Liczyłem na nieco więcej spokoju, westchnął w duchu, czując na sobie spojrzenie szpiega.
Nie było nachalne ani lepkie, w nieregularnych odstępach czasu unosiło się na niego i opadało, idealnie naśladując neutralną ciekawość szemranego towarzystwa baru. Ewidentnie misji na Zewnętrznych Rubieżach nie dostał żaden nowicjusz, który miał się wykazać brudną robotą. Może przydzielono kogoś w ramach kary? Albo Imperium zaostrzyło swoje polowanie, wybrano specjalnego łowcę, by zamknąć tę niekończącą się sprawę. Jego dywagacje spokojnie trwały, Tristan trwał rozluźniony na swoim miejscu, tej przemytniczej skrzynce ustawionej przy chybotliwym stoliku, sącząc niespiesznie wątpliwego pochodzenia trunek, kwaśny i ohydny, ale płynny i niezatruty. Szpieg wiedział, co robił, lecz Tristan zdążył przyzwyczaić się do ciężaru nieustającego polowania na jego życie jak do drugiej skóry, nauczył się wyczuwać nadzwyczaj dobrze niepożądane obecności wokół siebie. Cieszył się tą chwilą, póki ją jeszcze miał. Następna taka nie zdarzy się prędko.
Przymknął oczy, pozostawiając swoje instynkty w gotowości, skoncentrowane na postaci siedzącej po drugiej stronie baru, a gruba zmarszczka zmęczenia przecięła jego czoło. Świadomie wybrał tę drogę i ponownie podjąłby te same wybory, które go na nią pchnęły, jednak czasami czuł, że brakuje mu oddechu. Momentów takich jak ten, gdzieś na zapomnianej planecie, gdzie najlepszym przyjacielem jest pieniądz, towar oraz broń, a największym wrogiem zbyt głośno paplająca gęba. Momentów, gdy jego głównym zmartwieniem było usprawnienie napędu w skradzionym niedawno, lekkim frachtowcu typu XS, koreliańskim staruszku, nie tak okazałym jak nowe modele, ale równie sprawnym, zaufanym.
To zmęczenie, na swój sposób, było jego siłą, determinacją. Jego przyznaniem „przeszedłem wiele, przejdę jeszcze więcej, bo mój obowiązek wobec równowagi jest nieśmiertelny”.
Tristan uniósł powieki, pozwalając mieszkającej w nim sile przejść z iskry w płomień, zmienić uważne spojrzenie w czystą stal. Jeśli wysilili się, by odtworzyć wszystkie zatarte ślady i znaleźć go aż tutaj, mogło to też znaczyć, że znajdował się on bliżej swego celu, a oni robili się bardziej zdesperowani, by go powstrzymać. Wyszedł z baru, a szary płaszcz powiewał za nim nieznacznie. Jego ogon ruszył niedługo później.
Mieścina na obrzeżach dżungli nie była zbyt duża, ale ciasna i pełna zakrętów prowadzących do budynków funkcjonujących jako tymczasowe magazyny szmuglerów. Nielegalne interesy stanowiły główny powód, dla którego wioska zyskała nowe, pozbawione okien lepianki, bo z niczego innego by się nie utrzymała. Nic innego tu nie było poza wyjałowionymi plackami ziemi i duszną, nieprzystępną dżunglą, która pochłaniała wkraczających do niej śmiałków równie sprawnie, jak paszcze niezbadanych bestii zamieszkujących jaskinie skryte pod paprociami. Tristan miał nadzieję, że tyle wystarczyło, by nawet ludzie Imperium odpuścili sobie poszukiwania jego frachtowca warującego w prześwicie gęsto zarośniętej dżungli.
Jedi skręcił w ciasną przestrzeń między domami.
Pewność siebie zdradziła szpiega. Znał to miejsce doskonale, na pewno lepiej niż ten Jedi. Łatwa robota, duży zarobek, akurat żeby spłacić dług i uwolnić się z wygnania. Wiedział, którymi uliczkami iść, by przeciągać tę małą gonitwę wystarczająco długo, by nie podążać idealnie za mężczyzną, ale też nie stracić go ostatecznie z oczu. Był dobry, był lepszy niż tamten drugi wyrzutek.
Więc cóż za zdziwienie odmalowało się na jego twarzy, gdy przy następnym zakręcie, nieco za wcześnie, musiał stanąć jak wryty, aby nie nadziać się na niebieskie ostrze miecza świetlnego, wycelowane prosto w niego. Uniósł wzrok, potknął się, upadł, przybity do ziemi nieugiętym spojrzeniem piwnych oczu, wypalających w nim dziurę niczym laser.
— Komu miałeś przekazać informację? — warknął Tristan, ale szpieg tylko zadrżał, niezdolny do odpowiedzi.
Poruszenie w okolicy przyciągnęło jego uwagę. Dudnienie żołnierskiego kroku rozniosło się po ziemi, bronie cicho zadźwięczały. Tristan rozejrzał się wokół ze zmarszczonymi brwiami. Fakty dotarły do niego za wolno, spięły barki. Oddział klonów właśnie go otaczał. Jedi zerknął na szpiega, zauważył miganie komunikator na jego nadgarstku. Lokalizator.
To nie był szpieg, ale wabik. Odnalazł go i wyprowadził na odpowiadającą oddziałowi pozycję.
Dowódca klonów nie silił się nawet na próby zatrzymania go. Momentalnie powietrze rozdarły wystrzały karabinów nadciągających wrogów, granat hukowy wybuchł Tristanowi pod nogami.
Świat przepadł na moment w jasnym rozbłysku, dźwięki dochodziły z niemożliwej do oszacowania oddali. Oszołomiony, lecz nie bezbronny – wpojone w jego ciało nauki przejęły kontrolę. Zanim zdążył to zarejestrować, już się pochylał przed laserowymi strzałami, by zaraz wybić się w powietrze ku najbliższej alejce. Na wyczucie ciął mieczem pod sobą, zduszone krzyki klonów były dla niego niewyraźnym stęknięciem gdzieś na granicy słyszenia. Zachwiał się, lądując zaraz za paroma członkami oddziału. Głowa pękała mu od wybuchu, instynkty zadziałały same. Miecz znalazł się między nim a wiązkami blasterów, rykoszetującymi teraz wprost na atakujących. Ktoś krzyknął twarde polecenie, Tristan, dalej ogłuszony, nie potrafił rozróżnić słów. Wykorzystał chwilę, wpadł w najbliższy zakręt, pognał przed siebie.
Pościg dyszał mu w kark.
Sprowadzili go w pułapkę, więc teraz on ich wyciągnie w nieznane.
Wyskoczył na szerszą przestrzeń dzielącą budynki. Kraniec mieściny majaczył przed oczami, kilka motocyklowych ścigaczy stało tam nieużywanych, grupa przemytników siedziała przy nich i wykłócała się o coś. Strzały na nowo rozbłysły nad głową Tristana, Jedi odbił ostatnią wiązkę, nim schował miecz. Z rozpędu wpadł na siedzenie ścigacza, przekręcił maksymalnie manetkę. Maszyna wyrwała jak dzika do przodu, prosto w dżunglę.
Mknął w głąb, coraz dalej i dalej od bezpiecznej granicy, a buczenie pozostałych ścigaczy rozbrzmiewało za jego plecami nieustającą groźbą. Światło dnia zostawało w tyle, gdy masywne drzewa blokowały kilkadziesiąt metrów w górze niebo, spowijając dzicz w półmroku i męczącej wilgoci. Liany zwisały z grubych konarów, mogące pochwycić człowieka jak lepka sieć, ale Tristan wymijał je bez problemu, w ogóle ich nie dotykając. Jedynym śladem jego obecności był odgłos silnika, lecz i on w pewnym momencie zamarł.
— Nie pozwólcie mu uciec! — Rozniósł się stanowczy głos, ścigacze przemknęły dalej.
Tristan nie wychylił się, by sprawdzić, kto tak zaciekle pragnął go dorwać. Odczekał chwilę, uspakajając myśli, wyciszając oddech, wyostrzając zmysły. Z uwagą pielęgnował to, co zaraz miał wypuścić na swych przeciwników. Skończy z nimi, zanim zorientują się, co ich trafiło.
Ścigacz, pchnięty z pomocą telekinezy na drzewo, by schował się za pniem w pionie, łagodnie opadł w bok i ruszył za oddziałem.
Niepewność zaczęła rosnąć w sercach, gdy gęstwina dżungli napierała na przybyszów niepochodzących stąd. Czy to Jedi poruszył tamtą rośliną, czy to echo jego maszyny odezwało się z prawej? Pogoń zwolniła nieznacznie, jedna dłoń na manetce, druga z karabinem w gotowości. Tristan odczekał chwilę. Pozwolił im na więcej zwątpienia. Jego wzrok, jak system naprowadzający myśliwca, wbijał się w plecy klona lecącego na tyłach.
Błękit ostrza rozciął niespodziewanie półmrok niczym błyskawica.
Uformowany szyk zachwiał się, zaskoczone krzyki wypełniły komunikatory. Zdążył dorwać jeszcze jednego, nim klony poodwracały się w swoich siedziskach, celując w niego. Jedi zlokalizował kolejnego najbliższego wroga, usiadł mu na ogonie, a miecz wychodził naprzeciw wystrzałom, ostrymi ruchami posyłając je w dzicz. Przyciśnięty przeciwnik w końcu zrezygnował z ostrzału, zaczął w pełni uciekać, lecz za późno. Tristan wyciągnął się, ciął, trafił…
A następnej sekundzie silne pchnięcie wywróciło go razem ze ścigaczem na ziemię.
Moc – gniewna, stanowcza, uległa zupełnie ciemności – prawie pokiereszowała mu żebra. Pozostałe maszyny zamruczały cicho w oddali, nawracając i kierując się w jego stronę. Tristan stęknął, przekręcił się, wypluwając fragmenty mchu, w który wyrżnął przy upadku. Kątem oka dojrzał ciemny, niepasujący do dżungli fragment. Karabin blasterowy któregoś z klonów. Pochwycił go, stając znów na nogach, porzucony kawałek dalej miecz przyciągnął do siebie. Broń posłusznie wsunęła się do jego dłoni.
Celownik karabinu powędrował w górę, a ostrze wysunęło się z charakterystycznym sykiem, akurat gdy na krawędzi zagłębienia, do którego wpadł, pojawiły się niedobitki oddziału. Czwórka klonów i białowłosa kobieta.
Ona go pchnęła. W jej niepokojąco chłodnych błękitnych oczach dostrzegł wszystko, co poczuł w momencie ataku. Wymierzoną w niego złość niczym mordercze ostrze. Pewność, że choć walka się jeszcze nie skończyła, jej sprawa okaże się zwycięska. I tę ciemność, z którą łączyła się w budzącej postrach harmonii czerwień wysuniętego miecza świetlnego. Kobieta wyzywająco prezentowała mu podwójną rękojeść w okręgu. Jej drugie ostrze czekało uśpione.
Inkwizytorka.
To nowość.
— Zabić go — poleciła. Przypominała wierzchołek góry lodowej, niedostępny i zabójczy dla każdego, kto próbował go dotknąć.
Klony zeskoczyły ze ścigaczy, ruszyły do ataku w tej nierównej walce. Tristan zaplanował ich koniec, jeszcze zanim którykolwiek z nich drgnął.
Salwa wiązek poleciała w jego stronę, on sam wystrzelił własną, jedną, celując w upatrzonego klona. Rzucił karabin, odbił umiejętnie pocisk, raniący śmiertelnie kolejnego wroga. Trzeci przeciwnik padł od odrzutu Mocy i walnięcia w drzewo. Czwarty ugiął się pod mieczem. Tristan wykonał zwrot, wyczuwając chłodne mrowienie śmierci za plecami.
W ostatniej chwili zablokował silne, mogące łatwo powalić cięcie Inkwizytorki. Ich spojrzenia spotkały się ponad rozbłyskami broni. Teraz, patrząc na nią z bliska, czuł dziwne poruszenie w swoim wnętrzu, to wyjątkowe drgnięcie, gdy Moc próbowała do niego przemówić.
Cokolwiek to jednak było, przepadło w odmętach świadomości, gdy kobieta uskoczyła i zamachnęła się do nowego uderzenia. Jedi nie pozostał jej dłużny.
Czerwień wirowała z błękitem, tworząc szalejącą chmurę barwnych smug i wyładowań. Napierali na siebie, czerpiąc siłę z otaczającej ich potęgi wszechświata, jej przybierająca na sile furia, jak kłębiące się chmury mroźnej zawieruchy, i wyższość przeciwko jego zawziętości i doświadczeniu. Zwinnie atakowała wokół niego, szukając słabych punktów, lecz jej wytrwałość nie była wystarczająca, w pewnych momentach za bardzo się odsłaniała, tego zaś Tristan by nie przepuścił. Zawirował, przygiął kolana i ciął z góry z na dół, chybiając o włos i napotykając jej oręż. Ostrza zawarczały na siebie nagłym, trzaskającym dźwiękiem.
Inkwizytorka odsunęła się, uniosła wyżej broń, wysuwając drugie ostrze. Tristan wykrzywił twarz w kwaśnym grymasie. Irytujący miecz. Wzmocnił chwyt na własnej rękojeści.
Zderzyli się ponownie, niczym dwie nawałnice próbujące zepchnąć się w głąb kontynentu. Próbowała go przytłoczyć atakami podwójnego oręża, ale Jedi uparcie zmieniał dzielący ich dystans, raz podchodząc blisko, tylko po to, by zaraz odskoczyć i rzucić w nią poległym w paprociach ścigaczem. Czekał, a Inkwizytorka robiła wszystko, by pożądanego przez niego czasu mu nie dać. Była dobra, zdecydowana, wyszkolona do zwycięstwa. Tristan jednak niejedno już doświadczenie zdobył na jej podobnych.
Kobieta wykonała obrót, ostrze nadlatywało w jego stronę jak pikująca do celu rakieta. Wyszedł jej naprzeciw, wybijając ją z rytmu i krzyżując miecze.
Wrażenie powróciło, tym razem niemożliwe do zbycia, odrzucenia. Wraz z ciągnącą się walką Inkwizytorka odsłaniała więcej z siebie, z emocji napędzających jej działa. Przyciśnięty drgnieniem Mocy Tristan spojrzał inaczej na tlącą się w niej nienawiść, na zaciętą siłę, którą okazywała. I w nagłym przebłysku wspomnień zrozumiał.
Gdyby został dłużej w Zakonie, doczekał w nim schyłku znanych czasów, czy z jego frustracji wykuto by takiego samego sługę? Podsycono gniew do granic, by obrócić go przeciwko temu, w co wierzył? Pamiętał podszepty ciągnące się za nim niczym ciężki, smolisty dym, gdy wkroczył na własną ścieżkę, intensywne i nachalne, pewne, że okażą się silniejsze od jego przekonań. Ile tortur byłoby komuś potrzebne, by pchnąć go całkowicie w te objęcia? Moc swym zwyczajem nieprzypadkowo kazała mu spojrzeć w te oczy będące czymś, czym mógł się stać.
Inkwizytorka zacisnęła szczękę, próbując zbić go z nóg swym naporem, a Tristan podjął decyzję.
Niebieski miecz zgasł na moment, zaskoczona kobieta zachwiała się w przód. Jedi, znalazłszy się za blokadą przeciwniczki, zwinnie ją wyminął, przeskoczył nad jej drugim ostrzem i wylądował za jej plecami, ponownie aktywując swój oręż. Błękit zatrzymał się ledwie kawałek od niechronionego gardła. Zamarli.
— Rzuć broń — nakazał ostro.
Jej usta zmieniły się w ciasną kreskę. Wyglądały jak stalowa żyłka do uduszenia go. Dłonie wypuściły rękojeść w okręgu.
— Nie będę o nic błagać — powiedziała lodowatym tonem.
— Świetnie — burknął — bo tego lubię.
Miecz opadł w dół, na rękę kobiety, przecinając komunikator na jej nadgarstku i pozostawiając skórę nietkniętą. Jedi, trzymając koniec miecza pod jej brodą, stanął przed pokonaną.
Inkwizytorka zerknęła na zniszczone urządzenie, po czym przeniosła wyzywający wzrok na Tristana. Jej chłodne oczy świeciły jak dwa wierzchołki wycelowanych w niego mieczy świetlnych. Dalej, syczały do niego, skończ to, bo nic więcej poza pogardą nie dostaniesz.
— Wszyscy świadkowie tej walki nie żyją — powiedział, bez trudu wytrzymując znajomy ciężar szyderstwa i odpowiadającym własnym spojrzeniem, hardym oraz zdeterminowanym. — Tylko ja wiem, że wciąż dychasz, a Imperium nie wyśle statku ratunkowego przez nieodpowiadający komunikator na Zewnętrznych Rubieżach.
— Jestem Inkwizytorką…
— Jesteś narzędziem w dłoniach Vadera — warknął Jedi, gdy kobieta nie zrozumiała jego słów — które ma być efektywne i skuteczne, a gdy się popsujesz, Vader pozbędzie się ciebie jak śmiecia. Tak wysoko siebie cenisz, lecz twój tytuł nic nie znaczy, jeśli on tak powie. Egzystujesz pod jego butem, łasząc się o każdą pochwałę, dzięki której staniesz ponad innymi, a wszystko po to, by na koniec i tak zostać przed niego zniszczoną.
— Nic nie wiesz o mojej służbie — odparła zimno tamta, zadzierając podbródek. Jego paskudna prawda odbił się gładko od jej pancerza z wyniosłej dumy, jakby była jedynie sfrustrowanym splunięciem.
Tristan sarknął. Ta opowieść nie rozgrywała się po raz pierwszy, nie po raz ostatni, a on niezmiennie stanowił w niej męczącą rolę kogoś, kto odsyła z pustymi rękami wysłanników Vadera albo ich samych w kawałkach. Wiedział doskonale o tych, którzy przypieczętowali swój los jedną porażką stanowiącą niepomijalną plamę na tle wielu zwycięstw. Na ich przykładzie uczyła się ta Inkwizytorka, jak być lepszą, jak każdego dnia przekraczać swoje limity, by przynieść nowy sukces swemu panu, i tak w kółko aż do pierwszej porażki i śmierci.
Tylko brutalnym rozwiązaniem można było spróbować zatrzymać ten błędny cykl.
— Gdy nie będą mogli skontaktować się z twoim oddziałem, Imperium uzna cię za zaginioną albo martwą — kontynuował, zignorowawszy buńczuczność Inkwizytorki.
— Przylecą sprawdzić, co się ze mną stało — odbiła. — Znajdą mnie, a ja potem wytropię ciebie.
Tristan pokręcił głową, zaskakująco spokojnie. Gest wydał się jedynie bardziej rozsierdzić kobietę, jej chłodny gniew odbijał się przepojonym groźbą pulsowaniem w przepływie Mocy.
— Nikt nie przyleci. Nikogo nie obchodzisz — powiedział, lecz w jego głosie nie było uszczypliwości. Stwierdzał oczywisty fakt. — I dzięki temu możesz się uwolnić.
— Nie prosiłam o zbawcę.
Kącik ust Jedi prawie powędrował w górę. Był wszystkim, tylko nie zbawieniem.
— Wyłącznie ty sama jesteś w stanie siebie zbawić. — Niebieskie światło miecza zgasło, broń zawisła z powrotem przy pasie, wraz z orężem Inkwizytorki. — Właśnie przestałaś istnieć dla Imperium. Zastanów się, co chcesz z tym zrobić.
Widział w jej ściągniętej twarzy jedynie to, co ona chciała w tym momencie zrobić mu. Lecz Tristan mimo to odwrócił się do niej plecami, obojętny na te groźby, czując pieklące się w niej emocje. Gniew Inkwizytorki stanowił falę, rozproszoną przez frustrację i niemoc, może nawet przez ziarno niepewności, które w niej zasiał. W tym momencie porażka stała się zbyt przytłaczająca, by skoncentrować swoje działa w jeden silny kontratak.
— Resztę zabiłeś, a mnie nie potrafisz, tchórzu? — rzuciła, nim Tristan zniknął na dobre w dżungli.
— Jak chcesz, to znajdź sposób, by do nich dołączyć i uciec od walki, jaką jest przeżycie. — Machnął lekceważącą ręką na leżące pod paprociami ciała. Zatrzymał się jednak, raz jeszcze spojrzał przez ramię na pokonaną kobietę, na nowy początek albo zapomniany przez historię koniec. — A może to czas zapytać siebie samej, co jest silniejsze – twoja wola przetrwania czy wiara w Imperium, Inkwizytorko?
Odszedł, zaś odgłos jego kroków pochłonęła wilgotna ziemia, jego sylwetka przepadła między pniami olbrzymich drzew. Dżungla zaszumiała cicho, a w dźwięku tym nie było niczego przyjaznego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz