Słońce świeciło wysoko na niebie, choć częściowo było przysłonięte leniwie wędrującymi obłokami. Wysokie drzewa cicho szumiały w akompaniamencie śpiewu ptaków, gdzieś po pniu przemknęła wiewiórka. Las z drugiej strony Berk trwał w spokoju, nienaruszony, ani trochę niedotknięty nocnym nalotem.
No właśnie.
Souel łaził pomiędzy drzewami, błądząc wzrokiem między naturą a trzymanym w ręku notatnikiem, na którego kartkach wyrysował węglem uproszczoną mapę. Nad granicą lądu ciągnęła się przerywana linia sugerująca potencjalną trajektorię upadku trafionego w locie smoka. Chłopak rozejrzał się, zmrużył oczy. Po chwili cicho westchnął, zakreślił na mapie krzyżyk, dorzucając go do co najmniej kilku innych.
Poszedł w jeszcze inne miejsce, zbadał je dokładnie.
Postawił krzyżyk.
Sprawdził przy strumieniu.
Krzyżyk.
Przeleciał wzrokiem małą polankę, starając się nie zwrócić na siebie uwagi grzebiącego w ziemi dzika.
Krzyżyk i chwila ucieczki przed zwierzęciem, które zareagowało na przypadkowo nadepniętą gałąź.
Wraz z kolejnym iksem warknął głośno, w przypływie irytacji pobazgrolił całą mapę. Wrzucił węgiel między kartki, trzasnął obitym skórą notatnikiem i schował go do wewnętrznej kieszeni futrzanej kamizelki.
Bogowie się chyba na niego uwzięli. Inni to gubili siekierkę albo buta, ale nie on – jemu udało się zgubić całego smoka! Do tego nocną furię! Jakie były na to szanse? W jego przypadku niemal gwarantowane. Czyżby gad rzeczywiście potrafił się zrobić niewidzialny? Ale wtedy powinno być widoczne przynajmniej bolas, które go spętało. Lewitujących sznurków z kulami Souel nie powinien przegapić.
A może jednak smok mu uciekł? W sumie to nie było takie wykluczone, znając jego szczęście. Z dobre kilka godzin bestia leżała, więc miała wystarczająco dużo czasu, żeby poprzegryzać liny i uciec. Dobra, to niech chociaż to głupie bolas znajdzie. Cokolwiek!
Bez namysłu palnął ręką znajdującą się przed nim gałąź, ale ta wróciła i uderzyła go w twarz. Jęknął cicho z bólu, zaczął masować miejsce, gdzie oberwał. Wtem przystanął.
Rosnące przed nim drzewo było złamane w pół, większa część pnia przewróciła się na ziemię. Z ułamanych krańców wystawały ostre niczym wielkie drzazgi fragmenty drewna. Cokolwiek wpadło na pień, musiało być naprawdę duże. Na przykład wielkości takiego smoka.
Rozejrzał się dokładniej – dostrzegł wyryty kawałek dalej w ziemi ślad. Podążył za nim, wyjrzał zza gwałtownego, acz niewysokiego spadku terenu, gdy nagle przywarł do ziemi. Po kilku sekundach postanowił jeszcze raz zerknąć.
Kilkanaście kroków przed nim leżał na boku smok. Spory – choć nie jeden z tych większych, z pewnością mógłby odgryźć głowę młodemu wikingowi. W całości był pokryty jednolicie czarnymi łuskami, tylko trochę odbijającymi światło. To pewnie dzięki nim nie dało się go dostrzec w nocy. Co jednak było ciekawsze, to jego sylwetka. Nie przypominał zbytnio innych gatunków. Brakowało mu rogów, a wszelakie wyrostki były mniejsze, łagodniejsze. Co nie zmieniało faktu, że bestia nadal wyglądała strasznie.
Smok trwał w bezruchu, spętany linami. Wydawał się martwy.
Czyli Souelowi się udało. Dokonał tego. Dorwał swojego pierwszego smoka. Dorwał nocną furię.
Wyszedł z ukrycia, podszedł bliżej, po drodze jeszcze na moment chowając się za większym głazem. Wreszcie stanął tuż przy gadzie, objął go całego wzrokiem.
— Udało mi się — rzekł cicho pod nosem.
Nie mógł w to uwierzyć. Całe swoje dotychczasowe życie był poniżany. Żaden z dorosłych nie wierzył, że kiedykolwiek coś osiągnie. Spisali go na stratę.
Teraz jednak wszystko się zmieni. Przyniesie do osady dowód i nikt nie będzie już mógł mu zaprzeczyć. Zyska uznanie całej wyspy. Zyska uznanie ojca. Przestanie być nieudacznikiem. Stanie się bohaterem.
Nachylił się nad bestią, wyciągnął powoli rękę z zamiarem dotknięcia, gdy nagle dostrzegł z jej strony ruch. Odskoczył do tyłu, przywarł dłonie do piersi. Ponownie zmierzył wzrokiem smoka. Poruszał klatką piersiową. Oddychał. Wciąż żył.
Nie na długo.
Pospiesznie sięgnął do paska, wyciągnął włożony za niego sztylet. Złapał mocno rękojeść, ostrzem do dołu, przygotowując się do zadania ostatecznego ciosu. Miał szansę. Smok nie mógł się ruszać. Nie mógł się bronić. Leżał tuż przed nim. Souel da radę. Zabije go, wytnie mu serce albo odetnie łapę i zaniesie ojcu. Potem będzie mógł zaprowadzić do ciała. Zostanie bohaterem Berk. Zostanie synem wodza godnym odziedziczenia tytułu.
Uniósł trochę wyżej sztylet. Spuścił wzrok na smoka.
Jedno oko było otwarte, zwężona do pionowej linii źrenica na tle zielonej tęczówki, obejmującej całą widoczną część gałki, utkwiona była w szczupłej sylwetce chłopaka. Powieka nie mrugała, bacznie go obserwując. Wydawało się, że stwór lada moment rzuci się do ataku. Ale tego nie zrobił. Nie mógł.
Gadzie spojrzenie wydawało się przeszywać Souela na wylot, lecz ten nie zamierzał się przed nim zgiąć. To była jego szansa. Nie zmarnuje jej.
— Jestem wikingiem — powtarzał w kółko jak w jakimś transie. — Jestem wikingiem! — krzyknął do bestii.
Uniósł jeszcze wyżej sztylet, ponad czarną czuprynę. Teraz powinien go wbić w spowite mrokiem ciało.
Smok jeszcze chwilę się w niego wpatrywał. Chłopak, nie wiedzieć, czemu, utrzymywał z nim kontakt wzrokowy, dopóki tamten nie zamknął oka i nie opuścił łba całkiem na ziemię. Zupełnie, jakby... zaakceptował swój los.
Nie, to nie czas na głupie myśli. Souel zabije smoka, zaniesie dowód ojcu. Pokaże, na co go było stać. Jego życie się zmieni.
Bolące od ciągłego trzymania w górze ramiona zgięły się w łokciu, dłonie spoczęły na czole, palce poluzowały nieco chwyt na rękojeści. Z ust wydobyło się westchnięcie.
Zmieni się...
Zamknął oczy, a mimo to nadal widział przed sobą zwężoną źrenicę na zielonym tle. Tak dziką... a jednocześnie ukazującą tyle, co ludzka.
Zmieni...
Nie da rady. Nie był jak inni. Nie potrafił.
Ramiona słabo opadły w akompaniamencie westchnięcia. Souel odwrócił się na pięcie, zamierzał wrócić do domu i schować się w łóżku. Po paru krokach jednak przystanął, popatrzył na wielkiego gada.
Smok leżał spokojnie, dopóki nie usłyszał podejrzanych dźwięków. Podniósł powieki, zerknął za siebie, obserwując chłopaka, który jeszcze chwilę temu miał ubrudzić sobie ręce jego krwią, a teraz przecinał pętający mroczne cielsko sznur. Jeden fragment liny puścił, krótko po nim drugi, Souel zabrał się za trzeci. Nie miał pojęcia, co robił. To znaczy, miał. To znaczy, nie myślał zbytnio. Jego ręce same się poruszały, a umysł skupiony był tylko na jednym.
Trzeci skrawek liny prawie puszczał.
Czarny jak noc gad poderwał się do skoku, w mgnieniu oka zrzucając z siebie sznury. Jednym uderzeniem przedniej kończyny pchnął Souela aż pod głaz, przybił do niego łapą. Krótkie, acz ostre szpony o włos minęły szyję, jakimś cudem nie wbijając się w tors. Nachylił głowę tuż nad pobladłą niczym śnieg twarzą, zielone ślepia utkwiły w przerażonych, błękitnych tęczówkach.
Souel wstrzymał oddech, widząc z tak bliska nie tylko pysk bestii, ale również własne odbicie w owalnych, acz nadal zwężonych źrenicach. Dłoniami zaczął błądzić po ziemi, niestety nie doszukał się sztyletu, który wcześniej upuścił.
Wystarczyło jedno kłapnięcie szczęk, by stracił głowę. Łapa musiała tylko trochę mocniej przycisnąć, żeby połamać żebra. Choć pazury nie należały do najdłuższych, z pewnością sięgnęłyby serca. Mógł zginąć na tyle sposobów. Teraz i tutaj.
Paszcza została rozdziawiona, zdobiące ją zęby zalśniły złowrogo.
Był też pocisk plazmy. Jedno trafienie i nie będzie czego zbierać z młodego pseudo-wikinga. Co w niego wstąpiło, dlaczego postanowił uwolnić tak niebezpieczne stworzenie? Miał go podanego na tacy, musiał tylko dobić.
Gdy smok zaczął zbierać oddech, przed oczami Souela przeleciało całe jego życie. Nie było czego oglądać. Niczego nie osiągnął.
Nie dostał plazmą. Szczęki nie zacisnęły się na głowie. Jedynie usłyszał przeraźliwy ryk, odbijający się od jego poddanych trudnej próbie bębenków i ogarniający całą okolicę. Ciepłe powietrze uderzyło w policzki, poruszyło grzywką oraz końcem pióra; do nosa trafił nieprzyjemny odór ryby, dymu i czegoś jeszcze.
Ryk trwał raptem kilka sekund; po tym gad go puścił, żeby następnie poderwać się do lotu. Machnął mocno rozpostartymi skrzydłami, uderzył w pobliską ścianę skalną, chwiejnie poleciał dalej. Pysk miał otwarty, być może dalej ryczał, lecz obserwujący go Souel nic nie słyszał. Jego uszy zostały kompletnie opanowane przez tłumiący wszystko inne pisk.
W końcu smok zniknął mu z pola widzenia. Zdając sobie z tego sprawę, wypuścił z ust głośny wydech, ledwo usłyszał swój własny głos. Powoli wstał, po drodze zgarniając odnaleziony wreszcie sztylet. Ze wciąż wymalowanym na twarzy szokiem wykonał kilka kroków w przeciwną stronę, w którą odleciał smok, gdy nagle nogi ugięły się pod nim i padł jak długi w trawę.
Do domu dotarł późnym wieczorem. Gdy się ocknął, potrzebował solidnych kilku godzin na powrót do trzeźwego myślenia. Powinien teraz nie żyć, a był tu, cały i zdrowy. Czyżby został oszczędzony? Przez smoka?
Zastanawianie się nad tym doprowadzało do bólu głowy, więc w końcu postanowił, że zostawi to na kiedy indziej. Lepiej było się cieszyć, że nie zginął, bo nie wiedział, czy w ogóle wpuściliby go do Walhalli.
Wszedł do środka chaty. Ku jego nie do końca miłym zaskoczeniu ujrzał ojca siedzącego przy ogniu, nad którym zawieszony był garnek. Zdecydowanie nie chciał z nim teraz rozmawiać na żaden temat, a już zwłaszcza dotyczący smoków, więc możliwie jak najciszej zamknął drzwi i zaczął skradać się do swojego pokoju. Stawiał delikatnie stopy na schodkach, pierwsza połowa przebiegła mu zgrabnie.
— Souel — usłyszał.
Momentalnie zamarł.
— Och, tato — rzucił niezręcznie w odpowiedzi.
Tyle było z jego skradania.
Plan nie wypalił ani trochę. Nie uniknie rozmowy.
To może powinien jednak rzucić prosto z mostu? Wiedział, że nie uda mu się wiecznie tego ukrywać. Przyznawał rację: nie był tym, za kogo siebie uważał. Nie mógł podołać wyzwaniom losu. Nie był taki jak reszta wikingów. Bolało go to bardzo, ale przekonał się na własnej skórze. Jeśli powie głośno, może wreszcie się z tym całkiem pogodzi.
Wykonał głęboki wdech.
— Muszę... — sekundę się wahał — Muszę ci coś powiedzieć.
Dziwna rzecz się stała, ponieważ rodzic również wykonał wdech.
— Ja też muszę z tobą pomówić — rzekł podejrzanie spokojnym tonem.
Wstał z taboretu, odwrócił się, by stanąć przodem do syna, który już zdążył zejść ze schodów. Złączył ze sobą dłonie, chwilę je masował, jakby trochę nerwowo.
— Czas, żebyś nauczył się...
— Czy ja naprawdę muszę... — zaczął równocześnie Souel.
— Zabijać smoki — powiedzieli obaj w tym samym czasie, z tym że u ojca to brzmiało jak stwierdzenie, u syna zaś jak pytanie. — Co? — Popatrzyli na siebie ze zdziwieniem.
Dobra, niecodzienny początek. Żaden z nich nie usłyszał, co drugi powiedział, więc teraz tak stali, posyłając sobie pytające spojrzenia. Krótką ciszę między nimi przerwał ojciec, prosząc Souela o kontynuowanie. Tamten jednak pokręcił głową, zaznaczając, żeby to rodzic mówił pierwszy.
— No, dobrze. — Wódz odchrząknął. — Chciałeś, więc dostaniesz. Jutro rano zaczynasz smocze szkolenie.
Usłyszawszy to, chłopak otworzył szeroko oczy.
Chwila, co?
Smocze szkolenie?
— Oj, a mogłem nie ustępować — rzucił cicho pod nosem. — Wiesz, tato, miałem cały dzień, żeby się nad tym zastanowić i doszedłem do wniosku, że mamy niezbalansowany podział ról na Berk. Jest nadmiar wikingów zabijających smoki, ale też deficyt wikingów, przykładowo, piekarzy albo kowali. Kowalem jest tylko Pyskacz, a ja jestem jego czeladnikiem, więc w sumie jak już w tym siedzę, to mogę...
— Dla ciebie — przerwał ojciec, wciskając mu do rąk wielki topór.
Broń była niezwykle ciężka, do tego stopnia, że Souel ledwo ją utrzymał. Wykonał szybki wdech, poprawiając chwyt. Przyjrzał się zdobiącym ostrze wzorom, przygryzł dolną wargę. Znał ojca nie od wczoraj, wiedział, jak czasami trudno było coś mu przekazać. Jeśli wódz się na czymś zafiksował, to nie słuchał praktycznie nikogo, a już szczególnie swojego nieudanego syna. Mimo to Souel postanowił nadal próbować.
— Tato, ja nie chcę zabijać smoków — oznajmił.
— Jasne, że chcesz. — Rodzic zaśmiał się, machnął lekceważąco ręką.
Chłopak zacisnął mocniej opuszki na drewnie topora.
— Dobra, podejście numer dwa: ja nie potrafię zabić smoka.
— To jest do wyuczenia.
— Nie, co innego mówi mój instynkt przetrwania, więc nie.
— Souel, to nie pora na żarty.
Głos miał na tyle poważny, że chłopak aż zamilkł, nie będąc w stanie wydobyć z siebie nawet słowa. Spojrzał w górę na rodzica, gdy wymienili się spojrzeniami, mimowolnie uciekł wzrokiem w podłogę. Tak, próbował, ale tego wikinga nie dało się przegadać. A już na pewno, jak się było marnym nastolatkiem, który nie potrafił nawet zabić spętanego, bezbronnego... nie, nie bezbronnego, po prostu spętanego smoka.
Wódz chwilę go obserwował, w końcu westchnął ciężko, przejechał dłonią po swojej brodzie.
— Rozmawiałem z Pyskaczem... — zaczął.
— Oho — wymsknęło się z ust Souela.
— I doszedłem do wniosku, że nie można cię wiecznie trzymać przy ziemi. Musisz w końcu rozwinąć swoje skrzydła. A raczej urąbać jakieś jednemu ze smoków, tym oto toporem. — Wskazał broń. — Toporem, z którym stajesz się taki jak my, prawdziwym wikingiem. Musisz skończyć z... — chwilę gestykulował rękami na całą sylwetkę chłopaka — ...z tym.
— Mam rozumieć, że chodzi ci o mnie? — Souel wywrócił oczami.
— Rozumiemy się? — Zmarszczył brwi.
W chacie zapadła niemal grobowa cisza. Chłopak popatrzył gdzieś w bok, zamknął na moment oczy.
— Rozumiemy — westchnął, obniżając topór, dopóki całkiem nie wyprostował ramion.
Na to słowo ojciec przytaknął, uznając, że doszli do porozumienia. O tak, bardzo się dogadali, wręcz bez słów. Souel kochał prowadzić z rodzicem poważną konwersację, zawsze był dopuszczany do głosu, a jego zdanie brano pod pełną uwagę. Ociekał wręcz entuzjazmem na samą myśl o tym, co go czekało jutro.
— Razem z innymi wyruszamy na poszukiwania smoczego leża — oznajmił wódz.
Nie dało się ukryć, że ta informacja była zaskakująca. Od pokoleń mieszkańcy Berk zmagali się z atakami smoków – przylatywały one z daleka, nie mieszkając na wyspie. Wierzono, że ich główne leże położone było gdzieś we mgle Piekielnego Przesmyku, wielu nawet próbowało je odnaleźć. Bez skutku. Gniazdo pozostało do dzisiaj tajemnicą.
Ojciec musiał być niezwykle zdesperowany, skoro zarządził całą wyprawę.
Souel jakoś nie potrafił odpowiednio zareagować na tę wieść.
— Wypłyniemy jeszcze przed świtem — kontynuował rodzic. — A ty zaraz po nim masz się zjawić na arenie. — Usiadł z powrotem na taborecie. — Postaram się wrócić niebawem.
Syn zwilżył językiem usta. Odłożył topór na miejsce, następnie zaczął z powrotem wdrapywać się po schodach na górę.
— A ja postaram się nie zginąć do tego czasu — rzucił cicho na odchodne, zanim zniknął w swoim pokoju.
Tylko tego mu brakowało, smoczego szkolenia. Jeszcze zaraz po dniu, w którym zrozumiał, że w żadnym wypadku nie potrafił zabić smoka, nawet gdy ten tylko na to czekał. Większym nieudacznikiem już nie dało się być. Aż tak bardzo go bogowie nienawidzili? Przecież żadnego nie obraził, nie myślał nawet o nich źle, zawsze składał w odpowiednich okazjach ofiary. On chciał tylko się wykazać, przestać być w tyle za resztą. W takim tempie Theo przed nim zabije pierwszego smoka.
Opadł ciężko na łóżko, wlepił wzrok w sufit. Nie wiedział, czy wolałby się jutro nie obudzić, czy przeskoczyć cały dzień. Smocze szkolenie. Ciekawe, czy ojciec już przygotował dla niego łódkę.
Pyskacz bez większego problemu podniósł zsuwaną bramę, przepuszczając nowych kadetów. Grupka weszła na arenę, zaczęła się po niej rozglądać. Od razu dostrzegli pozostawione w kamiennych ścianach ślady po pazurach oraz osmolone pola, niedomyte nawet przez nocną ulewę. Pod ścianami leżały bronie, tarcze i inne osłony, a także wiadra z głazami oraz narzędziami. Na drugim końcu znajdowały się metalowe, przyblokowane belami wrota, trzymające za sobą w uwięzieniu przeróżne bestie.
Tak, to zdecydowanie była arena, na której walczyło się ze smokami.
Yangcyn zmierzył wzrokiem rozciągnięte wysoko nad ich głowami łańcuchy, przytrzymał mocniej w ręce miecz.
— Jak myślicie, ile wielkich wojowników tu walczyło? — zapytał bez większego namysłu.
— Przecież regularnie urządzane są walki — odparł Terrell.
Nie wszystkie smoki były od razu zabijane w trakcie nalotów. Część z nich wikingowie związywali, a potem zamykali w boksach na arenie. Kiedy przychodziła okazja, gady były wypuszczane, żeby na potyczce z nimi szkolić niedoświadczonych lub po prostu zapewnić mieszkańcom osady jakąś rozrywkę. Czy było to jakkolwiek nieodpowiednie? Nikt tutaj o tym nie myślał. W końcu dlaczego jakikolwiek wiking miał się rozczulać nad bestiami, które regularnie okradały wyspę z żywności, niszczyły domy, a nawet pozbawiały członków rodzin?
— Mam nadzieję, że po tym szkoleniu będziemy mieli jakieś blizny do pochwalenia — zarzucił tekstem Cheoryeon, dumnie prężąc swoje chude ramiona. — Taka krecha na bicku albo oku robiłaby niezły szpan. Byle gałki nie stracić — dodał pod nosem.
— Ja tam nie potrzebuję żadnego uszczerbku na zdrowiu — przyznał nieśmiało Theo.
— Nie przyszliśmy tu po blizny, tylko doświadczenie — przypomniała bratu Suyeon. — Dzięki niemu będziemy mieli większe szanse na przetrwanie.
— Aczkolwiek taki dowód na to, że przetrwaliśmy trudną walkę, byłby niezły — odezwał się Yangcyn, podpierając palcem podbródek w geście zamyślenia.
— O tak, blizny, to, co niedźwiadki lubią najbardziej — usłyszeli wtem.
Wszyscy przystanęli, odwrócili się, by ujrzeć idącego za nimi Souela z podarowanym przez ojca toporem. Broń ciążyła mu na rękach – najchętniej by ją rzucił w kąt, ale obiecał rodzicowi, że zabierze na szkolenie, więc mimo wszystko dotrzymał słowa. Jak gdyby wcześniej się go słuchał.
Ani trochę nie chciał tu być.
Reszta nastolatków zmierzyła go wzrokiem z góry na dół, nie ukrywając zdziwienia.
— Souel? — Yangcyn uniósł brew. — Przyszedłeś na szkolenie? Czy wódz wie? — spytał dosyć sceptycznie.
— Miejmy nadzieję, że Pyskacz go wywali — burknął Terrell, zdrapując z ostrza swojej siekiery jakiś brud. — Inaczej będzie kolejny syf.
No, niestety Pyskacz go nie wywali, bo, według słów ojca, sam zaproponował, żeby dołączył do szkolenia. Pomyśleć, że dorośli byli przeciwko niemu, nawet gdy on wreszcie zadecydował, że będzie technicznie po ich stronie.
— Właśnie, Souel, jak zamierzasz wysadzić arenę w powietrze, to przynajmniej zrób to tak, żeby nie było czego sprzątać. — Cheoryeon skrzyżował ręce na piersi, jednocześnie chowając za plecami krótką włócznię.
W odpowiedzi Souel przewrócił oczami.
Nigdy nie miał beznadziejnej relacji z innymi nastolatkami, ale też nie potrafił ich nazwać przyjaciółmi czy chociażby kolegami. Ich ścieżki rzadko kiedy się ze sobą krzyżowały – oni mieli swoje zajęcia, a on tkwił w kuźni. Nie gadali ze sobą dużo, a jak już dochodziło do wymiany zdań, to najczęściej była ona wywołana przez bałagan, jakiego syn wodza narobił, marnie próbując dopasować się do reszty. No, cóż, może tym razem pod tym względem nie będzie takiego problemu. Souel był na etapie stopniowej akceptacji faktu, że najzwyczajniej w świecie nie nadawał się na wikinga.
— Dobra, dość już tego biadolenia — do grupy podszedł Pyskacz, poprawiając swój hak. — Im szybciej rozpoczniemy szkolenie, tym szybciej, mam taką nadzieję, je ukończymy. Ten, kto najlepiej się spisze, dostąpi zaszczytu zabicia swojego pierwszego smoka na tej oto arenie, z całym plemieniem jako świadkiem.
Oczy wszystkich zaświeciły się na te słowa, nie licząc Terrella, dla którego zabicie smoka nie było nowością, i Souela, dla którego zabicie smoka było czymś niewykonalnym. Nie dał rady ze związanym, więc z takim luzem biegającym po arenie tym bardziej sobie nie poradzi. O ile w ogóle dotrwa do końca szkolenia. Coś czuł, że albo zostanie ciężko ranny i nie będzie mógł więcej brać w nim udziału, albo tak źle mu będzie szło, że Pyskacz dla jego własnego dobra zakaże przychodzić na arenę. Istniała też opcja, że sam ucieknie.
Cheoryeon przytaknął, rozumiejąc wypowiedź kowala. Wtem podniósł rękę niczym dziecko chcące zadać pytanie. Oczywiście, nie czekał na pozwolenie, tylko od razu wypalił:
— Czy w takim razie Terrella można wykluczyć? Już miał okazję zabić swojego pierwszego smoka, więc nie powinien się liczyć. — Zmrużył oczy, posyłając koledze wymowne spojrzenie.
Tamten nie dał się sprowokować. Jedynie odbił pałeczkę, spokojnie mówiąc:
— Zaakceptowałeś, że nie wygrasz ze mną?
— Pft, dobre sobie! Po prostu jesteś oszustem.
— W walce o życie nie ma czegoś takiego jak oszukiwanie.
— Zobaczymy, co powiesz, jak oszukam twoją zadufaną łepetynę...!
Nie dokończył, ponieważ razem z Terrellem zostali popchani przez Pyskacza. Mężczyzna westchnął, zignorował zirytowane spojrzenia dwójki dzieciaków.
— Koniec wygłupów, kaszojady i ustawić się w rzędzie — rzucił od niechcenia.
Piątka nastolatków stanęła w wyznaczonym miejscu, zostawiając Souela w tyle. Czarnowłosy chłopak przewrócił oczami, chwilę później do nich dołączył. Po drodze jeszcze został pocieszająco poklepany przez kowala, który powiedział tak między nimi, że nie musiał się przejmować, ponieważ smoki rzucą się na tych, co narobią hałasu, a on będzie mógł przez ten czas zaatakować z ukrycia. Bardzo pocieszające, naprawdę.
Wreszcie wszyscy stali w jednej linii, Souel na końcu z prawej. Pyskacz wyszedł przed młodzież, wolnym krokiem zaczął wędrować przed zabarykadowanymi, okutymi metalem wrotami, za którymi, w różnych boksach, czekały smoki.
— Właśnie do was dobija się tylko kilka z wielu gatunków, z jakimi przyjdzie wam stanąć oko w oko — przemawiał kowal, w tym momencie wczuwający się w rolę mentora. — Śmiertnik zębacz. — Wskazał pierwsze wrota, drgające od smoczych uderzeń.
— Wystrzeliwuje kolce z ogona, niezwykle szybki — rzekł cicho stojący koło Souela Theo.
— Zębiróg zamkogłowy.
— Cwaniak działający podwójnie.
— Koszmar ponocnik.
— Jego glut jest łatwopalny.
— Straszliwiec straszliwy.
— Bardzo trudny do trafienia.
— THEO, na miłość Thora! — wrzasnął, na sekundę podparł ręką czoło.
Chłopak wzdrygnął się, uniósł ręce w geście osłaniającym siebie przed potencjalnym atakiem (jako jedyny z całej grupy nie wziął ze sobą broni). Pospiesznie przeprosił, spuścił głowę, w ten sposób częściowo ukrywając zaczerwienione policzki.
Pyskacz pokręcił głową, kontynuował:
— I wreszcie mały gronkiel.
Położył dłoń na dźwigni, wykrzywił usta w podejrzanym uśmiechu, szczerząc wszystkie swoje zęby, szczególnie ten kamienny. Młodzież od razu wyczuła, że coś kręcił.
— Pyskacz, nie sądzisz, że jednak dobrym wstępem będzie taki teoretyczny? — zapytała Suyeon, starała się brzmieć spokojnie, acz dało się dosłyszeć w jej głosie cień obawy.
— Dokładnie, ja tam lubię słuchać — dodał nerwowo Cheoryeon, chociaż wszyscy dobrze wiedzieli, że on z pewnością nie należał do najlepszych słuchaczy.
— Obawiam się — powiedział lekko Pyskacz — że to praktyka czyni mistrza.
Pchnął dźwignię, blokująca wrota bela została uniesiona.
Na arenę wypadł rozwścieczony (i pewnie też wygłodniały) gronkiel, dźwięk uderzających szybko, niewielkich skrzydeł burczał nad głowami ludzi. Smok dostrzegł ich, nie zwlekał ani chwili – od razu rzucił się na całą grupę. Młodzi kadeci bez namysłu się rozdzielili. Będący najbliżej zagrożenia Yangcyn uskoczył w bok, przeturlał się, gubiąc po drodze swój hełm. Szybko odzyskał swoją własność; nie został złapany w grube zębiska tylko dzięki małej zwinności gronkla. Gad odbił się od przeciwległej ściany, pochłonął kilka głazów, które dostrzegł w pobliżu.
— Pierwsza zasada: kto umarł, ten nie żyje, więc nie dajcie się zabić — rzekł Pyskacz, prawie zgrabnie czający się przy otwartych wrotach.
Gdyby nie to nagłe rozpoczęcie walki o życie, reszta zaraz zaczęłaby krytykować kowala.
— Druga zasada — kontynuował — czego teraz potrzebujecie?
— Ziół Gothi? — przywołał Souel imię lokalnej uzdrowicielki.
— Ofiary z Yangcyna? — rzucił Cheoryeon, na co wspomniany chłopak krzyknął na niego.
— Tarczy — odparł opanowany jak zawsze Terrell.
Pyskacz potwierdził, kazał wszystkim złapać po jednej do rąk. Część podpierała ściany, kilka leżało na ziemi. Souel podbiegł do wybranej, z zakłopotaniem przyjrzał się uchwytowi. W końcu zdołał ją jakoś złapać, by przynajmniej częściowo go zasłaniała. Theo ledwo podniósł swoją, czym prędzej skulił się pod ścianą, niemal całkowicie znikając za drewnem. W przeciwieństwie do niego Terrell sprawnie pochwycił tarczę, w drugiej ręce wciąż trzymając siekierę. Stanął szerzej na nogach, przygotowany do starcia. Podobnie postąpiła Suyeon.
Co innego można było powiedzieć o pewnej dwójce.
— Zostaw, byłem pierwszy!
Cheoryeon pociągnął do siebie tarczę. Niestety trzymający drugi koniec Yangcyn nie ustępował, wypuszczając na wierzch zaborczość równą psu, który dorwał spory kij.
— Tyle ich tu, wybierz inną! — warknął blondyn.
— Sam se wybierz, na przykład tę z dwiema kropkami jak twoje oczy!
Różnooki stracił na moment tchu, gdy oberwał obitą metalem krawędzią prosto w brzuch.
— Żebym ja zaraz nie postawił kropki przy twoim życiu!
Byliby się dalej kłócili, gdyby nie nagły wystrzał lawy, trafiający idealnie w trzymaną przez nich tarczę. Oboje w panice puścili, odskoczyli do tyłu, upadając na ziemię. Hełmy ich obu ześlizgnęły się z głów i z metalowym hukiem uderzyły o kamienne podłoże.
— Yangcyn, Cheoryeon, odpadacie — oznajmił Pyskacz. — Nadajecie jak renifery na rykowisku. A skoro o tym mowa, to wiecie, co jeszcze można robić z tarczą? Hałasować. Smoki tego nie lubią, więc zdezorientujcie gada, zanim dostaniecie po mordzie.
Stojąca na środku areny trójka zaczęła uderzać broniami o tarczę. Wywoływane dźwięki zdawały się przeszkadzać gronklowi, ponieważ jego lot stał się mało zbalansowany, a szybkie mruganie wskazywało utratę skupienia. Splunął dwa razy lawą, przez dezorientację w nikogo nie wycelował. Suyeon wykorzystała okazję: wykonała zamach, rzuciła swoją tarczą, która poleciała niczym dysk i trafiła w bok smoka. Tamten stracił równowagę, upadł na ziemię.
— Ładnie, Suyeon! — pochwalił ją Pyskacz.
Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko pobiegła po kolejną tarczę.
Niestety gronkiel szybko się pozbierał, zwłaszcza że pełni nadziei na koniec tego piekła nastolatkowie przestali robić hałas. Znów wzbił się do lotu, warknął krótko, rozgniewany.
— Smoki nie mogą pluć nieustannie, mają ograniczoną liczbę — kontynuował nauczanie Pyskacz. — Ile ona wynosi w przypadku gronkli?
Padło parę odpowiedzi, ale nikt nie zgadł. Wreszcie odezwał się Theo, nadal skulony pod ścianą:
— Sześć?
— Dokładnie, akurat na każdego z was — odparł kowal.
Przez wcześniejszą chwilę zdążył znaleźć się tuż obok chłopaka. Mało delikatnie pociągnął go za ramię do pionu i popchał do reszty, bliżej środka areny. Theo ewidentnie się to nie spodobało, ale nie miał na tyle odwagi, by oponować. Jedynie popatrzył za siebie na Pyskacza wzrokiem zbitego psa.
I wtedy dostał lawą prosto w swoją tarczę. Krótko krzyknął, padł do tyłu niczym sparaliżowana koza. Nie musiał czekać, nim usłyszał od wąsatego wikinga, że odpadł. O dziwo nie wyglądał, jakby było mu przykro. Z wyraźną ulgą czmychnął za niewysoką, drewnianą konstrukcję, postawioną pod ścianą.
Souel przysunął się bliżej do Terrella, zwilżył językiem usta.
— Jesteś lepszy, więc wybacz, że to powiem — zaczął delikatnie — ale mam nadzieję, że w ciebie będzie głównie celował.
Nie chciał wiedzieć, jak to było oberwać od lawy. Jedyne, czego pragnął, to jak najszybciej skończyć ten nieszczęsny trening i zaszyć się w swoim pokoju. Co prawda, to był dopiero początek całego tego szkolenia, ale starał się o tym na ten moment nie myśleć.
— Smoki preferują łatwiejsze cele — skontrował beznamiętnie Terrell.
Wykonał szybki unik, znikając z linii ostrzału... tyle że teraz to Souel się na niej znalazł. Nim zdołał jakkolwiek zareagować, dostał pociskiem z lawy. Tarcza wypadła mu z ręki, zaczęła toczyć się w tylko sobie znanym kierunku. O nie, nie, nie, nie, nie, Souel nie mógł stracić swojej osłony. Dzięki niej nie tylko czuł się bezpieczniejszy, ale też nie wyglądał tak żałośnie.
Ruszył w pościg za uciekinierką, ledwo słysząc Pyskacza, który oznajmił, że gronklowi zostało jeszcze jedno splunięcie. Skupiony na tarczy, nie zauważył, że ów gronkiel postanowił obrać go sobie za cel.
Gdy zdał sobie z tego sprawę, było już trochę późno.
— Souel! — zawołał za nim Pyskacz.
Tarcza skręciła, Souel zaś upadł przed siebie. Doczołgał się pod ścianę, oparł o nią plecy. Podkulił nogi, zasłonił się rękami, jak gdyby to miało pomóc. Smok zawisł tuż przed nim, otworzył pysk, w gardle rozbłysło ogniste światło.
To koniec. Pierwszy dzień szkolenia, a on zostanie usmażony przez gronkla.
Praktycznie czuł gorąc ognia. Zamknął oczy, gotowy na najgorsze.
Strzał padł, lecz do najgorszego nie doszło. Zaskoczony tym Souel powoli podniósł powieki. Ujrzał Pyskacza, który swym sporym hakiem zaczepił o dolną wargę smoka i zdążył odciągnąć łeb bestii na bok wystarczająco szybko, że wystrzelona lawa rozprysła się na ścianie. Wiking coś burknął pod nosem, siłując się ze smokiem, zdołał jeszcze poślinić dwa palce i zgasić płomień przypalający czubek pióra chłopaka.
Krótko potem gronkiel siedział zamknięty, a młodzież była bezpieczna. Wszyscy stopniowo zaczęli się zbierać do grupy.
Pyskacz puścił dźwignię, otrzepał dłoń o hak. Zgrabnie zignorował dobijającego się z boksu smoka.
— No, dobra, zabawa przednia, ale na dzisiaj koniec — rzucił. — Więcej przeżyć jutro. Nie poszło tak źle, ale musicie zapamiętać, że smok nie przegapi żadnej okazji — podkreślił, spoglądając na Souela — żeby was zabić.
Złapał chłopaka, jednym ruchem postawił go do pionu. Nogi Souela na początku odmówiły posłuszeństwa, ale udało mu się nie upaść i tym samym nie upokorzyć do reszty. Wykonał głęboki wdech, częściowo zrzucając z siebie emocje. Wciąż jednak słyszał walenie swojego serca, potrzebujące jeszcze chwili na uspokojenie.
Prawie zginął.
Drugi raz.
Ostatnie słowa kowala odbiły mu się echem po umyśle. Uniósł nieco powieki, zerknął na syczącą dziurę wypaloną w ścianie. Zmarszczył brwi w zamyśleniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz