21 sierpnia 2025

Od Virgila – Mazury

— Jak ci się któryś chłopiec spodoba — mawiała do niego babcia Heloiza, siedząc na ganku i puszczając z fajki dziadka okrągłe dymki — to na Mazury go przywieź do mnie. Ludziom się serca na Mazurach otwierają lepiej. W miastach to one ściśnięte są, jak ta cała paskudna zabudowa przez kota nasrana. Tam ci ludzie nic nie powiedzą, tak jak nic ci rozkład jazdy krakowskich tramwajów nie powie, bo to jeździ wedle swojego widzimisię. Ale na Mazurach — przy tych słowach babcia uśmiechała się szerzej, rozkładała ramiona, jak ten gospodarz prezentujący swe rozkwitłe pole — jest przestrzeń, miejsce na oddech, zwierzenia. Jeśli by się tak zdarzyło, że twój dziadek w jakieś zatłoczonej uliczce by mi wyznał, że mnie kocha, to chyba przez łeb by dostał. A tak, to on zabrał mnie nad jezioro, wziął za rękę, powiedział „Heloizo, kwiecie” i byłam cała jego... Było tak ładnie i romantycznie, że nawet to jego wysokie czoło mi nie przeszkadzało. — Wilczek wiedział od mamy, jak babcia uwielbiała dziadka w to czoło całować. — Więc mówię ci, na Mazury zabierz gagatka.
Wergiliusz słuchał tych słów z uprzejmym uśmiechem, kiwał głową, gdy babcia na niego patrzyła i ogólnie całą tę przemowę, maglowaną przy każdej jego wizycie, traktował z przymrużeniem oka. Bo że babcia chciała dobrze, to nie wątpił, ale jakoś nie widział, żeby wiejska działka na Mazurach miałaby pomóc mu zbajerować jakiegoś chłopaka z powodzeniem. Wszystkie jego podboje sercowe miały miejsce w Warszawie i zostawały w Warszawie – niezgrabne początki w gimnazjum i liceum, wyboiste relacje na pierwszym i drugim roku ASP, tylko że potem…
Potem spotkał Szymona, jak oddawał pracę dyplomową z rzeźby. I słowa babci nagle uderzyły jakoś inaczej.


Przydrożne dęby, ze swoimi grubymi pniami i soczyście zielonymi koronami, były jak strażnicy mazurskiego pojezierza, wystawiający szereg komitetu powitalnego przed zacnymi gośćmi. Już żaden hałas miejski, żaden smog nie mógł ich tutaj dosięgnąć – znaleźli się pod patronatem pachnącego lasem powietrza i ciągnącej się po horyzont, polnej sielanki. Droga wiła się coraz bardziej, prowadząc na pagórki i w doły, zawijając się jak sylwestrowa serpentyna, będąc dobrym znakiem, że są niedaleko – im trudniejsza się robiła trasa, tym bliżej serca Mazur człowiek się znajdował.
Sportowy motocykl mruczał miarowo stałą prędkością niczym ostrożna bestia wchodząca na nieznany sobie teren.
— Wilczek? — Usłyszał w interkomie kasku głos Szymona. Wilczek, bo Wilczyński. Wszyscy tak na niego wołali, w tym rodzina. Ale czuł jakąś różnicę w tym, gdy młody muzyk zwracał się do niego w ten sposób, a gdy robili to pozostali. Brzmiało to czulej w jego ustach. Albo Wilczek sobie to zwyczajnie ubzdurał. — W porządku z tyłu?
Pewnie, że on chciał wpierw jechać po prostu pociągiem, a potem autobusem, jak to z Walerym robili, gdy babcię odwiedzali. Przygotował sobie całą rozpiskę trasy, zanim poszedł z propozycją do Szymona, zapewnił, że jakby ten chciał z nim pojechać, to ta droga wcale nie będzie taka męcząca, że kilka godzin, prawda, ale widoki u babci są piękne, warte zachodu, a domek to nie jakaś rudera stara, pokój gościnny jest z dwoma łóżkami, zupełnie wygodnymi… On mówił, a Szymon się uśmiechał i pewnym momencie Wilczek całkowicie stracił wątek, jego myśli rozbite przez te pogodnie uniesione kąciki ust. Szymon z przyjemnością chciał pojechać, ale miał lepszy pomysł na dojazd.
Ludzie kojarzyli go i Żegotę na uczelni trochę, ten niebieski i czerwony bak. Żegota często woził różnych znajomych, ale Szymon to się podobno wkurwiał na każdego, kto mu tylne siedzenie zajmował. Jakie więc było zdziwienie Wilczka, gdy muzyk to sam zaproponował, na następny dzień dając mu kask dla pasażera, którego nigdy nie miał kupować.
— W porządku — odpowiedział, próbując brzmieć, jakby to była najnormalniejsza podróż w jego życiu. Jakby nie spędził całej drogi na myśleniu o tym, że mógłby zwyczajnie odpłynąć, wtulony w plecy Szymona. — Tak. Bardzo. Jest super. Znaczy w porządku.
Szymon parsknął cicho w słuchawce. Nawigacja pokazywała pięć minut do celu.
Pojedyncze domy zaczęły wyrastać z jednej i drugiej strony ulicy, niektóre niewielkie, schowane w głębi sporej działki, inne świeżo wyremontowane, przygotowane pod gości na sezon turystyczny. No i ten dobrze znany, niepozorny, przytulny, do którego prowadziła zarośnięta trawą droga. Trochę obdrapany, lecz nadrabiający kolorowymi rabatkami i świeżo odmalowanym gankiem. Woń ciemnej bejcy chyba wciąż unosiła się wokół niego.
Motor Szymona poradził sobie bez zarzutu z podjechaniem pod same drzwi, choć przypominało to skradanie się egzotycznego, drapieżnego kota po słowiańskiej dziczy. Cylindry silnika mruknęły po raz ostatni, ucichły, dostrajając się do otaczającego ich bezruchu i spokoju. Cykady zagrały im na powitanie, pasikoniki uciekły głębiej w trawę.
We wnętrzu domku słychać było poruszenie, klucz przekręcany w zamku i zaraz na ganek wyszła babcia. Głębokie zmarszczki przy jej uśmiechu dodawały jej kojącej promienności.
— Wergilo! — zawołała, lustrując motocykl i jego właściciela. — Co to za bestię… — Babcia zawahała się, gdy Szymon zdjął kask, uśmiechnął się jak przykładny student na plakacie politechniki, do której kiedyś uczęszczał. — Co to za fascynującą bestię mi tu przyprowadziłeś? — dokończyła z błyskiem w oku.
Wilczek westchnął. Jak zwykle babcia miała już sporo na dzień dobry do powiedzenia.
— Babciu, to jest właśnie Szymon — przedstawił muzyka, zsiadłszy z motoru. — Szymon, babcia Heloiza.
Młodzieniec ściągnął rękawicę, podał kobiecie rękę. Babcia uścisnęła ją z mocą.
— Miło mi panią poznać.
— Specjalną chłopaczyną jesteś — rzuciła bez ogródek. — Wilczek jeszcze z nikim tu nigdy nie przyjechał.
Metaliczne spojrzenie karcąco padło na babcię, lekki rumieniec wstąpił na policzki. Bo babcia doskonale wiedziała, co to znaczyło i pogrywała sobie z nim. Jej wzrok, zwodniczo niewinny uśmiech, jej słowa – to wszystko było sposobem na powiedzenie mu, że mógł sobie zbywać jej rady, ile chciał, ale i tak to ona miała rację.
Chociaż faktycznie zadawał sobie pytanie, czemu nikogo przed Szymonem nie zabrał na Mazury, czemu tym razem było inaczej. Domek babci Heloizy był kawałkiem jego dzieciństwa, miejscem tak odległych od miejskiej codzienności, że ta zdawała się nie istnieć. Jedynymi skojarzeniami z mazurską działką było lenistwo, beztroska, smak domowych dżemów i fajka dziadka, którą babcia wymachiwała, narzekając na świat. Nie chciał, by ktokolwiek mu zniszczył ten malowniczy obrazek i pomimo noszenia serca na dłoni dla wszystkich, nie wszystkim potrafił na tyle zaufać, by podarować tę pocztówkę noszoną przez niego w duszy.
Ale Szymonowi zaufał, do którego czuł coś, co było zbyt wielkie, by mogło zostać wypowiedziane na głos w ciasnej Warszawie.
Szymon uniósł brew w zaintrygowaniu, zerknął na Wilczka.
— A to ciekawostka — mruknął.
Wilczek spłonął do reszty.
— Może wejdziemy do środka? — bąknął.


Babcia szybko zaczęła dyrygować – posadziła Szymona przy stole, wzięła fajkę i pogoniła Wilczka do kuchni, żeby ugotował makaron i wyciągnął z lodówki sos truskawkowy, do tego lemoniadę i tę nalewkę wiśniową, bo przecież gościa trzeba dobrze przywitać. Wilczek uwijał się w niewielkim pomieszczeniu pachnącym starym piecem, próbując przy tym słuchać jednym uchem, co już babcia wygadywała w salonie. W międzyczasie przyniósł tę wiśniówkę z trzema kieliszkami, zgodnie wypili po jednym, a idealny uśmiech nie schodził z twarzy Szymona.
Jak on to robił, zastanawiał się Wilczek, zerkając na chłopaka. Zsiedli z motoru może piętnaście minut temu, a Szymon wyglądał, jakby z wykładu się urwał. Kilka ruchów dłoni i jego blond włosy opadały równo po bokach głowy, skórzana kurtka zawisła na wieszaku, odsłaniając niepogniecioną, beżową koszulkę polo z nienagannym kołnierzykiem, pasującą wystarczająco dobrze do jasnych jeansów i ciężkich butów. Wyróżniały się tylko tatuaże, ale nawet z nimi na widoku Szymon nie przypominał tego wariata grającego w dusznym pubie.
Babci się bardzo ten obraz spodobał. A jeszcze bardziej spodobało jej się szukanie niewielkiej luki w nim, niczym głodna wilczyca na polowaniu.
— Szymon — odezwała się babcia lekkim tonem, gdy usłyszała wszystko, co chciała wiedzieć o motocyklu — a dobry ty jesteś dla Wilczka?
Wergiliusz, trzymając dwa talerze z makaronem, prawie wywrócił się o własne nogi.
— Babciu! — syknął. — O co ty pytasz…
— O ważne rzeczy. — Zwróciła się z powrotem do Szymona. — No, to jak będzie?
Talerze na szczęście wylądowały bezpiecznie na stole, Wilczek podniósł przepraszający wzrok na Szymona. Rumieńce mocno odznaczały się na jego bladej twarzy, a ten ładny portrecik wyszykowanego studenta opadł nieco, gdy słów zabrakło. Babcia z drapieżnym uśmiechem czekała na odpowiedź.
— Staram się — mruknął w końcu Szymon. — I no… mam nadzieję, że wychodzi. Wilczka lepiej chyba o to spytać.
— Tak coś czułam, że z urodą w parze idzie serce po właściwej stronie. Co nie, Wilczek?
— Co byś chciał jutro porobić? — zapytał Wilczek Szymona, uchylając się przed prowokacją babci. Ta jednak nie odpuszczała.
— Gorąco ma być, to możecie iść pławić Tatankę w jeziorze. — Babcia mrugnęła porozumiewawczo i Wergiliusz prawie skonał na miejscu.
— Możemy — westchnął w rezygnacji. — Chciałbyś zaliczyć małą przejażdżkę konną?
Szymon wpierw zerknął na babcie, a potem ochoczo przytaknął.
— Pewnie.


Tatanka była silną, ale łagodną klaczą o beczkowatym brzuchu i krótkim grzbiecie. Jej kasztanowata sierść połyskiwała w słońcu jak polerowana miedź, a jasna grzywa opadała do połowy masywnej szyi. Sąsiad babci zawsze pozwalał mu i Waleremu wyszczotkować ją, nakarmić smakołykami i pokąpać się z nią w jeziorze, pośmiać z wielkich rozprysków wody, gdy Tatanka grzebała nogą. Była jak przyjaciółka, którą widywali kilka razy do roku, ale bez problemu odnajdywali z nią wspólny język na nowo.
— Jeździłeś kiedyś? — zagadnął Szymona Wilczek, gdy szczotkował boki konia. Wiejskie odgłosy małego gospodarstwa sąsiada stanowił miłe, na swój sposób relaksujące tło. Młody muzyk stał przy pysku klaczy, próbował zadowolić ją głaskami, żeby Tatanka przestała pchać go wielkim łbem, jakby dzięki temu mogła wytrząsnąć z niego smakołyki.
— W posiadłości mamy niby stajnie, ale nieużywane… — mruknął tak jakoś oględnie Szymon. Wilczek posłał mu uśmiech.
— Nie szkodzi. Do jeziora to tylko kilka minut stępem. Musisz tylko… trzymać się mnie. I będzie dobrze.
Iskra łobuzerstwa przeskoczyła w szafirowych oczach, lśniących jak szklane kulki, które wszyscy na osiedlu chcieli mieć. I z Szymonem było tak samo – też go wszyscy chcieli mieć na własność, schować do kieszeni i nie dzielić się z innymi. Wilczek znów się zastanawiał, jakie on miał prawo myśleć, że Szymon chciałby tak być jego. Ale słowo się rzekło, wylądowali razem na Mazurach i Wilczek czuł, że jeśli tutaj nie powie mu prawdy, to nie będzie miał odwagi zrobić tego nigdzie indziej.
Tatanka, już wyszczotkowana i ubrana jedynie w swoje proste ogłowie, stała grzecznie przy chybotliwej ławeczce, pozwalając Wilczkowi rozsiąść się wygodnie przy kłębie. Nawet nie machnęła mocniej łbem, gdy Szymon trochę niezgrabnie próbował usadowić się za nim. W końcu wytatuowane ramiona oplotły Wergiliusza w pasie, muzyk podsunął się jeszcze trochę bliżej, chyba byli teraz ciaśniej przy sobie niż na motorze. Delikatny oddech Szymona palił go mocniej w kark niż prażące słońce.
— Szymek… — zaczął Wilczek, wtem spiął się cały, zrozumiawszy swój błąd. — Szymon. Przepraszam.
Ale zaraz poczuł, jak podbródek młodzieńca opiera się o jego bark, jak niewiele dzieli usta Szymona od jego ucha.
— Ty możesz mówić Szymek — odpowiedział cicho, miękko. Wilczek miał wrażenie, że słyszał w głosie uśmiech.
— Szymek — powtórzył w takim razie, walcząc ze sobą, by nie odwrócić głowy. Wtedy usta Szymka wylądowałyby na jego policzku. — Trzymasz się?
— Trzymam.


Jezioro mrugało do nich połyskami słońca odbijającymi się w delikatnych zmarszczkach wody. Powiew chłodu znad tafli wpadał na brzeg, czynił upał znośniejszym, powietrze lżejszym do oddychania. Zejście nad wodę było trochę zarośnięte, skryte za paroma starszymi lipami i dziko rozrastającym się krzakami, lecz miejsce należało w całości do nich, ba, całe jezioro zdawało się rozciągać na kilometr wszerz wedle ich życzenia, nikogo innego. Cisza, przerywana świergotem ptaków, pluskaniem małych fal i miarowym krokiem Tatanki, dawała to poczucie, że są tylko oni dwaj na tym bożym świecie. Wilczek uzmysłowił sobie, że mógłby tak żyć z Szymkiem.
Kasztanka, gdy tylko dojrzała na horyzoncie okazję do popluskania się, ruszyła żwawszym stępem, nawet dodatkowy ciężar jej nie przeszkadzał. Zdołali tylko zrzucić buty w trawę, nim klacz tupnęła stanowczo nogą, w akompaniamencie ich śmiechów wpakowała się do jeziora, z marszu ruszając na głęboką wodę. Zmoczyło ich po kolana, a Wilczek niejednokrotnie prawie wypuścił wodze z dłoni, gdy Szymek pochylał się mocniej w przód, ściskał go, szczerym śmiechem rozczulał jego serce. Wergiliusz łapał ten dźwięk, to ciepło do słoika i ustawiał na specjalnej, jaśniejącej miło półeczce w swojej duszy, gdzie trzymał wszystko związane z Szymkiem. Gdy wychodzili na brzeg, muzyk oparł czoło o jego bark, próbując łapać oddech i najchętniej to Wilczek by się po prostu zatrzymał w tym momencie, trwał tak z Szymkiem po kres świata.
Tatankę wpuścili na prowizoryczne, niewielkie pastwisko – czyli kilka kijków przewiązanych kawałek sznurka – które sąsiad tam ustawił, po czym wyciągnęli koc z plecaka i sami legli na zieleni niedaleko jeziora, tak aby lekka bryza mogła muskać poliki. Szymek zaraz się wyciągnął, jedną rękę włożył pod głowę, drugą zakrył oczy przed pojedynczymi plamkami słońca wpadającymi przez korony drzew. Wilczek patrzył na niego chwilę, nim również się położył, lecz już nie tak sielankowo. Bardziej jak trup złożony do trumny.
Musiał z nim w końcu pogadać, przecież po to go tu zabrał. Tylko mieć plan a wykonać plan to były dwie różne rzeczy i za każdym razem, gdy już-już Wilczek otwierał usta, strach paraliżował go na nowo. Bo przecież Szymek był genialny – zapalony muzyk z umysłem mogącym zniszczyć w proch warszawską politechnikę, jasnowłosy chłopak o głębokich, szafirowych oczach przyszpilających ludzi do muru swoją irytacją, dziedzic wielkiego, starego majątku. A przede wszystkim ktoś o dobrym sercu. Gdzie Wilczkowi było startować do czegoś takiego?
Jednak był gotów prędzej wybuchnąć, niż dłużej trzymać to w sobie. Szymek chyba zaczął przysypiać u jego boku, jego klatka piersiowa ledwo się unosiła, a Wilczek kombinował, jak by się w ogóle do tego zabrać. Pomyślał o słowach babci, o dziadku zabierającym ją nad jezioro i zerknął na dłonie Szymona. Chyba by mu mowę odjęło, gdyby mógł spleść palce z palcami muzyka. Dziadek to był jednak przekoksem innego kalibru, jak odważył się tak podejść do babci.
— Szymek? — bąknął, wpatrując się szumiące nad głowami liście, stukając palcami o swój brzuch.
— Hm?
— Bo jakby… No co byś zrobił, gdyby ktoś powiedział ci, że mu się podobasz? — wypalił zamiast wszystkich kwiecistych słów, na które Szymon zasługiwał, przeklinając ten swój pusty łeb jeszcze przed skończeniem zdania.
Tatanka parsknęła gdzieś z oddali. Dla Wergiliusza brzmiało to tak, jakby kobyła się z niego naśmiewała.
— To od osoby zależy — odparł Szymon, nie poruszywszy się. Jego ton niewiele zdradzał. — Większości bym odpowiedział, że ich popierdoliło.
Serce spadło Wilczkowi do żołądka, twarz pobladła.
— A… — zająknął się — gdyby ktoś wyznał ci, że cię kocha?
Szymek prychnął drwiąco, lecz coś smutnego było w tym dźwięku.
— Za co niby?
Na te słowa Wilczek zerwał się tak nagle, oparzony podejściem Szymka. Muzyk to jakoś wyczuł, podniósł rękę, popatrzył przytomniej na mieszankę emocji – niedowierzanie, strach, determinację – goszczącą na twarzy Wilczka. Wykończą mnie te Mazury, pomyślał, gdy Szymon usiadł przed nim, wyczekując jakiegoś wytłumaczenia.
— Szymek — odezwał się Wilczek pełnym napięcia głosem, lekko drżącym. — Bo ja cię kocham. Za wszystko.
I w przypływie emocji pocałował go, a raczej musnął wargami, szybko, lekko, jak dotknięcie skrzydeł motyla, który w przestrachu zaraz odlatuje. Szeroko rozwartymi oczami Wilczek wpatrywał się w równie zaskoczone oczy Szymka, zastanawiając się, czy ma jeszcze czas przeprosić i uciec, czy zbłaźnił się do reszty. Próbował ruszyć nogami, ale nie mógł. Ta krótka chwila, gdy ich usta się spotkały, była niczym iskra wywołująca zwarcie.
Oblicze Szymka się zmieniło. Zaciśnięte w Warszawie usta, obdarzające go lekkimi uśmiechami, zaczęły rozciągać się w szerokim uśmiechu, który bodaj nie znał granic swego szczęścia. Jego barki rozluźniły się po odpuszczeniu spięcia, o którym Wilczek nie miał nawet pojęcia. Chciał pytać, ale nie zdążył. Szymon chwycił go za koszulkę, przyciągnął do siebie i przewalił na trawę, by przygnieść go własnym ciałem, jakby Wilczek miał mu uciec, i pocałował z siłą mu niepodobną.
— Ja ciebie też — wysapał niczym oddech wstrzymywany od miesięcy. — Ja ciebie też — powtórzył ciszej, gładząc jego policzki opuszkami twardymi od strun gitary, a serce Wilczka wystrzeliło prosto z żołądka do jego gardła, z którego już tylko imię muzyka i niepewny chichot się wydostawał.
Mazurskie drzewa ciekawsko pochylały nad nimi swe gałęzie, chcąc przyjrzeć się kolejnemu cudowi, który w ich obecności zaistniał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz