożył do swojego policzka. — I poza tym… — dodał Bashar, łagodnie odwracając Dantego, pozwalając mu zobaczyć bezkres sali tronowej z wysokości siedziska władcy. Surowy kamień i rzędy ław sprawiały, że ciężar odpowiedzialności spoczywającej na barkach boga umarłych przytłaczał. — Od pierwszego dnia jesteś niczym powiew życia w tej krainie. A ja odkryłem, że bardzo tego potrzebuję.


— Najczęściej rydwanem — odparł Bashar. — Jeśli sprawy wymagają mojego przebywania na powierzchni, głównie gdy Zeus wyraźnie życzy sobie mnie zobaczyć, podróżuję rydwanem. Niewiele wierzchowców jest zdolnych mnie unieść, a skrzydła nie ułatwiają jazdy. Tutaj korzystam z wygody własnych skrzydeł – nawet najbardziej rączy rumak nie prześcignie mnie w powietrzu, szczególnie na tych nierównych, kamienistych szlakach.
Podziemie nie do końca było krainą przyjazną dla koni, mimo to jednak pałac Bashara wyposażony był w stajnie, a na pobliskim pastwisku dało się dostrzec parę rumaków. Ledwie jedno spojrzenie wystarczało, by odróżnić je od zwyczajnych koni – hebanowa sierść lśniła niczym polerowany obsydian, długie grzywy sypały iskrami, a popielna trawa kruszała pod twardymi kopytami. Konie rzucały łbami, parskały siarkowym dymem, brykały między skalnymi występami.
— Są przepiękne! — wykrzyknął Dante, opierając się o kamienny płot, unosząc lekko, by lepiej widzieć konie.
— A przy tym narowiste i agresywne — dodał Bashar. — Wymagają bardzo uważnego i przemyślanego podejścia.
— Patrz, jeden do nas biegnie!
— Bo to też ciekawskie łasuchy — mruknął bóg umarłych, sięgając tkwiącej przy pasie sakwy, wydobywając z niej chaos barwnych, błyszczących kryształów.
Jeden z rumaków oderwał się od stada, zagalopował w ich kierunku, tylko po to, by w ostatniej chwili skręcić, dumnie przebiec tuż przy płocie, uważnym spojrzeniem lustrując stojącą po drugiej stronie dwójkę. Dante już chciał wyciągnąć do niego dłoń, gdy koń prychnął, zawrócił, bryknął, krzesząc kopytami iskry. Podejdę, jeśli będę tego chciał, mówił ten wysoko uniesiony łeb i pozornie obojętne spojrzenie. Zaraz jednak końskie ucho zastrzygło z zaciekawieniem, gdy Bashar zagrzechotał kryształkami, wyciągnął dłoń w stronę rumaka. O dumie zapomniano, gdy pojawiły się łakocie, i już po chwili ręka Bashara pełna była miękkich chrap, gdy koń zapamiętale chrupał kawałki różowego kwarcu. Dante wyciągnął rękę, dotknął gładkiej sierści, odgarnął płomienistą grzywę z czoła.
— Mają nieprzystępny charakter, ale jeśli już się do kogoś przyzwyczają i go polubią, nie znajdziesz wierniejszego i odważniejszego towarzysza — powiedział Bashar, sięgając znów do sakwy, tym razem wysypując nieco kryształów na rękę Dantego. — Oswojenie jednego z nich zajmie sporo czasu, ale każda chwila będzie tego warta. Poza tym — stanął bliżej, objął ciaśniej Dantego — mamy razem mnóstwo czasu.


Skrzydła Bashara wypełniały niemal cały basen, ten największy, w samym sercu łaźni. Dante siedział przy krawędzi, zanurzony po szyję w ciepłej wodzie, z zaciekawieniem podziwiając czarne lotki. Nabrał nieco wody w dłoń, pozwolił jej wylać się na pióra, obserwował, jak krople toczą się po skrzydłach, by zawisnąć na moment na końcach, spaść z powrotem do basenu. Bashar poruszył się nieco, wzburzył spokojną wodę. Tylko znudzone prychanie czekającego za drzwiami Cerbera sprawiało, że którykolwiek czuł jakikolwiek upływ czasu.
— Jak na władcę całej wielkiej krainy masz dużo czasu wolnego — przyznał Dante, tym razem wsuwając dłoń między pióra, mierzwiąc je lekko. — Myślałem, że będziesz całe dnie spędzał na sądzeniu dusz, wtrącaniu złoczyńców do Tartaru albo sprawdzaniu, czy ktoś nie próbuje się stąd wymknąć.
Bashar parsknął śmiechem, oparłszy się o krawędź basenu.
— Nie zajmuję się takimi rzeczami – od tego są inni. Sam nigdy bym sobie nie poradził, gdybym zajmował się takimi… pojedynczymi przypadkami. Do moich obowiązków należy sprawowanie ogólnej władzy nad Podziemiem, pilnowanie, czy wszystko działa tak, jak powinno i ewentualne radzenie sobie z poważnymi problemami.
— Jakie mogą być poważne problemy w Podziemiu?
— Na przykład, gdy wtargnie do niego ktoś, dla kogo nie nastał jeszcze właściwy czas — odparł Bashar, zerkając na Dantego kątem oka, gdy ten prychnął, odgarniając z twarzy przemoczony kosmyk włosów. — W ostatnich czasach nie byłeś jedyny.
Zbłąkany bożek uniósł brew.
— Tamtego też oprowadzałeś po Podziemiu?
Bashar pokręcił głową.
— Nie, i on też nie był zainteresowany dłuższym pobytem tutaj.
— Kto to właściwie był?
— Herakles — odparł Bashar. — Jeden z licznych synów mojego brata.
— Tak, słyszałem o nim… Słyszałem o tym, co zrobił, kto za tym stał i jaki los go w końcu spotkał. — Twarz Dantego pociemniała. — Czy jedną z jego prac była konieczność dostania się do Podziemia?
— I porwania stąd Cerbera.
Dante uniósł brwi w niedowierzaniu, usiadł gwałtownie w basenie, burząc wodę.
— Chciał porwać Cerbusia?!
Szczeknięcie odezwało się zza drzwi, Bashar plusnął jednym ze skrzydeł.
— Taki był pierwotny plan Heraklesa. Lecz gdy w końcu udało się go schwytać i stanął przed mym obliczem, porozmawialiśmy sobie trochę.
— I co zrobiłeś?
Bashar popatrzył uważnie na Dantego, jakiś rodzaj zamyślenia odbił się w spojrzeniu władcy umarłych.
— A co ty byś zrobił na moim miejscu? — spytał, odwracając się tak, by widzieć Dantego lepiej. — Herakles przyznał się w końcu, po co przybył, przeprosił za spowodowany bałagan i poprosił mnie o wypożyczenie mu Cerbera.
— To na pewno był syn Zeusa?
— Może odezwała się w nim śmiertelna krew jego matki — odparł Bashar z rozbawieniem.
Dante zamyślił się.
— Na twoim miejscu po prostu bym mu Cerbera pożyczył — powiedział w końcu. Zza drzwi łaźni znów ozwało się szczeknięcie. — O ile oczywiście Cerbuś chciałby się gdziekolwiek wyprawiać, ale chyba trochę czasu na powierzchni by mu nie przeszkadzało. Poza tym dałbym Heraklesowi jeden warunek.
— Jaki?
— Musiałby się opiekować Cerberem jak własnym psem i dostarczać mu rozrywki. Wziąć na tę podróż jego ulubione piłki, rzucać mu je i ogólnie o niego dbać. Nie może być tak, że zamknie go w klatce i wywiezie gdziekolwiek będzie mu się podobało, jakby Cerber był pierwszą z brzegu kozą.
Bashar uśmiechnął się.
— Miałbym puścić w niepamięć złamanie praw tej krainy i porachowanie kości mojej służby?
— Bashar, obaj wiemy, że puściłeś już raz w niepamięć złamanie praw tej krainy, a porachowane kości same na powrót się składają. To jest o wiele mniejsze przewinienie, niż by się wydawało, a poza tym… To nie tak, że Herakles chciał zrobić to, co zrobił. I że te prace to dla niego taka sprawiedliwa kara. — Dante zamilkł na chwilę, przesunął się bliżej w stronę Bashara. — Nie powiedziałeś mi w końcu, co ty zrobiłeś.
Bashar posłał mu uśmiech, odwrócił się w stronę drzwi.
— Cerber? Podobało ci się w Mykenach?
Z drugiej strony odpowiedziało mu radosne poszczekiwanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz