Dante budził się, by spojrzeć spod ledwo uniesionych powiek, dostrzec wciąż czuwającego u jego boku Bashara, a potem odpływał znów w głębiny leczniczego snu, łagodne i bezpieczne, kołyszące jego świadomość w swych kojących objęciach. Gorączka porwała go na pewien czas, gdy ciało wypalało odniesione rany, oczyszczało krew, walczyło. I gdy to minęło, a Dante spojrzał przytomniejszym wzrokiem, uniósł się w poduszkach, Bashar pochylił się, uważnym wzrokiem wpatrzył się w syrenią twarz, łagodnym dotykiem odgarnął włosy z czoła.
— Dante? — spytał. — Jak się czujesz?
— Już lepiej. Panie kapitanie — przyznał syren, pozwalając z powrotem pchnąć się w pościel.
— Powiedz mi… czy pamiętasz swoje słowa?
Bashar pamiętał – te wypowiadane w gorączce przeprosiny, pełne skruchy łzy płynące po policzkach, ten upór, że wszystko zaczeka, ale on musi wiedzieć, czy kapitan nie jest ranny. Wszystkie emocje wypłynęły z serca, w końcu pokazując jego głębię, pozwalając wzrokowi Bashara sięgnąć samego dna, bez brudnej piany zaciemniającej cały obraz. Bo oto Dante mówił głosem należącym do niego samego, nie zaś syrenimi kłamstewkami, karczemnymi odzywkami i tekstami rodem z tanich przechwałek. W końcu tak jego działania, jak i słowa, zabrzmiały szczerością, szczerość zaś Bashar potrafił docenić.
— Pamiętam wszystkie, co do zdania — przyznał Dante. — I żadnego z nich nie cofam.
— Dobrze.
Dłoń Bashara, do tej pory spokojnie spoczywająca w uścisku syrena, czuła na każde jego poruszenie, przypływ świadomości, teraz objęła rękę Dantego, większą i silniejszą, lecz gest ten był na tyle stanowczy i władczy, że zdawało się, jakby to dłoń syrena zniknęła, potulna pod smukłymi palcami.
— Dante — zaczął Bashar, a drugi mężczyzna instynktownie uniósł się na poduszkach. — Nie mogę zignorować tego, jak zachowałeś się wtedy, na plaży. Ale nie mogę też zignorować tego, że zawdzięczam ci życie. — Krótka pauza, podczas której Dante nie odważył się odezwać. — Pamiętam to, jak zachowywałeś się będąc częścią załogi. Jak nurkowałeś, by uratować swych kamratów, jak zdobywałeś dla nich pożywienie i jak przechwalałeś się, że upolujesz marlina.
— Przepraszam…
— Ale upolowałeś go — kontynuował Bashar, w jego głosie nie dało się słyszeć żadnego wyrzutu. — Dante… Biorąc pod uwagę wszystkie twe działania, wszystkie niedociągnięcia i te momenty, gdy naprawdę się starałeś, postanowiłem dać ci drugą szansę — powiedział kapitan, ścisnąwszy mocniej dłoń syrena. — Zostań z załogą. Bądź wciąż jej częścią. Jeśli… jeśli będziesz tego pragnął i jeśli zaakceptujesz zasady, możesz trwać u mego boku.
Oczy Dantego rozbłysły, mężczyzna zupełnie dźwignął się z poduszek, pochylił w stronę kapitana.
— Tak — powiedział miękko, a uśmiech rozświetlił twarz. — Chcę znów należeć do załogi.
Bashar skinął głową, a w jego spojrzeniu lśniła ulga.
Piraci znów dokazywali na pokładzie, czekając na Dantego. Kapitan znów stał za sterem, wprowadzając Łunę spokojny spacer wokół wysp, rozpięty płaszcz powiewał leniwie wraz z morskim wiatrem. Słońce przekroczyło już horyzont, Bashar zmarszczył nieznacznie brwi. Dante powinien już…
Wtem fale rozprysły się pianą, syren wyskoczył z oceanicznych głębin, niosąc z sobą pełną sieć. Dante wdrapał się na pokład, zaraz został otoczony przez piratów, poklepujących go po plecach, zajmujących się wciąż szarpiącymi się w sieci rybami. Świeże, żywotne, aż prosiły się o przyrządzenie z tymi przyprawami, które zgarnęli wraz z jednym z kupieckich statków.
Ktoś usłużnie przyniósł Dantemu jego pantalony, ktoś inny wciąż śmiał się z przemoczonego syrena, ślizgającego się na wypucowanym drewnie, próbującego jednocześnie odgarnąć z twarzy mokre włosy, wciągnąć na siebie odzienie i jednocześnie pobić rekord szybkości w jednym i drugim. Syren nie zwracał większej uwagi na pozostałą część załogi – ubrał się na tyle, na ile pozwalały okoliczności, o schwytanych rybach chyba zapomniał, zaraz jednak jego krok podążył wprost ku kapitanowi, gdy dzierżył w dłoniach drugą sieć, o wiele mniejszą, delikatniej utkaną, między cienkimi linkami przeświecało coś niezwykłego.
— Znalazłem taką muszlę… — zaczął Dante, wyplątując znalezisko z sieci, wyciągając je w stronę Bashara.
Kapitan puścił ster, zablokował dźwignią, przyjął prezent. Czarna, o ostrych i twardych krawędziach, niczym odprysk głębi nocy, zdawała się kryć w sobie echo odległych sztormów. Jej końce lśniły głęboką, krwistą czerwienią, jakby pochłonęła w swym wnętrzu ostatnie promienie zachodzącego słońca. Ułożona na drewnianej półce, mogłaby w kapitańskiej kajucie stać się niemym świadkiem morskich opowieści i strażnikiem sekretów oceanu. Bashar uśmiechnął się.
— Zostawię ją u mnie na biurku — powiedział, Dante zaś uśmiechnął się szeroko, mroźnobłękitne oczy zalśniły prawdziwym szczęściem.
Muszla doczekała się swego własnego postumentu. Bashar zaś siedział przy biurku, słuchając swego syrena.
— W pobliżu tej cieśniny są bardzo zdradliwe skały, nawigacja przez nie będzie wyzwaniem — powiedział, wskazując na mapę.
— Ale nie będzie niemożliwa.
— Nie będzie — Dante uśmiechnął się, pochylił nieco, oparł policzek o skroń swego kapitana. — Ale nie chcę, żeby coś się stało z Łuną.
Bashar uśmiechnął się, mocniej przyciągnął siedzącego mu na kolanach mężczyznę.
— Nic się nie martw. Dopóki ja stoję za sterami a ty nas prowadzisz, Łunie nie stanie się nic złego.
I jakby na potwierdzenie własnych słów, Bashar uśmiechnął się, ściągnął Dantego bliżej, wprost ku czułemu pocałunkowi. Byli razem, stanowili jedność. Skoro tak, jaki los mógłby im zagrozić?
Nagłówek: Ship off the Coast, Ivan Aivazovsky
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz