Kto nie znał ciemności cudzego życia, ten nie mógł się nazywać znawcą jego światła.
Lud Wielkich Równin wierzył w głębokie połączenie między materiami kierującymi światem, w ich wzajemną zależność wymagającą balansu, by ziemia nie pękła pod nogam i nie pochłonęła nadmiaru zaburzającego porządek. Początek zmierzał ku swemu końcowi, pieśń trwała, a potem ustępowała ciszy, konie zaś błogosławiły swym galopem złote trawy wyrośnięte na kościach ich przodków. Miast widzieć to jako rzeczy sobie przeciwne, Równiny nazywały je przejściem. Zmianą stanu skupienia. Energia istniała w ludziach dobrych i kierowała intencjami ludzi złych, lecz oba te bieguny nie tyle, co prowadziły odwieczną walkę ze sobą, ale mieszały się ze sobą, zaplatały węzeł historii czynami prawymi oraz niehonorowymi. Sztuką nie było zabić w sobie jedno i pozwolić drugiemu kwitnąć, tylko zrozumieć esencję zakorzenioną w istnieniu obu tych stron.
Dlatego Równiny nie poddały się lękowi śmierci. Śmierć nie była przeciwna życiu, gdyż dzięki życiu mogła wyzwalać dusze od cielesnych powłok i zapraszać je do wspólnej jurty duchów, a życie dzięki śmierci mogło tworzyć ulotne, lecz wieczne w czyjeś pamięci piękno. Nie ma strachu w śmierci, która nie jest końcem. Przejście. Zmiana. Druga strona wymagająca poznania, pojawiająca się pod opadłymi powiekami zmarłego niczym nowa droga.
Równiny nie poddały się również lękowi ciemności. Respekt był właściwszym słowem opisującym ludność bezkresnych stepów pozostającą w swoich jurtach po zmroku. Zaganiacze koni świadomie wycofywali się z ziem nasuwających na siebie płachtę mroku, rozumiejąc, że tam, gdzie zawodził zwykły wzrok, budziły się stworzenia odbierające należną im część bytności na złotych trawach. Budziły się wilki wyciem proszące księżyc o oświetlanie im drogi ku trzodom, budziły się w skałach cierpliwe, dzikie koty wypatrujące zagubionych podróżnych, budziły się młode demony rozdzierające nieostrożnym pazurem warstwę poszycia i wędrujące ciekawsko po pustych lasach. Nomadzi nie bali się królującej przez połowę czasu nocy. Jasno pojmowali, iż ta miała swe prawo do niewybaczania błędów dwa razy mocniej od dnia.
Muunokhoi weszła w mrok Stellaire.
Bywały takie wieczory, gdy młoda szamanka zostawiała w swoim niewielkim mieszkaniu sprawy związane z blaskiem słońca, gdy porzucała medytację, rozmowę z przodkami, gdy trening ciała oddawał pole treningowi duszy. Zapuszczała się w te wieczory na obce jej tereny miasta, równie żywe, co w środek dnia, w celu zupełnie odmiennym od tego, który kierował większością mieszkańców opuszczających swoje bezpieczne cztery ściany na rzecz ciemności witającej ich z otwartymi, lepkimi od alkoholu ramionami. Szukała odpowiedzi na to, czym jest druga strona monety stanowiącej całość stolicy, jakie wilki wyją do którego księżyca, skąd wychodzą demony i gdzie spędzają swoje chwile wolności.
Stellaire odsłaniało wrażliwy w sekrety nocy brzuch niczym posłuszny pies. Chcesz rozrywki do rana? Szukaj neonowych świateł, wejść do klubów zatłoczonych kolejkami, roześmianych grup próbujących przekonać ochroniarza, że znają szefową i mogą wejść za darmo. Chcesz zapomnieć o smutkach? Alkohol sprzedadzą ci na każdym rogu ulicy, nie oceniając za trzy butelki wódki i dwa smakowe lakiery. „Kartą czy gotówką” było jedynym pytaniem, choć i to pojawiało się sporadycznie, gdy kasjer automatycznie odpalał terminal. Potrzebujesz prywatności? Znajdziesz ją pod latarnią, za kioskiem, w zatłoczonej łazience, bo każdy przejdzie obok złączonej w pocałunku pary, zajęty własnym życiem szukającym szczęścia za drugim wzniesieniem. Muunokhoi nie pierwszy raz odnosiła wrażenie, że miasto dyszało w jej twarz zgniłą potrzebą udowodnienia, że ma wszytko, czego dusza zapragnie. Że nie musi, nie może zatrzymać się, zapytać, czy to „wszystko” jest naprawdę tego warte, inaczej nie starczyłoby czasu na nic innego. Steillaire krzyczało głośniej od stada wygłodniałych wilków, jakby powietrza miało mu zabraknąć do wzięcia kolejnego oddechu. Wyrzucało w niebo tysiące świateł, prześcigając się z największymi gwiazdami o miano przyjaciela wędrowców kierujących się w stronę Gwiazdy Północnej, oczywiście tego baru, gdzie przygotowywali mieniące się brokatem drinki. Horyzontu szukało się w górze, nie przed sobą, tak jak wiodły ścieżki życia, od narodzin po śmierć i życie wśród przodków, przez nieskończoną równinę po jeziora zlewające się z błękitem Ojca Nieba. Unieś głowę wyżej, sięgnij jeszcze dalej, aż strzeli ci w karku, a głowa pęknie od nadmiaru, dopiero tam znajdziesz linię horyzontu wyznaczoną przez wieżowce zaprzeczające limitom firmamentu. Iść, cały czas przeć dalej, po więcej, aż zapomni się, skąd się wyruszyło.
Pozwalała miastu się przytłoczyć, zabierać do miejsc, na widok których skrzywiłaby się w świetle poranka, gdyż to w tym amoku tkwiła przeciwwaga gnającego dnia. Tutaj nikt się nie spieszył, nie wykłócał się, czy już trzeba iść, czy nie, mimo zmęczonego i poirytowanego spojrzenia pracowników lokali. Noc w stolicy wydawała się trwać wiecznie.
Muunokhoi obserwowała ją w zamyślonej ciszy, będąc jedną duszą pośród wielu, gdy zazwyczaj na Równinach była jedną duszą pośród pustki. Miasto przyzwalało na zniknięcie, wtopienie się w tłum, płynięcie wraz z nurtem zapełnionego korytarza metra, który naraz mieścił bodaj więcej osób niż rynek największego miasta stepów. Przypadkowi mieszkańcy nocy nieświadomie zaprowadzili ją na stare miasto, do centrum, część z nich odbiła gdzieś w bardziej zgarbioną dzielnicę, więc ruszyła za nimi i w ten sposób dotarła do ciasnej uliczki. Budynki w niej pochylały się ku sobie niczym stare drzewa pchające na siebie swoje korony, gałęzie kabli splatały się w żyły energii pnące się po obskurnych ścianach. Życie jednak w górze zamarło za zakurzonymi oknami i przeniosło się do korzeni, gdzie ściśnięte ogródki licznych lokali zagarnęły sobie beton chodnika, jakby teren ten od zawsze należał do obdrapanych z resztek pozorów barów, tej pierwotnej natury wyrastającej z kości wielkiej i schludnej cywilizacji dziejącej ledwie kilka przecznic dalej.
Nie zwolniła, wchodząc w ten obcy las odpowiadający szmerem wymienionych szeptów na jej pojawienie się. Głowę trzymała tam, gdzie zawsze, wysoko nad swoimi ramionami, twarde zaś spojrzenie było milczącym ostrzeżeniem dla każdego, kto sądził, że sama jej obecność dawała komuś prawo do wypowiedzenia głośno swoich zamglonych alkoholem pochodnych myśli. A jednak coś w niej wyczekiwało wyzwania, przyczaiło się za ciemnymi oczami, napięło grzbiet pod umięśnionymi ramionami, starym schematem reagując na wymierzone w nią oceniające spojrzenia. Pytało, komu tym razem Muno musi udowodnić, iż nie ma obowiązku przepraszać za swoje istnienie.
W intensywnym świetle neonów mijane przez nią twarze stawały się płynne, rozmyte między bezgranicznym światem cieni i rzeczywistym, różowym blaskiem wyciągającym z mroku faktyczne linie nosów, uśmiechów, zmarszczek. Mimo początkowego zainteresowania każda z nich odwracała się gdzieś indziej, zostawiając szamankę w spokoju. Dotarła w ten sposób do ostatniego ogródka, naiwnie sądząc, że ten stan się już utrzyma.
— Napuszona jak rozdymka! — Usłyszała zgryźliwy przytyk za swoimi plecami. — Czym cię matka karmiła, że wyrosłaś na zgagę większą od krowiej głowy?!
Stanęła. Spojrzała przez ramię, tym gestem niemal pytając, czy ktoś pewien był pragnienia podtrzymania tych słów.
— Serio chcę wiedzieć — odezwał się ciemnowłosy mężczyzna siedzący ledwie dwa kroki za nią. Reszta jego towarzystwa parsknęła jak prosiaki, opluła się prawie piwem. — Przydałoby mi się nabrać mięśni jeszcze.
Jedyny powód, dla którego Muunokhoi zatrzymała spojrzenie na nim o sekundę dłużej niż na zwykłym, wstawionym przechodniu, wiązał się z głębokim, drażniącym pojedynczy węzeł w jej szamańskiej duszy uczuciem, że mrok gęstnieje wokół niego w odmienny sposób w porównaniu do innych osób w uliczce.
Odwróciła się, chcąc podjąć swój spacer, oceniwszy całą sytuację za niewartą jej uwagi.
I wtedy pewna granica została nieodwracalnie przekroczona.
— Tatuś język z gęby wyciął, zanim z domu wypuścił? — rzucił ten sam nieznajomy, gdy tylko poczyniła krok.
Dłonie Muunokhoi zwinęły się bardzo powoli, z realną groźbą w pięści, a szamanka zastygła, wiedząc, gdzie to wszystko dalej pójdzie, jeszcze zanim się odezwała i wykonała kolejny ruch. Bo w jej piersi ożył gniew tysiąca słońc wypalających step, ożyła bezlitosna natura wolnych Równin i zwyczajna nienawiść pędząca na grzbiecie zasad jej ludu chroniących honor, choć teraz Muunokhoi chroniła własną dumę. Nie była popychadłem swojego ojca, nieposłusznym rumakiem trzymanym na krótkiej wodzy, jego władza nad nią kończyła się tam, gdzie szamanka ją samodzielnie wyznaczała i nikomu nie zamierzała pozwolić kpić z walki odbytej o swoją godność w kręgach rodziny.
— Powtórz — poleciła chłodno.
— Mówiłem, że… Agh…! — Zgrzyt, skrzek, odchrząknięcie. — Ehm… No. Pytałem się, czy w domu wszystko dobrze.
Muno zwróciła się twarzą do mężczyzny, wkraczając w ten świat cieni i neonów, dryfując na granicy między światłem a mrokiem, lecz znaczna część jej napiętego ciała i zdecydowanego spojrzenia zatonęła w przychylnej przemocy nocy.
— Nie — rzekła z mocą, owijając zimną głownię gniewu w całun tradycji. — Mówiłeś o mojej matce, o moim ojcu i nie udało ci się dojść do rodzeństwa, bo ci przerwałam. Próbowałeś obrazić mnie przy użyciu mojej rodziny, czyli wykazałeś brak szacunku zarówno do moich krewnych, jak i mnie.
Słowa te nie były kłamstwem, gdyż przyzwolenie osobom z zewnątrz na obrażanie rodziny oznaczało brak lojalności, nie były jednak też prawdą, bo Muunokhoi szacunek do ojca obchodził mniej niż zeszłoroczny śnieg, ale pretekst ten do wyzwania mężczyzny stanowił rzecz niepodważalną wedle jej obyczajów.
— Od razu, że brak szacunku…
— Wstań.
Nieznajomy zaśmiał się pod nosem, przekrzywił głowę.
— Co?
— Wstań — powtórzyła, robiąc krok ku niemu. — Nie ma mojej zgody na te obelgi i zamierzam wyrazić to w walce o obrażony honor mojej rodziny.
Znów śmiech, brak przekonania odmalował się na rozkojarzonym obliczu, lecz towarzystwo zwietrzyło krew, złapało trop rozrywki. Pacnęli go w ramię, pchnęli prawie, wyjąc jak te wilki przed ucztą, szukające wygłodniałym wzrokiem w koledze potwierdzenia, że przyjmie swoją rolę zwierzyny. I przyjął, długo go nawet nie przekonywali, że musi, że powinien, tak przecież trzeba, choć każde ich słowo cuchnęło drwiną. Uderzyli w stół jak w wojenny bęben, gdy ciemnowłosy mężczyzna wstał, dopijając resztkę swojego piwa.
— Jakieś zasady? — zażartował lekkim tonem. Muunokhoi nie podchwyciła jego wesołości.
— Jedna: nie zgiń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz