Ten nieznany ból wciąż uciskał pierś, jakby wyrwano coś z niej i rozdeptano na jego oczach, czemu winny był on sam. Jakby topił się we własnych żalach, syren, który nie znał niebezpieczeństwa zniknięcia na dobre pod wodą bez powietrza. A jednak kolejny dzień walczył on o oddech, o chwilę przypomnienia sobie, jak dawniej oddech ten zawierał w sobie słoną bryzę, rozkosz jednej nocy, słodycz obcych warg. Trzymająca go przy życiu iskra pozostała w kajucie kapitana Purpurowej Łuny i nieważne, jak bardzo starał się Dante ją odzyskać i odnaleźć na dnie butelki, na pięści przypadkowego oprycha, w kojących ramionach morza, wszystko sprowadzało się do tego martwego uczucia pustki, braku wartości, żałości.
Kapitan go nigdy nie potrzebował, sam to powiedział, sam Dante to wiedział. Więc dlaczego to tak bolało? Dlaczego niewypowiedziane słowa kłuły w gardło, skoro nic by one nie zmieniły, a pozbawiony emocji, rubinowy wzrok wżynał się w jego serce ostrzej od wszelkiej stali?
Kwaśny alkohol znów wypełnił usta, lecz syren wypił wystarczająco tego wieczora, by nie przejmować się już smakiem. Za jego plecami piracki port krzyczał tysiącem podnieconych głosów wylewających się z okien zapyziałych karczm i tanich burdeli, przed nim morze leniwymi falami muskało szary piach. Milczało, dalej nie mając mu nic nowego do powiedzenia.
— Zdrajca — mruknął niewyraźnie Dante, dopijając alkohol i rzucając butelką w blady okrąg księżyca odbijający się od tafli. Jego pierwszym, naturalnym odruchem na ból było zniknięcie w morskich głębinach, schowanie się w jakieś jamie, gdzie mógłby trwać skulony i bezpieczny, gdzie ukojenie naturalnie by na niego spłynęło. Lecz prądy szarpały syrenim ciałem, pchały go w stronę tego, który kazał mu odejść i Dante, pozbawiony ostatniej przystani, wyszedł w końcu na ląd, powtarzając imię kapitana nad butelką rumu mogącego być równie dobrze szczynami.
Gdzieś z boku trzaskało ognisko. Nie zwracał na nie uwagi ani na siedzącą wokół grupkę mężczyzn, dopóki znajomy dźwięk nie zaczął przewijać się w ich rozmowie. Złowił go, jak jakiś wierny pies niezapominający zapachu swego pana.
— …Karim jest skończony.
— Ty chyba nie…
— Dobrze zapłacili. — Pauza, beknięcie. — A kapitan sam sobie nagrabił, nie przyjmując mnie wtedy na statek.
— A nie mieli kompletu?
— Ludzie coś gadali, że się miejsce zwolniło. Nieważne. Jak ich złapią, to ze stryczka może Karim mnie w dupę…
Mężczyzna zdążył rzucić jedną kurwą, nim Dante, nigdy wcześniej nie wytrzeźwiawszy tak szybko, znalazł się przy nim, chwycił za szyję wraz z kołnierzem brudnej koszuli i uniósł gnidę w górę. Koledzy przy ognisku wstali, lecz widząc, jak nogi kapusia dyndają nad ziemią, zawahali się.
Mroźny błękit niebezpiecznie świecił w mroku.
— Co zrobiłeś? — wycedził syren.
— A ty kto?! — wycharczał mężczyzna, strzelając wzrokiem na jego nieludzkie oczy. Ściskał syrenie nadgarstki oraz dłonie, lecz uchwyt był żelazny.
— Co — powtórzył powoli Dante — zrobiłeś? Komu powiedziałeś i co o kapitanie Purpurowej Łuny? — Zamiast jednak odpowiedzi doczekał się próby kopnięcia go w piszczel. Syren warknął, miotnął zdrajcą o ziemię i przystawił jego twarz do ognia. Pozostali coś krzyknęli, płomień liznął policzek mężczyzny, wyciągnął z jego gardła skrzekliwy jęk. — Gadaj, bo inaczej cię nadzieję na kij i będę obracał nad ogniem jak prosiaka.
— Sprzedałem go marynarce króla! — wrzasnął, próbując odsunąć się od ogniska. — Łuna przybiła tutaj do portu kilka dni temu, komuś z załogi wymsknęło się, za jakim statkiem teraz będą płynąć! Chciałem się załapać, ale mnie nie wzięli, to wkurwiony poszedłem do żołdaków! — Żar dalej palił w skórę. — Błagam, przestań, ja potrzebowałem jedynie pieniędzy…
Marynarka będzie próbowała pojmać kapitana. Niepokój ścisnął serce.
— Gdzie będą przepływać?
— Popłynęli na północy-zachód!
Dante pociągnął go wreszcie w górę, przystawił usta do jego ucha.
— Gdy wrócę, utopię cię.
Pirat, brutalnie pchnięty, poleciał na piach, z przestrachem rozejrzał się wokół siebie. Ujrzał tylko swoich towarzyszy, wstrząśniętych nie mniej od niego, a potem usłyszał plusk ciemnej wody.
— Kapitanie!
Wołanie zagłuszył wystrzał z pistoletu tuż przy jego głowie, aż ciepło i zapach prochu wzmocniły bicie szalejącego serca, spięły mięśnie niespokojne wyczekujące skoku, biegu czy okazji do ataku. Dante zgrzytnął zębami, znalazł delikwenta strzelającego przy nim. Wyrwał broń królewskiemu żołdakowi i zdzielił go nią w skroń, nie czekając na zobaczenie, jak mężczyzna chwieje się na nogach i przewala przez burtę. Syren pognał na wyższy pokład, wymijając walczących kamratów, niedowierzających w jego powrót.
Marynarka króla wdarła się abordażem na Łunę i może zaskoczyła piratów, lecz nie doceniła przeciwnika – wygrywali, granatowe mundury armii padały jeden po drugim na piracki pokład, a jednak wciąż walczyli, królewski rozkaz wisiał nad nimi. Wystarczyło jedno spojrzenie na ster, zapełniony wokół marynarzami, zaś w środku zbieraniny stał kapitan z rapierem ociekającym krwią, prostymi barkami, dumnym, nieugiętym spojrzeniem.
Mieli zbyt dużą przewagę liczebną nad nim. Syren zaklął na czyjeś uderzenie go w nogę, barkiem pchnął jakąś dwójkę złączoną w morderczym uścisku, podniósł z pokładu porzucony kordelas.
Piekło rozwarło się wraz z pierwszym jego ciosem.
Ściągnął całą uwagę na siebie mocnym cięciem w plecy jednego z marynarzy, wdarł się przed rapier, prowokując wszystkie ostrza i pistolety. Któryś chybił, któryś nie wystrzelił, Dante rzucił się na niego, najmniej przygotowanego, cięciem w rękę i pchnięciem w brzuch zakończył sprawę, już uchylając się przed kolejnym napastnikiem. Ginęli w zawrotnym tempie, syren tańczył między nimi z nieludzką szybkością i zwinnością, w każdy cios pięścią, w każdy ruch kordelasa wkładając palącą złość na ich próby zagrożenia kapitanowi. Zwykła walka zmieniła się w zemstę za choćby uniesienie ręki na niego.
Pod jego nogami zwalił się kolejny królewski marynarz, Dante zakręcił się na pięcie z gniewem oceanu szalejącym w jego oczach. I wtedy ujrzał – kapitana walczącego z jednym przeciwnikiem, nieświadomego zakradającego się od tyłu mężczyzny ze sztyletem w ręku. Syren nie myślał. Skoczył.
Rapier kapitana sparował cios, bez wahania skorzystał z otwarcia, a wtedy sztylet zamachnął się na Bashara. Wbił w ciało. Dante zachłysnął się powietrzem.
Zamroczyło go na moment, szok sparaliżował część ciała, lecz syren dał radę odpowiedzieć ciosem z kordelasa. Marynarz wytrzeszczył oczy na rozoraną pierś, legł na deskach, zabierając ze sobą sztylet w zdrętwiałej dłoni, wyciągając z szerokiej piersi urwane stęknięcie. W mimowolnym odruchu palce dotknęły boku, ciepła krew spłynęła na wnętrze dłoni. Lekkie przechylenie się statku wystarczyło, by syren, zawsze pięknym krokiem przemierzający pokład, poleciał na kolana.
Uszy ktoś wypchał mu woskiem. Tylko jeden głos przebijał się do niego, głos kapitana. Nie rozróżniał słów, wystarczyło jednak, że słyszał to znajome brzmienie, że nie było w nim bólu ani cierpienia. Dante podniósł z trudem głowę, zobaczył, jak Bashar pada przed nim, szarpnięciem ściąga z ramion płaszcz.
— Panie kapitanie… — Odetchnął ciężko, gdy Bashar uniósł nieco jego dłoń, wepchał pod nią płaszcz, by materiał uciskał ranę. Mężczyzna uniósł wzrok, w zimnym niczym stal rubinie zamajaczyło niedowierzanie na słowa, które właśnie słyszał. Dante uśmiechnął się słabo kątem ust. — Dzień dobry.
Ostatnie niedobitki padały w tle, kilku piratów przybiegło do nich, ale mroźnobłękitne oczy wpatrywały się w jedną osobę, próbowały odróżnić krew własną od kapitańskiej na tych bladych dłoniach.
— Do mojej kajuty z nim — zakomenderował Bashara, dwóch postawnych kompanów przypadło do syrenich boków, pomogło mu się dźwignąć, słuchając uważnie ostrych uwag kapitana, by uważać na ranę.
Bashar ruszył pospiesznie przodem, przesuwając samym spojrzeniem z drogi każdego, kto mógłby opóźnić choćby o krótką chwilę dotarcie do kajuty, zerkał za siebie, gdy wstrzymywane jęki bólu dawały radę przedostać się przez zaciśnięte usta. Syren miał wrażenie, że równocześnie bierze aktywny udział w tej scenie, jak i obserwuje ją gdzieś z boku, krew ciekła z rany, tak jak jego połączenie z rzeczywistością przelewało mu się przez palce. Ale wciąż nie wiedział na pewno…
— Kapitanie… — sapnął, próbując zatrzymać się gdzieś w korytarzu, by choć na chwilę zwolnili, pozwolili mu zapytać. Lewy bok przeszył spazm rozdzierającego bólu, nogi prawie ugięły się pod nim. Wnętrze policzka krwawiło od zaciskających się na nim zębów.
— Przestań się opierać — syknął kapitan, poprawiając ułożenie płaszcza na ranie. Bashar nie słuchał. Musiał go posłuchać. Musiał odpowiedzieć.
Następne minuty zlały się w jedno, czyjaś siła niczym morska fala pchnięciem położyła go na kapitańskiej pryczy, a potem dwójka piratów wyszła, zatrzaskując mocno za sobą drzwi. Albo to nie oni je zatrzasnęli. W kajucie został Bashar, on i krzyk z palącą w gardło potrzebą wydostania się na zewnątrz.
Drzwiczki szafek prawie poodpadały, gdy kapitan wyciągał potrzebne narzędzia, krzesło zaryło po drewnie, przysunięte gwałtownie do pryczy. Świat rozmazywał się, mrugnięcia nie pomagały, Dante nie mógł już sam niczego ocenić. Poczuł tylko, że Bashara próbuje dostać się do rany, i chwycił na oślep jego łokieć, kurczowo zacisnął palce.
— Dante — rzucił kapitan chłodno, stanowczo — daj sobie wreszcie…
— Bashar — szepnął, uciszając go momentalnie.
Ostry, płytki dech przywrócił mu nieco przytomności, skrzyżował ich spojrzenia.
— Czy nic… — zaczął, zużywając resztki sił trzymających się w nim tylko po to, by chronić kapitana — tobie nie jest?
— Nie — odpowiedział pospiesznie kapitan. Nieprzenikniony mur w rubinie skruszał lekko, lecz zamroczona bólem głowa tego nie pojęła.
Ledwie przytomny uśmiech wkradł się na usta, nim syren utracił władanie w dłoni. Rana przestała na moment pulsować, zaś tę ulgę Dante przypisał słowom Bashara i ogarniającej go ciemności.
Słońce zdążyło zajść, zanim świadomość powróciła do niego.
Pojedyncze myśli przedarły się przez grubą zasłonę otępienia i wycieńczającego bólu. Świat kołysał się dobrze znanym rytmem pod nim, utulał go, zabierał z zimnych objęć nieprzytomności i wciskał tym razem w leczniczy, spokojny sen. Gdzieś liny jęknęły cicho, starając się utrzymać maszt na swoim miejscu, ktoś zawołał ostro, by nie przysypiać na warcie. Z jednej strony nie mógł uwierzyć, że to zrobił, z drugiej – czy ocean w którymkolwiek momencie poprowadził go innym prądem? Czy nie było tak, że ściągał go w kierunku Purpurowej Łuny, nieważne, w jakich głębinach wody i kufla starał się zniknąć?
Wrócił na statek. Wrócił do Bashara.
Przebłyski ataku pojawiały się w jego głowie wraz z kłującymi przypływami bólu. Przedzieranie się przez żołnierzy króla, rozcięcie na ramieniu. Żwawa wspinaczka po schodach, uderzenie kolby od strzelby w kolano. Sztylet, paląca wyrwa w boku. I pośród tej zawieruchy fala błogości – Bashar, nietknięty wrogą ręką, nieugięty, odpychający nacierających nieprzyjaciół. Cały i zdrowy, bezpieczny, znieczulający jego rany, bo każde cierpienie Dante podwoiłby i potroiłby bez wahania, jeśli znaczyłoby to, że kapitana nie spotka nic złego.
Wdech i pomruk zamarły w piersi, gdy dotarło do niego, co czuł na lewej ręce. Ledwo pamiętał, do które kajuty trafił, czemu krew już nie ciekła, a coś mocno trzymało skórę w całości, ledwo wiedział, że to noc ogarnęła morze, bo brakowało promieni padających na jego powieki. Lecz tę dłoń rozpoznałby w największym zamroczeniu.
Nie miał siły otworzyć oczu. Chwycić jego rękę – już tak.
Na stwardniałych knykciach opierało się blade czoło, sklejone zimnym potem kosmyki lekko łaskotały bezwładne palce. Chwyt kapitania na syrenim nadgarstku był tak silny, tak pewny, rozkazujący wręcz, by krew płynęła dalej w osłabionym ciele i ani na moment nie ważyła się zatrzymać. Minęły godziny, a dłoń jego nie słabła, nie odpuszczała, tak jak Dante nie odpuścił nigdy swej lojalności.
Palce, silne i wyrobione szorstkimi linami, poruszyły się niemrawo. Poczuł, jak kapitan unosi głowę, lekki oddech ulgi owiewa wyczyszczoną z krwi skórę. Bashar puścił nadgarstek, ułożył dłoń pod syrenimi palcami, jakby chciał się upewnić, że ruch wcale mu się nie przywidział, a Dante ścisnął go najmocniej, jak mógł. Przepraszał, jak bardzo on przepraszał za ucieczkę od słów, które powinny były paść dawno temu, za nieszczerość i czas spędzony na zachowywaniu się nie lepiej od szczura z zapchlonego statku. Przepraszał za uczucia, których nie potrafił okazać tak, jak kapitan na to zasługiwał.
Gdy tylko uścisk jego zelżał nieco, nie uciekł się on do tego pustego, nic nieznaczącego dotyku, znanego zaczarowanym magią syren piratom. Z czułością, o którą nikt tych dużych dłoni by nie posądził, opuszki przejechały po bladej skórze, pragnąc czegoś więcej niż bogactw czy nocy zapomnienia – chodziło o uśmiech, o szczęście, o bliskość kogoś, nawet nie tę intymną i prywatną. Wystarczył jeden statek, jeden pokład i wznoszenie każdego ranka wzroku ku osobie stojącej przy sterze.
Bashar nie drgnął w żadnym momencie, syren tylko czuł na sobie rubinowe spojrzenie. Dante nie mógł o nic prosić, ani o wybaczenie, ani o odpowiedź, bynajmniej nie zasługiwał na jedno oraz drugie. Dość jednak morze burzyło się w jego piersi, usłane odłamkami pękniętego serca dno należało odkryć, cofnąć niespokojne fale, wyznać wszystko, tym razem szczerze.
Zapadł się mocniej w pościel, zostawiając palce ułożone na wierzchu kapitańskiej dłoni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz