Kwiaty były pięknym organem roślinnym. Mieniły się wieloma barwami, jedne bardziej matowe, inne lśniące niemal niczym klejnoty. Przyciągały zapylaczy zarówno swym pięknem, jak i urzekającym zapachem. Kiedy już doszło do zapłodnienia, następowała przemiana kwiatów w owoce z nasionami, które dzięki zoochorii rozprzestrzeniały się i w ten sposób poszerzały zasięg gatunku. W pierwszych etapach powstawania owocu płatki odpadały, sypiąc się z drzew niczym kolorowe, nieroztapiające się śnieżynki.
Niestety mieszkańcy Lumière, choć dostrzegali piękno tego widoku, nie byli w stanie w pełni cieszyć nim oczu. W umyśle ciążyło to jedno skojarzenie.
Gommage.
Straszliwe wydarzenie dziejące się tego samego dnia każdego roku. Pogrążona we śnie postać Malarki budziła się, by zmazać liczbę z piętrzącego się za nią Monolitu, a namalować kolejną, o jeden mniejszą. Każdy, kogo wiek liczył więcej, tego dnia rozpadał się na setki czerwono-białych płatków i drobinek szarego pyłu, które niósł wiatr z dala od Lumière. Nikt nie mógł zatem postrzegać kwiatów tak samo jak dalecy przodkowie, żyjący jeszcze przed Pęknięciem.
Theo stał w porcie, ostatni raz porządkował zawartość swoich toreb. Zdążył pozmieniać ułożenie rzeczy, przenieść część z dużej torby do tej przy udzie i na odwrót, aż doszedł do wniosku, że pierwsze rozmieszczenie było najlepsze. W zasadzie nawet nie myślał za bardzo o tym, co robił. Po prostu chciał jakkolwiek zająć ręce. W końcu ostatni raz zamknął klapy, następnie wyprostował się i wziął głęboki wdech.
Tak, zgłosił się do Ekspedycji. Każdego roku grupa ochotników opuszczała wyspę z misją dotarcia do Malarki, żeby ją pokonać, jednocześnie uwalniając się ze szponów klątwy. Niestety, minęło tyle lat, a dotychczas żadna Ekspedycja nie odniosła sukcesu. Ludzie zaczynali tracić w nich wiarę.
Czemu więc Theo dołączył?
Rozważał to już od kilku lat. Gdy świętej pamięci doktor Garcia dowiedziała się o tym, przeprowadziła z nim dosyć poważną rozmowę. Mówiła, że nie powinien tak szybko oddawać swojego życia w ręce niewiadomego, że równie przyda się tutaj, w lumièrskim instytucie. Młody Voyria wtedy odpowiedział, że pragnął poznawać otaczającą go przyrodę, a na kontynencie znajdowało się wiele niepoznanych dotąd gatunków. Może udałoby mu się coś zebrać i przywieźć z powrotem do Lumière. Może odkryliby jakieś nowe, przydatne właściwości. Rozmowa nie zakończyła się najlepiej, chłopak od tej pory był trochę skłócony ze starszą doktor.
Jak na złość, nie zdążył z nią się pogodzić.
Zdania nie zmienił. Zapytany w akademii o powód dołączenia zawsze tłumaczył tak samo: jako miłośnik biologii pragnął odkryć coś nowego, być może przydatnego ludzkości, choćby zioła czy substancje zwierzęce o leczniczych właściwościach. Nie kłamał. Kochał nauki przyrodnicze całym swym sercem, uważał je za najbardziej fascynujące ze wszystkich.
Co natomiast ukrywał, to drugi powód. Ten... poważniejszy.
Popatrzył na swoje dłonie, schowane w uszytych na miarę rękawiczkach. Niejedna osoba zdążyła zauważyć, że zawsze zakrywał skórę na rękach. W zasadzie starał się nie odsłaniać jej nigdzie, ale tak jak długie rękawy nie rzucały się bardzo w oczy, tak obecność rękawiczek niezależnie od warunków już zmuszała do zastanowienia. Parę razy został o to zapytany – odpowiadał, że od prac w laboratorium miał przewrażliwioną skórę i w ten sposób ją chronił przed złymi czynnikami.
W rzeczywistości dłonie były idealnie zadbane. Problem tkwił w jego nieszczęsnej przypadłości.
I to właśnie ona była drugim powodem dołączenia do Ekspedycji 34.
Ludzie co nieco wiedzieli o kontynencie, ale mnóstwo rzeczy wciąż pozostawało spowitych mgłą tajemnicy. Też wszystkie zdobyte informacje skupiały się bardziej na nevronach i metodach radzenia sobie z nimi, a niezwykle mało wspominało o występującej tam naturze. Theo miał przeczucie, że to, co tam żyło, mogło znacząco się różnić od znanej mu florze i faunie. Możliwe, że znajdzie coś, co okaże się przełomem w jego prywatnych badaniach. Coś, z czego stworzy lekarstwo na swoją przypadłość. Wtedy wreszcie będzie mógł żyć jak reszta. Bez wymigiwania się od spotkań towarzyskich, potencjalnych relacji. Bez oszukiwania innych. Bez oszukiwania samego siebie.
Zdawał sobie sprawę, że ten owoc nadziei rósł bardzo wysoko, sięgnięcie go mogłoby się okazać zbyt trudne. Jeśli rzeczywiście tak będzie... to może chociaż panujące tam nevrony zdołają ukrócić jego cierpienie. Ze swoim stanem zdrowia był gotowy na wszystko – zarówno uzdrowienie, jak i śmierć.
Słońce świeciło jasno na niebie. Główna radna skończyła swoją przemowę, Poszukiwacze zaczęli się żegnać z bliskimi. Theo stanął bardziej z boku, zmierzył wzrokiem zebranych. Z biegiem lat Lumière liczyło coraz mniej mieszkańców. Mimo to wciąż było sporo osób, których praktycznie nie znał.
Nie miał żadnej rodziny. Zarówno ojciec, jak i matka nie mieli rodzeństwa, oboje już dawno odeszli. Choć, szczerze mówiąc, Theo wolałby nie widzieć tego dnia ojca, gdyby ten jeszcze żył.
Nie miał żadnych przyjaciół. Ani w szkole, ani w sierocińcu, ani na uczelni, ani nawet w pracy nie udało mu się z nikim zaprzyjaźnić. Może jego były szef przyszedłby go pożegnać, ale parę lat temu dosięgnął go Gommage. Tak samo jak resztę współpracowników, z którymi jakkolwiek się dogadywał. Rok temu poza nim całkowicie zmienił się skład zespołu badawczego; z żadnym z członków jeszcze się nie zakolegował. A przynajmniej nie do tego stopnia, by im mówić, że oficjalnie dołączył do Ekspedycji.
Nikt go zatem nie żegnał. Nikt nie okazywał zmartwienia jego dobrem. Nikt mu nie życzył powodzenia.
Nikt za nim nie będzie tęsknił.
Przyjrzał się osobom ubranym w mundury. Technicznie ich znał, przynajmniej z widzenia w akademii; również z wewnętrznego przymusu zjawił się na wczorajszej imprezce. Nie rozmawiał z nikim specjalnie, siedząc po prostu bardziej na uboczu, starając się nie przyciągać spojrzenia. Reszta połączyła się w małe grupki, ewidentnie będąc między sobą co najmniej kolegami. Czy mu to przeszkadzało? Tak i nie. Chciał z kimś porozmawiać, kimkolwiek, być może dowiedzieć się czegoś ciekawego, lecz z drugiej strony miał te swoje typowe obawy. Oczywiście, że zawsze musiał nad wszystkim za dużo rozmyślać.
Tego wieczoru jednak nie spędził całkiem samotnie.
— O, musisz być tym młodym naukowcem, Theo, jak mniemam?
Podniósł wzrok znad kubka soku, uniósł nieco brwi, widząc dosiadającego się do stołu jakiegoś mężczyznę.
— Kojarzy mnie pan? — spytał uprzejmie.
— Och, mów mi Roy. I tak, kojarzę. Moja żona, Stefania, sporo o tobie opowiadała.
Od razu rozpoznał imię.
— Doktor Montgomery? Naprawdę?
Razem z kobietą pracowali w jednym zespole, zanim nadszedł jej Gommage. W pracy nie rozmawiali ze sobą jakoś szczególnie, ponieważ sama badaczka była równie, jak nie bardziej wycofana. Mówiła jedynie, gdy została wcześniej zapytana lub chciała dać sprawozdanie. Nie spodziewał się jednak, że opowiadała sporo swojemu mężowi, do tego wspominała o młodym naukowcu. Miłość musiała otworzyć w niej drugą, jaśniejszą stronę.
Miłość.
Jak obce było mu to słowo.
— Mówiła, że w wieku dwudziestu lat zostałeś doktorem i jesteś urodzonym geniuszem — rzucił Roy, w głosie dało się usłyszeć podziw.
— Ach, czy geniuszem, to do końca nie wiem... — odparł niepewnie Theo, wzruszył ramionami.
— Już sobie nie odejmuj zalet. Twój ojciec musiał być z ciebie dumny. — Posłał mu pogodny uśmiech.
Na te słowa biolog uśmiechnął się lekko, lecz trudno mu było zakryć zakłopotanie zmieszane ze smutkiem.
Ojciec nigdy o niego nie dbał tak, jak powinien. A już na pewno nie był dumny z takiego syna. Z syna, który stanowił zagrożenie dla wszystkich, jak gdyby Malarka i tajemniczy kontynent, z którego nikt nie wracał, nie wystarczyły.
Oczywiście nic w tej kwestii nie powiedział. Całe życie pragnął komuś powierzyć swój największy sekret, lecz nie mógł tego zrobić dopiero co poznanej osobie. Nie skończyłoby się to dobrze. Słowo od razu by się rozniosło po całym Lumière, wszyscy wiedzieliby o jego przypadłości. Nikt nie czułby się przy nim bezpieczny, nikt nie chciałby jakkolwiek z nim się zadawać. I mimo że on sam separował się od innych, całkowite odrzucenie było jego największym lękiem.
Teraz spoglądał na Roya, żegnającego się ze swoimi przyjaciółmi. Jego żona rok temu odeszła, nie mieli też żadnych dzieci. Pod tym względem społeczeństwo Lumière było dość podzielone. Jedna strona twierdziła, że nowe pokolenia nie zasługiwały na tak podłą rzeczywistość i ich życie będzie obarczone cierpieniem od początku do końca. Druga strona z kolei uważała, że potrzebni byli potomkowie, którzy poprowadzą dalej starania swoich rodziców i być może w końcu przerwą ten paskudny cykl.
Jeśli Theo miał być szczery, to w przypadku niego samego wolałby, żeby jego rodzice opowiedzieli się po tej pierwszej stronie.
Roy ostatni raz przytulił przyjaciół, po czym ruszył w stronę statku. Zwolnił krok, przyjrzał się stojącemu kawałek dalej Theo. Nie wiedzieć, czemu, postanowił do niego podejść. Zamienił z nim kilka zdań, zwyczajnych, typowych dla obecnych okoliczności. Biolog przytakiwał, krótko odpowiadał, aż usłyszał:
— W razie czego trzymaj się blisko mnie, ochronię cię.
Powieki powędrowały trochę wyżej, od oczu niemal się odbił blask promieni słonecznych.
— Nie, nie musi pan... — przerwał, gdy dostrzegł wymowne spojrzenie tamtego. — To znaczy, nie musisz...
— Nie muszę, ale chcę. Ty postanowiłeś w tak młodym wieku poświęcić się dla dobra Lumière, więc ja poświęcę się dla ciebie.
Posłał mu szeroki uśmiech, ciepły, szczery. Theo przyglądał mu się z pewnym niedowierzaniem w niebieskich oczach. Roy naprawdę chciał go chronić? Chłopaka, którego dosłownie wczoraj poznał? To prawda, że dowiedział się o nim od swojej żony, ale to nie tak, że był to jej przyjaciel... Na pewno nie do tego stopnia. Młody Voyria nie rozumiał.
Widząc jego niemałe zaskoczenie, Roy zaśmiał się krótko. Wyciągnął rękę z zamiarem poczochrania go po głowie, ale Theo odsunął się szybko, niemal panicznie. Ruch ten znacznie zaskoczył mężczyznę, nawet na moment zastygł w bezruchu, jak gdyby próbując odgadnąć, co dokładnie się wydarzyło. Końcowo nic nie powiedział – zamiast tego ponownie wyciągnął rękę, tym razem niżej, w geście uściśnięcia.
Theo chwilę spoglądał na opaloną skórę, spracowane palce. Ukradkiem zerknął na swoją rękę, spowitą czarną rękawiczką ze zdobiącymi ją złotymi pikto.
Powoli zgiął ramię w łokciu, delikatnie uścisnął dłoń Roya. Tamten poszerzył swój uśmiech. Theo nieśmiało wygiął kąciki ust ku górze.
Może ta ekspedycja nie będzie taka zła.
Bardziej nie mógł się pomylić.
— THEO!
Zamrugał parę razy, w ostatniej chwili wykonał unik przed atakiem. Upadł na kolana, szybko się pozbierał, czmychnął za pobliski fragment wraku jakiegoś statku. Przywarł plecami do desek, nie martwiąc się o potencjalne drzazgi. Oddychał płytko, nierówno, serce łomotało mu, jakby za chwilę miało przebić się przez żebra i runąć w czarne kamienie tworzące wybrzeże.
A mimo to nie słyszał własnego bicia.
Słyszał wrzaski. Mnóstwo wrzasków. Mnóstwo przeraźliwych wrzasków, wydobywających się z gardeł innych Poszukiwaczy. Rozrywanych na pół, miażdżonych, dziurawionych. Bezlitośnie zabijanych przez tajemniczego siwego mężczyznę i przywołanych przez niego nevronów. Z powodu niemal kompletnego mroku Theo nie był w stanie dokładnie im się przyjrzeć, ale bez tego mógł określić, że owe nevrony były co najmniej przerażające. Nawet w najgorszych koszmarach nie widział czegoś takiego.
Żołądek chwilowo podszedł mu do gardła, aczkolwiek panika skutecznie powstrzymała odruch wymiotny. Wykonał głęboki wdech, próbując wyrównać oddech, niestety bez skutku.
— Theo.
Odwrócił głowę, spojrzał na chowającego się przy nim Roya. Odkąd tylko postawili stopy na brzegu, mężczyzna trzymał się blisko chłopaka, do serca biorąc swoje słowa, że zamierza go chronić. Naukowiec nie wiedział, jak mu się potem odwdzięczy.
Nie to było teraz ważne.
— Musimy uciekać — zarządził Roy. — Na plaży nie jesteśmy ani trochę bezpieczni.
Racja, nie mogli tu zostać. W takim tempie wszyscy zginą.
— Ale co z resztą? — spytał mimowolnie, wyglądając ostrożnie zza desek.
Zerknął na kilka osób, które próbowało walczyć z nevronami. Jasnowłosy mężczyzna wymachiwał w szale swym mieczem, udawało mu się częścią ataków poważnie zranić wrogów.
Od obserwowania odciągnęły go słowa Roya:
— Żeby pomóc innym, najpierw musimy sobie zapewnić bezpieczeństwo.
Popatrzył na mężczyznę. Nie potrafił się z nim nie zgodzić. Nie mogli tak po prostu rzucić się innym na ratunek. Istniało zbyt duże ryzyko, że takim postępowaniem sami będą potrzebowali pomocy. Musieli wpierw znaleźć bezpieczniejsze miejsce i obmyślić plan.
Dotarłszy do porozumienia, odczekali na odpowiedni moment. Roy obserwował otoczenie, kropla zimnego potu spłynęła po jego skroni. W końcu wykonał ruch ręką.
Dał znak do ucieczki, po czym zaczął szybkim, acz dyskretnym krokiem przemieszczać się do następnej osłony.
Theo ruszył za nim, gdy nagle coś go pociągnęło do tyłu. Upadł z powrotem, plecami uderzył o drewno. Próbował znów wstać, ale nadal był przed tym powstrzymywany. Spojrzał za siebie, dostrzegł, że pasek dużej torby zaczepił się o ułamany koniec jednej z desek. W panice sięgnął rękami do tyłu, starał się jakoś uwolnić torbę, nie zważając na spory dyskomfort w ramionach. Nie chciał porzucać torby, miał w niej mnóstwo potrzebnych rzeczy. Musiał ją zabrać ze sobą.
Pasek wreszcie został wyswobodzony. Mógł uciekać.
Blade światło opadło na niego, rozjaśniając mu widok. Podniósł głowę, zamarł.
Tuż przed nim stał nevron. Spowity podartym przy końcach, ciemnym materiałem, niby humanoidalny, ale nie przypominał niczym człowieka. Nie posiadał twarzy, w jej miejscu znajdowała się para dłoni, jedna z wielu. Ta największa ułożona była w charakterystyczny sposób, ze złączonymi opuszkami. W samym środku kotłowała się świetlista energia, szykowana do wystrzału.
Theo nie mógł się poruszyć. Wszystkie mięśnie odmówiły posłuszeństwa, nie drgnął nawet palcem. Czas wydawał się drastycznie zwolnić, całe otoczenie zaniknąć. Był tylko on i celujący w niego nevron. Roy krzyknął coś do niego, ale nie usłyszał. Całą uwagę miał skupioną na...
Po plaży rozniósł wystrzał, szybko niknący w chaosie walki.
Niebo było spowite gęstym mrokiem, a jedynym źródłem światła był jaśniejący wysoko krąg przypominający zaćmienie słońca. Wokół trwała cisza, przerywana jedynie przez cichy szum fal, w tych okolicznościach niestety niezbyt kojący. Nie dało się usłyszeć skrzeku mew ani żadnych innych ptaków; żadne kroki nie wprawiały tworzących plażę ciemnych kamieni w szmer. Nie było tu żywych istot.
Poza jedną.
Theo otworzył szeroko oczy, zachłysnął się powietrzem, gdy je łapczywie łapał do płuc. Podniósł się do pozycji siedzącej, podpierając ciało jedną ręką, zakaszlał parę razy. Z małym skrzywieniem na twarzy przełknął ślinę, nawilżając przesuszone gardło. Dopiero po chwili postanowił spojrzeć przed siebie. Wstrzymał na kilka sekund oddech.
Nie musiał się rozglądać, by dostrzec leżące na kamieniach martwe ciała. Część z nich należała do poprzednich ekspedycji, lecz wiedział, że te inna część to byli jego towarzysze. Trwali w bezruchu, niektórzy pozbawieni kończyn lub głów, otoczeni rozległymi kałużami krwi. Kolorystyką wydawali się zlewać z tłem plaży, jak gdyby byli spłowiałą, zaschniętą farbą. Na ten widok żołądek podchodził do gardła.
Oni wszyscy... zginęli. Zostali brutalnie zamordowani przez siwego mężczyznę i tamte przerażające nevrony. Ledwie dotarli na kontynent... Oni wszyscy byli pełni nadziei... A wystarczył moment, by ich kompletnie roztrzaskać...
Chwila.
Spuścił wzrok, spojrzał na swoją rękę. Powoli zdjął rękawiczkę, przejechał palcami po twarzy. Popatrzył na opuszki. Dostrzegł ślady krwi, ewidentnie należącej do niego. Pamiętał, że został trafiony przez tamtego potwora, do tego w sposób, przez który powinien...
Jak on przeżył?
Oszczędzenie go nie grało roli. Zarówno nieznajomy, jak i nevrony atakowali każdego, bez wyjątków. Musiała zatem jego przypadłość zadziałać, nie było innej opcji. Tylko jak? Mógł się uleczyć tylko, jeśli doszło do kontaktu fizycznego z żywą istotą, a z pewnością nie udało mu się dotknąć żadnego nevrona.
Czy...?
Dopiero w tym momencie postanowił się rozejrzeć dookoła. Popatrzył w jedną stronę, potem drugą, gdy nagle zerwał się jak poparzony. Skoczyłby aż do pionu, gdyby stopa nie poślizgnęła się na kamieniach i z powrotem nie skończył na ziemi.
Obok niego ktoś leżał. Stosunkowo młody mężczyzna o krótkich włosach i szczupłej twarzy z nieco wyraźniejszymi policzkami. Choć poszarzał tak samo, jak reszta, Theo bezbłędnie go rozpoznał. Był to Roy. Ten sam Roy, który, choć dopiero co zaczynał poznawać chłopaka, obiecał, że będzie go chronił. Leżał teraz, martwy, z ręką wyciągniętą w jego stronę.
Nie...
Theo odsunął się od ciała, spojrzał na swoje dłonie: jedną schowaną w rękawiczce, drugą gołą, splamioną szkarłatnymi kroplami. Palce niekontrolowanie się trzęsły w akompaniamencie spłyconego oddechu.
Roy chciał go ratować. Odciągnął bardziej na bok, dalej od tego całego piekła. Chciał pomóc. Widząc ranę w głowie, w przypływie smutku pewnie położył dłoń na twarzy i wtedy... Theo go zabił. Zabił. Sprawił, że Roy dołączył do reszty z Ekspedycji. Zrobił to, co nevrony i siwy mężczyzna. Nie różnił się niczym od nich.
Zerwał się na równe nogi, zaczął uciekać. Dokąd? Nie miał pojęcia. Zależało mu tylko na tym, by znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego wybrzeża. Biegł, ile sił miał, nie uważał na drogę, więc co chwilę o coś się potykał. Kamienie i mrok zniknęły za nim, przed sobą zaś miał zupełnie inny widok. Wymijał drzewa, w pewnym momencie zahaczył stopą o wystający korzeń. Padł jak długi na ziemię, w ostatniej chwili podparł się rękami. Podniósł nieco głowę, spojrzał na trawę – ta pod odsłoniętą skórą zaczęła już więdnąć. Szybko wstał, lecz niespodziewanie nogi odmówiły posłuszeństwa, upadł więc do tyłu, zatrzymując plecy na pniu drzewa. Ostatecznie schował twarz w dłoniach i pogrążył się w rozpaczliwym szlochu.
Wiedział, na co się pisał. Wiedział, że kontynent to nie żart i wyprawa na niego wiązała się z wieloma wyzwaniami. Wszystkie poprzednie ekspedycje poległy, nie było gwarancji, że tym razem los się do ludzkości uśmiechnie. Nie tak to jednak sobie wyobrażał. Nie tak to miało wyglądać. Wszedł na pokład statku gotowy na zarówno lepsze życie wskutek znalezienia lekarstwa, jak i ostateczną śmierć z łap potężnych nevronów. Nie tylko atak wroga nie zadziałał, ale również poległ Poszukiwacz, który mógł żyć, gdyby tylko nie dotknął Theo.
Kiedy zabrakło mu łez, zarzucił kaptur na głowę, którą następnie oparł o pień. Został sam jak palec. Nie miał pojęcia, czy ktokolwiek inny jakimś cudem przeżył. Co miał zrobić? Ruszyć jako jednoosobowa Ekspedycja? To nie miało sensu. Najchętniej rzuciłby się w jakąś przepaść lub wbiłby sobie coś ostrego w serce. Tylko teraz miał pewność, że to nie zadziała w pełni. Minie trochę czasu i powróci do życia, zabrawszy chromę od otaczających go istot. Nie mógł nawet się zabić.
Jeszcze trochę siedział pod drzewem, aż w końcu powoli się podniósł. Nieobecnym nieco ruchem poprawił na ramieniu swoją torbę. Nawet jeśli tym razem nie umarł i prawdopodobnie tak łatwo do tego nie dojdzie, nie powinien siedzieć w jednym miejscu, użalając się nad sobą. Nawet jeśli pozostał całkowicie sam, wypadałoby ruszyć dalej. Nadzieja umierała ostatnia, a w nauce zawsze łatwiej potwierdzało się, że coś jest, aniżeli że czegoś nie ma. Możliwe, że ktoś jednak przeżył. Jak nie z Ekspedycji 34, to poprzedniej, będąc na tyle młodym, że Gommage go jeszcze nie dotknął. Co więcej, panoszyły się tu potwory, aczkolwiek istnieli też potencjalni sojusznicy. Theo wierzył w Gestrale – spróbuje je znaleźć. Powinny mu jakkolwiek pomóc.
Wykonał głęboki wdech. Wyruszył w podróż przez gęstwiny lasu.
Błądził przez cały dzień, przemieszczając się w miarę sprawnie, ale jednocześnie ostrożnie. Znalazł mały strumyk, napił się z niego wody oraz przemył twarz. Po zmroku rozpalił ognisko w starym tymczasowym obozie jednej z poprzednich grup. Udało mu się zebrać trochę owoców, więc miał co jeść. Niestety nie zmrużył oka. Nieustannie czuwał – niekoniecznie z obawy przed niespodziewanym atakiem, a bardziej z ostatnich przeżyć.
Następny dzień wyglądał tak samo. Wędrował z krótkimi postojami, szukał pożywienia, w próbach odrzucenia negatywnych myśli badał otaczającą go przyrodę i zbierał do zielnika ciekawsze rośliny.
Po drugiej nocy zamierzał ruszyć dalej. Dogasił ognisko – tego również nie musiał wcześniej przygotowywać. Znalezienie śladów poprzednich Ekspedycji nie należało do skomplikowanych zadań. Ciekawe, która to była: bliższej czy dalszej? Patrząc po otoczeniu, nie była ona liczna. Brakowało namiotów, skrzyń i tego typu obiektów...
Uniósł brwi, dostrzegając coś, co nie pasowało do natury. Podszedł bliżej, przykucnął, po chwili wygrzebał z przysypanego liśćmi dołu dziennik. Przyjrzał mu się uważnie. Biorąc pod uwagę częściowo rozwaloną kryjówkę, jakieś zwierzę musiało go wcześniej znaleźć, tyle że nie wzięło, bo nie było to nic do jedzenia. Dziennik był nienaruszony, więc Theo mógł bez problemu go przejrzeć.
Ściągnął brwi, w pewnym momencie otworzył szeroko oczy.
Opisana w nim kobieta... Autor bardzo naciskał, że była niebezpieczna. Czyżby była kimś podobnym do siwego mężczyzny?
Zamknął pospiesznie dziennik, wykonał głęboki wdech.
Czemu to wszystko musiało być takie trudne? Oczekiwał potworów, trujących roślin, krwiożerczych bestii. Nie wrogich ludzi. Dlaczego oni w ogóle to robili? Czemu ktokolwiek chciałby tak brutalnie przeszkodzić im w dotarciu do Monolitu?
Informacje o tej kobiecie, Undine, były niezwykle ważne. Theo nie mógł pozwolić, by przepadły one razem z nim. Teraz... miał obowiązek dostarczenia komuś dziennika. Komukolwiek – czy to Poszukiwacz, który zdołał przetrwać, czy Gestrale.
Pozbierał się, schował dziennik do torby, następnie kontynuował wędrówkę z nową motywacją. Przedzierał się przez zarośla, unikając większych ścieżek w obawie przed spotkaniem czekających na nową zdobycz przeciwników. Drzewa w końcu zaczęły się przerzedzać, spomiędzy nich wyglądała polana.
Słysząc podejrzane dźwięki, schował się za grubszym pniem. Wyjrzał zza kory, zaczął obserwować polanę. Uniósł brwi, gdy jego oczom ukazały się dwie osoby walczące z większym, wyglądającym jak mieszanka skał i czerwonej trawy nevronem. Oboje nosili mundury Ekspedycji, lecz poruszali się zbyt szybko, by sprawdzić, do której konkretnie należeli. Theo nie wykluczał opcji, że to mogli być wrogowie pod przykrywką sojuszników. Tylko czy w takim wypadku walczyliby z nevronami?
Dzierżąca jednoręczny miecz kobieta sparowała atak, niebieskie drobinki rozprysły się od broni. Odskoczyła do tyłu, na co towarzyszący jej mężczyzna odsunął się, robiąc miejsce, a tym samym stając lewym bokiem do Theo. Naukowiec mógł wreszcie dostrzec w pełni opaskę.
Otworzył szeroko oczy, gdy jego oczom ukazał się numer 34.
To byli Poszukiwacze z jego grupy.
Przyjrzał się ich twarzom na tyle, ile mógł. Tak, kojarzył ich. Widział kilkukrotnie, w tym na statku. To z pewnością byli sojusznicy. Musiał im pomóc.
Nie myślał nad tym zbytnio. Nim się obejrzał, już stał na polu walki i wyciągał z podręcznej torby woreczek z roślinami. Wybrał trochę, posłużył się swoim pikto, by wyprowadzić atak. Nevron charknął z bólu, poruszył wszystkimi trzema otworami na środku swojego cielska, nim wybił się w powietrze i ze skoku wycelował trzymaną w ręku pałką w młodego naukowca. Chłopak spoglądał na potwora, nieruchomy, dopóki nie został pociągnięty przez czyjąś rękę. Upadł do tyłu, podniósł wzrok na kobietę, Ilarę, która rzuciła mu krótkie spojrzenie, a następnie wróciła do walki.
— Wszystko w porządku? — spytał młody mężczyzna, Virgil, jeśli Theo dobrze pamiętał.
Podbiegł bliżej, wyciągnął rękę, pomógł chłopakowi wstać. Tamten niezręcznie pokiwał głową.
Cała trójka walczyła z nevronem... a raczej Theo próbował. Wykorzystywał swoje zioła i pikto, żeby pomóc reszcie, ale nie dało się ukryć, że choć bycie wsparciem szło mu całkiem nieźle, gdy musiał sam się obronić lub zaatakować... tutaj czar znikał. Za każdym razem, gdy potwór w niego celował, chłopak widział swój koniec. A może go szukał? Z pewnością był gotowy. Technicznie zgadzał się na oberwanie.
— Opanuj się!
Podskoczył jak poparzony, stracił równowagę. Machnął w panice ręką, wypuścił z niej garść nasion, które pod wpływem pikto momentalnie wybuchły, parząc w ten sposób sięgającą po niego łapę nevrona. Wykonał kilka kroków w tył, próbując nie upaść.
Jego kontra jakimś cudem podziałała – potwór stracił czujność. Ilara wybiła się z ziemi, poprowadziła prosty, acz zabójczo celny atak. Wbiła klingę, nevron zawył głośno i padł martwy.
Walka dobiegła końca.
Ale trudy nadal się ciągnęły.
Na nagłówku concept art od Sandfall Interactive
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz