Tamtej nocy nie spodziewałam się niczego szczególnego. Zwyczajne wyjście, jakich wiele, ze znajomymi z wytwórni, w której pracowałam. Były to osoby z pasją do tego, czym się zajmowały, gotowe poświęcić całe swoje życie muzyce. Wybierali koncerty na żywo jako formę spędzenia wolnego czasu, nawet jeśli w ramach pracy zarobkowej niemal ciągle w jakiś uczestniczyli. Coś ciągnęło tak ich, jak i mnie, do tych zatłoczonych sali pełnych istot, których uszy spragnione były melodii zdolnej nakarmić ich głodujące dusze.
Przy wejściu widziałam repertuar na ten dzień. Przewijały się na nim same zupełnie nic mi niemówiące nazwiska i nazwy zespołów, dla każdego przewidziano nie więcej niż trzydzieści minut na scenie. No tak, był przecież środek tygodnia, czas zarezerwowany dla tych, którzy jeszcze nie znaleźli swojego miejsca w branży, chcących spróbować swoich sił na nowym, niezbadanym przez nich jeszcze terytorium. Niektórzy pragnęli wyłącznie sławy, w ich muzyce zwykle brakowało tego czegoś, co przyciągało miliony. Chcieli nagiąć ją do swojej woli siłą, której brakowało delikatności potrzebnej, by przemówiła do odbiorcy. Branża szybko ich weryfikowała, niewielu udawało się osiągnąć w dłuższej perspektywie sukces. Dość szybko wracali do życia, jakie wiedli przed pojawieniem się w ich głowach marzeń o sławie.
Tych przez muzykę prowadzonych, dla których była czymś więcej, niż źródłem zarobku — pasją, oddechem, środkiem wyrazu — znacznie trudniej było znaleźć. Ale gdy już na kogoś takiego trafić, nie chciało się wypuszczać go z rąk.
Jakich zdolności by jednak nie posiadali, każdy, kto postanawia wziąć instrument w dłoń i zagrać przed publicznością, musiał wykazać się wielką odwagą, by w ogóle spróbować. By pojawić się w miejscu jak to, obserwować reakcje zgromadzonego przed nimi tłumu, gdy pod jego palcami rodzi się muzyka.
Dawno już nie miałam okazji wysłuchać koncertu aspirujących artystów. Było to odświeżające doznanie, choć stale powtarzające się fałszywe nuty czy sztampowe melodie nieco kłuły w ucho. Wciąż jednak z takim samym zaangażowaniem słuchałam wszystkich utworów. Tak wypadało, nawet jeśli z każdym kolejnym nabierałam coraz większego przekonania, że nie miałam co liczyć na doświadczenie tam wtedy czegoś wyjątkowego.
Duszący dym palonego w słabo wentylowanym pomieszczeniu tytoniu, wymieszany z różnorodną gamą zapachów dziesiątek istot oraz specyficzną wonią alkoholu serwowanego w lokalu, stał się w pewnym momencie nie do zniesienia. Przemożna potrzeba zaczerpnięcia oddechu wyciągnęła mnie ostatecznie przed lokal, zmuszając do porzucenia na moment towarzystwa, z którym przyszłam. Akurat trwała kilkunastominutowa przerwa w występach, więc nie byłam jedyną osobą, która postanowiła na moment odsapnąć od gęstego powietrza w środku. Mój wzrok wyłapał kilka zwierzęcych akcentów u zebranych. Tym o wyczulonym węchu zwykle szczególnie przeszkadzało powietrze w podobnych miejscach, byłam z resztą dobrym tego przykładem. Potarłam skronie, miałam wrażenie, że w każdej chwili może rozboleć mnie głowa. Oddaliwszy się kawałek od głównego wejścia, przysiadłam na piętach i, opierając się plecami o ceglaną ścianę za mną, wzniosłam wzrok ku niebu. W mieście trudno było dostrzec ulotny blask gwiazd, przegrywały walkę ze światłami wielkiej aglomeracji. Mimo to próbowałam wypatrzeć choć kilka tych najjaśniejszych. Raz po raz wciągałam w płuca chłodne o tej porze roku powietrze. Gryzło mnie w nos i gardło, palce również zaczęły mi grabieć, wcisnęłam je więc pod szal, który zarzuciłam sobie na ramiona przed wyjściem. Powinnam była założyć coś grubszego. Nie spodziewałam się jednak, że suknia, którą miałam na sobie, nie będzie wystarczającą ochroną przed temperaturą jesiennego wieczoru.
Nagle padł na mnie czyjś cień, a przystojna twarz okolona blond włosami, związanymi w krótką kitkę na karku, wypełniła niemal całe moje pole widzenia. Odruchowo spuściłam wzrok, nim zdążyłam dokładniej się przyjrzeć nieznajomemu. Mimo upływu lat wciąż miałam problem z patrzeniem w oczy obcym. Alice, koleżanka z wytwórni, ostatnio stwierdziła, że może to jakiś zwierzęcy instynkt, który we mnie siedzi. Ile było w tym prawdy? Nie byłam w stanie określić.
— Powiedziałbym, że to dość niecodzienny widok, znaleźć pod klubem dziewczynę, która w dodatku, zdaje się, nie wyszła zapalić — zagaił. Słysząc ciepły, wesoły i zupełnie nie nagabujący ton mężczyzny, odważyłam się ponownie podnieść na niego wzrok. Wysoka, smukła sylwetka, zdecydowanie przykuwająca wzrok, do tego te rysy twarzy... Na oko miał nieco ponad dwadzieścia lat. Ciemny płaszcz, który na siebie narzucił, wyglądał na naprawdę ciepły, szyję obwiązał wełnianym, czerwonym szalem. Zza ramienia wystawał mu futerał z gitarą, ręce chował w kieszeniach.
— Pozwalają tu palić w środku — uwolniłam jedną rękę z fałdów materiału i wskazałam kciukiem drzwi nieopodal, żeby nie było wątpliwości, o którym lokalu mówię. Mój wzrok zatrzymał się gdzieś ponad jego ramieniem. Starałam się możliwie dbać o swój komfort, jednocześnie nie chcąc, żeby mężczyzna poczuł się urażony moim wędrowaniem wzrokiem nie wiadomo gdzie.
— Ach, że w ten sposób — pokiwał głową, wydął usta, jakby niezadowolony z powodu tego, co usłyszał. — Ludzie tu śpiewają, a oni zatruwają powietrze… Pewnie po godzinie w środku ma się wrażenie, że brodzi się w mule, tak jest gęsto od dymu. Kilka lat w takich warunkach i wokalista traci głos.
Uśmiechnęłam się nieznacznie, podpadłam brodę na dłoniach i w końcu spojrzałam mężczyźnie w oczy. Zielone, w niemal kocim odcieniu, choć źrenica była, jak u ludzi, okrągła. Odruchowo, wraz z kolejną porcją powietrza, wciągnęłam w nozdrza zapach towarzyszący mężczyźnie. W pierwszej chwili mocne drzewo cedrowe, zapewne woń pochodząca z perfum, których używał. Dopiero potem wybiły się spod niego metaliczne nuty. Podejrzewałam, że miały wiele wspólnego z instrumentem, który ze sobą miał. Musiał naprawdę wiele czasu spędzać grając. Poza tym nie wyłapałam nic wyjątkowego, co mogłoby naprowadzić mnie na to, kim był nieznajomy. Wskazywało to z dużym prawdopodobieństwem, że miałam do czynienia z człowiekiem.
Przekrzywił lekko głowę, przypatrując mi się uważnie. Przestąpił z nogi na nogę, poprawił pasek futerału na ramieniu. Nagle zestresowana ciszą, która zapadła między nami, postanowiłam pospiesznie podłapać wcześniej poruszony temat.
— W zasadzie wielu artystów i tak pali — poprawiłam opadającą na oczy grzywkę. — Ale faktycznie, powinni w końcu zakazać czadzenia ludzi w miejscach publicznych.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiwając entuzjastycznie głową. Zjechał spojrzeniem z mojej twarzy, omiatając nim resztę sylwetki.
— Nie jest ci zimno w takim stroju? — zapytał, ale nim zdążyłam odpowiedzieć, sam to zrobił. — Dobra, głupie pytanie, masz sine palce… Czemu jeszcze tu siedzisz?
Bo rozmawiamy?
Wzruszyłam ramionami. Mężczyzna jednak chyba nie był usatysfakcjonowany taką ,,odpowiedzią”. Bez ostrzeżenia złapał mnie za przedramiona i pociągnął do góry. Byłam tak zaskoczona, że nawet nie zaprotestowałam, uniosłam tylko brwi, niemo pytając, co robi. Nie obeszło go to jednak za bardzo, postawił mnie na nogi. Stęknęłam zaskoczona, gdy nagle odbiłam się przy tym od jego klatki piersiowej. Przytrzymał mnie w talii, żebym odzyskała równowagę, a ja stałam tam jak słup soli zastanawiając się, co tu się w zasadzie wyprawia.
— Ale masz piękne, błękitne oczy — powiedział ni z tego ni z owego, a moje brwi tylko jeszcze bardziej podjechały do góry. Zanim zdążyłam się zbłaźnić odpowiedzią w stylu ,,Dziękuję, ty też, piękny odcień zielonego”, puścił mnie i odsunął, mniej więcej na odległość wyciągniętej ręki. — Ach, proszę mi wybaczyć, chyba się nie przedstawiłem? Kilian — ukłonił mi się, lekko teatralnie lub po prostu po dżentelmeńsku, zależnie, kogo by spytać. Zapadka w mózgu, że również wypadałoby się przedstawić, mi wtedy nie kliknęła, z resztą nieznajomemu chyba całkiem dobrze prowadziło się monolog, bo niezrażony moim milczeniem i zapewne głupią miną, kontynuował. — Będę zaraz grał z moim zespołem tam, skąd właśnie uciekłaś. Wrócisz posłuchać? Będzie to oznaczało co prawda kolejne, hmm, trzydzieści minut? w tym okropnie gęstym powietrzu, ale jeśli cię to pocieszy, będę się tam męczyć razem z tobą… No i serio, warto zostać, gwarantuję!
Przez myśl przeszło mi, że jest naprawdę zabawny w tym swoim trajkotaniu. I tak miałam zaraz wracać, skinęłam więc głową w ramach odpowiedzi. Gdy chwilę później patrzyłam za nim, jak znika w korytarzu prowadzącym do przebieralni artystów, machając mi jeszcze na pożegnanie, na moją twarz mimowolnie wypłynął przepełniony ciepłem uśmiech.
— Z czego się tak cieszysz? — poczułam szturchnięcie w bok, nim zobaczyłam, kto do mnie podszedł. Alice. Chyba faktycznie dość długo mnie nie było, musiała uznać, że pójdzie mnie szukać.
— Zdaje się, że spotkałam właśnie ucieleśnienie optymizmu — jeszcze nie skończyłam wypowiadać tych słów, a kobieta objęła mnie ramieniem za szyję i poprowadziła z powrotem do sali, w kierunku zajmowanego przez naszą grupę stolika.
— Co to w ogóle znaczy? — spytała.
— Sama nie wiem… Musiałabyś go zobaczyć — nie potrafiłam znaleźć słów, by opisać, jak dziwne wydawało mi się to nasze spotkanie. Ale nie dziwne w ten nieprzyjemny sposób, który pozostawiał po sobie niesmak jeszcze przez długie godziny. Nie, to zupełnie nie to. Chyba... Bardzo szybko poczułam się przy nim, jakbyśmy znali się od lat, choć na pewno widziałam go pierwszy raz w życiu. — Mówił, że następny występ jest jego.
Nie kłamał, z resztą dlaczego by miał. Spóźnił się nieco, według harmonogramu powinni zacząć dwie minuty temu, a dopiero rozstawiali sprzęt. Podejrzewałam, że mogła być to w pewien sposób moja wina. Nikt jednak chyba nie robił mu z tego powodu wyrzutów, a gdy znalazł się w końcu na scenie w towarzystwie pozostałej dwójki członków zespołu, buzia mu się nie zamykała. Nie słyszałam co prawda, co mówił, w lokalu było dość głośno, ale jego towarzysze wyglądali na rozbawionych wypowiadanymi przez niego słowami. Starałam się jednocześnie śledzić ruchy blondyna, jak i słuchać, co mówili do mnie znajomi, z którymi tu przyszłam.
Kilka zagranych przez niego nut wystarczyło, by wszystkie rozmowy na sali ucichły, a mi przeszło przez myśl ,,Ten będzie inny”. Czyste nuty, wydobyte z instrumentu przez pewne ruchy palców, druga ręka płynnie przesuwająca się po gryfie, z wyuczoną płynnością łapiąca akordy.
Pierwsze wyśpiewane przez niego słowa, idealnie wplatające się między dźwięki instrumentów, i już wiedziałam.
Facet był geniuszem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz