Sappho przystanęła przed rzeźbionymi drzwiami, palce przejechały po złotej kołatce, jakby badały jej własne zmartwienie, obrysowywały jego kształt i zastanawiały się, czy to na pewno był dobry pomysł. A potem wiatr wkradł się pod cienki kardigan, ciało zadrżało, przypominając Sappho o tych niekończących się ostatnio dniach i nocach, gdy drżała w ten sam sposób, przerażona i zagubiona, z jednym pragnieniem – by ktoś znalazł ją, objął, powiedział, że wszystko będzie dobrze. Potrzebowała kogoś, kto by ją wysłuchał.
Uniosła kołatkę, a echo głębokiego uderzenia rozniosło się po trzewiach posiadłości. Nie czekała długo. W drzwiach nawet nie zjawił się lokaj, lecz sama Desideria, jakby ją wyczuła. Jej idealne, czarne brwi zmarszczyły się, wzrok przeskoczył po Sappho tak jak tamtej pamiętnej nocy, gdy się pierwszy raz spotkały.
— Wyglądasz, jakby cię kot zjadł, wysrał, znowu zjadł i wyrzygał — skwitowała ją otwarcie.