Ziemia zadrżała, zatrzęsła się i pękła z mrożącym krew w żyłach hukiem, gdy stabilny grunt zmienił się w otwarte arterie chropowatych skał. Tnące głęboko okruchy, zmieszane z gliną, przesunęły się w nowopowstałych jamach, pył i odłamki podłoża wystrzeliły w twarz Dantego. Podrażnione oczy zapiekły koszmarnie, lecz nie miał czasu, by je otrzeć – pęknięcia otoczyły go z lewej i prawej, teren pod jego nogami zaczął się zapadać. Skoczył desperacko na najbliższy stabilny fragment. Stopa oparła się niefortunnie o kruszący się kamień. W jednej sekundzie mięśnie stężały w przypływie grozy. W następnej pancerne rękawice chwyciły krawędź. Dante podciągnął się, przewalił nieskładnie na plecy, potem brzuch. Płuca zajadle walczyły o każdy możliwy oddech, łokcie zadygotały, gdy się na nich podparł. Spojrzał przed siebie, przełykając własną krew.
Nevron zawył, tym wyciem pochodzącym z jakiejś odległej, morskiej głębiny, szarpnął nieproporcjonalnie długimi rękoma za wielką kotwicę wbitą w ziemię. Zachwiał się na nogach pokrytych skorupiakami, zagrzmiał znów, już prawie wyciągając broń.
Ciało błagało, by się nie ruszał i przestał, poczekał na nieuniknione. Wbrew tym wołaniom Dante podciągnął nogi, uniósł się powoli z kolan, zmęczonymi ruchami poprawiając olbrzymie rękawice. Ledwo czuł w nich zdrętwiałe dłonie. Ciało błagało, lecz on nie zapomniał, czym był – ostatnim bastionem stojącym między bestią a jego sercem.
Kolejne szarpnięcie wyrwało kotwicę z kłującym uszy zgrzytem. Otchłań pustej skorupy, którą Nevron miał za głowę, zwróciła się wprost na niego. Potwór nie rozumiał determinacji gorejącej w jego oczach, nie pojmował wrzącego gniewu gęsto zmieszanego ze strachem, nie wobec własnej śmierci na polu walki, lecz wobec tego, co by nastąpiło po niej. Nie widział swego końca w tej chwiejącej się, osłabłej sylwecie pojedynczego mężczyzny. Ryknął i rzucił się niezdarnie wprzód, wziął zamach kotwicą. Dante stanął szerzej na nogach, wyciągnął dłonie przed siebie. Kropla potu ślizgała mu się po skroni.
Nie patrz, prosił cicho w myślach Bashara, skupiając wzrok całkowicie na trzonie kotwicy. Nie patrz, bo jeśli teraz zawiodę, nie chcę, żeby to był ostatni mój obraz, który ujrzysz.
Nevron zrzucił na niego kotwicę. Rękawice złapały jej trzon chwilę przed wbiciem się ostrzy w jego głowę, metal stęknął z przeciążenia. Siła bestialskiego zamachu prawie go powaliła, Dante wrzasnął zaciekle, opierając się Nevronowi. Zaczął ciągnąć, ignorując przegrzanie rękawic palące go w skórę, niepokojący szczęk metalu przy tym wariackim siłowaniu się. Nie mogło mu się udać. Musiało mu się udać.
Wtem wystrzał przeszył powietrze, trafił Nevrona w rękę. Jego napór zelżał, Dante nie czekał na lepszy cud. Wyrwał z całą siłą swoich mięśni i rękawic kotwicę z nieforemnych łap i pchnął ją w pustą skorupę, rozłupując potwora jego własną bronią.
Padli obaj na ziemię. Nevron już się nie poruszył.
— Dante!
Wołanie Bashara przesunęło dalej granicę tego, co mógł wytrzymać. Dante sapnął ciężko, pozbawiony wciąż tchu, obrócił się, spróbował niezgrabnie wstać. Upadł, wstał ponownie, szukając w chaosie po walce nowego zagrożenia czającego się na lekarza. Ulga, jaką odczuł dzięki zobaczeniu go, bezpiecznie klęczącego w załomie większej skały, prawie zbiła go powtórnie z nóg. Spojrzenie przesunęło się niżej, na drgające, poruszające się w agonalnych spazmach ciało, na blade dłonie przegrywające z krwotokiem. Pęknięty kawał skały przygniatał nogę oraz brzuch członka ekspedycji.
Pojawił się przy nich możliwie jak najszybciej, każdy krok okupując nierówną walką z wycieńczeniem. Ramiona mu drżały, lecz mimo nadwyrężenia rękawice praktycznie same uwolniły łkającego mężczyznę. Jego usta otworzyły się jak do krzyku, jednak sił już na to brakło. Dante klęknął naprzeciw Bashara, przy boku rannego, odwracając wzrok od krwawej tragedii jego ran. Dopiero teraz usłyszał, co za słowa szeptały spękane wargi.
— Ja nie chcę jeszcze umierać… — Łzy mieszały się z krwią w kącikach jego oczu. Ich blask cofał się coraz szybciej w ciemność. — Ja nie chcę umierać…
Dante zerknął na Bashara. Wystarczyły mu za odpowiedź te zaciśnięte usta. Dłonie wciąż napierały na ranę w piersi, by przez tę krótką chwilę było nieco lżej.
Cisza zaległa ciężkim całunem na ich barkach, gdy ostatnie, bolesne stęknięcie opuściło gardło poległego przyjaciela. Dante patrzył, jak zakrwawione palce Bashara zamykają jego powieki i zostawiają czerwone pasma na policzkach. Szukał w sobie gniewu za każdą śmierć, którą musiał znieść, szukał desperacji i wolno konającej nadziei na dotarcie pod Monolit. Próbował wyciągnąć z głębin serca ruiny dufności, którą obwarował się, gdy wciąż wierzył uparcie w lepsze jutro, lecz wraz z niedobitkami ekspedycji wykrwawił się on tego dnia. W rozległych kałużach szkarłatu stygła jego szlachetność i niepokorność, z jaką stawiał czoła nieubłaganemu losowi wymalowanemu przez Malarkę.
Zgrzyt puszczających zapięć rękawic niósł w sobie ostateczność.
Metalowe dłonie pozostały nieruchomo na ziemi, rozłożone i bezsilne. Poparzone przedramiona wyciągnęły się ku Basharowi, drżące palce chwyciły mocno jego uda, kurczowo, hardo, zapamiętale nie pozwalając odejść temu, co wciąż było stałe oraz trwałe, czego nie wydrze mu się z rąk równie brutalnie jak życia jego towarzyszy czy nadziei. Czas poświęceń właśnie się skończył.
Jego pierś zadrżała od głębokiego, nierównego wdechu. Dante zacisnął powieki, pochylił się wprzód, a Bashar wyszedł mu naprzeciw. Oparł zmęczone czoło o jego, odpuścił.
— Mi tylko zależy na byciu szczęśliwym z tobą — wyszeptał łamiącym się głosem to jedyne uczucie, które się w nim ostało. — Czy to tak cholernie wiele?
Poczuł, jak Bashar kręci lekko głową, jak sfatygowanymi dłońmi dotyka poharatanej skóry na jego kostkach. Ciepło jego ciężkiego westchnienia musnęło go w wargi.
— Niewiele. Po prostu nam przyszło płacić za to zbyt wysoką cenę.
Zacisnął mocniej dłonie, z determinacją, której już nie czuł, nosząc swój oręż. Niech Malarka dalej maluje cierpienie. Niech ludzie przeklną go za porzucenie ekspedycji. Świat albo zrozumie, albo znienawidzi go za wybranie miłości miast przyszłości tych, co przyjdą po nich. Życie wymusza okrutne wybory, choć ten jeden oferował coś więcej niż ból i złudne pokrzepienie.
— Mój Dante. — Bashar ujął jego policzki, uniósł się lekko z kolan, by ucałować go w czoło. Nie odrywając warg od jego skóry, odezwał się cicho, kojąco dla ramion pozbawionych swej zbroi: — Chodź ze mną.
Tuż za ich plecami Lumière cieszyło się ostatnią nocą z bliskimi, którzy następnego dnia popłynąć mieli na kontynent.
Ich śmiechy były tak beztroskie, ich żarty lekkie, a spojrzenia oczarowane magią spokojnego wieczora. Przyjęcie dla ekspedycji 37 z pewnością nie należało do hucznych, lecz niezmiennie miało w sobie to miłe ciepło, które będą mogli spakować do plecaków z innymi potrzebnymi rzeczami i dodawać sobie nim otuchy. Monolit niewzruszenie górował nad przystanią, jego lśniący złotem numer nieprzerwanie groził, teraz jednak, po kilku kieliszkach wina i bezładnych tańcach, rozmywał się gdzieś w tle i stawał problemem jutra. Chwila prostej radości była wszystkim potrzebna, a Zapałka grał z chłopakami tyle, ile fabryka dała, zagłuszając smutki, tłumiąc tęsknotę, odrywając oczy od białych i czerwonych płatków tonących w ciemnej wodzie.
Dante nie szczędził uśmiechów, zawadiackich zaczepek o wkopaniu Malarce. Właściwie, nigdy wcześniej nie bawił się tak dobrze. Jego serce było spokojne, umysł świadom wyglądu przyszłości. Nie pił, by się otumanić, nie rzucał w wir zabawy, by przestać myśleć. Wręcz przeciwnie – robił to, by pamiętać.
Bashar był z nim, ledwo opuszczali siebie na krok, a to zgrabnie kręcili się na kocich łbach, a to lekarz opierał się na szerokiej piersi, siedząc wygodnie na jego kolanach i śmiejąc mu się do ucha. Jakże łatwo wszystkim wokół umykał ten smutek w rubinie, wyraźny jak słońce o poranku dla Dantego. Bashar wymieniał pojedyncze słowa z innymi, po czym odwracał się do niego i coś zamierało na jego ustach, ściskało się w gardle i żaden uśmiech nie umiał tego zakryć, nie przed nim.
Wiedział, co to było. Od kiedy postanowił wyruszyć wraz z ekspedycją Bashara, ten przytłaczający cień nie opuszczał jego lekarza. Ale Dante nie bał się tego mroku.
Siedzieli nieco z boku, pogrążeni w swobodnej ciszy, choć wzajemne myśli były dla nich jasne bez słów. Chłodna bryza podwiewała złote loki, a Bashar walczył z nią, zaplatając mu warkocz. Dante patrzył chwilę, zaraz uniósł się nieznacznie, rozgrzał ucho lekarza łagodnym całusem.
— Chodź ze mną — szepnął.
Dłonie zatrzymały się w połowie warkocza. Skinięcie było prawie niezauważalne.
Wymknęli się, zanim ktokolwiek zdążył zapytać, gdzie się wybierają. Minęli cukiernię, z której Dante zabierał regularnie po kawałku tiramisu dla zapracowanego lekarza, minęli zakład krawiecki, pod którym Bashar czekał na zabranie na spacer nieroztropnego krawca. Świat już dawno przestał być wyłącznie jego samotnym światem – był tkaniną złożoną ze wspólnych chwil, zszytą wyznaniami, pocałunkami, drobnymi i tymi większymi słowami. Był dziełem ich obojga i Dante nie wyobrażał sobie, by kiedykolwiek mogło się to zmienić.
Ogród na dachu o tej porze wydawał się unosić ponad miastem. To, co działo się w dole, na ulicach, nie miało znaczenia, gdy świeży zapach zieleni i senne odgłosy ptaków tworzyły sanktuarium, a jedynego wroga chwili stanowił wznoszący się w oddali Monolit. Dante niezmiennie rzucał mu wyzwanie – usiadł przy samym brzegu dachu, na wprost mając ten znienawidzony głaz, poprowadził za rękę Bashara, by ten zrobił to samo. Mówił sobie, że to dla nich ostatnia noc w Lumière, ale również ostatnia tak beztroska noc Malarki. Już jutro ich ekspedycja będzie mogła stać się tą, która zakończy jej okrutne rządy nad ich życiem.
Noga przy nodze, biodro przy biodrze, nierozerwalnie razem. Bashar bez patrzenia odnalazł jego dłoń, splótł ich palce. Dante wpatrywał się w błyszczący na horyzoncie numer, czekając. Za samo to, co właśnie chciał powiedzieć Bashar, pragnął tłumaczyć godzinami swoją miłość do niego, która wypchnęła go na ekspedycję 37, tę samą miłość, przez którą lekarz nie mógł milczeć.
— Zostań.
Znał to słowo nad wyraz dobrze. Zawierało w sobie potrzebę, pragnienie, było uwielbieniem dla wzajemnej bliskości, jego synonimem spragnionej miłości. Zostań, by mnie kochać. Zostań, by przespać razem jeszcze pięć minut. Zostań, by odgonić moje koszmary. „Zostań” niewiele różniło się od „kocham cię”, rozbrzmiewało równie głośno w ciasnych objęciach, w niekończących się pocałunkach pozbawiających tchu. Było prośbą, na którą nie istniała odmowa.
Dante pokręcił leciutko głową na tę próbę dania mu czegoś, czego w życiu by nie przyjął. Na „zostań”, które ten jeden raz oznaczało samotność. Uśmiechnął się czule do zatroskanego rubinu, który nigdy nikogo o nic nie błagał. Aż do teraz.
— Masz wciąż mnóstwo czas, by żyć — powiedział Bashar, wpatrując się w niego, lecz Dante wciąż kręcił głową, a jego oblicze było tak spokojne. Liczył gwiazdy odbijające się w ukochanych oczach.
Dłonie, duże i silne, pokryte bliznami po walkach, nie znały się na precyzji, z jaką należało dotykać ran, ale umiały dotykać Bashara. Znały fakturę jego bladej skóry, odtworzyłyby kształt jego ciała we śnie. Twarde opuszki przesunęły się po linii szczęki Bashara, ujęły jego policzek, wpierw z jednej, potem drugiej strony. Rubinowe spojrzenie złagodniało od ciepła tego pewnego chwytu, Dante wstrzymał swe łzy, uśmiechał się wciąż. Nie potrafił dotykać ran, więc jedynie naśladując uśmierzające ból dłonie lekarza i wykorzystując siłę uczucia napędzającą jego serce, zbliżył się do rozdartego w Basharze miejsca i odezwał się miękko, tuż przy jego wargach:
— Nie ma mnie bez ciebie.
Pocałował go głęboko, niespiesznie, nie pierwszy raz czując w lgnącej do niego, smukłej piersi i kochliwych ustach, jak sam Bashar jest doskonale świadom tej prawdy.
Czas Bashara był jego czasem, pięć lat życia było jednym rokiem. Zrozumiał to w pewnym momencie równie łatwo, jak pojmuje się, że woda przemoczy ubrania, a od trzymania lodu przemarznie ręka. Chyba wydarzyło się to w jakiś wieczór, gdy ledwo dotarł do mieszkania o własnych siłach, tak się przemęczył na treningu. „Panie doktorze, już jestem” zawołał od progu, Bashar zaś wtulił się niego mocno. Nie umknęło jego uwadze, jak Dante próbował nie syczeć z bólu przez rozległego siniaka na żebrach. Posadził go na kanapie, zajął się każdym obtarciem i obiciem. Mówił do niego, że musi dbać o siebie, że jest niemożliwy. Że kocha go za to.
Wieczór jak wiele innych, ale wtedy dotarło do niego, jak uderzenie prosto w posiniaczone żebra, że dzień, gdy straci Bashara, przyjdzie za szybko.
Jego serce zatrzymało się na jedno uderzenie, on sam załamał się, wydawać by się mogło, nieodwracalnie, a już w następnej chwili uśmiechał się i odpowiadał, jak mocno on też kocha. Ten podświadomy niepokój zniknął, pozostawiając po sobie spokojną klarowność, jedyne wyjście, proste i oczywiste.
Jeśli krew w jego żyłach sama nie zastygnie zaraz po gommage Bashara, jeśli płuca nie przestaną łapać powietrza, sprawi siłą, by świat wysłał go w ślad za jego Miłością.
Bashar chciał dla niego czegoś więcej niż przykrego końca na kontynencie, ale to on był jego „czymś więcej”.
— Jesteś moim życiem, które kocham — powiedział, wtulając swe wargi w usta Bashara na kolejną, wypełnioną ciepłem chwilę. Dopiero po niej odsunął się lekko i zatonął w błyszczącej w rubinie miłości, przyjął jego frustrację i bezsilność. — Nie będzie innego. Albo razem odzyskamy czas wykradziony przez Malarkę, albo przetrwamy ostatnie dane nam dni na kontynencie.
— Chciałbym potrafić cię przekonać — wyznał cicho lekarz, wciąż szukając w jego oczach czegoś, czegokolwiek, co pomogłoby mu to zadanie wypełnić. Czekało tam na niego wyłącznie nieskończone poświęcenie dla łączącego ich uczucia.
Czarujący półuśmiech sam wykwitł na wargach Dantego.
— Ze mną nigdy nie jest łatwo.
Kąciki ust Bashara powędrowały nieznacznie w górę, bo przecież uwielbiał go za tę cechę jak za wiele innych. Wtulił się w duże dłonie. Wyglądał, jakby mógł tak spędzić resztę swojego życia. Niczego mocniej od tego Dante nie pragnął mu dać.
— Wiem.
Kroczyli po śladach duchów, wchodząc do budynku. Rozbite szkło chrzęściło pod butami. Porzucony przy ucieczce miś kurzył się pod schodami. Ostatki porcelanowej zastawy wciąż stały na stole w jadalni. Przez klątwę Malarki było łatwo zapomnieć, że przed jej bezlitosnym odliczaniem istniało życie, które zostało równie okrutne odebrane dawnym mieszkańcom, że miejsce to kiedyś pachniało życiem i rodzinnym ciepłem, nie pustką i żałobą. Dante przesunął palcami po ramie obrazu przedstawiającego sielski krajobraz za domem, świeże bandaże pokrywające jego ręce zebrały warstewkę kurzu. Jak to było patrzeć na horyzont i nie musieć bezradnie oglądać Monolitu?
— Tu powinno być bezpiecznie.
Odwrócił głowę. Bashar przyglądał mu się z progu salonu, a w jego oczach zobaczył odbicie własnych marzeń. Zobaczył piękny niegdyś salon z dwoma kanapami, udekorowany sztuką i pamiątkami z podróży. Zobaczył ich samych, jak wchodzą do niego z nowym znaleziskiem i myślą, gdzie go postawić. Śmiał cofnąć się nawet kilka lat, wyobrazić sobie, że oglądają z uwagą pokój, zastanawiając się, czy chcą kupić ten dom. W tej wizji palec Bashara błyszczał złotem podobnym w swej barwie do przepaski oplatającej jego ramię.
— O czym myślisz? — zapytał cicho lekarz, podchodząc do niego.
— O wieczności z tobą.
Bashar zamarł na moment. Tyle czasu nie było im pisane, ale Dante lubił wyobrażać sobie, że ich uczucie mogło w jakiś sposób zagiąć przeznaczenie. Jak w starych bajkach o prawdziwej miłości zwalczającej wszelkie cierpienie.
Delikatne, lekarskie dłonie wspięły się na jego ramiona, dotknęły złotego warkocza, z czułością przetarły skórę na skroni. Bashar oparł się o silną pierś. Dante miał wrażenie, że czuje lawendę w jego ciemnych włosach, zapach pościeli w ich sypialni.
— Dla mnie wiecznością jest czas spędzony w twoich objęciach — powiedział, wtulając się w niego — spędzony na podziwianiu ciebie — musnął opuszkami jego wargi — całowaniu ciebie. To nie jest dokładnie to, o czym myślisz, ale to wszystko, co mamy.
Dante uśmiechnął się miękko, przyciągając go bliżej.
— Taka nasza mała wieczność.
— Mała wieczność — powtórzył Bashar, odwzajemniając uśmiech.
Pamiętał dokładnie każdy dzień ich małej wieczności, choć niektóre chwile wydawały się niczym od siebie nie różnić. Pamiętał dni gorsze, gdy nie potrafił powstrzymać łez, pamiętał takie spędzone całkowicie na leżeniu w wysokiej trawie, zaznaczaniu palcami swoich krzywizn i rozmawianiu, nie tylko, by coś sobie przekazać, lecz również, by po prostu posłuchać głosu tego drugiego. Każdy uśmiech Bashara był dla niego inny, każde spojrzenie miało w sobie nową głębię tęsknoty, oddania, boleści, uwielbienia. Pisali w dzienniku, zalegając w sypialni na piętrze , wymyślali coraz to dłuższe akapity, by uchwycić w słowach niezwykły urok złotych loków czy czułość lekarskich dłoni. Pamiętał, jak powiedział Basharowi, że jedyne, co było piękniejsze od tych miesięcy, to noc, gdy pierwszy raz usłyszał od niego „kocham cię”.
Gdzieś bardzo daleko stąd Lumière zasypiało, nieświadome krwi ich bliskich wsiąkającej w piasek.
— Nigdzie nie jest bezpiecznie!
Dante wstał, zostawiając za sobą te krzyki ocalałych z pogromu na plaży. Zaczęli wrzeszczeć również na niego, wypominać, że najlepiej teraz odciąć się od nich, milczeć, gdy trzeba działać. Nie miał im nic do powiedzenia, nie po tym, co widział. Samolubnie pozostawił przemyślenie nowego planu reszcie, odchodząc na skraj obozowiska, schował się w gęstwinie drzew, usiadł pod grubym pniem. Wbił spojrzenie w pancerne rękawice sięgające prawie jego łokci. Sprzęt nadający mu nieludzką siłę, wytrzymały. Czy wystarczający?
Nie czekał długo. Poznał go po krokach, po palcach łagodnie badających spięcie w szerokich barkach.
— Pokaż mi — odezwał się Bashar tuż przy jego uchu, troskliwie całując zadrapanie na policzku. Dante pozwolił sobie na cień uśmiechu. Oczywiście, że kto jak nie pan doktor dostrzegłby jego skrupulatnie maskowany ból.
Zacisnął zęby, odblokował zapięcia. Wyciągnął ręce z cichym sykiem metalu.
Piekące poparzenia ciągnęły się od czerwonej linii wyznaczającej koniec rękawic. Skórę na kostkach miał kompletnie zdartą. Ostrzegali go, że tak będzie, obecny model wyściółki może nie wytrzymać. Ale on potrzebował każdej możliwej przewagi w tej walce. Teraz tylko nie był pewien, czy to cokolwiek zmieniało.
Bashar zajął się jego ranami, przemywając je i bandażując, a Dante przyglądał mu się uważnie, walcząc z samym sobą. To była pierwsza porażka. Pierwsza i możliwe jedyna, która będzie potrzeba, by kompletnie ich zniszczyć. Jego duch chciał przeć niezłomnie naprzód, jego serce się wahało.
— Czy wybaczysz mi… — zaczął, nie wiedząc, jak skończyć. Spojrzenie Bashara koiło troski.
— Co miałbym ci wybaczyć?
Zamknął jego delikatną dłoń w mocnym uścisku, w tej błagalnej prośbie, by lekarz zrozumiał. Lecz gdy Dante skupił wzrok na jego twarzy, po prostu wiedział, że obaj wybiegli równie daleko myślami wprzód, że pomiędzy nimi nie było wstydu o to.
— Myślałem — spróbował znów — że mogę chociaż spróbować cię obronić przed Malarką, ale ten starzec… Czy wybaczysz mi, jeśli zabiorę cię daleko od niego? A tym samym może i od Monolitu. Że będę wolał…
— Ja sobie bym nie wybaczył — przerwał mu łagodnie Bashar — gdybym pragnął czegoś innego dla ciebie.
Noc przed gommage była równocześnie taka sama jak wszystkie poprzednie oraz zupełnie inna. Byli wolniejsi w swych ruchach, przedłużając te chwile, które im zostały. Nigdy się nie spieszyli, lecz teraz każdy oddech i drgnienie niosło w sobie zawahanie, tę ostateczną myśl, że mała wieczność skończy się przy następnym zachodzie słońca i zacznie jakaś inna. Bashar czesał pasmo po paśmie złotych włosów, oglądał je, całował od góry do dołu. Opierał policzek na jego karku, a Dante sunął palcami po smukłym udzie jak po miękkim jedwabiu. Chłonął jego ciepło, jakby dopiero je odkrył i chciał z wolna rozkoszować się tym doznaniem. Patrzył długo w jego oczy, zakochując się z każdym spojrzeniem coraz mocniej. Całował usta, które nieprzerwanie, na zmianę z jego, szeptały imię wybranka oraz ich uczucia. Czuli, że to za mało, że wiecznie będzie im siebie nawzajem za mało, że bijące w sercu więcej nie zamilknie, ale i tak próbowali dać sobie tyle, ile mogli.
Powoli wtulał wargi w delikatne palce Bashara, w jego dłonie potrafiące przegonić wszelki ból, w smukłe przedramiona tulące go do swej piersi, jakby mógł ze swych karesów wykuć zbroję chroniącą miłość jego życia przed czekającym po zachodzie słońca końcem. Bashar ujął jego policzek, zaczął pocierać łagodnie kciukiem o jego skórę, gdy Dante uniósł wzrok, nie przerywając go całować, a błękit jego oczu miał w sobie miłość głębszą od wszelkich oceanów.
Jak ciężka kotwica, służąca za podporę i broń, tylko Bashar potrafił zanurzyć się tak głęboko w tych wodach, tylko on sprawiłby, że Dante zniknąłby wraz z nim w morzu na wieki i nie oglądał się na rozmywające się nad głowami słońce.
Pójdą spać razem jeszcze jeden jedyny raz, obudzą się jutro, a potem już ich nie będzie. Coś bardzo kojącego było w tej przykrej myśli.
Gdy Malarka zabierze Bashara, zabierze również i jego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz