Dzisiaj nie było klientów.
Cheoryeon wiedział, że Pokój Jasnowidza nie zawsze będzie się cieszył braniem. W zasadzie od początku to nie był biznes o świetlistej drodze. Już sama wróżka, która swego czasu przygarnęła bliźniaki do pomocy, nie miała mnóstwa klientów. Przeplatały się głównie te same osoby, znajomi chętni na nie tylko wróżby od koleżanki, ale też wszelakie ploteczki. Po odejściu wróżki jeszcze przychodzili ze względu na dzieciaki, lecz z biegiem lat wizyty stopniowo ustawały. Część również przeszła na drugą stronę, część nie przychodziła ze względu na zdrowie, a reszta po prostu zrezygnowała.
Wiedział o tym bardzo dobrze. W końcu miał technicznie dwie prace. Jego głównym źródłem zarobku było stanowisko grafika w firmie, a jako Jasnowidz Moon sobie tylko dorabiał. Jeszcze zanim dostał pełnoetatową robotę, wykonywał razem z siostrą kilka dorywczaków. Tak w sumie to nie musieli się zajmować wcale Pokojem Jasnowidza, bardzo by nie ucierpieli. Ale to robili.
Robili, póki mogli.
Suyeon skończyła chować kamienie do pudełka, które następnie położyła pod ścianą. Wyprostowała się, spojrzała za siebie. Uniosła brew, gdy nie dostrzegła nigdzie brata. Musiał pójść na górę. Zwykle jednak razem wychodzili z Pokoju Jasnowidza, niezależnie od tego, kto pierwszy skończył ze swoją częścią.
Zmierzyła wzrokiem całe pomieszczenie, sprawdzając, czy wszystko już było ogarnięte, następnie sama udała się do mieszkania. Weszła do dużego pokoju, od razu dostrzegła jasnowidza. Chłopak akurat wpuszczał do środka Bingsu, położył koło jej poduszki trochę orzechów. Sroka zgrabnie wylądowała na biurku, zabrała się za jedzenie, po czym usadowiła się na poduszce.
— Nadal myślisz o Tommym? — spytała, podpierając ramieniem futrynę.
Cheoryeon spojrzał na nią. Westchnął ciężko, usiadł na swoim krześle obrotowym.
Zdążył już opowiedzieć siostrze o wydarzeniu z byłym menedżerem, a nawet wspólnie trochę je przeanalizowali. Trochę, ponieważ Złotoskrzydły zakończył temat, gdy uznał, że nie ma co o tym myśleć.
Ha, zabawne, bo od tamtej chwili praktycznie nie przestawał myślami błądzić wokół tego wszystkiego.
A wystarczyła mu sprawa z Pokojem Jasnowidza. Klientów nie było, technicznie rodzeństwo zajmowało się swoimi rzeczami (nauką lub projektami), siedzieli tam tylko dla zasady. W pewnym momencie Cheoryeon nawet nie widział sensu w codziennym wyciąganiu i chowaniu rzeczy. Niektórych od tygodni nie używali.
Pokój Jasnowidza nie przynosił zysków. Firma od dłuższego czasu nie dała mu podwyżki ani nawet premii, a podatki, opłaty i ceny za zakupy tylko rosły. Fakt, miał wsparcie od Raouna, bóg nie tylko przelewał mu co miesiąc trochę pieniędzy, ale również czasami coś kupował. Tyle że Cheoryeona przestało to bawić. Kiedyś było ha, ha, udało się wyciągnąć kasę od szanownego pana Boga Spirytyzmu, a teraz? Czemu musiał mieć poczucie... winy? Wrażenie, że tak nie powinno być. Że nie mógł przyjmować, nie dając nic w zamian. Że powinien być bardziej samowystarczalny. Raoun wspierał finansowo Złotoskrzydłego między innymi ze względu na Pramatkę. Trochę też sam z siebie.
Mimo to on czuł się z tym źle.
Jeszcze ze wszystkich możliwych momentów Tommy musiał go znaleźć akurat teraz. Nie mógł zaczekać parę tygodni? Miesięcy? Lat? Nie mógł po prostu nic z tym nie robić?
— To jest denerwujące — burknął. — Musiał się zjawić tak nagle, rozpoznać mnie i jeszcze próbować wciągnąć z powrotem w karierę muzyczną, kiedy ja nie chcę. — Skrzywił się wyraźnie.
— Na pewno?
Słysząc to, uniósł jedną brew. Spojrzał na Suyeon, która właśnie zabrała od stołu krzesło i ustawiła je tak, by usiąść naprzeciwko brata. Teraz mieli oczy na tym samym poziomie.
— Co na pewno? — zapytał.
— Na pewno nie chcesz? — ciągnęła dziewczyna.
Nie chciał. Sytuację mieli obecnie trochę trudniejszą, nawet jeśli jakoś dawali radę. Suyeon po wakacjach zacznie ostatni rok studiów, będzie pisać pracę dyplomową. Cheoryeon wolał, żeby musiała w takim czasie brać się za jakąś pracę. Czyli to on musiał zadbać o ich dorobek.
— To prawda, że potrzebujemy pieniędzy — zaczął — ale naprawdę nie chcę wracać do tego.
— Dobrze wiesz, że nie mam na myśli pieniędzy. — Pokręciła głową. — Na pewno nie chcesz? — powtórzyła pytanie.
Zmarszczył brwi, usta przemieniły się w wąską linię.
Nie chciał.
Pragnął.
Marzył o tym.
— Uch, nie mogę! Nie mogę — powtórzył słabiej; machnął rękami, po czym puścił je luzem na uda. — Już w poprzednim wcieleniu byłem sławny, teraz nie mogę się za to zabrać.
— Czemu? Zaświaty tak zarządziły?
— Przecież nawet nie wiedzą o mnie...
— To kto? — przerwała mu. — Kto zabronił?
Niepewnie spojrzał na dziewczynę. Jej twarz ukazywała skupienie połączone z determinacją. Oczy nie wędrowały nigdzie indziej nawet na moment, cały czas skoncentrowane na Cheoryeonie. Nieustannie się w niego wpatrywała, jak gdyby zamierzała samym wzrokiem wyciągnąć z niego wszystkie potrzebne informacje.
Trzeba przyznać, że jej taktyka działała. Jak zawsze.
Zacisnął pięści, chwilowo przygryzł dolną wargę.
— Ja! — wypalił w końcu. — Ja zabroniłem! — Uderzył otwartą dłonią w swój mostek. — Jeśli teraz zadebiutuję, to jak zareagują inni? Oni... — Próbował jakkolwiek gestykulować. — Oni nie będą patrzeć na moją muzykę, tylko wygląd i głos uderzająco podobny do innego kolesia. Innego, a tak naprawdę będącego moją poprzednią inkarnacją!
Przecież jak wyjdzie na scenę i zacznie śpiewać, słuchający będą mogli go pokojarzyć. Zaczną podejrzewać, wysnuwać przeróżne teorie, a wtedy co on zrobi? Część odrzuci, ale co z resztą? Co, jak w końcu ktoś wypuści tak absurdalną hipotezę, że inni aż w nią uwierzą?
Potok myślowy został przerwany, gdy jego uszu dotarło głośne westchnięcie siostry. Suyeon pokręciła głową, podparła ręką czoło, co najmniej zażenowana wypowiedzią brata.
— I to jest ten powód? — zapytała zrezygnowanym tonem. — Cheoryeon-ssi...
— Nie, nawet nie zaczynaj — dobrze wiedział, co ostatnie słowo siostry oznaczało.
Tamta oczywiście nie posłuchała. Wyprostowała plecy, skrzyżowała ręce na piersi i wykonała głęboki wdech, bardziej niż gotowa do swojego wywodu.
— Cheoryeon-ssi, ludzie nie pamiętają BenJohna tak, jak ci się wydaje. Minęło ponad dwadzieścia lat, poza okazjonalnym pojawieniem się w radiu nie ma go nigdzie na co dzień. Wszyscy poszli dalej z nurtem rzeki, pogodzili się z jego śmiercią.
Prawda, obecnie nawet w radiu tak często go nie puszczano. Złotoskrzydły sam pamiętał swoje narzekania odnośnie do tej kwestii. Mimo to...
— Fakt, pewnie są jeszcze tacy, co go czasami słuchają do dzisiaj — kontynuowała Suyeon, nie dając mu dojść do słowa — też niejeden artysta przyznał, że się nim inspiruje, ale to nie tak, że wyjdziesz na scenę, zaśpiewasz piosenkę i wszyscy na widowni pomyślą sobie: „Och, wygląda i śpiewa zupełnie jak świętej pamięci BenJohn, musi być jego reinkarnacją! Mam nadzieję, że pamięta swoje poprzednie życie...”!
— Przestań... — Skrzywił się ze skrępowania, jakie go ogarnęło.
— Słyszysz, jak to głupio brzmi? — Posłała mu wymowne spojrzenie.
Kątem oka jasnowidz dostrzegł ruch. Bingsu wstała ze swojej poduszki, wprawnym machnięciem skrzydeł poderwała się do lotu i po chwili wylądowała na ramieniu czarodziejki. Wyglądała, jakby tym ruchem chciała pokazać, że była po jej stronie. Co za ptaszysko, pewnie nawet nie rozumiała, o czym w ogóle rozmawiali.
Mimowolnie zerknął na wyglądający spomiędzy czarnych nóg fragment długiego ogona. Przyjrzał się połyskującej w świetle sufitowej lampy chorągiewce złotego pióra.
Suyeon wykonała kolejny głębszy wdech.
— Tłum nie jest taki, żeby od razu połączyć kropki — powiedziała łagodnie. — Minęło sporo lat od śmierci BenJohna, nie od razu cię pokojarzą z nim. Też ruszyłeś z prądem, twój styl się rozwinął, więc jestem pewna, że gdy wyjdziesz na scenę, nie będziesz robił występ jeden do jeden z tym BenJohna. Będziesz lepszy.
Wyciągnęła rękę, położyła na ramieniu brata. Dotyk sprawił, że chłopak ponownie na nią popatrzył. Ich spojrzenia się spotkały, oba dwukolorowe, z tym że odwrotnie i siostra swój efekt uzyskała magią maskowania.
Przez pewien moment siedzieli w ciszy, żadne z nich się nie odzywało. Nawet Bingsu nie wydawała z siebie żadnych, choćby najcichszych, skrzeków. Jedynie postanowiła zgrabnym krokiem przespacerować się wzdłuż ręki czarodziejki, przechodząc w ten sposób z jednego ramienia na drugie.
Wreszcie milczenie przerwała Suyeon.
— Znam cię od dwudziestu dwóch lat i wiem, jak wyglądasz, gdy oddajesz się innym hobby, a jak, gdy to jest muzyka. Sam mówiłeś, że przez tyle wcieleń próbowałeś przeróżnych rzeczy, ale zawsze ceniłeś muzykę, a gdy wreszcie postanowiłeś bardziej się w niej zanurzyć, zrozumiałeś, czego tak naprawdę pragnie twoja dusza.
Była dobrą obserwatorką. Widziała Cheoryeona rysującego, malującego, grającego w gry, zajmującego się zwierzakami, przepowiadającego innym przyszłość. Do każdego z tych zajęć się przykładał, każde cenił, ponadto nie lubił, gdy ktokolwiek lub cokolwiek niepotrzebnie wybijało go z transu. Kiedy jednak siadał z gitarą i zaczynał jeździć palcami po strunach, czy to były dobrze mu znane utwory, czy improwizowane brzdąkanie, albo gdy sięgał po kartkę i ołówek, żeby zapisać nuty lub też tekst do piosenki, cała jego postać emanowała coś, co nie pojawiało się nigdzie indziej. Świat wokół przestawał dla niego istnieć. Nie było miejskiego szumu. Nie było nagłych dźwięków, w każdej innej sytuacji wywołujących podskok.
Był on i muzyka.
To, czego tak naprawdę pragnęła jego dusza.
Cheoryeon westchnął ciężko, plecy wolno spoczęły na oparciu krzesła. Zgarbił się minimalnie, spuścił wzrok.
Tak, już kilka wcieleń wcześniej darzył muzykę zamiłowaniem. Ilekroć napotykał ulicznych grajków, przystawał przynajmniej na trochę, by posłuchać. Kiedy urodził się jako dziecko z bogatej rodziny, musiał się uczyć wielu rzeczy, żeby wpasować się w innych bogaczy. Niekoniecznie je lubił, ale lekcje gry na fortepianie traktował jako odskocznię. Fakt, że wystarczyło odpowiednio dobrać dźwięki, by stworzyć piękną melodię... W ogóle możliwość przelania w ten sposób swoich emocji niezwykle go przyciągała. Obrazy miały podobną moc, lecz powieszone na ścianie zostawały z nią związane. Mogły się znajdować tylko w jednym miejscu, a gdy się ich nie widziało, to się o nich tak nie myślało.
Muzyka z kolei była niczym woda, powietrze – mogła się dostać wszędzie. Czasami po jednym zagraniu potrafiła wniknąć umysł i go nie opuszczać dniami. Zapętlała się, niekiedy rozwijała w coś kompletnie nowego. Arystokracja puszczała w tle płyty gramofonowe, przycinający krzewy ogrodnik nucił pod nosem. Nie musieli się nawet skupiać. Melodia nie potrzebowała całej uwagi.
Na obraz trzeba było popatrzeć, żeby go ocenić. Muzyka sama odnajdywała uszy, do których chciała dotrzeć.
W pełni to zrozumiał jako Benjamin Johnson.
Już raz zadebiutował. Czy mógł to zrobić ponownie? Czy mógł powrócić na scenę, tylko pod inną tożsamością? Nie potrafił ukryć, że Suyeon miała rację – ludzie tak łatwo go nie wykryją. Możliwe, że jego obawy były niepotrzebne i do niczego nie dojdzie.
Czy naprawdę mógł...?
Otworzył szeroko oczy, w źrenicach pojawił się pewien blask.
Chwila, wtedy jako Benjamin... W dzień, w który umarł... Na imprezie, będąc pod wpływem...
Zakręcił kran, podniósł wzrok na swoje odbicie w lustrze. Otworzył szerzej oczy. Widok miał nieco zniekształcony, lecz nadal dostrzegł, że inaczej wyglądał. Jego włosy były krótsze, ułożone w inny sposób, twarz łagodniejsza, bez cieni pod oczami... Właśnie, oczy... Czemu jedno z nich...
Niemożliwe. Naprawdę wtedy zobaczył siebie z następnego wcielenia? Przecież to tak nie działało. Nawet teraz nie był w stanie sięgać w przyszłość dalej niż kilka miesięcy, a to i tak były samoistne wizje, nie wywołane. Jakim więc cudem zobaczył swoje kolejne życie? Jeszcze w odbiciu wyglądał na dorosłego, więc to była wizja z ponad dwudziestu lat wprzód. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego...
Źrenice rozjaśniły się jeszcze bardziej, aż w końcu przyjęły całkowicie białą barwę.
Zmrużył oczy, lecz wtem obraz się rozmazał, wydawał się wręcz częściowo śnieżyć. Zamrugał parę razy, cofnął się o krok. Wizja wyostrzyła się, ale coś się zmieniło. Sporo osób razem z latarkami trzymało jakieś dziwne, płaskie obiekty. Spuścił na nie wzrok, wtedy też spostrzegł, że miał inne ubrania. Przyjrzał się sobie. Nosił strój przypominający garnitur, pełny wzorzystych detali i lśniących cekinów. Jeszcze jego gitara wyglądała zupełnie inaczej...
Zamarł na dobry moment, aż Suyeon przejechała dłonią po ramieniu, próbując zwrócić na siebie uwagę. Dziewczyna nic nie powiedziała, postanowiła czekać.
Cheoryeon wstrzymał na kilka sekund oddech.
Wszechwiedza dała sygnał. Dała sygnał teraz i jeszcze zanim wiedział, kim tak naprawdę jest. Pokazała mu. Pokazała Benjaminowi Cheoryeona. Pokazała, że...
Muzyka była mu przeznaczona.
Suyeon wciąż czekała. Odkąd brat został oficjalnie Złotoskrzydłym Wszechwiedzy, białe źrenice pojawiały się przy każdej dłuższej wizji. Widząc świecące kropki, uznała, że to był jeden z takich momentów, dlatego też nic nie robiła. Zdziwiła się znacznie, gdy spojrzenie chłopaka świadomie powędrowało na nią mimo wciąż obecnych białych kropek.
Cheoryeon popatrzył na czarodziejkę, pojedyncza łza opuściła prawe oko i leniwie spłynęła po policzku.
— Czy widzisz siebie jako siostrę celebryty? — zapytał cicho, niemal szeptem.
W reakcji na to pytanie Suyeon uśmiechnęła się ciepło. Położyła drugą rękę na ramieniu chłopaka.
— Widzę siebie jako siostrę Wielkiego Złotoskrzydłego, który poprzez muzykę nie tylko dzieli się swoimi uczuciami, ale też podnosi na duchu innych oraz daje znak, że tak jak jego melodia życie również potrafi być piękne.
Puściła go, przypadkiem zrywając Bingsu do lotu, a następnie rozłożyła ręce. Sroka o dziwo nie protestowała w żaden sposób.
Cheoryeon nie czekał długo – niemal od razu przytulił czarodziejkę. Tamta odwzajemniła gest, oboje zastygli w objęciach. Bingsu wylądowała na głowie chłopaka, usadowiła się wygodnie.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię mam — rzekł Złotoskrzydły. — Jesteś najlepszą siostrą, jaka kiedykolwiek mi się trafiła.
— Cóż, jestem tu po to, żeby cię wspierać — odparła lekko, minimalnie wzruszając ramionami.
W tym momencie białe źrenice błysnęły jeszcze mocniej, a wokół nich zamajaczyły złote drobinki. Cheoryeon zamarł, otwierając w pełni umysł na to, co miał przyjąć. Wszechwiedza znowu przekazała znak. Był on dość krótki, niezbyt bogaty, jednak niósł bardzo konkretną informację razem z wyraźną wizją. Z początku Złotoskrzydły nie mógł uwierzyć, lecz szybko wszystko nabrało sensu.
Przytulił się mocniej do siostry.
— Dziękuję. Za poświęcenie i czuwanie.
Suyeon nie zrozumiała w pełni jego słów. Mimo to odparła:
— Ta, codziennie się trochę poświęcam, próbując ogarnąć twoje odpały.
Poluzowała trochę uścisk, dając znać, że już mogą siebie puścić. O dziwo brat nie zareagował, wciąż mocno do niej przylepiony. Dziewczyna rozejrzała się po pokoju, cicho cmoknęła.
— Dobra, dzisiaj wyjątkowy z ciebie rzep. — Trochę niezręcznie poklepała go po plecach. — Jutro masz iść do Tommy'ego, jasne?
Dokładnie w tym momencie Cheoryeon gwałtownie ją puścił niczym poparzony. Przypadkiem strącił z głowy srokę, która tym razem już nie mogła tego przemilczeć. Zaskrzeczała głośno, pociągnęła jasnowidza za włosy.
— AŁA! — Odgonił ją ręką. — Jutro? — jęknął głośno do czarodziejki.
— Jutro masz wolne. A takie sprawy należy załatwiać możliwie jak najszybciej. Zanim znowu zawisną nad tobą głupie myśli. — Skrzyżowała ręce na piersi, posłała mu wymowne spojrzenie.
— No wiem, wiem — przeciągnął ostatnią sylabę.
Nie było powodu, żeby z tym zwlekać. Co prawda, miał teraz oj, oj, i jeszcze trochę czasu jako Cheoryeon Moon, ale nie znaczyło to, że powinien wszystko odkładać na kiedy indziej. Postanowione: pójdzie jutro do wytwórni. Zresztą, to nie tak, że jak tylko postawi tam stopę, to nagle zadebiutuje. Potrzeba było przygotowań, nawet jeśli miał muzyczne doświadczenie. W sumie pewnie mimo wszystko znajdą się rzeczy, w których będzie musiał się doszkolić. Przynajmniej dzięki boskim genom nie zajmie mu to długo.
— Pamiętaj, niczego nie żałuj — powiedziała Suyeon, uśmiechając się szczerze. — I zawsze rób, co dla ciebie najlepsze. Horyzont jest jeden, lecz nie znaczy to wcale, że gdy słońce za nim się skryje, nie powróci.
Uniósł wyżej brwi, słysząc ostatnie zdanie. Nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz