Bogowie, szukający nowych źródeł przyjemności, swymi niewinnymi zabawami doprowadzali śmiertelników do śmierci, obłędu albo wieczności spędzonej jako drzewo bądź pająk. „Nic ci nie zrobię” spływało łagodnie z ich błyszczących od nektaru ust, lecz zapominali, jak kruche i skazane na rozkład jest ciało ich poddanych.
Tymi słowami jego ojciec rozpoczynał każdą opowieść o ludziach, którzy stanęli zbyt blisko świetlistej aury bogów. Choć Virgil miał swój powód, by niezupełnie w to wierzyć, powód ten stanowił jedynie wyjątek od reguły.
Rzeźbiarz zadrżał lekko pod wyczekującym odpowiedzi spojrzeniem szafirowych oczu.
Szanował bogów i modlił się do nich przez całe swe życie, nigdy by jednak otwarcie nie prosił ich o objawienie się mu, nigdy nie odważyłby się o tym pomyśleć. Świat roił się od zwykłych ludzi oraz herosów gotowych walczyć o zyskanie wartości w oczach najwyższych królów i królowych. Virgilowi wystarczyło jego dłuto i warsztat, jego bitwy opierały się na próbach wyciągnięcia duszy z zimnego kamienia. Był nikim wśród wielu, kolejnym wiernym, który przyniesie ofiarę pod ołtarz i przeminie po jednym mrugnięciu władców zasiadających na Olimpie, lecz nie widział w tym niczego złego. Wręcz przeciwnie – trwając w obecności boskiej istoty, tymże mocniej rozumiał, czemu on klęczał pod piedestałem tego, który się do niego zwracał. Zerkał nieśmiało na wyprostowane, smukłe barki boga i myślał o swoich zgarbionych od pracy plecach. Mrużył oczy przez srebrzystą poświatę jego zgrabnego ciała i próbował nie drapać się po swojej ogorzałej twarzy, po chudych i niezdarnych kończynach. Bezszelestne ruchy hipnotyzowały wraz z szafirowym blaskiem wzorów na rękach, jasne włosy wydawały się unosić na nieistniejącym wietrze, bóg płynął przez przestrzeń jak gwiazdy poruszające się na nieboskłonie. Każda sekunda spędzona w jego świetle przypominała Virgilowi, jakże niedorobioną kopią tej perfekcji był. Drewniana figurka i arcydzieło z marmuru – tym właśnie byli względem siebie.
Pewien gwałtowny bóg wiosny roześmiał się w jego wspomnieniach. Vi westchnął w duchu. Może im bardziej się nie chciało spotykać bogów, tym chętniej się oni pojawiali.
Milczał chwilę. Niespełnienie życzenia boga było z pewnością gorsze od zanudzenia go prostą opowiastką. Z zaskoczeniem odkrył, że jego wahanie powoli mija, ukojone tym samym światłem, w którym tak wyraźnie widział wszystkie swoje twarde krawędzie. Jakby Seymour, księżycowe bóstwo, utulał go do snu, choć to rzeźbiarz miał przecież opowiedzieć historię przed spoczynkiem.
— To opowieść o człowieku, który nie przeszedł obojętnie obok cierpienia — podjął w końcu, dostrzegając cień uśmiechu na wargach boga. — Miał rozpadający się dom i to, co trzymał na grzbiecie. Szukał w lesie jedzenia, które mogłoby napełnić jego pusty od wielu dni brzuch, gdy usłyszał żałosne, piskliwe wycie. W sidła zaplątał się młody wilk, więc oswobodził go. Następnego dnia próbował łowić nad brzegiem ryby.
— I znów usłyszał wycie? — podsunął Seymour. Rzeźbiarz skinął głową, splótł dłonie przed sobą. Nigdy nie potrafił opowiadać historii piękniej od swego ojca. Kciuk zaczął bezwiednie, w lekkim napięciu, pocierać nadgarstek.
— Tym razem inny wilczek wpadł do dziury. Wyciągnął go stamtąd, a wilcze ślepia patrzyły na niego ufnie. Niedługo potem na obrzeżach swojej wioski znalazł obozowisko łowców, którzy upili się i spali. W klatkach trzymali małego wilka, podobnego bardzo do tych, które mężczyzna uratował wcześniej. Również go uwolnił. Przy następnej okazji, gdy człowiek udał się do lasu, odnalazło go wilcze bóstwo, które rzekło: uratowałeś moich braci przed śmiercią, w zamian mogę pomóc ci stać się królem.
Bóg zaśmiał się cicho, krótko, a dźwięk ten rozgrzewał swym pięknem serce jak widok spadającej gwiazdy.
— Nie słyszałem jeszcze historii, w której zwierzę wyniosło kogoś na tron.
Vi pozwolił sobie na nieśmiały uśmiech, oczywiście wpierw spuściwszy głowę.
— Wilki to bardzo mądre zwierzęta, panie.
— Co było dalej?
— Mężczyzna nie czuł się godzien tego zaszczytu, więc odmówił, życząc wilkowi i jego braciom zdrowia. Lecz w jego krainie zapanował chaos i bieda, ówczesny król ignorował potrzeby ludu. Mężczyzna, nie mogąc patrzeć na to cierpienie, wrócił do leża wilków i poprosił o pomoc. Najstarszy z wilków mądrze podpowiadał mężczyźnie, jak zmienić się w dobrego władcę i obalić rządy tyrana. Gdy ten został zrzucony z tronu, mniejsze wilki go rozszarpały.
— Dostał to, na co zasłużył.
— A mężczyzna stał się przyjacielem wilków na lata — podsumował rzeźbiarz, wskazując brodą na drewnianą figurkę.
Smukłe palce obróciły ostatni raz statuetką, po czym odstawiły ją na swoje miejsce. Srebrzysta poświata jeszcze przez chwilę okalała drewno.
— I skąd wzięła się inspiracja na tę historię? — zapytał Seymour, robiąc jeden niespieszny krok w jego stronę.
Spinając wszystkie mięśnie w sobie, Vi powstrzymał się przed niezdarnym cofnięciem. Coś zamigotało w boskim spojrzeniu.
— Wierzę w dobro, które wraca i w zło, które nie trwa wiecznie — odparł cicho.
Szafirowe oczy studiowały go uważnie, lecz Virgil z należytym szacunkiem nie patrzył prosto w nie ani tym bardziej nie próbował zrozumieć, cóż za uczucia kryły.
— Jesteś niezwykłym artystą, Virgilu — powiedział bóg, przechodząc obok niego równie płynnie, jak księżyc poruszający mu się nad głową. — Z pewnością jeszcze nie jedno zachwycające dzieło wyjdzie spod twych dłoni.
Rzeźbiarz uniósł wzrok. Seymour kierował się do wyjścia z warsztatu, a jego niebiańska sylwetka rozpływała się powoli w powietrzu. Vi już chciał odetchnąć, gdy nagle uderzyło go, że nie zaproponował niczego bogowi. Żadnego jadła czy picia, daru bądź modlitwy. Powinien był to uczynić od razu, teraz zaś… Panika wobec boskiego gniewu pojawiła się w jego oczach, gdy jasne włosy i blade plecy prawie całkowicie zanikły pod całunem niewidzialności.
— Mogę ciebie uczynić mą inspiracją, panie — wypalił.
Seymour momentalnie powrócił, zerknął przez ramię. Stojąc tak nieruchomo, między roboczymi blatami, już przypominał rzeźbę ze srebra, wypolerowaną na nieludzki błysk.
— Kontynuuj — mruknął, a Vi się zaczerwienił.
— Znaczy… Jeśli tego pragniesz, panie, przystąpię zaraz do pracy nad rzeźbą stworzoną ku twej czci.
Bóg rozejrzał się po warsztacie. Rzeźby będące na różnym etapie pracy stały jedna obok drugiej.
— Masz czas na to?
Absolutnie nie.
— Znajdę dla ciebie czas, panie — odpowiedział z pewnością w głosie, której nie czuł.
Nie wiedział, co myśleć o tej przyuważonej iskrze w szafirowych oczach.
— Dobrze — bóg obrócił się — lecz mam pewien warunek.
Niewielka gula urosła w gardle.
— Cokolwiek powiesz, panie.
— Chcę być obecny przy całym procesie. Nie będziesz pracował nad rzeźbą dla mnie, jeśli nie będzie mnie w pobliżu, nie będziesz jedynie szukał mych wpływów na przyrodę, będziesz tworzył dokładnie na wzorze mojej osoby. Od początku do końca pokażesz mi, jak dzieło powstaje.
— Wedle życzenia — rzekł błyskawicznie, pochylając głowę i modląc się w duchu, że ukrył wystarczająco dobrze drżenie swego głosu.
W następnej sekundzie warsztat opustoszał. Bóg zniknął, zostało po nim jedynie światło księżyca, przyświecające mocniej tam, gdzie stał wcześniej jego pan. Virgil westchnął, opadł ciężko na najbliższy stołek, bardzo powoli pojmując konsekwencje swojej propozycji. Będzie musiał zadowolić boga końcową rzeźbą oraz procesem jej powstawania.
Już nie był pewien, do kogo się modlić.
Bóg księżyca przybył następnej nocy, nieoczekiwanie pojawiając się przed Virgilem, gdy ten układał dłuta na jednym z blatów.
— Od czego zaczniemy?
Prawie cała porządkowa robota poszła na marne przez jego wystraszony podskok. Czy wszyscy bogowie mieli w zwyczaju pojawiać się znikąd przy śmiertelnikach, czy to tylko ci z jasnymi włosami musieli doprowadzać go na skraj wytrzymałości? Rzeźbiarz odchrząknął, zerknął niepewnie na ten delikatny uśmiech, wydający się zawierać w sobie szczere rozbawienie.
— Potrzebuję stworzyć glinianą figurkę rzeźby, wstępny zamysł projektu — powiedział, wycierając ubrudzone pyłem dłonie w swoje odzienie, powstrzymując westchnienie. Nieważne co by zrobił, wszystko wokół Seymoura, włącznie z jego dłońmi, wydawało się brudne w porównaniu z błyszczącą skórą boga. — Gdy tworzę dla bogów, czasami… przekazują mi oni w pewien sposób, co chcieliby ujrzeć w mym dziele. Czy masz może jakiś pomysł, panie, jak miałaby twoja rzeźba wyglądać?
Seymour wyglądał, jakby się namyślał, lecz Vi miał dziwne wrażenie, że ten utrzymujący się w górze kącik ust zna odpowiedź bardzo dobrze.
— Powiedz mi, jak ty byś mnie widział, wykutego w marmurze — odrzekł wreszcie bóg.
Virgil zająknął się lekko, jednak nie zaprotestował. Spojrzał uważniej na onieśmielający blask Seymoura, starając się myśleć, że niczym nie różniło się to od studiowania krnąbrnych fal Posejdona czy palących się z pasją ogni Ignisa. Że tak jak przy patrzeniu na krajobraz, tak i teraz wcale nie nachodziła go myśl, jak blisko prawdy mogli być ci wszyscy poeci, piszący o ludzkiej duszy jako rzeczy zbyt słabej, by oprzeć się uczuciom wywoływanym przez samo podziwianie boga.
— Wyprostowanego, z ciałem owiniętym materiałem, który kryłby je równie dobrze, co mrok nocy — powiedział powoli, po każdym słowie szukając cienia niezadowolenia na boskiej twarzy — patrzącego prosto w niebo z oddanymi ci gwiazdami, a sierp księżyca przyświecałby nad twą głową.
— Brzmi pięknie — skomentował bóg. — Czy powinienem dziś jakoś zapozować?
Do rzeźbiarza, wykonującego swój fach od lat, zaznajomionego bardzo dobrze z technikami potrzebnymi do ukończenia dzieła, bardzo niespodziewanie dotarło, że pomysł, który zaproponował, będzie nie tylko wyłaniał się z kamienia, lecz również będzie w pełnej swej krasie stał przed nim długimi godzinami. Vi, odwracając czerwieniącą się twarz, pomaszerował na tyły warsztatu, gdzie miał miejsce do wyrabiania gliny.
— N-nie, chyba nie będzie to jeszcze koniecznie…
Dłonie wpadły w znajomy rytm pracy, a Seymour cicho towarzyszył w procesie, przyświecając mu łagodnie. Vi spodziewał się wreszcie ujrzeć znużenie u boga, lecz ten wyglądał na zaskakująco usatysfakcjonowanego zwyczajnym przyglądaniem się jego poczynaniom. Zatem pogrążył się w tym zupełnie, nie zwracając nawet uwagi na glinę sklejającą jego włosy po poprawieniu ich. Był tylko on, powstający twór i księżyc, milczący i zaciekawiony. Noc pozornie niewiele różniąca się od innych.
Jego palce z wprawą zajęły się zmienianiem wyrobionej gliny w szkic rzeźby. Podstawa, ciało, fałdy materiału – niespiesznie figurka nabierała kształtów. Znajome odrętwienie w ciele było jedynym wyznacznikiem upływającego czasu. Virgil zerkał na boga, by poprawić gliniane krzywizny i sprawnie unikał szafirowych oczu. Pytania jednak wierciły się w jego piersi, a wzory połyskujące na granicy widzenia nie pomagały ich uciszyć.
— Panie, czy mogę być tak śmiały i spytać… — odezwał się, wbijając skupione spojrzenie w glinę. Seymour mu nie przerwał. — Jak trafiłeś akurat do mojego warsztatu? Nie chcę wyjść na niewdzięcznego, lecz z pewnością są w kraju lepsi artyści, bardziej godni tworzenia w obecności boga…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz