Obudził go duszący zapach papierosów. Sąsiad znowu palił na balkonie, pomimo zakazu płynącego ze spółdzielni mieszkaniowej. Firanki wiszące w sypialni Mikołaja już dawno przeszły smrodem fajek. Wcześniej jeszcze przejmował się ich stanem i prał je regularnie, ale dzisiaj zdążył się poddać. Zaakceptował nieprzyjemny zapach, tak samo, jak wcześniej pogodził się z workami śmieci na klatce schodowej, dziecięcym wózkiem blokującym schody i tym głośnym maltańczykiem, który ujada i w dzień, i w nocy. Bez przerwy.
Mieszkanie pełne wad, zagrzybiałe, małe, ale przynajmniej drogie. Żyć, nie umierać.
Mikołaj nie zarabiał mało, ale jego zarobki nie wystarczyły, aby wynająć cokolwiek lepszego w centralnej części miasta. Niby niedawno przejął po dziadku rodzinny biznes, jednak utrzymanie się w wielkim mieście niosło za sobą ogromne koszty. Mikołaj każdego bożego dnia przeklinał wszystkich darmozjadów, którzy zajmowali się wynajmowaniem mieszkań. Przeklęci ludzie. Bezduszni.
Dlatego chłopak sam zajął się bardzo legalnym i dochodowym biznesem. Przejął pałeczkę przekazywaną z pokolenia na pokolenie w swojej rodzinie — prowadził lombard. Zajmował się nim w ciągu tygodnia, a w weekendy studiował zaocznie na Akademii Sztuk Pięknych.
Zwyczajne Różności to niewielki sklepik znajdujący się przy ruchliwej uliczce w centrum. Pomimo małych rozmiarów, cała jego przestrzeń została dokładnie zagospodarowana i po brzegi wypchana najbardziej niezwykłymi przedmiotami. Wszystkie te rzeczy rodzina Mikołaja zbierała od pokoleń, a następnie sprzedawała po odpowiednio dobranej cenie.
Na półkach lombardu znajdowały się wszelkiego rodzaju mniejsze lub większe badziewia: figurki, zegarki, wazony, książki. Mogły być niezwykle urodziwe lub wręcz przeciwnie: absurdalnie paskudne. Na przykład: Mikołaj odkąd tylko pamiętał, czuł się obserwowany przez niepokojący obraz clowna wiszący za ladą. Miał wrażenie, że ten potworny błazen nie spuszcza z niego wzroku i ocenia wszystkie poczynania. Okropna rzecz. Mikołaj chciał go sprzedać, wcisnąć za pół ceny. Nawet raz mu się to udało, ale niestety obraz został zwrócony już następnego dnia. Nikt więcej się nim nie zainteresował.
Oprócz tej jednej wpadki chłopakowi biznes szedł całkiem dobrze. Z dumą mógł powiedzieć, że dał radę przedłużyć rodzinną tradycję i perfekcyjnie obsługiwał klientów — osiągał wysokie wyniki, pozbywał się śmierci, wyhaczał opłacalne okazje. Mikołaj miał nosa (i zero litości) do takich spraw.
Tego dnia siedział za oszkloną ladą w lombardzie. Kręcił się na obracanym krześle, nucił BAJM i beztrosko układał pasjansa. Na drugiej stronie miał włączoną tabelkę z rozliczeniami, ale udawał, że ona nie istnieje. Nie miał dzisiaj ochoty na żadne matematyczne wyzwania. Szczególnie ze względu na to, że ostatnio jego dziadek zajmował się sklepem i namieszał mu w obliczeniach. Z tego też powodu Mikołaj postanowił odłożyć oszustwa podatkowe na następny tydzień.
Tak więc całkowicie pochłonięty ustawianiem cyfrowych kart, prawie nie zauważył, że do sklepu ktoś wszedł. Pewnie w ogóle by nie zwrócił uwagi na klienta, gdyby nie jego poirytowanie chrząknięcie.
Mikołaj niechętnie, niczym rodzona pani na poczcie, podniósł wzrok na starszego mężczyznę, który stał tuż przed nim, widocznie zniecierpliwiony.
— W czym mogę pomóc? — Właściciel lombardu zmusił się do uśmiechu. Kątem oka wciąż analizował karty na pobliskim pulpicie.
— Chciałbym to sprzedać — powiedział mężczyzna, a następnie wyciągnął na blat porcelanową figurkę.
Była absolutnie paskudna. Mikołaj już dawno nie widział tak brzydkiej rzeczy. W teorii miała to chyba być żaba albo inny płaz, ale w praktyce jej kończyny i całe ciało zostało nienaturalnie wydłużone, a kolory dobrano chyba z zamkniętymi oczami. Młodzieniec patrzył na to przeokropne stworzenie, skrzywił się, podniósł figurkę i zdał sobie sprawę, że jest ona nadzwyczaj cenna.
Jedna z pierwszych wyprodukowanych w najstarszej w tym kraju fabryce, Trzmielowie. Figurka, chociaż kompletnie pozbawiona gustu, dziwaczna i nieprzyjemna dla oka, zachowała się w doskonałym stanie. Mikołaj znał się na cennych rzeczach — miał do nich nosa. Wiedział, że dzisiaj zarobi.
— To badziew — powiedział przekonującym tonem. — Porcelana, ale nie najlepszej jakości.
— Tak coś czułem, że nic na tym nie zarobię — mruknął mężczyzna. — Wywalę na śmieci i przestanie tylko kurz zbierać.
— Wezmę, będzie o tam na półce stało. — Mikołaj wskazał ręką miejsce. — Pięć dych dam i pozbędzie się pan problemu.
— A niech pan bierze! — Klient pokiwał głową, widocznie uradowany, że nie wróci do domu z pustymi rękoma.
Mikołaj uśmiechnął się szeroko. Wziął figurkę i odstawił na półkę. W myślach już zastanawiał się, na co wyda zarobione dzięki niej fundusze. Może powiększy sklepik? Albo spłaci tę przeklętą chwilówkę, którą wziął w czasie tego nieszczęsnego wypadu do kasyna…
— A może mi pan przesłać od razu pieniądze na kartę? — poprosił niespodziewanie klient, wyciągając plastik z portfela.
— Przykro mi, rano terminal się zepsuł. — Mikołaj udawał smutek. — Tylko gotówka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz