10 sierpnia 2025

Od Cheoryeona – Kto ma najsmaczniejszy mózg? (V)

TW: eeeeee post-apo
Souel siedział przy stole, zajmował się... w zasadzie niczym konkretnym. Przez jakiś czas próbował z chusteczki złożyć pieska origami, ale zdecydowanie brakowało tej sztywności, jaką miał papier. Poddał się w końcu, trochę niezręcznie splótł ze sobą palce, opierając je o uda.
Zatrzymali się w kawalerce, którą znalazł Raoun. Mieszkanie było nietknięte, jak gdyby oryginalny lokator przebywał poza domem w trakcie wybuchu pandemii. Wszystko leżało na swoim miejscu, nie dało się doszukać śladów walki ani włamania. Nawet nie brakowało produktów spożywczych. Nikt wcześniej nie dobrał się do środka. Mogli więc spokojnie się tu ulokować na pewien czas.
Wykonał nieco głębszy wdech. Zerknął w stronę wersalki. Cheoryeon leżał tyłem do niego, przez co nie dało się dostrzec twarzy. Nie ruszał się, nie mówił nic. Momentami wydawał się martwy, ale wtedy ruch torsu na skutek oddychania dawał znak, że wciąż żył.
Co nie znaczyło, że było z nim dobrze.
Gdy Souel i Raoun znaleźli go, oboje byli szczęśliwi, dopóki nie zobaczyli jego stanu. Cały poraniony, zakrwawiony, z kawałkiem szmaty na głowie, zasłaniającym paskudną ranę. Szedł do nich bardzo powolnym, chwiejnym krokiem, na plecach dźwigał Suyeon, która...
Trudno było o tym myśleć.
A co miał powiedzieć Cheoryeon, który to wszystko widział na własne... oko.
Dwójka siedziała sama. Po zaprowadzeniu ich do kawalerki i opatrzeniu Złotoskrzydłego Raoun zabrał gdzieś ze sobą Suyeon. Gdzie dokładnie, można było się domyślić, aczkolwiek nikt nie odezwał się słowem w tej kwestii. Souel tylko dostał polecenie, że ma pilnować Cheoryeona oraz powstrzymać, jakby planował zrobić coś głupiego.
Na przykład co?
Genashi rozglądał się po pokoju, w końcu zatrzymał wzrok na swoim plecaku. Jakoś tak się stało, że ostał im się tylko jeden. Wcześniej zostawili ten Cheoryeona, bo zmniejszyła im się ilość zapasów, a plecak Suyeon został stracony, gdy dziewczyna porzuciła go w trakcie ratowania brata (przed wyjściem z galerii jeszcze nie miała go założonego) – w tym całym chaosie reszta o nim zapomniała. W sumie czy musieli pamiętać? Wcześniej z całej grupy tylko połowa potrzebowała jedzenia i wody, a teraz... liczba ta jeszcze bardziej się zmniejszyła.
Właśnie, może Souel powinien sprawdzić to, co zabrali z jego domu. W trakcie walki część mogła ucierpieć. Tylko nie chciał przeszkadzać Cheoryeonowi.
Przygryzł dolną wargę, przejechał palcami po blacie stołu. Spróbował ostrożnie wstać, ale zamarł, gdy krzesło zaszurało. Wykonał głębszy wdech.
Druga próba już mu lepiej poszła...
— Nie musisz się skradać, nie śpię — usłyszał wtem.
Uniósł brwi, zerknął na Cheoryeona. Jasnowidz nadal się nie ruszał, ale za to się odezwał. Musiał usłyszeć te przykre starania bezdźwięcznego poruszania genashiego.
— Myślałem, że może chcesz się wyciszyć czy coś w ten deseń — zaczął tłumaczyć się Souel.
— Ale nie musisz na palcach chodzić, chill.
Cheoryeon cicho westchnął. Chwilę nasłuchiwał; nie doczekał się odpowiedzi. Postanowił poprawić swoją pozycję, ręce zabrał spod lewego policzka, a puścił wzdłuż ciała. Materac nie należał do najwygodniejszych, ale nie mógł narzekać. Obecnie to było najmniejsze ze zmartwień.
Znowu zrobiło się w pokoju cicho, lecz nie na długo. Pustkę wypełniło kolejne, już nieco pewniejsze szurnięcie nóg krzesła, a po nim nastąpiło parę kroków. Znów zapadła cisza, gdy nagle fragment materaca wygiął się pod ciężarem kolejnej osoby.
Souel usiadł tuż obok jasnowidza.
— Jak się czujesz? — zapytał wolno.
— Zależy, o czym mówimy — odparł obojętnie tamten.
— Może najpierw fizycznie. Twoja rana...
Na ostatnie słowa Cheoryeona przeszedł dreszcz. Napiął ramiona, chwilowo wstrzymał oddech.
Genashi nie widział w pełni jego twarzy, ponieważ ten leżał na lewym boku, a na górze znajdowała się ta zakryta bandażem połowa. Nadal jednak dało się dostrzec skrzywienie na ustach, przez co powiedział:
— Przepraszam.
— Jest spoko — odpowiedział po krótkim milczeniu jasnowidz. — Choć teraz mam boskie ciało, to przez resztę wcieleń byłem normalnie podatny na wszystkie rany. To nic nowego, że doznałem... nieuleczalnej kontuzji.
Niestety ze wszystkich możliwych opcji musiało paść na oko. Bestia mogła mu złamać rękę, oderwać ucho, nawet odgryźć palec czy dwa. Nie, trafiła pazurem w gałkę oczną, kompletnie ją rujnując. Jeszcze przez tę przeklętą zdolność nic nie można było z tym zrobić. Nie pomagała ani jego boska krew, ani ta od Raouna. To był koszmar.
Szczególnie...
— Nadal — Souel chwilę się wahał — musi być ciężko. To dość specyficzna rana, a twoje zdolności polegają głównie na widzeniu, więc rozumiem...
— Pal sześć oko, oni zabili Suyeon! — Zerwał się do pozycji siedzącej, odrzucił losowo złapaną do ręki poduszkę w kąt.
Nagły wybuch emocji zaskoczył genashiego, nie potrafił tego ukryć, ale nie wystraszył się ani nic. Wiedział, że w tym momencie był potrzebny jako ten choć trochę trzeźwo myślący.
— Wiesz, że nie odeszła na zawsze — rzekł uspokajającym tonem.
— Wiem! — Zacisnął pięści. — Wiem, ale ją zabili! Zabili tak po prostu, bez zastanowienia! Rozumiem to, co zrobili mi, ale czemu ona? Tam typ się teleportował, to przecież mogli po walce mnie zabrać, a ją zostawić. I tak byliśmy kawałek od galerii, więc mieli pewność, że Suyeon ich tak szybko nie dopadnie. Od początku tylko mnie chcieli! Mnie! — Wskazał siebie obiema rękami. — To czemu ją skrzywdzili?!
Z lewego oka popłynęła łza.
Nie rozumiał, po prostu nie rozumiał tego. Był Złotoskrzydłym Wszechwiedzy, a nie pojmował, dlaczego oni zabili Suyeon. To było po prostu nieludzkie, nawet w świetle apokalipsy wirusa. Ich celem od początku był tylko Cheoryeon, tylko jego chcieli, to po co się fatygować z zabijaniem kogoś innego? Wystarczyło ją tam zostawić. Suyeon była zmęczona i ranna, nie byłaby w stanie za nimi podążyć. Musiałaby wpierw zająć się sobą, a dopiero potem szukać drogi powrotnej. Nie znała tej dzielnicy dobrze, nie trafiłaby tak szybko na miejsce.
Nie musieli, po prostu nie musieli tak bardzo krzywdzić jego jedynej biologicznej rodziny.
Chwilę płakał, z ogromnym trudem próbując powstrzymać emocje. Starał się pocieszyć, że to nie był koniec, że przecież zobaczy ponownie siostrę, Raoun na pewno ogarnie wszystko. Tylko czuł się tak winny. Gdyby tylko szybciej zareagował, nie zostałby ranny, a walka dalej by się toczyła. Gdyby uważał przy pożegnaniu z Ianem, nie złapaliby go w pułapkę. Gdyby przed wejściem do galerii zrobił przegląd przyszłości, wiedziałby zawczasu, do czego dojdzie. Gdyby po prostu nie dał się wtedy ugryźć...
Gdyby...
— Tylko się nie zadręczaj tym.
Zamrugał, podniósł wzrok na wciąż siedzącego obok Souela.
— Czemu nie mogę być jak ci mędrcy, którzy znają odpowiedź na każde pytanie? — zapytał łamliwym głosem. — Czemu nie mogę być na wszystko przygotowany? — Spuścił głowę, kolejna fala łez zaczęła spływać po policzku. — Powinienem był po prostu przewidzieć tę nieszczęsną apokalipsę i wcześniej ucieklibyśmy do Ma'ehr Saephii. Czemu jestem taki żałosny?
Gdyby tylko wizje pokazały mu w odpowiednim momencie wyciek wirusa, uniknęliby tego całego piekła. Nikomu nic by się nie stało. Wystarczyłby jeden znak. Jeden, maleńki.
Souel przyglądał mu się przez kilka sekund, gdy nagle westchnął ciężko. Położył dłonie na barkach jasnowidza, poruszył nimi lekko, by skupić na sobie jego uwagę.
— Nie jesteś żałosny. — Migające pierścienie w oczach tylko podkreślały zbierające się łzy. — Sam mówisz, że nie wszystko da się przewidzieć. Że nie wszystkie wizje spełnią się w stu procentach.
— Ale jestem Złotoskrzydłym Wszechwiedzy. — Uciekł spojrzeniem. — Nie powinienem wiedzieć wszystkiego?
— Jestem pewien, że nawet Złotoskrzydli Wszechwiedzy nie są w stanie wiedzieć wszystkiego. Poza tym ty dopiero co odkryłeś swoją tożsamość, jeszcze się uczysz, więc nie możesz się tym katować. — Widząc, że przyjaciel nie zabiera się za odpowiedź, po krótkim pociągnięciu nosem kontynuował: — Tylko Prawdziwy jest omnipotentny. Cokolwiek zostało zrządzone, ma swój powód. A na razie skupmy się na tym, że tak naprawdę nie przegraliśmy. Suyeon wróci. To akurat wiesz bardzo dobrze.
Cheoryeon milczał. Przygryzł dolną wargę.
Souel miał rację. Złotoskrzydły nie mógł zbyt mocno siebie bić za to, czego nie był w stanie zrobić. Zresztą, to wszystko już się wydarzyło. Przestało być wizją z przyszłości, a prześlizgnęło się przez teraźniejszość i pozostało w przeszłości. I co, miał teraz rozpaczać, bo nie było możliwości cofnięcia się w czasie? To nie miało sensu.
Suyeon wróci. On nie stał się obiektem doświadczalnym jakichś porypanych typków. Tak jak zostało powiedziane – nie przegrali. Straty nie były aż tak wielkie. Nie przegrali. Suyeon wróci.
Wreszcie rozluźnił mięśnie. Westchnął ciężko, nieco się zgarbił. Mało sprawnym ruchem otarł policzek z łez, a następnie poprawił swój bandaż. Żadna z ran na szczęście już tak nie bolała, co wcześniej. Boska regeneracja mimo wszystko próbowała cokolwiek zdziałać. Nie poddała się jeszcze.
On również nie mógł.
Po raz pierwszy od tych jakże ciągnących się kilkunastu minut podniósł wzrok na genashiego.
Gomawo, Souera — rzucił pod nosem.
W odpowiedzi tamten uniósł lekko brwi.
— Co to znaczy?
Cheoryeon przygryzł dolną wargę. Wolno otworzył usta, ale nim cokolwiek powiedział, został wyprzedzony słowami:
— Nie ma za co. Jesteśmy w końcu przyjaciółmi, więc wspieramy się nawzajem.
— Prawda.
Dwójka rozsiadła się wygodnie na wersalce, opierając plecy o ścianę. Zapadła między nimi cisza, tym razem komfortowa. Mogli w końcu w miarę normalnie odsapnąć po tym wszystkim, co ich spotkało w ostatnim czasie.
— Czej, ty wiesz o Prawdziwym? — Cheoryeon usiadł prosto, posłał Souelowi pytające spojrzenie.
— Nie, nie wiem, kto to. — Genashi wzruszył ramionami, mało dyskretnie, acz dziwnie naturalnie ocierając końcem rękawa łzy. — Powtarzam tylko to, co Władca Dusz kazał mi tobie powiedzieć, jakby coś się działo przed jego powrotem.
Usłyszawszy te słowa, jasnowidz uderzył pięścią w materac.
— Uch, ten drań. Zgrywa rodzica czy co?
Jeśli tak, to jak na złość całkiem dobrze mu to szło.
Próbując zabić czas, Cheoryeon postanowił wypytać o to, co się działo w galerii po tym, jak on i jego siostra zostali zabrani. Zakładał, że znienacka pojawili się uzbrojeni mieszkańcy, jakby tylko czekali na odpowiedni moment. Tak nawet było – według słów Souela korytarz w raptem kilka sekund został całkowicie odcięty, a oni przyparci byli do muru. Raoun z początku jedynie groził Ianowi i jego towarzyszom, ale dość szybko stracił nerwy. Nim ktokolwiek zauważył, rozpoczęła się totalna sieczka.
— Walczyli naprawdę dobrze — mówił genashi — widać, że przez ten tydzień z ich grupy przetrwali najsilniejsi. Ostatecznie jednak nie mieli szans z Władcą Dusz.
Tak, zakończenie było do przewidzenia nawet bez jasnowidzących mocy. Tamci ocalali musieli być silni, ale nie wiedzieli, co oznaczało stanięcie do walki z białookim bytem. Do tego nie białookim pokroju Cheoryeona; Raoun był Bogiem Spirytyzmu, a dzięki swojej specjalizacji praktycznie nietykalny. Bez większego problemu pokonałby nawet Bestię. Jeśli znowu na nią trafią, to kobieta długo nie pożyje.
Poczuł znajomą energię w pokoju. Zerknął w stronę drzwi wejściowych, aczkolwiek musiał obrócić bardziej głowę, by je w pełni dostrzec.
Do mieszkania wniknął wcześniej wspomniany bóg. Zmaterializował się, widząc siedzących chłopaków, przyjrzał im się uważnie. Zmierzył wzrokiem jasnowidza z góry na dół. Nic jednak nie powiedział. Chwilę w ciszy spoglądał na blask nadziei w zdrowym oku, a następnie odblokował drzwi i je otworzył.
Oddech Cheoryeona zadrżał.
Do środka weszła Suyeon.
Stanęła przy drzwiach, popatrzyła na brata. Nie była półprzezroczysta. Nie była wcale duchem. Miała ciało. Swoje ciało, które wcześniej straciła. Wyglądała zupełnie tak samo jak tuż przed śmiercią. Jedynie dostała nowe, czyste ubrania, w tym sweter z golfem, który zasłaniał szyję. Ale nie na tym skupił się Cheoryeon. Nie obchodziło go, co się w niej zmieniło. Nie obchodziło go, że jej energia była inna od żywych istot.
Liczyło się tylko to, że wróciła.
Wstał pospiesznie z wersalki, nogi ciągnęły do biegu.
Siostra pierwsza wpadła mu w ramiona.
— Przepraszam, że cię zostawiłam — powiedziała cicho, przytuliła go mocno do siebie.
— Nie. — Pociągnął nosem, oplótł ją rękami. — To ja przepraszam, że cię nie ochroniłem.
Podparł dłonią tył głowy dziewczyny, zanurzył policzek w miękkich, ciemnobrązowych włosach.
— Przecież to nie twoja wina.
— Ani twoja.
Rodzeństwo stało nieruchomo, jedno zamknięte w objęciach drugiego. Dopiero po niemal minucie postanowili odsunąć się trochę od siebie, by przyjrzeć się sobie nawzajem. Suyeon złapała w dłonie twarz Cheoryeona: prawym kciukiem zaczęła wycierać spływające łzy, podczas gdy lewym delikatnie pogładziła bandaż. Wtem spuściła nieco głowę, zamrugała parę razy.
— Wybacz, że... — głos na chwilę utknął jej w gardle — nie mogę...
Potarła oczy, znów zamrugała.
Cheoryeon popatrzył na nią, uśmiechnął się lekko. Wyciągnął dłoń, palcami poprawił siostrze grzywkę.
— Wypłaczę się za nas obu — powiedział spokojnie.
Znów ją przytulił do siebie.
Nie obchodziły go żadne zmiany w jej ciele. Nic się nie liczyło poza tym, że wróciła. Rodzeństwo znów było razem. Zdołali udowodnić światu po raz kolejny, że żadna siła nie była w stanie stale ich rozdzielić. Zawsze udawało im się odnaleźć drogę powrotną.
— O dziwo wyciągnięcie Suyeon z Zaświatów było dość proste — usłyszeli.
Razem z Souelem, który również zdążył wstać, popatrzyli na stającego przy nich Raouna. Bóg zmienił boski strój na normalne ubrania, otrzepał je z niewidzialnego brudu.
— Nawet nie musiałem specjalnie namawiać Deżetki — kontynuował, podparł się rękami na biodrach. — Powiedziała praktycznie od razu, że zrobi mi ten wyjątek...
Nie zdążył dokończyć, ponieważ Cheoryeon znalazł się tuż przed nim i przywarł do niego niczym dziecko po odnalezieniu rodziców. Raoun odchylił się minimalnie do tyłu, spuścił wzrok na chłopaka, przez dobre kilka sekund się nie ruszał. Nigdy wcześniej nie został tak zaskoczony przez młodego. Praktycznie nie podawali sobie rąk, jakimkolwiek kontaktem fizycznym było co najwyżej wymowne trzepnięcie w głowę, szturchnięcie ramienia czy pociągnięcie za ubrania.
A mimo to nawiedzało go dziwne uczucie, jak gdyby to nie był pierwszy raz.
Zamrugał parę razy, w ten sposób odrzucając niepotrzebne myśli.
— Ty też? — Uniósł jedną brew. — No, już.
Jedną rękę położył na jego plecach, drugą zaś poczochrał po głowie.


— Tak jej przyłożyłem, że aż nie wiedziała, co się dzieje! Normalnie krew poleciała! Żałuj, że tego nie widziałaś, bam i...!
— Nie ruszaj się, bo krzywo wyjdzie.
— Ach, sorka.
Wyprostował się, zastygł w bezruchu.
Przebywali właśnie w łazience: Cheoryeon zajmował przyniesiony z aneksu kuchennego taboret, podczas gdy Suyeon stała nad nim i przycinała mu nożyczkami włosy. Złotoskrzydły narzekał, że przez Bestię miał oszpeconą nie tylko twarz, ale też fryzurę, bo była nierówna, gdy nagle siostra zaproponowała, że mogliby jak za starych dobrych lat w sierocińcu zabawić się w salon fryzjerski. Nie trzeba było czekać, żeby się zgodził, w końcu swego czasu regularnie obcinali się nawzajem.
Tak oto skończyli w obecnej sytuacji.
Początkowo Suyeon chciała możliwie jak najmniej ściąć, żeby w jak największym stopniu zachować oryginalną fryzurę. Niestety szybko się okazało, że nie było to w pełni możliwe; musiała całkiem sporo skrócić, aż w końcu Cheoryeon odpuścił. Machnął niezgrabnie ręką, poprosił siostrę o ścięcie go o krótki fryz.
Nożyczki cięły na wysokości oczu, skutecznie niwelując wolf cut. Zaczął pojawiać się całkiem wyraźny undercut i tylko mały mullet zdradzał, że kiedyś włosy były dłuższe. Suyeon naciągnęła kosmyki z dwóch stron czoła, sprawdzając ich długość, przycięła nieco jeden z nich, jeszcze raz sprawdziła. Sprawnymi ruchami poprawiła grzywkę, by nie wyglądała jak skrócona od linijki, zdmuchnęła z twarzy obcięte końce. Jeszcze trochę szlifowała, aż wreszcie rozczesała włosy grzebieniem, potrzepała nimi, by nieco nabrały objętości, po czym odsunęła się na bok, mówiąc:
— Gotowe.
Cheoryeon podniósł powiekę, spojrzał na swoje odbicie w lustrze.
Ta, teraz miał zupełnie inny fryzurę. Charakterystyczny wolf cut odszedł w przeszłość, a na jego miejsce wskoczył jeden z wielu wariantów yeongsańskiego grzyba. Dobrze, że w tym wcieleniu miał yeongsańskie pochodzenie i wyglądało to u niego naturalnie.
— Łał, dawno nie miałem krótkich włosów — przyznał, przyglądając się sobie z różnych stron. — Ostatni raz był kiedy, jak zaczynaliśmy liceum?
— Coś koło tego — odparła Suyeon. — Rzeczywiście od lat miałeś dłuższe. Ale w tych też dobrze wyglądasz.
— No bo ładnemu we wszystkim ładnie, nie?
Uśmiechnął się zawadiacko, zapozował przed lustrem, podpierając kciukiem i palcem wskazującym podbródek. Wtem jednak kąciki ust opadły.
Z zabliźniającą się raną zamiast oka nie wyglądał już tak dobrze.
Mówili, że blizny dodawały do wyglądu, ale to nie była w pełni prawda. Może te takie podłużne, ekstrawagancko przecinające twarz lub ramię – tak, z taką krechą to by wyglądał, jakby serio wiele widział i wiele pokonał.
A tak teraz nawet połowy nie widział.
Niby blizna nie była jakaś wielka, ale nie robiła w najmniejszym stopniu dobrego wrażenia. Zszyta na szybko górna powieka luźno wisiała, będąc w stanie tylko częściowo zasłaniać pusty oczodół. Raoun powiedział, że skoro gałki ocznej i tak nie da się odratować, to lepiej będzie ją po prostu usunąć. Możliwe, że to pomoże w regeneracji, a jak nie, to przecież Pramatka wszystkim się zajmie. To miała być tymczasowa niewygoda.
Tymczasowa, a mimo to widzenie jej w odbiciu lustrzanym nadal wywracało jego żołądek na drugą stronę.
Nie tylko wyglądała źle, nie tylko psuła dotychczas idealną twarz. Stanowiła dowód jego bezsilności. Dowód na to, że nie udało mu się wydostać z potrzasku na czas.
Dowód na to, że nie dał rady...
Spuścił wzrok, westchnął ciężko.
Suyeon przyjrzała się odbiciu twarzy brata, wykonała nieco głębszy wdech. Nie musiała pytać, by wiedzieć, czemu nagle tak spochmurniał – miał to wręcz wypisane na sobie. Odłożyła nożyczki z grzebieniem na pralkę, następnie sięgnęła do kieszeni spodni. Sprawnie z niej wyciągnęła coś, co od razu naciągnęła na głowę Złotoskrzydłego.
Zaskoczony Cheoryeon na moment zesztywniał. Poczuł wąski materiał, rozszerzający się na prawym oku. Podniósł wzrok, zerknął do lustra.
Jego bliznę zakryła czarna przepaska. Wolno przejechał palcem po niej. Nie wyglądała na taką pierwszą lepszą, tylko rzeczywiście wykonaną z porządnego materiału, skóry lub czegoś na jej wzór. Miała nawet możliwość regulowania długości samego paska, co wywnioskował po dwóch klamerkach: większej na wysokości czoła i mniejszej z drugiej strony płatka.
Przyjrzał się sobie dokładnie.
Gdyby inni znajomi go zobaczyli, nie rozpoznaliby.
— Teraz wyglądam jak jakiś pirat — jęknął wtem.
W głębi duszy był wdzięczny siostrze za ten gest, aczkolwiek nie mógł powstrzymać komentarza. Super, kiedyś piracił gry i filmy, to teraz sam został spiracony.
— I co z tego? — Suyeon wzruszyła nonszalancko ramionami. — Zresztą, piraci może są w większości przypadków źli, ale jedno trzeba im przyznać.
— Że są silni i czasami czaderscy?
— Że nie odrzucają nikogo ze względu na niepełnosprawność.
Słysząc te słowa, Cheoryeon uniósł prawą brew, choć ruch ten został częściowo zasłonięty przez przepaskę i kosmyki grzywki.
Nie powiedział nic, pozwolił czarodziejce kontynuować.
— Armata odstrzeliła pół nogi? — rzuciła lekko. — To chodzisz z drewnianą. Rekin pożarł rękę? Dostajesz hak będący śmiercionośną bronią. Wydłubane oko przez hak? Ubierasz przepaskę, która zawsze dodaje bonus do zadziorności.
— A to nie tak, że niektórzy noszą przepaski, bo chcą, żeby to jedno oko dobrze widziało po zmroku?
— Też — przewróciła oczami — ale chyba rozumiesz, o czym mówię.
Rozumiał bardzo dobrze.
— Nie wyrzucają za burtę, bo coś ci się stało i już nie jesteś w pełni sprawny — ciągnęła dalej siostra. — Co więcej, ci z różnymi kontuzjami zawsze opowiadają z dumą o przygodach, w których to stracili daną część ciała. Prawdziwych lub nie — wzruszyła ramionami — ale nigdy się nie wstydzą samego kalectwa. Nawet tak tego nie nazywają.
Tak, to prawda. Piraci byli silni, nieustraszeni. Nic ich nie powstrzymywało – dopóki wciąż mogli być na łodzi i walczyć o swoje skarby, nie wycofywali się nawet na moment. Różne kontuzje mogły nieco utrudniać wykonywanie niektórych czynności, lecz zwykli ludzie nie mieli odwagi naśmiewać się z pirata, niezależnie od jego wyglądu.
Bycie tego typu piratem w sumie nie prezentowało się tak źle. Jeśli teraz na drogę napatoczą się nowi przeciwnicy, to po ujrzeniu Cheoryeona może nie wezmą go za łatwy cel. Zobaczą przepaskę i pomyślą sobie: „Wah, ten typek tyle musiał przejść, stracił oko, a to wciąż go nie pokonało”. Dwa razy się zastanowią, nim spróbują go zaatakować.
— Dzięki, Suyeona — powiedział. — Bez ciebie nie dałbym rady. — Uśmiechnął się lekko.
— Ja bez ciebie również — odparła Suyeon, odwzajemniając uśmiech.
Jeszcze jakiś czas sprzątali po swojej zabawie w salon fryzjerski, zanim wyszli z łazienki. W zasadzie nie musieli tego robić ze względu na pandemię, aczkolwiek mimo to było im trochę głupio zostawiać syf. Starali się nie bałaganić w żadnym domu, w którym robili postoje z myślą, że jeśli to wszystko się skończy, to właściciele wrócą i się ucieszą, że nic się nie stało z ich miejscami zamieszkania (nie licząc braku zapasów, ale to chyba niewielka cena za przetrwanie mieszkania).
Raoun akurat szykował ciepły posiłek. Użył tej samej metody, co zawsze, polegającej na rozpaleniu ogniska w garnku, lecz tym razem nie poprosił czarodziejki o ogień, a sam go sobie załatwił z pomocą znalezionej w którejś z szuflad zapalniczki. Co gotował? Makaron z sosem do spaghetti. W obecnych warunkach nie mogli sobie pozwolić na zróżnicowanie. Porcja była dość mała, w zasadzie normalnie niewystarczająca na cztery osoby, jednak tutaj dawała radę; szczególnie że teraz jeszcze bardziej zmniejszyło się drużynowe zapotrzebowanie na żywność.
Zasiedli do małego stolika, Souel pierwszy nabrał, a po nim reszta coś skubnęła (z wyjątkiem Suyeon). Nie jedli w ciszy, a uważnie słuchali czarodziejki, która opowiadała o swoim pobycie w Zaświatach. Przyznała Raounowi rację z tym, że panował tam istny chaos. Nawet jeśli nie widziała nigdy wcześniej Zaświatów, do tego w normalnych warunkach, czuła napięcie i natłok panujące w całym miejscu. Trudno opisać, jak bardzo się ucieszyła, gdy znalazł ją Bóg Spirytyzmu.
— Na szczęście po przybyciu Raouna wszystko już poszło sprawnie — podsumowała. — Poszliśmy do gabinetu Dyrektor Naczelnej Departamentu Żniwiarzy, Raoun z nią porozmawiał, a krótko potem mogliśmy iść.
— Widziałaś się z dyrektorką?! — Cheoryeon niemal zachłysnął się makaronem. — Nawet ja ani razu jej nie widziałem, ale przewlokłem się przez Zaświaty niemal dziesięć razy! Zazdro — burknął pod nosem.
Odchylił się do tyłu, zapominając, że siedział na taborecie, a nie zwykłym krześle. Zachwiał się, na szczęście szybko odzyskał równowagę.
Pomyśleć, że wyprzedziła go siostra, która technicznie pierwszy raz trafiła do Zaświatów. On ani razu nie spotkał dyrektorki Departamentu Żniwiarzy – przy którejś wizycie prawie do tego doszło, bo przypadkiem palnął przy eskortującemu go Ponurym Żniwiarzu coś, czego jako zwykła dusza definitywnie nie powinien wiedzieć. Jakimś śmiesznym trafem jednak uszło mu to na sucho. Do dzisiaj nie wiedział, jak, ale wolał zbyt mocno się tym nie interesować.
— Dobrze, że wszystko poszło sprawnie i udało ci się bez problemu wrócić — powiedział Souel. — Cheoryeon mówił, że Zaświaty ściśle przestrzegają zasad i z reguły nie robią wyjątków.
— Cóż, to moja zasługa. — Raoun wyprostował się na taborecie, wykrzywił kąciki ust w pysznym uśmieszku. — Ma się tam chody.
— Przecież sam powiedziałeś wcześniej, że o dziwo poszło łatwo i nawet nie musiałeś specjalnie namawiać Deżetki — wtrącił Cheory. — Czyli się nie postarałeś o dobro Suyeon.
— Nie mogłeś o tym zapomnieć tak jak o połowie innych rzeczy. — Skrzywił się bóg.
— Moja pamięć nie jest taka zła, gdy chodzi o ważne dla mnie osoby!
— A to nie tak, że raz zapomniałeś mojego imienia? — rzuciła wtem czarodziejka.
— I ty, Borysie, przeciwko mnie!
Chwilę się gryźli, aż wreszcie dali sobie spokój. Temat Raoun zakończył słowami, że się nie starał, bo nie było takiej potrzeby, a Deżetka z pewnością mu ufała i wiedziała, że nie robił niczego głupiego ani na złość Zaświatom. Dzięki temu mógł bez przeszkód sprowadzić Suyeon do świata żywych, do tego w formie materialnej.
— Tylko uważaj — bóg zwrócił się do dziewczyny. — Może już nie czujesz bólu ani się nie rozkładasz, ale jak oberwiesz, to się nie zagoi.
— Zdaję sobie z tego sprawę — odparła tamta, przytakując. — Będę uważać.
Raoun spojrzał na nią, pokiwał głową niczym rodzic dumny ze swojego dziecka, które go dobrze zrozumiało. Złapał do ręki szklankę z likierem, którego butelkę wcześniej wygrzebał z jakiejś szafki, pociągnął łyk.
— Czyli — postanowił podsumować Cheoryeon — teraz tylko Souelem trzeba się opiekować.
Reszta jak jeden mąż spojrzała na niego z niemal tym samym wyrazem twarzy.
— Co masz na myśli? — pospieszył z pytaniem genashi.
— No, Suyeon i ja nie jesteśmy podatni na wirusa, Raoun z kolei jest po prostu nietykalny, a nawet jeśli jakimś cudem zostanie ugryziony, to tak jak ja będzie nosicielem. Tylko ciebie trzeba pilnować. — Wzruszył ramionami.
— Ach... — Skrzywił się, chwilę milczał. — To ja też chcę być zombie.
Na tę wypowiedź Raoun odsunął usta od szklanki, otworzył szerzej oczy.
— Co?
— To znaczy, żartuję — ostatnie słowo wypowiedział cicho, uciekając gdzieś wzrokiem. — Aczkolwiek miło by było, gdybyśmy mogli wszyscy swobodnie się przemieszczać bez konieczności unikania zarażonych.
Ta, w sumie akurat pod tym jednym względem nie dało się z nim kłócić. Co jak co, ale wygodnie by się im podróżowało, gdyby nie musieli uważać na zainfekowanych. W zasadzie Cheoryeon i teraz też Suyeon mogli się tym nie przejmować, ale pozostawali jeszcze Raoun z Souelem, na których wrogowie się rzucali. Choć Raoun to tam nie powinien się bać ugryzienia, sytuacja Souela prezentowała się zupełnie inaczej. Nie miał tłumiącej wirusa boskiej krwi ani żadnej innej tego typu ochrony. Jedno dziabnięcie i będzie po nim.
Bóg Spirytyzmu westchnął ciężko, pokręcił lekko głową z pewnym niezadowoleniem.
— Bycie martwym nie jest takie kolorowe — powiedział.
— Hm, o dziwo da się z tym żyć — wtrąciła wtem Suyeon.
— HA, DOBRE! — zawołał Cheoryeon.
Zaśmiał się głośno, odłożył widelec, by zaklaskać. Patrzył na zajmujących drugą stronę stolika boga i genashiego, nie zauważając, że siedząca po jego prawej siostra chciała z nim przybić żółwika. Dziewczyna zerknęła na przepaskę, szybko zabrała dłoń. Złotoskrzydły spojrzał na nią, ale nie dostrzegł ruchu.
Wyższy białooki posłał bliźniakom spojrzenie podobne do zawiedzionego rodzica, którego dzieci nie umiały się zachować w danej chwili.
Na jego szczęście Suyeon poprawiła sytuację.
— Mimo to Raoun ma rację — kontynuowała. — To bardzo dziwne uczucie. Też nie zapominajmy, przez co musiałam przejść. Śmierć, cóż, boli jak diabli.
Na jego nieszczęście Cheoryeon dalej chciał psuć.
— Ale jak już mamy zabijać Souela, to możemy to zrobić bezboleśnie. — Jasnowidz zignorował nieco mocniejsze błyśnięcie obserwujących go białych źrenic. — Raoun w końcu ma ten swój trick, że wyciąga duszę z ciała. Potem tylko zerwać więź, z powrotem wsadzić ducha, porobić to swoje boskie fiku-miku i ta-da, mamy zombie Souela!
Rozłożył ręce niczym po zaprezentowaniu sztuczki, uśmiechnął się niewinnie.
Przecież podobnie było z nim. Gdy został zabrany do Ma'ehr Saephii, gdzie od Pramatki miał dostać boskie ciało, może wtedy, w przypływie emocji, tego nie dostrzegł od razu, ale krótko potem ogarnął, co tak naprawdę się wydarzyło. Raoun wyciągnął jego duszę ze starego ciała, zerwał z nim więź, a zaraz potem wsadził do tego stworzonego przez Pramatkę (Yonki skorzystał z nieuwagi jasnowidza, by pozbyć się dowodów). Technicznie można by było coś takiego zrobić z Souelem, z tym że zamiast do nowego ciała wrzucić go z powrotem do starego. Powinno działać.
— Nie, to totalnie tak nie działa. — Raoun z trudem powstrzymał się przed podparciem ręką czoła. — Jego ciało nie byłoby takie jak Suyeon i wkrótce zaczęłoby się rozkładać. Dla niej wyprosiłem z Zaświatów specjalny, tak zwany, talizman, który trzyma ciało w tym samym stanie niezależnie od upływu czasu. Nie mogę naciągać relacji z Zaświatowymi, zwłaszcza że i tak mają zapierdol z powodu tej całej pandemii, więc ta droga odpada, a druga wymaga zaistnienia anomalii, co jest zajebiście mało prawdopodobne. — Odłożył szklankę, skrzyżował ręce na piersi. — Lepiej będzie po prostu zaprowadzić go do Bramy Światów całego i zdrowego.
Żeby nie było, Cheoryeon sam się tego domyślił. Nie miał już jednego oka, ale nadal potrafił jasno widzieć sprawę. Po prostu chciał się droczyć z Raounem.
— Czyli twoja wielka, boska, spirytualistyczna moc nie obejmuje wydłużania życia po życiu? — Zmrużył wymownie oko.
— Już nie chcę być zombie — powiedział Souel, lecz został kompletnie zignorowany przez białookich.
— Wybacz — odparł Złotoskrzydłemu sarkastycznie Bóg Spirytyzmu — że głównym celem mojej specjalizacji jest zajmowanie się duszami zmarłych, nie tworzenie armii nieumarłych.
Również zmrużył oczy, zaczęli we dwójkę urządzać jakiś niezapowiedziany konkurs na to, kto dłużej wytrzyma bez mrugania. W pomieszczeniu zapadła niespokojna cisza.
Nie trwała ona długo. Cheoryeon postanowił pierwszy się odezwać:
— Znaj moje łaskawe serce, wybaczam ci — zabrzmiał jak miłosierny władca, który właśnie darował życie poddanemu.
Profilaktycznie zerwał się od stołu i uciekł na drugi koniec pokoju. Raoun wstał gwałtownie, aż nogi taboretu głośno zaszurały, pochwycił w rękę widelec, przygotował się do zamachu. Ostatecznie wolno odłożył sztuciec na talerz. Souel z Suyeon westchnęli ciężko, genashi dokończył jedzenie.
— Nie zapominajmy o jednym — rzuciła czarodziejka, gdy brat wrócił na swoje miejsce. — Po śmierci nie można już używać magii.
Wykonała palcami drobny gest w celu przywołania iskierek. Nic się nie wydarzyło. Minimalnie się skrzywiła.
Cheoryeon podświadomie odwzajemnił jej mimikę.
Wiedział, ile magia znaczyła dla Suyeon. Nie tylko była czarodziejką, ale też większość, co potrafiła, nauczyła się z księgi mamy, którą lata temu znaleźli na strychu. To właśnie ta magia pozwoliła Cheoryeonowi przetrwać w szkołach czarodziejskich, mimo że sam nie mógł wywołać nawet najprostszego efektu. Dzięki niej też zrobili wiele pranków na zakonnicach, a także skutecznie ukryli przed ich oczami różne rzeczy. Drobne zaklęcia ułatwiały sprzątanie, gotowanie czy inne codzienne czynności.
Niestety martwe ciało nie było w stanie gromadzić many ani żadnej innej energii wykorzystywanej do czarowania. Zdolności magiczne Suyeon zostały zablokowane.
— Tylko nie wmawiaj sobie, że jakkolwiek stałaś się mniej użyteczna.
Słysząc te słowa, dziewczyna spojrzała na brata.
— Nie możesz rzucać zaklęć — ciągnął dalej — ale masz inne wartości, które jak najbardziej doceniamy. Poza tym to tylko tymczasowa niewygoda.
Postukał lekko palcem w przepaskę. Siostra zmierzyła go wzrokiem, po kilku sekundach pokiwała głową.
— Masz rację. Przetrwaliśmy tyle trudów. Przetrwamy też kolejne.
— I tak trzymać! — Uśmiechnął się szeroko.
Po posiłku postanowili odpocząć, nieco się zrelaksować. Nikt nie wiedział, dlaczego w ramach relaksu zostały wyciągnięte karty, bo choć z nimi zabijali czas, to też prawie zabijali siebie nawzajem, ale przynajmniej mogli się jakoś wyładować. Potem jeszcze z parę minut posiedzieli; Raoun posadził Cheoryeona na taborecie i zdjął mu szwy. Obejrzał dokładnie oczodół, powiedział, że całkiem nieźle się zabliźniło. I dobrze, bo Złotoskrzydły serio nie widział ciągłego zmieniania opatrunku z powodu stale krwawiącej rany. Ha, nie widział. Ech...
W sumie jakby miał jakieś fajne protezy, to by mógł je wkładać i robić szpan na dzielni. Chyba nawet widział na Fotogramie filmik laski, która pokazywała swoją kolekcję sztucznych gałek. O ile to się nazywało gałkami, bo nie były w zasadzie kuliste tylko jak takie soczewki czy coś.
Taka wizja wydawała się ciekawa, aczkolwiek nie ukrywał, że nadal wolał mieć oboje oczu.
Po pozostałych ranach również zostały już tylko blizny. Bestia trochę poharatała mu ramiona, aczkolwiek nie było to nic rozległego ani nawet głębokiego. Po prostu zwykłe ślady po pazurach. Bonus do zadziorności, o. Zresztą, nosił bluzy z długim rękawem, więc nie było ich widać.
Słońce chowało się za budynkami, kiedy drużyna kontynuowała swoją wędrówkę. Souel podzielił się wzbogaconą o nowe zapasy zawartością swojego plecaka z Suyeon po tym, jak znaleźli drugi dla niej w kawalerce. W zasadzie rodzeństwo Moon trochę dyskutowało o tym, kto powinien nieść plecak, ale doszli do wniosku, że będą się po prostu zmieniać. Szybka gra w kamień-papier-nożyce zadecydowała o zwycięzcy.
Wyszli z klatki schodowej, rozejrzeli się po okolicy. Było cicho i spokojnie jak na apokalipsę. Raoun wcześniej dobrze oczyścił teren, więc nie musieli na wstępie witać się z zarażonymi, którzy to tak bardzo łaknęli bliskości.
— Ruszamy, załogo! — oznajmił Cheoryeon, wskazując palcem kierunek. — Arrrr!
— „Ruszamy, załogo”? — powtórzył za nim Raoun. — A od kiedy niby ty tu dowodzisz? Na tym statku ja jestem kapitanem. — Wskazał siebie palcem.
Oczywiście. Oczywiście, że szanowny pan Bóg Spirytyzmu nie mógł pójść z prądem fabuły. Musiał zawsze postawić na swoim.
— No wiesz, co? — Wywrócił okiem. — Dostaję super przepaskę i nawet nie mogę sobie pokapitanować. Nudziarz z ciebie i boomer. — Skrzyżował podparł się rękami na biodrach, wydął usta w grymasie.
— Co za pech, że Bestia nie wyrwała ci tego jęzora — skontrował od razu tamten. — Trzeba po niej poprawić...
Wyciągnął rękę, zamajaczyła w niej biała smuga.
— Dobra, dobra, bądź se już tym kapitanem. — Cheoryeon uniósł ręce w geście obronnym. — W sumie i tak to ty się rządzisz w naszej grupie.
— Żadne „ty się rządzisz”, ja tu strategiczne dowodzę — podkreślił ostatnie dwa słowa.
Souel błądził wzrokiem między jednym białookim a drugim. W pewnym momencie dyskretnie zbliżył się do Suyeon i szepnął:
— Coś sporo się gryzą.
W odpowiedzi tamta wzruszyła ramionami.
— To dobry znak.
Nic więcej nie mówili, tylko w ciszy obserwowali rozwój sytuacji.
Cheoryeon westchnął ciężko na wypowiedź Raouna, pokręcił głową. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się wstrzymał. Główka pogłówkowała, trybiki zatrybiły i pojawiła się nowa myśl. Stanął wyprostowany, uśmiechnął się lekko, niewinnie, co aż nie pasowało do obecnie trwającej dyskusji.
Suyeon dobrze wiedziała, co ten uśmieszek oznaczał.
— Ach, masz rację, Raoun, skoro tak bardzo chcesz, to mogę ci odpuścić, niech będzie po twojemu — powiedział tonem podobnym do przedszkolanki uspokajającej dziecko. — Rozumiem twoje potrzeby, więc jak najbardziej możesz dowodzić.
Poklepał wyższego białookiego po plecach, poszerzył uśmiech, ukazując na nim cień dumy.
Nie trzeba było czekać, nim zarobił ręką w tył głowy.
Raoun otrzepał dłonie z niewidzialnego kurzu, nonszalancko ruszył w ustalonym wcześniej kierunku. Młodzież szybko go dogoniła, Złotoskrzydły jeszcze przez chwilę masował obolałe miejsce. Nawet jeśli na to tak bardzo nie wyglądało, bóg solidnie przyłożył, do tego stopnia, że śmiertelnika z pewnością zwaliłoby z nóg. W sumie dziwne, że Cheoryeon jakoś ustał. Normalnie też powinien się złożyć na ziemi. Nie myślał jednak nad tym zbyt długo.
— Dobra, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że majtkiem jest Souel — rzucił.
— Przepraszam? — odparł zaskoczony genashi.
Na szczęście temat szybko został zakończony. Twarze wszystkich okazały skupienie.
Nie zapomnieli o głównym celu wędrówki. Fakt, zdarzyły się różne przeszkody, które opóźniły drogę, ale nie zamierzali w żadnym wypadku rezygnować. Nawet jeśli zdążyli sporo przejść, a życie w nowej rzeczywistości w pewnym sensie stopniowo szło im coraz łatwiej, wciąż celowali w Bramę Światów, choćby dotarcie do niej miało im zająć miesiąc i dłużej.
Po drodze tylko musieli zahaczyć o pewien przystanek.
Szli przez jakiś czas, aż wreszcie spomiędzy budynków zaczęła wyglądać znajoma galeria handlowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz