— Kiedy ci wejdzie do tego rybiego łba, że nie jestem twoją lalką do przebieranek? — prychnął sadzą Zapałka, mimo swoich nieproszonych komentarzy ubrany w strój przygotowany przez niepodważalnie najlepszego krawca. Dante uśmiechnął się promiennie, jakże wkurwiająco, zamaszyście zdjął nogę z kolana, podniósł się z kanapy tak, jakby prawa grawitacji go na tych niebotycznie wysokich kozakach nie dotyczyły i podszedł do niewdzięcznika.
Koncert charytatywny wymagał oprawy. Ignis wykłócał się, że muzyka jest zdolna obronić się sama i może racja leżała nawet po jego stronie, ale na koncerty Voxa przychodzili fani, którzy wiedzieli, czego chcą – ognia, żaru, całej tej spalonej otoczki sprawiającej, że rzucali na scenę staniki i koszulki. Z kolei ich genialna inicjatywa miała zadawać pytanie „po co to wszystko?”. Miała zatrzymać przypadkową osobę, by zachęcić ją do wykonania gestu, którego tego dnia nie spodziewała się wykonać. Dante zaś wiedział lepiej niż ktokolwiek inny z miauczącej bandy, jak wywołać ten pożądany efekt.
Przygotowanie czegoś zupełnie od zera wymagałoby zbyt wiele czasu, a tego nie mieli w nadmiarze, jeśli chcieli się utrzymać na medialnych ustach i uniknąć przejrzenia ich planu przez Norbiego. Dante cofnął się więc do swoich korzeni, do pierwszych skarbców inspiracji, w których gubił się na długie godziny i wychodził z naręczem czyichś śmieci zyskujących pod jego igłą nowe życie – cofnął się do szmateksów. Do tych najbardziej chamsko wepchniętych pomiędzy kebsa i pralnię chemiczną lokali, z szyldem kłującym w oczy swoją estetyką i poszarpaną kartką promującą „wtorki za funta”. Poszukał, popatrzył, namyślił się, wdychając ten charakterystyczny zapach wielu ubrań pamiętających jeszcze poprzedni dom, w końcu kupił tyle, że pani zgodziła się oddać mu nawet tego centa, co jej zawsze brakowało.
Jego pospieszne dzieło stało przed nim w całej swojej okazałości. Seymour wyglądał niczym podróżnik w czasie, ze starą bomberką, prostokątnymi okularami i dzwonami, Ioannis w różnokolorowym, brokatowym garniturze mógłby uchodzić za właściciela klubu, Ariethowi w poszarpanych szortach oraz koszulce z fikuśnym nadrukiem nikt by alkoholu nie sprzedał, a Raam chętnie szpanował swoimi walorami w poszarpanej, skórzanej kamizelce. No i Zapałka, zapałeczka świecąca czerwoną koszulą i przyciągająca wzrok czarną spódnicą założoną na jeansy.
— Moje lalki były ładniejsze, to po pierwsze — odpowiedział mu Dante, poprawiając krzywo zawiązaną apaszkę pod szyją genashiego jak jakiś węzeł wisielczy — po drugie nie wierć się, jakbyś dupę próbował sobie wytrzeć o te spodnie.
— Uwierają mnie.
— Wszystko ciebie uwiera, jeśli nie ma w sobie trzech dziur na wentylację chuja i rozciągniętych szwów.
Ignis wzruszył ramionami, jakby chodzenie z gołą dupą było jedynie wykluczone przez fakt istnienia prawa.
— Nie wiem, w czym problem.
Dante westchnął teatralnie, przewiązał inaczej delikatny materiał.
— Słuchaj, Zapałka, ja ci nie mówię, jak muzykę robić…
— No i całe szczęście, bo inaczej to by nie była muzyka, tylko pierdzenie w trąbkę.
Apaszka zacisnęła się bezlitośnie mocno, wyciągnęła z gardła cichy charkot.
— …więc ty mi nie mów, jak stroje ogarniać — dokończył syren w słodkim tonie. — Poza tym robisz to dla dzieci, a dzieci lubią, jak są kolory i się dużo świeci.
— Tak, widać po tobie — wydusił Zapałka, jakimś cudem wciąż dokładając do ognia bez powietrza. Dante popatrzył ponad okularami, obrzucił wiele mówiącym spojrzeniem gościa, któremu oczy się świeciły na widok czerwonej koparki z płomiennymi wzorkami.
— Muzyka to jedno — odparł, poluźniając wreszcie tę apaszkę i wygładzając fałdy koszuli — ale musicie też sensownie wyglądać, bo ja nie pozwolę przechodniom myśleć, że szpital Bashara zaprasza moczymordy spod mostu, żeby onkologię dziecięcą wesprzeć.
— A ty co niby będziesz robił, żeby jak przybłęda nie wyglądać?
Na twarzy syrena pojawił się półuśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego.
— Załatw mi dodatkowy mikrofon, Zapałka, i niczym więcej swojej brzydkiej główki nie martw.
Ordynator po rozmowie z Basharem pysznił się przekonaniem, że to on właściwie wymyślił ten cały pomysł z zespołem grającym dla dzieciaków przy szpitalu i że sukces zbiórki będzie jego dziełem. Pan doktor pozwolił jego dumie pęcznieć, ale co Dante się nawkurwiał na tego dupka, to było już jego.
Dostali swoją scenę, kawałek parkingu dalej od głównego wejścia z miejscami zazwyczaj niechcianymi przez odwiedzających, żeby pracy szpitala nie zakłócać, ale też by móc ściągnąć osoby przechodzące ulicą. Największym jednak atutem ich położenia były okna onkologii dziecięcej znajdujące się na wprost całej ekipy. Skoro dla nich mieli grać, dlaczego mali pacjenci mieliby nie dostać szansy posłuchać? Sprzęt i swoje dobre chęci w postaci pudła na wpłaty rozstawili o poranku, zbierając kilka zaciekawionych spojrzeń. Samochód, ich źródło mocy, wyglądał jak wypruta bestia z siecią kabli podłączonych pod instrumenty chłopaków i mikrofony. Krótka próba, rozgrzewka, Dante jeszcze przeszedł się między nimi, zajął najmniejszym mankamentem odzienia, z zadowolonym uśmiechem podziwiając błysk cekinów i dopełniającą się paletę kolorów. Na szarej palecie asfaltu i biegnącej swoim rytmem codzienności stanowili żywą plamę pasji. Coś krzyczącego więcej niż „łóżko!” albo „pieniądze!”, coś tak szczerego w tej spontaniczności, że wypaczenie tego zdawało się niemożliwe.
— Panowie — wyszczerzył się ich prowadzący ceremonii zamknięcia brukowcom paszczy, zamruczał dalsze słowa do mikrofonu — czas zaczynać.
O godzinie ósmej robili widowisko dla zaskoczonych odwiedzających.
Ci popatrywali na nich jak na brygadę podróżujących klaunów, co wcale dalekie od prawdy nie było, ale klauny te, o dziwo, potrafiły zagrać z pełnią mocy ciężkie utwory, na terenie szpitala przypominające bicie wielkiego, sztucznego serca. Większość nie dopatrywała się w Voxie gwiazd, niepewnie zerkając, obchodząc wciąż łukiem ich miejsce parkingowe, jednak uśmiechali się pod nosem, zawieszali wzrok na pudle z informacją o zbiórce, jakby zapamiętywali na przyszłość jego położenie. Dante nie pospieszał ich, nachalnie nie prosił o nic. Wiedział, że nie musi. Wystarczyło mu być, żeby w pamięci zapisał się ten obraz, żeby w głowie idących dalej przechodniów zrodziła się nieoczekiwana chęć przystanięcia w drodze powrotnej. Gdy muzyka grała, stawał się jedynie żywym rozbłyskiem przyciągającym wzrok, iskrą zapalającą ciekawość, a gdy instrumenty cichły i miauczki brały oddechy, Dante przejmował ich niepowtarzalną scenę.
— Pomyślcie sobie, że niektórzy mieli całe życie, żeby coś zrobić ze swoją krzywą mordą, a wybrali wciąż wyglądanie w ten sposób — zabawiał pustą przestrzeń, wskazując na Zapałkę. — Wy możecie już dzisiaj wyglądać piękniej z uśmiechem na ustach po zrobieniu dobrego uczynku!
O dziewiątej otaczali się już wianuszkiem darczyńców.
Swoją barwą wdarli się w szczeliny pędzących trybików, nie zatrzymali ich, ale przekierowali na moment gdzieś indziej, ściągnęli do siebie, zaprosili humorem, śmiechem, brzmieniem. Sztuczne serce biło, pompując krew w żyły, które zapomniały, że istnieją, zmieniając w przestrzeń w nowe ciało z zespołem jako głową i widownią jako uśmiechem. Monety się posypały, zwinięte banknoty utonęły pod ich warstwą, pomału, w rytm powtarzanych przez chłopaków piosenek, dając nadzieję na zmienienie życia potrzebujących.
— Mili państwo, jesteśmy waszymi dłużnikami, pokornie kłaniającymi się i dziękującymi za uznanie, że ta kakofonia jednak działa na korzyść dzieciaków — zwrócił się do rozbawionych twarzy Dante, rozkładając ręce i chyląc czoła.
Zebrana widownia przyklasnęła, zaśmiała się, zwróciła spojrzenie na muzyków. Ignis grał dla nich, żarem rozdmuchiwanym przez zespół trzymał przy sobie słuchaczy, ale Dante widział, gdzie tak naprawdę oranżowe oczy zbiegały raz po raz, na czyj widok spopielona gęba uśmiechała się najszerzej. W oddali dało się dojrzeć te okrągłe, w większości wymizerniałe twarzyczki przyklejone do szyb, pokazujące palcami na nich, skaczące jak nowo narodzone kurczaczki i ściągając pielęgniarki, by też popatrzyły. Pewnie, że chcieli samemu nadać narrację rozkręconej wokół nich dramy dzięki temu koncertowi, lecz medialna część ich przedsięwzięcia wydawała się taka odległa, wręcz nieistniejąca, gdy kolejne uśmiechy wykwitały w szpitalnej sali, gdy Zapałka dawał po strunach dwa razy mocniej, by upewnić się, że gorąc jego oddania dotrze do małych, walczących uparcie serc.
Wątpliwej jakości dziennikarze Mopsika mogli narzekać, że Vox nie ma już gdzie grać, że występuje kameralnie w przypadkowych miejscach, Dante jednak gotów był się kłócić, że w blasku wielkiej sceny czasami zbyt wielu osobom umykało to, co w Zapałce świeciło się najjaśniej – jego spełnienie każdą duszą, którą tknął muzyką. Że tutaj, przy braku reflektorów, z jednym wzmacniaczem i wśród niecodziennych fanów, było widać po nim, dlaczego zakochał się w muzyce. Tak łatwo dało się nią przecież podzielić.
Ale co tam Dante wiedział o tym zepsutym boilerze.
Syreni wzrok przebiegł po tłumie, raz, drugi, w końcu wyłowił z niego ciekawą zdobycz. Szkiełka zatrzymały się na okrągłej, czarnej soczewce wycelowanej w krawca. Tkwiła między słuchaczami niczym mechaniczny cyklop, z czupryną paparazzi wystającą ponad ciemną obudową. Musieli się pojawić prędzej czy później, syren nawet czekał na nich, by posłać w świat własną wiadomość. Dante ruszył jak na sygnał wystrzału, w dwóch susach znalazł się przy Ignisie, szczerząc kły do pięknego zdjęcia.
— Uśmiech, Zapałka! — zawołał, wbrew sprzeciwowi genashiego oblepiając go płetwami.
Wyglądali normalnie, jak dwójka debili, którzy tak siebie nienawidzili, że nie mogli wytrzymać bez wspólnej zabawy jednego tygodnia. Wychodząc z baru, trzymali siebie w prawie ten sam sposób, zarzucając ramiona na szyje, przepychając się barkiem i sepleniąc do ucha, gdy elokwencja spuchła od nadmiaru alkoholu do rozmiarów niezgrabnego pierdolenia. Ale każdy widział w zdjęciach to, co chciał zobaczyć, prawdziwy kontekst traktując jako szkic do wymazania i naniesienia na niego prawdziwą barwę. Dlatego ta niewinnie oparta o bark Zapałki ręka wcale nie była niewinna, tylko stanowiła dowód zażyłości, bo jeśli spojrzeć uważniej, porównać piksel do jebanego piksela, ponoć kciuk Dantego zahaczał niebezpiecznie blisko o odsłonięty kawałek szyi wokalisty. A spalona twarz, odwrócona ku syrenowi w celu okrzyczenia go za śmierdzenie rybą, tak naprawdę przymierzała się do ucałowania pobliźnionego policzka. Ta poza, te wtulone w siebie ciała, które idealnie w momencie zrobienia zdjęcia napierały na siebie przez impet skoku Dantego, musiały znać niejeden ze swoich sekretów.
Tyle wystarczyło, by już niedługo wszyscy zapomnieli o potrzebujących dzieciach. Nagłośniona przez nich sprawa zaginęła pod ich własnymi zdjęciami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz