Jego rycerska zbroja nigdy nie wydawała się tak ciężka, przypominająca klątwę, a nie słuszny obowiązek. Jak wypełniona kłami paszcza olbrzymiego monstrum, zaciskała się na nim, dusząc i wżynając się w ciało, z każdym szczęknięciem metalu drwiąc z jego przekonania, że kiedykolwiek zakładał ją w imieniu dobra i prawości. Teraz te nieprzeliczone poranki oraz wieczory spędzone na polerowaniu najmniejszej skazy przecinającej napierśnik były niczym opieka nad paskudną bestią, godziny treningowe z mieczem przyzwyczajały ją do pragnienia krwi. Jednak to jego decyzje, jego zaufanie względem tych, którzy na owo zaufanie nie zasługiwali, pozwoliły bestii panoszyć się i rozwijać. Splamił grzechami duszę, lecz nadszedł czas odkupienia.
Pioruny szalejącej za oknami burzy wraz z piętrzącymi się w kątkach cieniami obrysowywały twarz rycerza, nadając jej bardziej wygląd absurdalnej maski niż faktycznego oblicza, nienaturalnie wyrazistej i udziwnionej, by po jednym spojrzeniu na nią było wiadome, co za emocję ma przedstawiać. Służba umykała z drogi stalowych butów, widząc spojrzenie krzeszące iskry spod zmarszczonych brwi, usta ściśnięte jak skórzane rzemienie katowskiego bata, szczękę poruszającą się w aż bolesnych zgrzytach. Gniew zemsty przetaczał się przez zimne korytarze zamku, nie wiedzieć czemu opętawszy najznamienitszego rycerza króla.
Straże warujący pod salą tronową z niepokojem patrzyli na niego, rozkazując się zatrzymać. Tristan jakby ich nie widział. Płynnym ruchem dobył miecza, roztrącił blokujące drogę halabardy niczym ten żywioł siekący deszczem w zamek, niewzruszony na próby zatrzymania go. Rycerz pchnął masywne wrota, nim którykolwiek ze strażników zdążył się pozbierać, wpadł do sali, zburzył spokój wielkiego, ale jakże pustego pomieszczenia.
Liczni doradcy zwrócili na niego swe wodniste, kłamliwe oczy, zadrżeli, skrzyżowawszy z nim spojrzenia. Tylko jeden mężczyzna nie przypominał gęsi wystraszonej widokiem wilka, gdyż to on za tegoż wilka się uważał – król Ceartas uniósł brew w wykalkulowanym zdziwieniu, jak i naganie, patrząc z wysokości tronu na swój wyborowy miecz.
— Witaj, sir Tristanie — odezwał się, leniwym ruchem dłoni odganiając strażników gotowych łapać za barki rycerza. — Miałeś na pewno dobry powód, by złamać zamkową etykietę i wbiec do sali tronowej niczym pierwszy z brzegu łotrzyk. — Zerknął wymownie na obnażone ostrze.
Tristan zacisnął szczękę, zatrzymując wszystkie obelgi w sobie, wedle nauk wciąż posłuszny. Doskonale słyszał rzecz przekazywaną między słowami przez króla. Myślałem, że wychowałem cię lepiej.
— Miałem — odrzekł zdawkowo. — Domagam się natychmiastowej, prywatnej audiencji. — Skłonił się, choć wszystko w nim protestowało. Ostatni raz. To był ostatni raz, gdy musiał to zrobić. — Wasza Wysokość.
Doradcy zaszemrali jak stado wzburzonych os, zaraz jednak umilkli po zerknięciu na króla. Ceartas poprawił się nieznacznie na tronie, równie surowym i przytłaczającym swym chłodem, co zasiadający na nim władca. Nie musiał otwarcie wzdychać. Tristan w jego oczach doskonale widział zawód, zaś najgorsze było to, jak targnęła nim ta obserwacja. Po wszystkim, co widział, wciąż instynktownie pragnął być najlepszym rycerzem króla, władcy, kogoś, kto był mu najbliższy do ojca.
— Spełnimy tę prośbę przez wzgląd na twoją wierną służbę koronie — zawyrokował Ceartas. — Zostawcie nas.
Nikt nie próbował protestować. Doradcy prawie połamali sobie szyje, kłaniając się przed królem, po czym wyszli, łukiem mijając rycerza. Wrota zamknęły się za nimi. Tristan zrobił krok w stronę tronu, mierząc wzrokiem w Ceartasa jak z kuszy.
— Tristanie, jak mam rozumieć twe zachowanie? — zapytał spokojnie król, brzmiąc dokładnie tak samo, gdy jeszcze jako młody giermek Tristan uczył się właściwej etykiety. — Cóżeż się wydarzyło? Nie milcz tak i nie obdzielaj mnie tą czarcią miną.
Rycerz ścisnął mocniej w dłoni miecz.
— Przeglądałem księgi.
— Szlachetne zadanie dla rycerza. Czy wyłącznie z tego powodu wtargnąłeś tutaj?
— Rejestr ludności. Spis skarbca.
Cień pobłażliwego uśmiechu przemknął po ustach władcy.
— Mam od tego wyszkolonych ludzi, sir Tristanie — odpowiedział z naciskiem na jego tytuł, niepodobny do miana skryby zasiadającego w bibliotece. — Czytanie rejestrów i spisów nijak wchodzi w zakres twych obowiązków. Żywię nadzieję, iż ta kwestia jest zrozumiała.
— Dzieci. Kobiety. Mężczyźni — wycedził, nie dając się zbić z tropu. — Całe rodziny zostały wykreślone z listy podatników.
— Tak się dzieje w przypadku klęsk w królestwie.
— Rodziny, które ja uratowałem od klęsk — warknął, gniewem wzmacniając swój głos, aby nie drżał z desperacji. — Od walk przy granicy, od pożarów i wszystkiego, co sprawiało, że tracili całe domy. Obiecałem, że się nimi zaopiekujesz. Wedle twego polecenia, panie, przyprowadziłem ich przed twój majestat, byś mógł ich rozlokować po terenach królestwa. Co się z nimi stało?
Słowo rycerza było wszystkim, reprezentowało jego honor oraz dobre imię suwerena. Tristan próbował nie liczyć, ile razy rozdał to słowo w nadziei, że pokrzepi to ludzi po stracie, lecz wracało to do niego w formie żywych wspomnień, gorszych od suchych statystyk, stanowiąc początek jego czyśćca. Kojarzył chłopca, sierotę, niezwykle podobnego do niego w młodym wieku – szczupłego, z kościstą twarzą, o uważnych oczach – który interesował się jego bojową klaczą. „Sam możesz taką mieć, jeśli wykażesz się przed naszym królem”, powiedział mu wtedy, a spojrzenie chłopca rozjaśniło się, aż miło było patrzeć. Pamiętał kobietę w ciąży wiezioną na grzbiecie tej samej klaczy, pozbawioną sił, by dalej samodzielnie iść. Jej wioskę zrabowała szajka, spaliła, mężów wybiła. Brakowało mu rycerskiej naturalności w kontaktach z ludźmi, nie od razu mu ufano, lecz te chwile pozwalały Tristanowi wierzyć, że robił wszystko, co mógł, by uczynić życie tych najbardziej potrzebujących i niewinnych lepszym.
Jakim naiwnym głupcem on był.
Ceartas zmrużył delikatnie oczy, studiując go, nieporuszony jego słowami.
— Nie zapominaj, z kim rozmawiasz, rycerzu — odezwał się tonem znanym z obrad. — Twój status nakazuje klęczeć przed królem na audiencji.
Wpojony od małego szacunek wobec korony pchnął jego kolana w dół, przygniótł barki, garbiąc je pokornie przed władcą. Ceartas traktował go jak uczniaka, jak dziecko, któremu należy przypomnieć podstawowe zasady, nim wytłumaczy się resztę jego błędów. Wytrzymam, nakazał sobie, opierając sztych miecza o podłogę i zaciskając szczękę. Musiał zagrać wedle reguł króla, inaczej nic nie wskóra.
Ale pewna część Tristana, część ślepo wierząca w suwerena, pozostawała niezłamana. Resztkami swej woli trzymał ją w całości, niewielkie zawiniątko mieszczące się w jednej dłoni, przekonane, że zaszła pomyłka, okrutny śmiech losu. Rycerz uniósł głowę, by spojrzeć na króla. Wykrzywione gniewem oblicze opadło na krótką chwilę. Resztka nadziei tliła się w jego oczach, słabsza od iskier w dogasającym ognisku.
— Co się z nimi stało, Wasza Wysokość? — zapytał ciszej.
Ceartas milczał, bodaj nie dlatego, że nie potrafił odpowiedzieć. Milczał, śląc mu niewiele mówiący uśmiech i oglądając, jak Tristan sam znajduje rozwiązanie, jak znów czuje na skórze przeszywający chłód i odór ukrytego korytarza w podziemiach zamku, duszący i zgniły. Jak waha się, by postąpić dalej, złamać pilnie strzeżone zasady, aż w końcu to robi. I coś w nim umiera.
— Przecież widzę, że nie jest to już żadną tajemnicą dla ciebie — rzekł łagodnie Ceartas.
Dreszcz sparaliżował przelotnie ciało. Czy gorsze byłyby dalsze kłamstwa króla od otwartego przyznania się? Tristan nie wiedział.
— Czyli to prawda.
— Owszem.
— Wymordowałeś ich — powiedział półgłosem rycerz, bardziej do siebie niż do króla.
Byli tam wszyscy, którzy niedawno szukali wsparcia u władcy. Rozłożeni na stołach, ich kończyny zdeformowane, wnętrzności oblepione oleistą, czarną mazią, z wytrzeszczonymi z bólu oczami. Półki zastawione były płynami, których nazw nie szło nawet wymówić, notatki leżące przy zwłokach spisano w chłodnych, prostych słowach opisujących postęp w rozwoju czarów. A metalowa krata na końcu pomieszczenia prowadziła do niewielkiej salki, wręcz trupio lśniącej od ilości mlecznobiałych kości i różnych rodzajów broni wokół nich porozrzucanych.
— Mylisz się. — Tristan wzdrygnął się na dźwięk opanowanego głosu potwora. — Zaś za takie oskarżenia należy się wyłącznie stryczek. Ale znam cię, Tristanie. Potrafisz być porywczy, jeśli zaboli cię serce. Dorastałeś pod moim okiem, szkoliłem cię i to ja ofiarowałem ci twój pierwszy miecz. Przyjmij zatem tę jedną z wielu mych lekcji – wszystko ma pewną wartość dla królestwa, którą król musi być w stanie oszacować.
— I jak oszacowałeś wartość tych ludzi, królu? — Ostatnie słowo rycerz wypluł z pogardą.
Uśmiech Ceartasa przypominał Tristanowi najohydniejsze paskudztwo. Tę część władca lubił najbardziej – przyjmowanie roli łagodnego nauczyciela, który wie więcej od innych.
— Myślisz, że potraktowałem ich gorzej niż bezpańskiego psa — rzekł z całą pewnością. — Że moja wola okazała się dla nich bezlitosna. Prawda jest jednak taka, że pojąłem doskonale znaczenie ich żyć dla królestwa.
— A dla ich bliskich?
Coś w spojrzeniu króla powiedziało mu, że właśnie takiej odpowiedzi Ceartas oczekiwał.
— Dlatego właśnie nie mogłeś wiedzieć, co się z nimi dzieje. To ja w pełni przyjąłem ciężar tej decyzji na siebie, byś ty mógł niezachwianie spełniać swoje zadanie. Gdybyś wiedział to, co ja, załamałbyś się po jednym dniu, bowiem król musi patrzeć na cały szeroki obraz, by wybrać najlepszą ścieżkę dla swego królestwa. — Jego miękkie, pouczające słowa przyprawiały o mdłości. — Jesteś dobrym rycerzem, Tristanie. Lojalnym, odważnym, pełnym cnót. Królem jednak byłbyś żadnym.
Miecz zadygotał lekko od dłoni zaciśniętej na trzonie z niezwykłą siłą. Piwne oczy, patrzące hardo w górę, pozostawały nieprzejednane, wścieklejsze z każdym padającym słowem.
— Ty jesteś tyranem.
— Czyżby? Czy tyran przejmuje się, za ile wiosen czeka jego królestwo wyniszczająca wojna? Czy sięga po każdą możliwość, by ocalić jak najwięcej istnień? Przyjąłem ofiarę tych ludzi, aby nie pozwolić większej ilości umrzeć. A może sam pragnąłbyś zapytać mych poddanych, co wolą – bać się przez wieki o granice naszych ziem, czy mieć błogą świadomość, że strzeże nas armia wojowników, których nie zrani łatwo żadna włócznia? Armia czarnomagiczna, odporna, niepokonana?
— To, co robisz, jest niemoralne. To nie ma nic wspólnego z tym, czego mnie uczyłeś.
— Och nie, drogi chłopcze. — Ceartas pokręcił głową z na tyle przekonującą udręką, że Tristan prawie mu w nią uwierzył. — Ja cię uczyłem, jak być dobrym narzędziem dla swego pana, który potrzebuje zaufanych rąk do pracy, by zadbać o większe dobro. Żałuję, że czujesz zwątpienie wobec mej osoby. Naprawdę nie wiem, gdzie popełniłem błąd.
Tristan podniósł się z kolan, z wysiłkiem i chwiejnie, próbując utrzymać na swych plecach ciężar wszystkich istnień, które poprowadził na pewną śmierć. Ciężar swej naiwności, której nigdy zupełnie nie odkupi. Wniósł miecz, jego klinga czysta niczym sumienie rycerza sprzed odkrycia podziemi.
— Nie pozwolę ci dłużej na te chore praktyki — odezwał się Tristan, idąc ku władcy.
Excalibur już nie drżał w okutej stalową rękawicą dłoni. Spoczywał w niej pewnie, lekko, zbyt lekko jak na oręż mający się okryć mianem broni królobójcy.
Ceartas wzniósł dumnie głowę.
— Nie rób czegoś, czego będziesz żałował, Tristanie.
— Już dawno to zrobiłem, gdy uznałem cię za mego króla. Ale te rządy kończą się tu i teraz.
— Daję ci ostatnie ostrzeżenie.
Tristan stanął przed tronem. Ostrze wycelowało prosto w przeżarte złem serce. Król bacznie obserwował, trzymając swobodnie swą pozycję.
— Nikogo więcej nie skrzywdzisz — oznajmił rycerz i pchnął miecz do przodu.
Świat się zatrzymał, burza zamilkła w pełnym napięcia oczekiwaniu, a ciało oraz dusza Tristana rozpadły się pod naciskiem silniejszej, wspieranej mrokiem mocy.
— Zmusiłeś mnie do tego. — Usłyszał, głos zaś był bólem, słowo stanowczą dłonią formującą jego istnienie na nowo. — Robiłem, co mogłem, żeby do tego nie doszło. Ale jednak mnie zmusiłeś.
Chciał krzyczeć, lecz jego gardło zawisło w nicości, usta posmakowały lodowatego dotyku pustki. Potem nie było już nic.
Gdzie wcześniej górował rycerz, tam upadł Excalibur z brzdękiem na posadzkę, a dźwięk ten wznowił czas. Czarna pręga pojawiła się na samym środku ostrza.
Ceartas podniósł się niespiesznie z tronu, płaszcz podszyty sobolowym futrem rozlał się za jego plecami. Schylił się, wziął miecz do ręki. Uśmiech pojawił się na wargach, gdy król poczuł opór przedmiotu wobec jego chwytu.
— Wreszcie wypełniłeś swoje przeznaczenie, Tristanie — mruknął władca, oglądając, jak połyskuje klinga. Momentami w czarnej prędze dało się dostrzec odbicie gniewnych, piwnych oczu. Oręż, napędzany siłą takiej duszy, krył w sobie niezbadaną potęgę. — Stałeś się niezawodnym narzędziem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz