24 sierpnia 2025

Od Aiolyt — Wieczna zima (II)

        Gdyby sama zmiana pogody i pogorszenie warunków nie wpłynęłyby na samopoczucie Aiolyt, to zmienienie fachu na kupca by to zrobiło.

         Było zbyt przyzwyczajone do ciepła oraz komfortu domu i swojej tawerny. Nie przyjęło dobrze przebranżowienia, robiąc wszystko, by do tego nie doszło. Niestety los chciał inaczej, Aiolyt nie zdołało utrzymać swojego biznesu w wystarczającym ruchu. Nie dawało to jenu szansy przetrwania. Nie było przyzwyczajone do handlowania takiego pokroju. Jednak przez jeno ulubione podejście jak nie ja, to kto? Aiolyt spróbowało swoich sił jako kupiec. Oferta Kulawego Marka była jedną z niewielu, którą zdecydowało się wykonać bez zastanowienia. Przygotowanie do niej można było określić jako powierzchowne, zdawało sobie z tego dobrze sprawę. Na swoją obronę mówiło sobie, że nie było po prostu na to czasu. Nie było to kłamstwo, Aiolyt miało jedynie noc na przygotowanie ekwipunku.
        
Ale teraz stało naprzeciwko swojego irytującego konkurenta, który, na domiar złego, zaproponował nu przeprawę przez cholerne, zamarznięte jezioro. 
       — To najgłupszy i najniebezpieczniejszy pomysł jaki słyszałom od bardzo dawna. — Żachnęło się, kręcąc głową. Oczy Nikolaia były niewidoczne, ale patrząc na marszczącą się skórę na jego czole, ewidentnie był niezadowolony z tej odpowiedzi. Było sobie w stanie wyobrazić jak właśnie przewraca oczami. — Chodźmy więc! Panie przodem. — Dodało wesoło, posyłając mu szeroki uśmiech i pokazując ręką w stronę drugiego brzegu. Ten tylko pokręcił głową zirytowany i ruszył niepewnie do przodu. 
        Droga dłużyła się niemiłosiernie. Gruby lód promieniował zimnem na stopy podróżników, zmuszając ich do ciągłego ruchu. Miejscami ślizgali się na lodzie, a wraz z nimi sanki na towary. Niejednokrotnie natknęli się na jakieś drobne zwierzę pod cienką warstwą lodu. Najwyraźniej tafla pogrubiała się z upływem czasu i zbierała żniwa w postaci nieprzygotowanych na tą zmianę klimatu małych zwierzątek. Aiolyt skrzywiło się i odwróciło wzrok. Azor pewnie też by tak skończył, gdyby nie odnalazło go w porę. 
        — Ej, Nikolai. — Wspomnienie o Azorze dało jenu pomysł na zaczęcie rozmowy. Będzie im raźniej. — Jak tam trzyma się Kokos w taką pogodę?
        — Pogodę? Nazywasz tą zmianę klimatu “pogodą”? 
        — Och, czepiasz się. — Odburknęło. Zanotowało jednak w umyśle, by dobierać lepiej słowa. Po chwili ciszy, gdy już myślało, że tyle z ich rozmowy, Nikolai odezwał się. 
        — Z Kokosem wszystko okej. Wszędzie go zabieram ze sobą, żeby mieć na niego oko. 
        — Chcesz mi powiedzieć, że masz go właśnie ze sobą? — Niedowierzając, zaśmiało się cicho. — Ja Azora zostawiłom w dobrych rękach i w ciepłym miejscu…
        — Tak. Ale nie pokaże ci. — Już miało się oburzyć, ale dodał. — Zamarznie przecież… Jak wrócimy możecie się przywitać. 
        Mruknęło tylko, by potwierdzić. Miał rację, nie chciało żeby Kokosowi się coś stało. Wtedy Nikolai mógł zabić jeno na miejscu i sprzedać na organy. Nie było pewne czy czarny rynek jeszcze działał. Było jednak przekonane, że jeno towarzysza podróży by to nie obchodziło. 
        Aiolyt podążało za Nikolaiem niepewnym krokiem. Prowadzący poruszał się o wiele szybciej, jakby mniej uważniej, ale dobrze wiedziało, że ma w tym doświadczenie. Kroki stawiał dziwnie, pod kątem, ale przez to były one pewniejsze. Wyglądało to, jakby badał jego grubość, żeby nie wpaść pod wodę. Nie wydawało nu się, by to było możliwe, ale przezorny zawsze ubezpieczony! 
        Z zamyśleń wyrwało Aiolyt twarde spotkanie z plecakiem Nikolaia. Bez zastanowienia złapało go za niego, gdy poczuło, że traci grunt pod nogami. Wylądowali obok siebie, odbijając się i sunąc w przeciwnym kierunku po lodzie. Aiolyt jęknęło z bólu, gdy odezwał się jeno kręgosłup. Warstwy ubrań powinny zamortyzować upadek, ale najwyraźniej było to niewystarczające.
        — Cholera, patrzże pod nogi! — Warknął, gdy w końcu otrzepali się ze startego lodu i śniegu. Stanął na nogi i po chwili podał Aiolyt rękę, by łatwiej mogło się podnieść. Niechętnie przyjęło pomoc, nie kierując nawet na niego wzroku.
        — Przecież to nie było specjalnie debilu. — Warknęło, przewracając oczami. — Zachowujesz się jakbym conajmniej sabotowało całą wyprawę. 
        — Nie mamy czasu na pomyłki jeśli chcemy przeżyć.
        Przez resztę drogi po grubo zamarzniętym zbiorniku wodnym, żadne z nich nie wydało z siebie żadnego dźwięku. 

        Słońce chyliło się ku zachodowi. Cienie drzew wokół wydłużały się, ale przez mlecznobiały śnieg było nadal jasno. Wiatr ucichł, głucha cisza wypełniała powietrze. Aiolyt z każdym krokiem uświadomiało sobie coraz bardziej, że nie zdążą. Musieliby zacząć biec i nawet wtedy, prawdopodobnie nie zdążyliby. Przeklnęło pod nosem, stając w miejscu. Nikolai nadal brnął w śniegu, coraz szybciej, coraz bardziej chaotycznie. Wściekły rzucił w bok sznur, którym prowadził sanki. W gardła wydarł mu się cichy krzyk poddania się. Złapał oddech, spróbował go wyrównać. 
        — Umrzemy. — Powiedział półszeptem, nie odwracając się do towarzysza.
        Aiolyt przewróciło oczami i rozglądnęło się wokół. Nie było świadome, że Nikolai będzie taki dramatyczny. Nie zdecydowało się na dogryzanie mu, mimo wszystko sytuacja była poważna. Byli pośrodku lasu, otoczeni z dwóch stron przez góry. Jedna z nich była ich celem, ale była wyższa, niż im się początkowo wydawało. To na pewno nie była wyprawa na jeden dzień, jak zaplanowali wcześniej. Nie mieli zbyt wielu opcji. 
        Nagle zobaczyło coś nieopodal, co wcześniej przeoczyło. W niedalekiej odległości malowała się dziwnie uformowana sterta, do złudzenia przypominająca budowlę z wielkich brył śnieżnych. Nikolai też zwrócił się w tamtą stronę i pierwszy rozpoznał znalezisko. 
        — Nie wierzę. Na bogów, to cholerne igloo. — Wydusił w końcu, zanosząc się nieprzyjemnym śmiechem. 
        — Chyba niedokończone. — Mruknęło do siebie, wyciągając z plecaka łopatę. — Ruszaj się to będziemy mieć miejscówkę do przeżycia nocy z tymi cholernymi potworami na karku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz