17 sierpnia 2025

Od Dantego – Kwiaty i granat (XI)

Oczywiście, że pamiętał, co Bashar mówił o podziemnych rumakach i ich narowistym temperamencie. Pamiętał, przyjął do wiadomości, po czym następnego dnia przeskoczył ochoczo kamienny płot i po prostu usiadł na środku pastwiska.
Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec krnąbrność i burzliwość w wierzchowcach tak niepodobnych do potulnych olbrzymów jego matki. Złociste niczym pszenica przed zbiorami, silne jak żołnierze co najmniej dwóch spartańskich enomotii, posłusznie zgadzały się na każdy rozkaz ich pani, będąc wzorcem dla zwierząt wspierających śmiertelników w roli. Konie Podziemia wpierw kładły uszy, a dopiero potem decydowały, czy pozwolą się dotknąć. Dante z fascynacją oglądał, jak kilka par końskich oczu zwraca się do niego, jak stado odbiega gdzieś między skały, prychając głośno. W ich żywiołowym duchu dostrzegał cząstkę siebie, stawiającą się tym mocniej, im bardziej próbowało się ją zdusić zakazami. Niczego by nie wskórał, gdyby zarzucił linę na hebanową szyję i próbował przemówić do zwierzęcia siłą. Więc czekał, podziwiając z daleka ich ogniste piękno, i odszedł spokojnie, choć żaden koń się do niego nie zbliżył.
Wracał każdego kolejnego dnia. Czasami przynosił sobie do czytania traktaty podebrane z biura Bashara, czasami sam Bashar zjawiał się, by przyglądać się jego powolnym postępom. Czas mijał, ale przecież mieli wieczność, zatem Dante wytrwale przesiadywał u koni, a tętent potężnych kopyt rozlegający się gdzieś w tle wywoływał na jego twarzy szeroki uśmiech.
Stado przestało traktować go jak nowość, pasło się nieco bliżej niego, a niektóre łby zostawały dłużej w górze, śledząc go, choć i one w końcu znajdowały dla siebie inne zajęcie. Poza jednym.
Ogierek był trochę mniejszy od innych koni, wciąż młody i nabierający proporcji, lecz szybko zyskiwał masę konkurującą z największymi wierzchowcami w stadzie, a jeszcze szybciej robił się charakterny. Dante widział parę razy, jak dawał się we znaki towarzyszom swoim zaczepkami. Teraz ogierek odłączył się od stada, niepozornym łukiem szedł przez pastwisko, wcale nie łypiąc na boga wiosny okiem.
Pierwsze tygodnie spędzone w Podziemiu powróciły do niego same, te dni wypełnione poznawaniem mrocznych zakątków dominium oraz swego przewodnika. Marszczył nos na jego rezerwę, prychał na chłodną obojętność i wywracał oczami, gdy nie potrafił wydobyć z niego żadnej reakcji. Ale Bashar był jak swoja kraina, jak gniewne rumaki galopujące po skałach – przypominający kamień, przez który przebić się można jedynie cierpliwością, by odkryć gorąc lawy płynący w środku.


Wystarczyło mu zjawić się na pastwisku, a młody koń już ruszał w jego stronę. Bywało, że trzymał się na ostrożną odległość, ale również lubił podchodzić i wąchać ciekawsko płatki kwiatów, próbować dobrać się do sakiewki z kryształami czy kłusować wokół niego na popis, nie pozwalając się dotknąć. Zwykle nie zajmowało ogierowi więcej niż kilku minut, by przyuważyć Dantego przy płocie, jednak tym razem całego stada nie było w pobliżu. Bóg zmarszczył przelotnie brwi, ruszył w głąb pastwiska.
Pojedyncze parsknięcia doprowadziły go do niewielkiego obniżenia terenu, skrytego za większą formacją skalną. Tam zaś, muskające drobnymi, wyblakłymi listkami grzbiety koni, rosły drzewa wbrew nieprzystępnemu klimatowi Podziemia. Niskie, o chudych pniach, przypominały małe jabłonki obsypane owocami, lecz żadne jabłko nie pachniało tak, jak to, co rosło na gałęziach, co konie ochoczo ściągały na ziemię i rozgniatały kopytami, by wyjeść drobne ziarenka.


Daleko w dole charakterystyczny brzęk tysięcy kilofów i ciężkich łopat milknął z wolna, pozwalając jednostajnym odgłosom ziemi i głębokim pomrukiwaniom magmy we wnętrzu wulkanów uśpić tych, którzy kładli się do snu wygodnie w ogrodach, zaś potępieńcom przypomnieć o braku ucieczki od swojej wiecznej kary w dominium śmierci. Podziemie wedle swojego własnego, dokładnie zaplanowanego rytmu udawało się na spoczynek. Oni też niedługo mieli zniknąć w komnacie, lecz żaden z nich nie kwapił się do zmiany pozycji.
Dante upodobał sobie wielce wygody balkonu królewskiej komnaty, skąd mógł podziwiać onieśmielającą monumentalność krajobrazu Podziemia, przy okazji racząc się bliskością Bashara. Druga leżanka, ta mniejsza, którą wcześniej zajmował, już dawno została wyniesiona, gdy stała się niepotrzebna – mieścili się idealnie razem na jednej, ich wspólnej. Władca krainy zanurzał twarz w pachnących kwiatami włosach, a bóg wiosny tulił się do jego piersi i skrzydeł, już nie swobodnie rozlewających się za meblem, lecz ułożonych pod nim i nad nim, zamykających go w dodatkowych, miękkich objęciach. Nie wyciągali dłoni po kolejny kielich nektaru, nie potrzebowali więcej ambrozji ułożonej na stoliku – to, że byli razem, wydawało się wystarczać. Dante westchnął, z lubością pokładając się na onyksowych skrzydłach i mierzwiąc ich lotki, by z powrotem je wygładzić. Martwił się, czy nie sprawi swym ciężarem niewygody Basharowi, lecz ten zaprzeczał z uśmiechem i przymykał oczy na ten miły kontrast ich ciał – chłód oraz ciepło – bez którego zaczynało być tak trudno się obejść w ciągu dnia oraz nocy.
Ale myśli Dantego wciąż nie mogły w pełni odpłynąć, skupione na szczególnym zapachu, na czerwonej skórce i gałęziach nieznanego krzewu. Jako bóg związany tak silnie z naturą, sądził, że żadna roślina nie jest mu obca, że zna przyszłą postać każdego zakwitającego pączka. Ten jeden najwyraźniej zdołał się przed nim ukryć.
— Gdy byłem wczoraj u koni — zaczął, nie przestając głaskać skrzydła — odkryłem coś na ich pastwisku. Sad z karłowatymi drzewami, których nigdy wcześniej nie widziałem, ciężkimi od owocu piętrzącego się w złotej misie w twojej komnacie. Czym jest ten owoc?
Przez chwilę Bashar się nie poruszył ani nie odezwał, a Dante zdążył pomyśleć, że ciepło jego ciała i dłonie miarowo dotykające delikatnych skrzydeł zdołały rzucić czar Hypnosa na boga, lekki i przyjemny, przez co nie usłyszał on pytania. Pan Podziemia jednak powstał, choć ruchy jego były powolne, podobne do kapłanów, którzy w świętobliwej ciszy przygotowywali się do przeprowadzenia ceremonii. Łagodnie trzymając Dantego w objęciach, usiadł na leżance, posadził go przy sobie, odetchnął głęboko. Bóg wiosny szukał odpowiedzi w rubinowym spojrzeniu błądzącym po Podziemiu, a jednak niedostrzegającym wcale krainy.
— Czy na pewno chcesz się dowiedzieć? — zapytał Bashar. Nieoczekiwany dreszcz wywołany powagą w jego głosie przemknął po plecach Dantego. Zdążył poznać boga umarłych wystarczająco dobrze, by dojrzeć prawie doskonale kryty powód ostrożności, z jaką władca wymawiał słowa. Walczył ze sobą. Patrzył z przenikliwym rozsądkiem, zaciskał lekko dłonie na kolanach ze wstrzymywanym pragnieniem. — Gdy zrozumiesz jego właściwości, może już nie być… odwrotu.
Mówił zagadkami, a bijące od niego uczucia pozbawione były klarowności, lecz Dante ufnie pochylił się ku niemu, posłał mu uśmiech jasny niczym wschodzące słońce, posłał spojrzenie czule oddane jednemu mężczyźnie.
— Czy ja kiedykolwiek szukałem odwrotu od Podziemia? — powiedział, miękko kładąc dłoń na tej bladej i chłodnej, a tak kochliwej. — Od ciebie?
Bashar uniósł kąciki ust, jednak coś niewytłumaczalnego dalej tkwiło na dnie jego oczu. Coś jak obawa, że przyniesie przekleństwo miast daru. Jak nadzieja, że się myli. Bóg umarłych wstał i zniknął na chwilę w komnacie, by powrócić z dziwnym owocem i niewielkim nożykiem. Jego obsydianowe ostrze nie było grubsze od paznokcia, lecz Bashar opowiadał o naukach Hefajstosa, dzięki któremu Podziemie obrabiało mistrzowsko szkliwo wulkaniczne, zdolne zranić nawet skórę boga i nie pęknąć.
— Granat to jedyny owoc naturalnie rosnący w Podziemiu — podjął, przysiadłszy tuż obok Dantego na leżance. Jego słowa były niespieszne, a ruchy uważne, gdy sunął nożykiem wokół góry owocu. Ciekawość poruszyła się żywo w piersi, bóg wiosny skakał wzrokiem po sylwetce władcy, jakby mógł szybciej wyczytać z niego całą prawdę. Granat, obracał nieznane słowo w myślach, delektując się jego brzmieniem. — Zamiast czerpać z brutalnej magii krainy i nieuchronnie ginąc wedle zasad tu rządzących, jak czynią to inne rośliny, korzenie krzewów granatu stały się częścią owej magii, tym samym wydając na świat przesycone nią owoce.
Czerwona skórka opadła na posadzkę, odsłaniając miękką, białą gwiazdę na środku, która między ramionami trzymała obfitą warstwę krwistych ziarenek. Przypominały barwą rubinowe oczy Bashara, intensywne i pochłaniające swym pięknem, a ich słodki zapach z nutą delikatnej goryczy pobudzał miło zmysły.
Bóg umarłych stworzył podłużne nacięcia idące od ramion gwiazdy, nie przejmując się bladoróżowym sokiem spływającym cienkimi strużkami po jego placach. Dante śledził je wzrokiem, czując, jak jego ciekawość, a również apetyt się wzmaga, jednak Bashar przeciągał tę chwilę, z każdego pociągnięcia ostrzem czyniąc osobny, skromny rytuał.
— Rośnie również normalnie w świecie, lecz korzenie każdego krzewu mają swój początek tutaj.
Dante zmarszczył przelotnie brwi, pierwszy raz słysząc o czymś podobnym. To pałac jego matki stanowił na powierzchni źródło, które dawało siłę młodym sadzonkom, pompowało życie w zasadzone nasiona i dbało o rozłożyste gałęzie krzewów. Wszystkie rośliny zawdzięczały swe istnienie mocy dzierżonej przez Sappho, matka nie uczyła go o żadnych odstępstwach od tej zasady.
— Ale to znaczy, że… — wypowiedział głośno swoje myśli.
— Granat jest moim owocem — dokończył Bashar, wyrywając płynnym gestem jeden segment owocu. Uniósł nieznacznie niepozorny fragment, wyglądający jak kawałek wykrwawiającego się serca na dłoniach pana Podziemia. — Moim atrybutem. Jedno ziarenko wystarcza, by zostać nieodwołalnie związanym ze mną, niezależnie od woli człowieka lub boga.
Więcej słów nie było potrzebnych. Między nimi zawisło pragnienie, które Dante dostrzegł wcześniej w Basharze – żarliwe i czułe, z cieniem niepewności, bo oto oferowano mu absolutność. Pieczęć złożoną z magii szemrzącej w samych trzewiach świata, łączącej ich dusze. Dzieląca światy granica zatarłaby się i uczyniła Dantego jednym z panem umarłych, choć to życie tysiąca roślin płynęło wartko w jego żyłach.
Rozumiał teraz, od czego nie było odwrotu, lecz ukochany się pomylił. Zanim Dante poznał, czym jest granat, jego serce już wtedy należało do Bashara, a żadna z wielu dróg plecionych przez Mojry nie prowadziła z powrotem na powierzchnię.
Złączyli spojrzenia, a bóg wiosny wypchnął całą bezpodstawną niepewność swą krnąbrnością i brakiem wahania, dzieląca ich przestrzeń pęczniała od stanowczości, uwielbienia, od tworzących się w biegu marzeń. Chciał jego, tylko jego i nie istniała siła zdolna to zmienić. Odnalazł prawdziwy dom głęboko pod ziemią, w objęciach Bashara.
Widząc to wszystko w błękicie, bóg umarłych wyłuskał delikatnie ziarenko granatu, przytrzymał je ostrożnie między dwoma palcami. Dante przysunął się, naparł na niego ramieniem, może tylko trochę niecierpliwie, lecz Bashar trwał w bezruchu, spoglądając na boga wiosny z uczuciem.
— Będziesz na wieczność należał do Podziemia — powiedział cicho.
Do surowej krainy, której ostre szczyty Dante obrysowywał palcem, gdy śledził linię szczęki Bashara, a ich okrutną nieugiętość dostrzegał w spojrzeniu wymierzonym w dusze zmarłych. Do ciemności, które nie kryły w sobie koszmarów, lecz miękkość onyksowych piór łaskoczących jego ciało. Do zapachu siarki, śmierci i zimnego kamienia, które wdychał przy gładzeniu długich, kruczoczarnych włosów i kojarzył z bliskością Bashara.
— Będę należał do ciebie — odpowiedział miękko, po czym ucałował łagodnie palce trzymające ziarenko i z dłoni boga umarłych Dante przyjął jego dar.
Wgryzł się w granat, poczuł, jak pękające ziarenko spływa w dół gardła magią silniejszą od jakiejkolwiek mu znanej, odnajduje błyskawicznie serce, pompuje w nie nową energię. Nie, nie nową. On znał tę aurę. Wlewał się w niego żar Bashara w swej najczystszej postaci, łączył ciasnym węzłem z ciałem i duszą. Serce nie biło już samotną siłą, zostało zabarwione onyksową krwią, zespolone z tym, kogo kochało najmocniej. Niektórzy mogli przeklinać owoc Podziemia, lecz dla niego to zaklęcie wiążące tak słodko smakowało wolnością.
Słyszał nagle harmonię, w jakiej poruszało się wielkie serce Bashara, niczym bęben dudniący wolnym, głębokim rytmem. Przyspieszającym, gdy bóg umarłych pochylił się, rozgrzał jego usta pocałunkiem, a ciche westchnienie, którym go obdarzył, było jak ostatni oddech magii potrzebny do splecenia ich ze sobą.
Mój Dante.


Granat stał się dla niego drugą ambrozją. Uwielbiał zapach świeżo rozkrojonej skórki, odsłaniającej soczyste wnętrze, rozkoszował się smakiem, pochłaniał go, jakby głodował całe życie i dopiero teraz odnalazł zbawienie od cierpienia. Bashar, widząc jego zachwyt, zaczął rozpieszczać go owocem w pełni – wybierał te największe, najdorodniejsze okazy, a potem osobiście wyłuskiwał ziarenka, by przy łóżku czekała na boga wiosny pełna miska, zaś w kielichu przelewało się słodkie wino z granatu o barwie ciemnego rubinu. Złote włosy pachniały owocowym olejkiem, ciało zdobiła intensywna czerwień himationu, lecz granat dawał mu coś więcej niż zwykłą przyjemność. Gdy słuchał opowieści Bashara, gdy całował go i bawił się razem z nim i Cerberem na spacerach, przesycony mocą granat dawał mu cudowne poczucie, że nikt mu już tego szczęścia nie odbierze.
Przeszli się znów na pastwisko, gdzie ogniste rumaki dokazywały w najlepsze.
— Ten koń nie ma jeszcze imienia — odezwał się Bashar, spoglądając na młodego ogiera, którego Dante starał się cierpliwie oswoić. Koń zostawił stado, gdy tylko bóg wiosny pojawił się na horyzoncie i teraz kręcił się przy nich, od czasu do czasu podchodząc, by skubnąć znajomego mężczyznę chrapami. — Masz może pomysł na miano dla niego?
Dante uśmiechnął się, pochwycił spojrzenie Bashara własnym, nim musnął blady policzek ustami, odpowiedział cicho:
— Kathodos.
Droga w dół, a wręcz stoczenie się, podróż prowadząca ku upadkowi. Poeci znali to słowo jedynie w tym znaczeniu i Dante nie mógł ich o to winić, w końcu taka wędrówka znaczyła zwykle dla śmiertelników pijaństwo, stratę, aż wreszcie haniebną śmierć. Lecz stojący przed nim wierzchowiec był całkowitym tego przeciwieństwem. Prezentował piękny, duży łeb, świadom przyglądających mu się bogów, grzebał w ziemi długimi nogami, prostował nabierającą muskulatury szyję i rozrastającą się pierś. Kroki stawiał mocne, acz pełne gracji, jego czerwone oczy patrzył ciekawsko, a grzywa przypominała syczące rzeki lawy. Był majestatycznym obrazem tego szczęścia, ukrytego w załomie jaskiń i lśniącego najpiękniejszym blaskiem niczym najdroższy kamień, który Dante znalazł na końcu swej drogi.


W jego pamięci był wciąż żywy ten pierwszy raz, gdy ujrzał z podwyższenia salę tronową, tak jak od zarania dziejów oglądał ją Bashar. Jej ogrom, jej ciężar, pod którymi ugięłyby się barki reszty Olimpu, bo gdy Posejdon mógł odwrócić wzrok od rolników niewypływających na morze, a Zeus nie przejmować się pojedynczymi mrówkami pełzającymi pod jego niebem, do Bashara ostatecznie trafiał każdy, on zaś wysłuchiwał tych, którzy o to prosili, i wykazywał sprawiedliwość, która zbyt często nie w smak była innym bogom. Pan Podziemia, absolutny władca rozległego dominium, zasiadał na swym obsydianowym tronie i trwał na nim niczym nieruchoma postać z malowideł, szlachetna i surowa, aż ostatni petent nie znikał w trzewiach Tartaru. Po tym, jak prawda wyszła na jaw, Dante zaglądał regularnie do sali i oglądał, jak przebiegały dni, gdy obowiązki dopominały się uwagi suwerena. A raczej oglądał Bashara i widział swym troskliwym spojrzeniem wyraźnie, co innym umykało, bowiem nikt nie potrafił przebić się przez tę ściągniętą maskę boga umarłych. Nikt poza Dantem. Ta duma i potęga, to zmęczenie i odpowiedzialność idąca w parze z kolejną trudną decyzją. Więc jego powiew życia, obojętny na wszelkie zasady, wspinał się na królewskie kolana, sala zamierała, a władca wzdychał błogo, mówiąc „wyjść”, gdy stawał się kochankiem pod ciepłymi muśnięciami silnych dłoni.
Barwne płatki kwiatów kontrastowały z czernią schodów, pogodne śmiechy nie pozwalały ciszy zalec spokojnie w wielkiej sali. Dante siedział w poprzek tronu, z nogami przerzuconymi przez uda Bashara i podziwiał, jak ten sam mężczyzna, który jeszcze chwilę temu gromił wzrokiem zmarłego na tyle śmiałego, by dyskutować z ostatecznym osądem, teraz podpiera głowę na dłoni, leniwymi ruchami wygładza jego himation, a beztroski uśmiech czyni oblicze tak łagodnym, miękkim. Wielki władca rozpływający się kompletnie pod blaskiem wiosennego słońca. Dante uśmiechnął się, wplótł kolejny kwiat w ciemne włosy.
Wtem znajomy głos dobiegł zza wrót, prośba do swego suwerena, by pozwolił wejść i przyjął raport od wiernego podwładnego. Wymienili spojrzenia, w błękicie rozbłysła łobuzerska iskra. Dante płynnie zmienił pozycję – okręcił się przodem do sali i wcisnął między nogi Bashara, dłonie kładąc na tych większych, plecy opierając o chłodne, szerokie oparcie, jakim była pierś mężczyzny. Bóg umarłych zaśmiał się cicho, czule, ścisnął ich splecione palce.
— Wygodnie? — zamruczał.
— Bardzo — odparł Dante, nie powstrzymując pełnego zadowolenia uśmiechu. Wyprężył się, uniósł głowę po królewsku. Autorytetu żadnego w Podziemiu nie miał, lecz matka nauczyła go nosić się z godnością olimpijskiego boga niezależnie od sytuacji. Z czego, rzecz jasna, Dante korzystał, gdy akurat tak sobie zapragnął.
— Wejdź, Tanatosie — odezwał się Bashar nad jego uchem, tym mocnym, stanowczym głosem, który wypełniał momentalnie całą przestrzeń.
Wrota uchyliły się na tyle, by wpuścić do środka pojedynczą postać. Tanatos kroczył pewnie, spokojnie, z gracją osoby doskonale znającej każdy kamień w tym pałacu, lecz to wszystko. Cała szlachetność skrzydeł otulających sylwetkę Bashara, cały respekt od niego bijący i majestat, z jakim się nosił, zwyczajnie nie istniały u Tanatosa. Dante nie odmawiał mu powagi, znaczenia, ginął on jednak przy swym władcy, jego rubinowych oczach przenikających duszę, gdy ciemne spojrzenie boga śmierci było bystre, ale pozbawione tej samej głębi.
Jak mogłem się tak bardzo pomylić?
— Panie, wybaczcie, że niepokoję. — Tanatos ukłonił się głęboko, przystanąwszy przed stopniami prowadzącymi do tronu. Na krótki moment zatrzymał wzrok na włosach władcy, następnie skinął głową przed bogiem wiosny. — Dante.
— Co za wieści niesiesz? — przemówił Bashar. — Mów otwarcie — dodał, widząc, jak bóg śmierci skacze nieco spojrzeniem między dwójką zasiadającą na tronie.
Tanatos posłusznie odpowiedział, a z każdym kolejnym słowem porzucał nieco ze swej ostrożności i napięcia, widząc, jak uważnie wraz z Basharem Dante wysłuchuje przekazywanych nowin o naprawie tunelu, o schwytanych uciekinierach, jak dopytuje o sprawy, które były mu obce, by w pełni pojąć wypowiedź Tanatosa. Podziemie stało się krainą zakorzenioną w samym jego sercu za sprawą nie tylko granatu, ale przede wszystkim Bashara, było jego długo poszukiwanym domem, najważniejszym miejscem na świecie, gdzie czuł się sobą przy bogu umarłych, gdzie go nie ograniczano i do niczego nie zmuszano. Dobrostan Podziemia stał się naturalnym pragnieniem. A nawet jeśli nie dla siebie, to dla Bashara pragnął wysłuchać przywianych pod próg pałacu wieści, które przez wieki spadały wyłącznie na barki władcy. Może wciąż nie rozumiał wszystkich zawiłości w zasadach panujących tu na dole, może nie dostrzegał idealnych rozwiązań problemów, lecz próbował co innego przekazać Basharowi. Jestem tutaj z tobą. Chociaż taką różnicę w dźwiganiu obowiązków mógł zrobić.
— Pragnę również wspomnieć, że Zeus przysłał rozgniewaną wiadomość dotyczącą twojej nieobecności, panie, na kolejnej zwołanej naradzie.
— Bez oporów wyrzuciłem ją z pamięci, a gniew mego brata nie jest niczym nowym — odparł Bashar, a jego uwaga powoli przepływała gdzieś indziej, Dante poczuł to w tym lekkim pochyleniu się, w delikatnym pocałunku złożonym na jego włosach. — Przejdzie mu, zanim przypomni sobie, którędy wiedzie droga do podziemnego pałacu.
Tanatos jednak pozostał na swoim miejscu, milczał chwilę.
— Ta wiadomość była… inna, panie. Takiego gniewu dawno nie słyszałem w słowach Zeusa.
— Ciekawe, kto tym razem ma go dość — wtrącił się z rozbawionym prychnięciem Dante. — Czyżby moja matka miała w tym swój udział?
— Twoja matka? — zapytał bóg umarłych, bardziej zaskoczony niż można by się spodziewać, lecz Dante nie przyłożył do tego wielkiej wagi, kontynuował.
— Przecież znana jest ze swojej upartości, która regularnie sprawdza granice Zeusa. Piorun może trzasnąć w drzewo i wzniecić ogień, lecz natura na przekór zawsze odrodzi się z popiołów.
— Myślałem, że Zeus ma mniej wyrozumiałości dla igrających z nim bożków — mruknął niefrasobliwie Bashar.
Dante zamarł, odnalazł wzrok Tanatosa, dostrzegając w oczach prawej ręki Bashara to samo zawahanie, a zaraz rezygnację i bezgłośne „wiedziałem”, w jakie ułożyły się jego wargi. Bóg wiosny obejrzał się za siebie.
— Czy ty… — zlustrował prędko twarz ukochanego, doszukując się w niej jakiegoś potwierdzenia, że wcześniejsze słowa były jedynie kolejną próbą wykazania poczucia humoru — nie wiesz?
Ale Bashar zmarszczył tylko brwi, a Dante zamrugał w zdumieniu. Właściwie, jeśli matka ukryła przed nim wszystko, co dotyczyło Podziemia, czy mogło to znaczyć, że Bashar, mimo bycia jednym z trzech królewskich braci, nie miał pojęcia o jego pochodzeniu? W biegu wydarzeń założył, że coś takiego jak urodzenie się nie herosa, lecz czystego w boskiej krwi potomka Olimpu nie umknęłoby uwadze boga stojącego znacząco ponad innymi ze swą mocą i władzą, a jednak…
— Czego konkretnie?
— Mówimy o mojej matce — powiedział powoli, jakby słowa mogły dzięki temu łatwiej przebić się do Bashara, lecz bóg umarłych patrzył wciąż z tym samym niezrozumieniem. — Bogini olimpijskiej — dodał dosadniej — pani obfitości, Sappho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz