Słońce zaszło znad sawanny. Skryło się za horyzontem, rzucając swoje ostatnie ciepłe promienie na suchą roślinność. Ptactwo poderwało się do lotu, szukając schronienia na nieubłaganie nadchodzącą noc. Ciszę przerwał ryk lwa. Ogłaszał wygraną. Zdobył te ziemie, okolica należy wyłącznie do niego. Zwycięzca bierze wszystko, a przegrany musi odejść.
Z jego ran sączyła się świeża krew. Kulał, powłóczył nogami, chwiał się na boki. To nie był już najmłodszy lew. Lata swojej świetności miał dawno za sobą. Panował nad tutejszymi ziemiami sprawiedliwie, bronił ich, wygrał liczne walki. Zbudował stado, przyjazne i bezpieczne dla każdego. Lwice były jego przyjaciółkami, nie partnerkami. Nigdy nie doczekał się młodych.
Odszedł pokonany, ranny i upokorzony. Musiał opuścić dom, w którym się wychował. Z bólem w oczach żegnał każde drzewo, wzgórze, wodopój. Zestarzał się. Nie mógł dłużej bronić swoich bliskich. Wtedy pojawił się nowy, silniejszy. Zajął jego miejsce. Takie jest prawo natury.
Burzliwy, bo tak go tutaj nazywano, oddalił się od swoich dawnych ziem. Nie odwracał się za siebie. Szedł pustym korytem rzeki. Niegdyś płynęła tutaj woda, ale w czasie pory suchej całkowicie zniknęła. Tutejsze ziemie nie pamiętały już deszczu. Od wielu miesięcy wypalało je okrutne słońce.
Ranny lew czuł wstyd. Nie potrafił dopuścić do świadomości tego, że się zestarzał. Nigdy wcześniej nie przegrał. Bronił swoich ziem do ostatniej kropli krwi, wgniótł w ziemię niejednego pretendenta na swoje miejsce. Dzisiaj jednak własne siły go zawiodły. Nie mógł dłużej walczyć.
A teraz nie miał już czego bronić. Został sam. Bez ziemi i bez przyjaciół. Głodny, ranny, całkowicie zdezorientowany. Nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Nie widział sensu w podbijaniu innego stada. Nie wygrałby. Nie chciał też przelewać większej krwi. Nadszedł czas, aby osunąć się w cień. Odejść w zapomnienie.
Burzliwego owiały nieznane zapachy nowej przestrzeni. Znajoma woń bezpiecznego domu przestawała już być wyczuwalna. Lew powoli szedł przed siebie, zostawiając swoje całe doczesne życie za plecami. Oczywiście, że martwił się o przyjaciół, których objął opieką nowy przywódca. Był to młody i silny lew. Burzliwy miał nadzieję, że będą z nim bezpieczni.
Rany dawały mu się we znaki coraz bardziej. Czuł, jak zadrapania i ugryzienia pieką go nieubłaganie. Ledwo łapał oddech. Obraz zamazywał mu się przed oczami. Musiał odpocząć. Burzliwy upewnił się, że oddalił się już wystarczająco daleko od dawnego domu. Dopiero wtedy opadł na ziemię. Jego ciało drżało z bólu. Z trudem zasnął. Nie był pewien, czy w ogóle przetrwa noc. Gdzieś w głębi serca czuł, że lepiej byłoby, gdyby rano się już nie obudził.
Niestety. Obudziły go promienie wschodzącego słońca. Burzliwy nie podniósł się z miejsca od razu. Leżał dłuższą chwilę w bezruchu. Zastanawiał się nad swoim losem. Nie mógł tutaj zostać. Musiał ruszyć dalej. Wiedział, że nigdzie nie jest mile widziany. Okoliczne ziemie już dawno znajdują się pod czyjąś władzą. Pozostało mu wędrować bez celu, unikając spotkań z innymi lwami, bo te mogłyby skończyć się dla niego boleśnie. Nikt nie lubił przybłędów, którzy jedynie kradną zwierzynę i wodę. Szczególnie teraz, w czasie pory suchej.
Upał stawał się nie do wytrzymania. Burzowy musiał podnieść się z miejsca i poszukać lepszego schronienia na lizanie ran. Wyszedł z koryta rzeki i skierował się w stronę przeciwną do swoich dawnych ziem.
Skwar, brak wody i narastający głód były dla niego nowością. Wychował się na bezpiecznej sawannie. Trzymał się blisko swojej rodziny i przyjaciół — nie brakowało mu tam jedzenia ani wody. Burzliwy powoli zaczynał za tym tęsknić. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że nigdy już tego nie odzyska.
Pochłonięty własnymi myślami i rozpaczaniem nad swoim losem, nie usłyszał, że coś się do niego zbliża. Ciche kroki przemknęły po ziemi. Wtem niespodziewanie, tuż przed nos Burzliwego wyskoczyła złota kulka.
Było to lwiątko o sierści w kolorze promieni słońca. Stanęło naprzeciwko dorosłego lwa i machnęło ogonem.
— Przestraszyłem cię! — zawołało zadowolone z siebie. — Mama mówiła, że świetnie się skradam! Nie byłeś w stanie mnie usłyszeć!
Burzliwy zamrugał oczami, nie kryjąc zaskoczenia. Nie spodziewał się takiego spotkania. Co lwiątko robi samo na takim odludziu?
— Zgubiłeś się? — Lew zniżył łeb, aby przyjrzeć się kocięciu. Pachniało wiatrem i piachem. Musiało kręcić się po okolicy od dłuższego czasu.
— Nic takiego! — zapewniło lwiątko. — Bawię się z mamą w chowanego! Tylko nie mogę jej znaleźć…
Mały lew posmutniał. Jego uszy opadły, a sam odwrócił wzrok.
— Miałem się schować i poczekać, ale mama nie wróciła. Szukałem jej wszędzie, ale nie mam pojęcia, gdzie mogła pójść.
Burzliwy uniósł łeb i zaczął węszyć. Nie czuł zapachu żadnego dorosłego lwa. Lwiątko było kompletnie samo. Porzucone, widocznie głodne, ale wesołe i wciąż pełne nadziei. Jakaś nowość. Zwykle ginęły pierwsze, gdy tylko nowy przywódca obejmował władze nad stadem. Prawo nakazywało pozbyć się dzieci pokonanego rywala. Wychowywanie potomstwa wroga byłoby głupotą. Każdy lew to wiedział.
— W takim razie, poczekaj na nią, może niedługo po ciebie wróci.
Stary lew ominął lwiątko i ruszył przed siebie. To nie był jego problem.
— Nie, nie, zaczekaj!
Kociak dogonił go. Wpatrywał się przez chwilę w Burzliwego. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił ubrać tego w słowa. Zaczął się wahać i posmutniał. Wbił wzrok w swoje puszyste złote łapki.
— Szukam już mamy długo, ale naprawdę nie mogę jej znaleźć — przyznał się z rozżaleniem w głosie. — Potrzebuję pomocy. Chcę wrócić do domu…
Burzliwy westchnął. W pewien sposób on i to lwiątko były do siebie podobne. Zagubieni, nie wiedzieli, co przyniesie następny dzień. Samotni i porzuceni.
— W porządku — odezwał się Burzliwy, przewracając oczami. — Gdzie mieszkasz? Odprowadzę cię.
Lwiątko rozpromieniło się. Jego oczy zalśniły, a uszy uniosły się do góry.
— Nie pamiętam dokładnie drogi, ale nasze stado zamieszkiwało górzyste tereny! To nie może być daleko!
Burzliwy rozejrzał się. Na horyzoncie znajdował się zarys górskich szczytów. Niecały dzień drogi stąd. Lwiątko musiało pochodzić z tamtych ziem.
— W porządku, chodź za mną.
Lew ruszył w stronę gór, a kociak podreptał za nim.
— Mam na imię Sosenka! — przedstawił się. — A ty? Jak mam do ciebie mówić?
— Burzliwy — mruknął lew. — Zwą mnie Burzliwy.
Mimo ran i płynących z nich bólu udało mu się zapolować na starą antylopę. Była wolna i kulawa. Oddaliła się od stada. Stanowiła łatwy cel nawet dla poranionego lwa i upierdliwego lwiątka. Ich ofiara nie smakowała najlepiej. Jej mięso było twarde i żylaste, ale dla dwóch wygłodniałych drapieżników była spełnieniem marzeń. Napełnili żołądki, a następnie odpoczęli w cieniu akacji.
— Ty też się zgubiłeś? — dopytywał Sosenka. Dzięki posiłkowi odzyskał siły. Był jeszcze bardziej żywiołowy niż wcześniej. Bawił się wokół Burzliwego: podrzucał suche liście, plątał się w suchej trawie, ganiał żuki. Miał naprawdę wiele energii.
— Nie — burknął Burzliwy. Przewrócił się na drugi bok. — Musiałem odejść ze stada.
— Dlaczego? — zdziwił się Sosenka, przekrzywiając łebek.
— Takie prawo — odpowiedział lew ze wzruszeniem ramion. — Wygrany bierze wszystko, przegrany ginie lub odchodzi. Zawsze tak było.
— Ale to głupie!
Burzliwy uśmiechnął się krzywo.
— Nie zmienisz świata. Było tak od zawsze, trwa teraz i będzie niezmiennie w przyszłości. Możesz z tym walczyć, ale i tak prawo stada prędzej czy później da o sobie znać.
— To niesprawiedliwe. — Po tych słowach Sosenka zamilkł. Wyglądał na zasmuconego, nie kontynuował rozmowy. Usiadł obok Burzliwego i zaczął wpatrywać się w niebo. Niedługo później ruszyli w dalszą drogę.
Przed zmrokiem teren zaczął się zmieniać. Płaskie pustynne tereny sawanny zaczęły przybierać najróżniejsze krzywizny. Ostre kamienie zaczęły wystawać ponad powierzchnię ziemi. Drzewa rosły tutaj rzadko, a porywisty wiatr wiał mocniej.
Burzliwy czuł się tutaj niepewnie. Pierwszy raz w swoim długim życiu był tak daleko od domu. Wokół wyczuwał wiele nowych zapachów. Czuł przede wszystkim wonie obcych lwów. Znajdowało się tutaj stado. I to bardzo blisko.
Sosenka podskoczył z ekscytacji.
— To dom! — zawołał uradowany i wybiegł do przodu. — Zaraz spotkamy się z mamą! Chodź, Burzliwy, musisz ją poznać!
Lew machnął ogonem. Nie chciał wchodzić w głąb wrogiego terytorium. Wolał nie kusić losu i nie prowokować tutejszego władcy. Dla własnego bezpieczeństwa. Rany wciąż były świeże. Nie dałby rady walczyć, gdyby doszło do konfrontacji.
— Będzie lepiej, jeśli już pójdę — powiedział Burzliwy. — Żegnaj, Sosenko, rośnij duży.
— Tak, lepiej będziesz, jeśli już pójdziesz.
Tuż za Burzliwym rozbrzmiał wrogi głos. Ranny lew odwrócił się i zobaczył stojącego za sobą młodego samca. Oby miał ciemne futro i gęstą grzywę. Był ogromny, znacznie większy od Burzliwego.
— To moja ziemia — warknął nieznajomy. — A goście nie są tutaj mile widziani.
— Odprowadziłem tylko twojego kociaka do domu — wyjaśnił Burzliwy. Cofnął się o krok. Dawniej nie odpuściłby walki. Jeszcze kilka lat temu nie ugiąłby się przed nikim. Dzisiaj był echem samego siebie. Nie wygrałby tego pojedynku. Doskonale o tym wiedział.
— Kociaka? — zdziwił się lew o ciemnej sierści. — To ciekawe. Myślałem, że pozbyłem się wszystkich.
Sierść na grzbiecie Burzliwego się zjeżyła. Właśnie zrozumiał, co się wydarzyło. Ojciec Sosenki musiał przegrać pojedynek. Młody lew zajął jego miejsce i pierwsze, co zrobił, to całkowite ukrócił linię krwi swojego rywala. Mama lwiątka w ostatnim akcie desperacji najpewniej złamała prawo stada i próbowała ratować swojego syna, wyprowadzając go daleko poza rodzinne tereny. Burzliwy nie wiedział o tym i doprowadził kociaka prosto na spotkanie z przeznaczeniem. Sosenka też chyba też pojął swoją sytuację. Skulił się, zaczął drżeć i z przerażeniem wpatrywał w lwa, który pokonał jego ojca. Ten z kolei wyszczerzył kły w rozbawionym uśmiechu.
— No cóż, prawo jest prawem, nie miejsce mi tego za złe!
Skoczył w stronę lwiątka. Burzliwy zareagował szybciej. Był stary i ranny, ale doświadczony w walce. Odparł atak.
— Naprawdę tego chcesz, starcze? — zakpił lew. — Dopiero zdobyłem tę ziemię i wierz mi, będę o nią walczyć!
Rzucił się na Burzliwego. Przeturlali się po ziemi, wyrzucając w powietrze kłąb kurzu. Walka była zajadła. Wyrwana sierść i krew pokryły pobliskie skały. Była to walka na śmierć i życie.
Burzliwy zręcznie unikał ciosów, ale wyczerpanie dawało mu się we znaki. Długo nie dałby rady ciągnąć tego pojedynku. Zdawał sobie sprawę z tego, że ten przeciwnik mu nie odpuści. Najpierw zabije jego, a później pozbawi życia Sosenkę. Starszy lew postanowił zaryzykować. Przy najbliższej szarży odepchnął wroga prosto na skały, a gdy ten łapał oddech, Burzliwy wyślizgnął się spod jego pazurów, złapał w zęby lwiątko i zaczął uciekać. Biegł, ile sił w łapach. Potykał się o wystające skały, czuł na sobie oddech wroga, ale nieugięcie parł przed siebie. Dopiero gdy upewnił się, że pościg się skończył, wypuścił z pyska lwiątko i opadł na ziemię, z trudem łapiąc oddech.
Nie odzywali się dłuższą chwilę. Siedzieli w milczeniu, wpatrując się w siebie. Oczy lwiątka lśniły od łez.
— Dlaczego mnie uratowałeś? — zapytał w końcu Sosenka. W jego głosie wybrzmiała rozpacz. — Czy to nie jest wbrew prawu stada?
— To, że prawo stada istnieje, nie oznacza, że jest ono dobre — odparł szczerze Burzliwy. — Nie wszyscy się z nim zgadzają.
— Gdy dorosnę, zmienię te głupie zasady! — zawołał Sosenka z determinacją w głosie. — Nikt nie będzie więcej cierpieć!
Burzliwy zaśmiał się cicho.
— Będę cię trzymać za słowo — zapewnił. — Chętnie też zobaczę, jak to robisz.
Lwiątko pokiwało głową. Miało zdeterminowane spojrzenie. Smutek zastąpiła żarliwa chęć wypełnienia nowego celu. Pragnienie zmienienia czegoś, co wydawało się wieczne.
Wtem niebo przyciemniły gęste chmury. Zasłoniły one słońce. Pierwsza od wielu miesięcy kropla deszczu spadła prosto na nos Sosenki. Lwiątko odskoczyło zaskoczone.
— Co to takiego?! Woda z nieba?!
Burzliwy pokręcił łbem z niedowierzaniem. Kociak musiał narodzić się w czasie pory suchej i nigdy wcześniej nie widział jeszcze deszczu. Stary lew wyjaśnił mu, co się dzieje. Sosenka rozpromienił się i zaczął skakać po nowo powstałych kałużach.
Przyjemny chłód wody ogarnął ciało Burzliwego. Oczyszczała rany, łagodziła ból, zaspokajała pragnienie. Lew zadarł głowę i spojrzał w niebo pochmurne niebo. Deszcz spływał mu po pysku.
— Naprawdę nadchodzi czas zmian.
Słowa poniósł wiatr. Burzowy naprawdę chciał wierzyć, że niedługo będzie lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz