— Czy ty się głową z chujem na miejsca pozamieniałeś?
Antek odwróciło się gwałtownie w kierunku wrzasku. Niedaleko stał jakiś krzepki mężczyzna o budowie dużej lodówki, łysy, z założonym niechlujnie dresem i sandałami. W końcu był środek lata.
— T-ty zaraz będziesz musiał zmienić ich miejsce jak ci obiję ten głupi ryj! — Wydarł się drugi, mniejszy mężczyzna, trzymając kurczowo ostatnie dwie zgrzewki Tyskiego. Jak na jego wątłą posturę i chude ramiona, było to bardzo odważne z jego strony, by być zdolnym poświęcić swoje zdrowie o drugą zgrzewkę piwa. Antek jednak go totalnie rozumiało, piwo piechotą nie chodzi. Jak to bywało w tego typu sklepach, kłótnia rozwinęła się przez wielką, czerwoną kartkę z napisem “1+1 gratis”. Tylko głupi by nie skorzystał. Mimo to uniosło brwi w niewielkim przerażeniu, nie wiedząc czy już dzwonić po karetkę czy grabarza.
— Nawet ten pedał tam wie, że masz przejebane chuderlaczku. — Osiłek wskazał na Antka palcem i uśmiechnął się okrutnie w stronę swojej ofiary.
Antek zbladło, szybko odwróciło wzrok i pognało do kasy, by zapłacić za pare sztuk Tofinków oraz butelkę wody. Po drodze prawie wpadło na ochroniarza, który szedł do dwóch bardzo kulturalnych dyskutantów.
Gdy już wyszło na palący skwar, od którego wszystko w zasięgu wzroku poruszało się delikatnie w oczach przechodniów, zatrzymało się przed małym autem. Ani jednego kawałka cienia. Auto stało w pełnym słońcu przez dobre dziesięć minut, ale i tak zagrzało się do tego stopnia, że Antek nie mogło dotknąć kierownicy. Na domiar złego Fiat był cały czarny, co nie poprawiało sytuacji. Włączyło klimę, otarło drzwi na oścież i czekało, aż trochę się schłodzi.
Lato w Pobierowie było ostatnią rzeczą na jaką miało ochotę. Wysłano jeno jednak na przymusowy urlop ze względu na remont baru, w którym pracowało. Chętnie skorzystałoby z wolnego, dlatego się zgodziło, ale nie wiedziało, że trafi akurat tutaj. Wraz z ogłoszeniem znajomym, że dostało wolne, wysłali jeno nad morze. Podobno jod działa dobrze na płuca, a mieszkanie w Krakowie, jak zresztą wiadomo, nie wpływa na nie dobrze. Może stwierdzili, że to się jakoś wyzeruje.
Gdy w końcu znalazło się przy drewnianym domku, rozsiadło się wygodnie w cieniu tarasu i oglądało dzieci drące japę wniebogłosy na placu zabaw. Typowy dzień tutaj. Wyciągnęło Tofinka, który pod wpływem temperatury nie był już taki chrupki, a karmel lał się poza wafelkiem, na co Antek zareagowało cichym klnięciem.
— Panie sąsiedzie! — Podeszła do jeno drobna kobieta o długich, blond włosach. Zmarszczyło brwi, ale od razu się poprawiło. Na twarz Antka wpłynął uśmiech i delikatnie przytaknęło. — Robimy dzisiaj grilla, może wpadniesz na jakąś partyjkę? Mamy zestaw do pokera. Mąż będzie wniebowzięty!
— Pewnie. O której? — Nim się dobrze zastanowiło, słowa te wydobyły się z jeno ust. Miało plan iść dzisiaj na zachód słońca, ale najwyraźniej już ma inne plany.
— Jakoś po siódmej.
Antek przytaknęło, siląc się na szeroki uśmiech. To tych państwa dzieci krzyczały najgłośniej na placu. Oczami wyobraźni widziało już jak głośno musieli zachowywać się ich rodzice, gdy w grę będą wchodzić cholerne karty. Przeklnęło znowu, orientując się, że w sumie nie wie, czy grać będzie na pieniądze. Oczywiście, pewnie by wygrało, ale nadal nie chciało ryzykować. Westchnęło ciężko i pokręciło głową. Polacy, skwar i alkohol to niedobre połączenie.
W domku nie było lepiej, gorąco nie było jedynie w lodówce. Tam odłożyło swoją oranżadę i reszte Tofinków, niech wrócą do swojej normalnej formy, którą tak kocha. Skoro ma czas do siódmej, to może faktycznie dotrze nad wodę powdychać trochę zdrowego powietrza.
Wyciągnęło kąpielówki z ananasami wklejonymi na chama na tafle jakiegoś basenu. Idealne. Spakowało torbę na ramię, gdzie schowało książkę, okulary przeciwsłoneczne, czapkę z daszkiem i krem z filtrem. Ostatnie o czym marzyło, to przyjść na posiadówkę czerwone jak rak. Nie miało ze sobą też Panthenolu, a nie wiedziało, czy dotarłoby z takimi oparzeniami do apteki. Pewnie wysłaliby je prosto na SOR.
Droga na plaże była krótka, Antek załatwiło sobie domek bardzo blisko zejścia na nią. Prowadziło ono przez las, w którym roiło się od komarów, nawet teraz, ale kilka szybszych kroków uchroniło je przed dodatkowymi ukłuciami. Gdy usłyszało szum fal i piękne błękitne niebo, westchnęło. W momencie, gdy dotarło trochę bliżej, na tyle by zobaczyć piasek, błogi uśmiech spłynął nu z twarzy. Plaża była wypełniona prawie po brzegi. Środek sezonu. Westchnęło ciężko.
Ulokowało się gdzieś pośrodku, niedaleko wody, ale nie na tyle blisko, by biegające bachory nie zasypały Antka piaskiem. Koc piknikowy, z termicznym dołem rozłożyło na najrówniejszej części plaży. Człowiek leżał tu prawie na człowieku, więc z tak gęstym lasem parawanów nie musiało martwić się o swój własny.
Ułożyło się wygodnie, wysmarowało się od stóp do głów i otworzyło książkę na trzecim rozdziale, który zaczęło wczoraj. Była to podobno “ambitna” książka, Antek nudziło się na niej okrutnie. Rozumiało, powiedzmy, czemu ta książka była tak popularna i może nawet zrozumiałoby co jest w niej takiego ciekawego, ale na razie męczyło się przez długie opisy. Antek nienawidziło Sienkiewicza z całego swojego serca i najchętniej cofnęłoby się w czasie i powiedziało mu, żeby się zajął czymś użytecznym. Według Antka miał on szczęście, że już nie żył, bo gdyby zobaczył jeno paru stronicowe recenzje, to rzuciłby swoją karierą pisarską na dobre.
Z zamyśleń o nienawiści do polskiego noblisty wyrwał cień stojący nad num. Powoli uniosło głowę. Przed Antkiem stało dziecko, może w wieku przedszkolaka, trzymając coś w rękach. Książka została delikatnie zamknięta i schowana do torby, a niebieskie włosy odgarnięte z oczu, by lepiej zobaczyć ów rzecz.
— Patrz jaka fajna! — Powiedziało z szerokim uśmiechem.
Antek nachyliło się jeszcze bardziej po czym gwałtownie odskoczyło, gdy dziewczynka przysunęła znalezisko bliżej jeno twarzy. Pierdolona meduza. Ona trzymała w gołych rękach, w ogóle nie zaaferowana tym co miała, różową meduzę wielkości talerza obiadowego. Od kiedy one mogły mieć taki rozmiar?
— To prezent dla ciebie! Nazywa się Mariusz. Musisz przyjąć. Mama mówi, że to nieładnie nie przyjmować prezentów!
— A mama ci nie mówiła, żeby nie przeszkadzać obcym jak odpoczywają, gówniarzu? — Warknęło, odsuwając się. — I żeby nie rozmawiać z nieznajomymi?
Dziewczynka wzruszyłą ramionami i zaczęła kłaść zwierzątko na kolanach Antka.
— Kurwa, NIE! — Podniosło się na równe nogi, potykając się o koc i uważając, by na pewno nie dotknąć galarety. — Zostaw mnie i to biedne zwierzę, Jezus Maria! Odnieś je do wody, przecież ono zaraz umrze.
Nie zrobiło to żadnego wrażenia na przedszkolaku, który znów nieuchronnie zbliżał się z meduzą, by przekazać go Antkowi. Wzięło ono płynnie swoją torbę, koc spisało już na straty i zaczęło odsuwać się coraz szybciej. W pewnym momencie musiało odwrócić się i zacząć biec, by zgubić niechcianego towarzysza. Chyba nie przewidziało, że ów dziewczynka będzie tym zachwycona i zacznie jeno gonić, krzycząc coś o nieuprzejmości i o sprawianiu przykrości Mariuszowi.
Antek zaczął przeklinać się w myślach, próbując nie oddalać się zbytnio od miejsca, w którym wypoczywało. Potrzebowało jeszcze być oskarżone o porwanie jakieś losowego, głupiego dziecka, które nie chciało się odczepić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz